Miejski Ośrodek Kultury w Nowym Targu

 

Spotkania literackie

 

Wydawnictwo

pod redakcją Macieja Pinkwarta

 

Nowy Targ 2004


 

Maria Giłka (Nowy Targ)

 

Aleksander

 

Siedzący przy stoliku pod oknem mężczyzna wyróżniał się z pośród obecnych rosłą budową ciała oraz elegancją. Zapatrzony w okno wsypał do filiżanki drugą łyżeczkę cukru. Mieszał powoli. Miał dużo czasu - sam nie wiedział dokąd iść, a nawet gdyby wiedział, też by się nie spieszył. Wciąż był w drodze. Tu zatrzymał się tylko dlatego, że kiedyś to miasteczko było stałym miejscem jego letnich wakacji. Określenie kiedyś odnosi się do lat 40-tych ubiegłego stulecia.

Miasteczko mimo upływu lat pozostało małe, ale schludne i ciche. Dawna jadłodajnia przekształcona w pensjonat „Pod różą” z powodzeniem pełniła swoją nową funkcję serwując domowe dania i goszcząc chętnych w przytulnych pokoikach. Ceny za pokoje jak i wyżywienie były przystępne, ale przecież dla Aleksandra nie miało to istotnego znaczenia. Stać go było na hotel pięciogwiazdkowy.

Dla niego liczyło się to, że po dwudziestu paru latach pobytu w Colorado znów był w Polsce, szukając przeszłości, której nie mógł znaleźć nigdzie i rozglądając się za przyszłością, której nie wiedział gdzie szukać. Przez cały czas pobytu z dala od kraju, tęsknił za smakiem potraw, jakie tylko w Polsce mógł zjeść... Za zachodem słońca, jaki tylko w Polsce mógł oglądać... Za straconymi marzeniami, jakie tylko w Polsce mógł zrealizować... Tak mu się przynajmniej wydawało.

Od czterech dni był w kraju, podążał śladami przeszłości, szukając na mapie miejsc o których mógłby powiedzieć „tam i wtedy”. Ale już był zmęczony monotonią podążania za białą linią na drodze. Gdziekolwiek zatrzymywał się przywołany pamięcią - nie zastawał nikogo, a rzeczywistość otoczenia odbiegała od tej zapamiętanej. Już nie wiedział czy nie żałować swojego przyjazdu, ale czyż mógł lekko potraktować listy cioci Lusi, wzywające go do powrotu i zajęcia się schedą po rodzicach? Sam mógł się przecież przekonać, że pełna werwy i wyszukanej elegancji ciocia Lusia zmieniła się w staruszkę egzystującą w granicach mieszkania - dokładniej piętra willi, której od dwóch dni był właścicielem. Myśląc kategoriami swojego śp. ojca, radcy prawnego Kolei Państwowych, posiadanie wilii na Żoliborzu nobilitowało, ale jego doświadczenia życiowe stawiały tyle pytań i tyle wykrzykników.

Aleksander miał dom w Ameryce, do którego mógł wrócić w każdej chwili. Miał firmę, którą stworzył od podstaw, a która rozrosła się w wielkie przedsiębiorstwo, ale powrót do Denver ani powrót do pracy nie wydawały mu się pociągające. Szukał czegoś, ale przecież nic nie zgubił... A jednak coś ważnego gdzieś w przeszłości zawieruszył.

Aleksander pomyślał, że mógłby napić się piwa, ale przecież chciał dzisiaj popływać. Wybrał więc lody i poprosił, aby podano mu je na tarasie, skąd rozpościerał się widok na jezioro. Zapatrzony w odległy horyzont i w nadęte wiatrem żagle pływających łodzi i surfujących szczęśliwców pogrążył się w myślach, z których wyrwało go jakieś nawoływanie.

- ... Aleks!...Aleks!...

Dźwięk słów oraz ich sens postawił Aleksandra na nogi. Przecież kiedyś przed laty ktoś, kto dla niego tyle znaczył, tak właśnie skracał jego imię. Czyżby duchy przeszłości ?

Nagle zza drzew wyszła dziewczyna – szczupła, wiotka. Gęste, sięgające do pasa jasne włosy potęgowały wrażenie czegoś znajomego, czegoś co kiedyś miało już miejsce. Nawet niebieski kolor sukienki wydał mu się dziwnie znany, a zadziornie nałożony kapelusik zrobiony na szydełku był też jakby z jego przeszłości. Aleksander zauważył jeszcze drobne stopy, ale tylko dlatego, że dziewczyna miała na nogach sandały z wąskich paseczków. Szła powoli rozglądając się dookoła. Ponowiła nawoływanie:

- Aleks!

Aleksander podniósł się z krzesła i już chciał zapytać czy przypadkiem nie do niego odnosi się to wołanie, gdy z przeciwnej strony nadbiegł pies, pręgowany bokser, i ujadaniem oznajmił, że jest bardzo zadowolony ze spotkania ze swoją panią.

Pies i dziewczyna tworzyli dobraną parę: oboje młodzi, oboje żądni przygód. Aleksander nawet nie zdziwił się, kiedy zobaczył, że dziewczyna ściąga z nóg sandałki i spięte razem zawiesza na psiej szyi. Potem ustawia psa w pozycji „siad” tuż przy słupku i stanowczym głosem zapowiada:

- Dajesz mi fory, kundlu, i startujesz dopiero na mój głos.

Widoczne było, że tego rodzaju uprawianie biegów było ich codziennością, bo i pies i dziewczyna pochłonięci byli całkowicie ich wspólna zabawą. Ubawiony tym widokiem Aleksander z zainteresowaniem przyglądał się wyścigowi, a wynik zmagań był z góry przesądzony: cztery psie susy i skok oznajmujący „mam cię”. Potem już tylko śmiech, szczekanie, podskoki, aby polizać twarz swojej pani. Przegrana nie wpłynęła na ich wzajemne stosunki, nie było żadnych dąsów. Odeszli nadal nierozłączni.

Aleksander długo spoglądał za dziewczyną, a w jego duszy odezwało się coś dawno uśpionego, coś co tkwiło w nim od lat i niosło ze sobą uczucie pustki i osamotnienia. Osamotnienie to w następstwie przybierało kształty pięknej dziewczyny, tej jednej jedynej, z którą 27 lat temu go rozdzielono. On został na Starym Mieście, ona kanałami poszła w stronę Żoliborza. To ta nieokreślona pustka przywiodła go widocznie tu, gdzie spędzili tylko z sobą dziesięć dni lipca tuż przed powstaniem. To Barbara była ucieleśnieniem wszystkich jego marzeń: o niej myślał budząc się rano, do niej uśmiechał się przed zaśnięciem. To ona była jego nieodzowną i najlepszą częścią. Kiedy na nią spoglądał widział jasno swoją przyszłość: dokończenie studiów na wydziale architektury, willa na Żoliborzu, ich wspólne dzieci i wnuki. To właśnie to, że nigdy jej potem nie odnalazł, stało się przekleństwem jego życia, bólem nie do zniesienia, pustką, której latami nie potrafił wypełnić.

Lekki wietrzyk od jeziora chłodził gorącą skórę Aleksandra, ale nie chłodził jego rozpalonego wspomnieniami umysłu. Tylko alkohol mógł przynieść ulgę, dwie szkockie i bieg ścieżką aż do wyczerpania.

Popołudnie przeszło w wieczór, wieczór w chłodny zmierzch, który zastał Aleksandra siedzącego na deskach mola i zapatrzonego w gwiazdy. Z marzeń czy może rozmyślań wyrwał go pomarszczony pysk boksera usiłującego go polizać. Za nim na pomost wbiegła dziewczyna, strofując psa.

- O, przepraszam pana za mojego psa... ale zwykle o tej porze nikogo tu nie ma. No, zabieraj się stąd, uprzykrzony psie!

Nakrzyczała na boksera, a Aleksandrowi życzyła dobrej nocy i odeszła w ciemność z psem przy nodze.

Aleksander pozostał sam, ze spokojną tonią jeziora przed sobą, z wiatrem, cicho szumiącym w szuwarach i krzakach. Był tylko on i jego wspomnienia odtwarzane w przesuwających się obrazach. Taki sam wieczór też rozświetlony gwiazdami, nasycony letnimi wonnościami... On i jego piękna dziewczyna... On wręcza jej jako wyraz swojej głębokiej miłości cacko jubilerskie - złotą bransoletę z grubych złotych ogniwek, połączonych odlanymi ze złota skarabeuszami. Klejnot ten od trzech pokoleń był własnością jego rodziny. Dając bransoletkę Barbarze prosił, aby nigdy się z nią nie rozstawała, bo w tym złocie zaklęte są wielkie uczucia miłości i to pomoże jej przetrwać ten trudny czas jaki nadchodzi. Widząc łzy w oczach ukochanej rozmyślnie przybierając oficjalny ton powiedział... a księżyc niech będzie świadkiem naszej wiecznej miłości teraz i na zawsze. Pamiętał dobrze, że Barbara jak zwykle w chwilach zakłopotania przygryzła dolną wargę... Dłonią wytarła napływające do oczu łzy. Aleksander głęboko westchnął, bo tylko westchnieniami umiał leczyć smętek wywołany wspomnieniami.

Ranek jaki nadszedł po chłodnej nocy był ciepły, więc Aleksander wybrał się brzegiem jeziora na daleki spacer. Nie przestawał myśleć o dziewczynie, którą zaledwie wczoraj poznał, a która obudziła w nim wspomnienia tak ciepłych uczuć. Promienie słońca tańczyły po falach wespół z kolorowymi żaglówkami, ale Aleksander podświadomie szukał sympatycznej pary - psa i dziewczyny. Nagle dostrzegł ją na pomoście, jak stawiała stopę w tenisówce na dziobie kołyszącej się lekko łódki i skoczyła do kokpitu prosto w ramiona wysokiego, opalonego na brąz, mężczyzny. Przytulił ją, musnął rozwiane włosy ustami i wypuszczając z ramion powiedział:

- Potrzebuję twojej pomocy, żeby wypłynąć z tego portu.

- Pokaż mi, co mam robić - powiedziała dziewczyna.

- Pamiętasz jak cię uczyłem.....

Dalszą rozmowę zagłuszył ryk silnika. Tylko bokser ubrany dla bezpieczeństwa w kapok oznajmiał głośnym szczekaniem ich wspólną radość.

I co będzie dalej?

Cisza odpowiedziała Aleksandrowi: „Nic... po prostu zostań przez chwilę tu gdzie jesteś i patrz jak piękne i radosne może być życie”.

Aleksander patrzył jak odpływali w stronę otwartego jeziora. To jezioro jak pamiętał znane było z dość silnych wiatrów, ale teraz panowała prawie zupełna cisza. W tej ciszy, jak i w zbierających się na horyzoncie chmurach było coś znajomego, coś co już kiedyś przeżył.

Pół godziny później zaczęło się mu kręcić w głowie. „Zbyt długo widocznie jestem na słońcu” - pomyślał i resztę dnia postanowił spędzić w cieniu lipy czytając „Ziele na kraterze”. Liczył na to, że Wańkowicz zdoła w końcu wyciszyć tkwiące w nim od lat emocje sensu czy bezsensu patriotycznych uniesień, za które przyszło im – jego pokoleniu - płacić taką wysoką cenę. Pragnął wreszcie patrzeć na te czasy jak na martwą naturę...

Nie dane mu było jednak długo cieszyć się spokojem, bo na taras wyszła synowa właścicielki pensjonatu niosąc miskę z wodą, a pod pachą papierowe ręczniki. Z wigorem zabrała się do zmywania blatów stojących na tarasie stolików. Przekonana, że gościnność wymaga absolutnie bawienia gości rozpoczęła rozmowę, a właściwie monolog: „no i jak się panu u nas podoba” - i sama sobie odpowiedziała na pytanie – „myślę, że nigdzie nie może być ładniej niż tu u nas nad jeziorem. Jak by było inaczej to nie mielibyśmy tych samych gości z roku na rok. O, widzi pan tego pana, co wraca z ryb, on już z 10 lat będzie jak do nas przyjeżdża. Albo na przykład panna Zuzanna, może pan zauważył taką dziewczynę z psem. Ona tu od dziecka przyjeżdżała z mamą. Ona wprawdzie u nas nie mieszka, bo z psem byłoby to niemożliwe, ale zawsze się u nas stołuje. Od dawna zaprzyjaźniona jest z naszą dyrektorką liceum i u niej się zatrzymuje, ale na stałe mieszka w Warszawie, studiuje architekturę. Widzi pan jaka ładna i jeszcze się dobrze uczy. A jakiego ma przystojnego narzeczonego, wszystkie baby się za nim oglądają i lecą na niego, bo to zdolny lekarz. Ja to panu głowę zawracam moim gadaniem, ale i tak pan się więcej dowiedział niżby pan zdążył przeczytać za ten czas w tej swojej książce”...

„Co prawda to prawda” - pomyślał Aleksander.

Następnego dnia rano Aleksander obrał inny kierunek spaceru. Nie chciał już wspomnień i cierpień z powodu zwichniętej młodości. Wiedział, że miłość dotyczy dwóch osób, a jemu dane było cieszyć się prawdziwą miłością tylko jedną zimę, wiosnę i nie całe lato. Ubolewał nad tym, bo tylko miłość sprawia, że życie nabiera barw. „Chyba skrócę ten spacer do minimum” – pomyślał – „a rano spakuję torbę i znowu przed siebie w towarzystwie dobrze znanej białej linii biegnącej środkiem jezdni”...

Zrezygnowany wrócił do pensjonatu „Pod różą” i od razu zakotwiczył pod parasolem na tarasie. Po chwili weszła dziewczyna, już mu trochę bardziej znajoma i zajęła stolik nieopodal Aleksandra. Z ożywieniem omiotła wzrokiem siedzących przy stolikach, potem wzrok przeniosła na falujące wody jeziora, dziś nie różniące się barwą od zlewającego się z nim horyzontu. Siedziała niespokojnie i widocznie z zakłopotania w dziwnie znajomy sposób zagryzała dolną wargę spoglądając od czasu do czasu na wejściowe drzwi. Aleksander domyślał się kogo w tych drzwiach pragnęła zobaczyć.

Nagle uwagę jego przykuła połyskująca na jej prawej ręce złota bransoletka. Dostrzegł, że luźno zwisała na opalonym nadgarstku, a skurcz serca wysłał sygnał do mózgu. Złote skarabeusze między złotymi ogniwami nie mogły być przywidzeniem. Dziewczyna wstała podeszła do jego stolika. Wstał.

- Czy ta bransoletka... – zaczął, ale dziewczyna w tym samym momencie podała mu rękę.

- My już wyjeżdżamy, chciałam się pożegnać. I jeszcze raz przeprosić za nadmierne czułości Aleksa.

Narzeczony objął ją z miną dumnego posiadacza, skinął głową Aleksandrowi i mrucząc o późnej porze poprowadził do wyjścia. Bransoletka błysnęła w świetle żyrandola. Nie zdołał dojrzeć, czy ma wygrawerowaną datę z lipca 1944 roku. Zuzanna uśmiechnęła się promiennie i przytulona do narzeczonego znikła za drzwiami.

Zamówił szkocką. Na rano miał zamówioną żaglówkę i zaplanowany samotny rejs na drugi koniec jeziora.

- A potem? – zapytało go jego umordowane serce.

- A potem wszystko się może zdarzyć – odpowiedział sobie Aleksander.

 

 

Powrót do spisu treści

Dalej