Miejski Ośrodek Kultury w Nowym Targu
Spotkania literackie
Wydawnictwo
pod redakcją Macieja Pinkwarta
Nowy Targ 2004
Maciej Pinkwart (Nowy Targ)
Wizytówka
Siedział wyciągnąwszy nogi przed siebie na tyle, ile pozwalał mu fotel na
ciasnym pokładzie boeinga. Podróż od samego Londynu była niezbyt przyjemna.
Jeszcze nad Heathrow pojawił się napis, nakazujący pasażerom pozostanie w
pasach, bo burza nad kanałem mogła zagrozić stabilności lotu. I zagroziła,
rzucało nimi tak, że Robert kilka razy zamierzał sięgnąć po papierową torebkę,
na szczęście oderwał myśli od pogody i jakoś się poprawiło. Z kieszeni koszuli
wyciągnął wizytówkę, wytłaczaną na grubym papierze, imitującym drewno. "Snob
brytyjski jest bliźniaczym bratem snoba polskiego" - pomyślał, przypominając
sobie, ile niemal identycznych wizytówek uzbierał przez kilka ostatnich
miesięcy, uczestnicząc jako przedstawiciel redakcji w bankietach i balach,
gromadzących VIP-ów, biznesmenów i innych ludzi z pierwszych stron gazet. Tym
razem jednak człowiek, którego nazwisko widniało na wizytówce, nie pojawiał się
na pierwszych stronach gazet. On robił pierwsze strony gazet. Dokładniej -
jednej gazety, ale za to najważniejszej w Zjednoczonym Królestwie i jednej z
najważniejszych na świecie.
Konferencja prasowa po jubileuszowym koncercie London Philharmonic Orchestra
była dość rutynowym wydarzeniem w życiu kulturalnym Anglii i wysłano go tam
pewno tylko dlatego, że miał w Londynie u kogo się zatrzymać, co zmniejszało
koszty własne redakcji, a jemu pozwalało kontynuować sympatyczną znajomość,
zawartą już prawie dwa lata temu w małym pubie w Notting Hill. W dodatku muzyka
była jego wielką pasją i napisanie sprawozdania, a może i kompetentnej recenzji
z koncertu, nie powinno mu zająć więcej niż innym zjedzenie pizzy "Quattro
Stagioni". Prawdę powiedziawszy, było to jedyne danie, które w Londynie mu
smakowało. Na konferencji ustrzelił dyrektora artystycznego Kurta Masura
pytaniem, czy wybór symfonii "Z Nowego Świata" Dvoŕaka na główny punkt
jubileuszowego koncertu jest bardziej ukłonem w stronę nowych członków Unii
Europejskiej - bo Dvoŕak był Czechem, czy kolejnym przejawem serwilizmu Londynu
wobec prezydenta Busha, no bo symfonia jest poświęcona wspaniałościom Stanów
Zjednoczonych. Kiedy już wszyscy przestali się śmiać, a Masur wybąkał jakieś
mało istotne wyjaśnienie - siedzący obok niego szpakowaty mężczyzna w dziwnych,
jakby zeszłowiecznych okularach, poklepał go po ramieniu i powiedział:
- Good shot! Niech pan wpadnie do mnie jutro o 11-tej, pogadamy.
I wręczył mu wizytówkę.
George Brock, manager editor dziennika "The Times", był niewątpliwie snobem,
ale ograniczał swój snobizm do dwóch rzeczy - muzyki i gazety, którą kierował.
Jedna pasja zresztą wykluczała drugą - zarządzanie gazetą nie pozwalało mu
chodzić na koncerty. Dzisiejszy wieczór w Royal Festival Hall był ukradziony,
choć i tu redakcyjny biznes był nadrzędny - kilka dni temu w wypadku
samochodowym zginął krytyk muzyczny "Timesa", więc Brock postanowił sam iść na
koncert i napisać recenzję. Nie robił tego od lat i nie był pewny siebie jako
autor. Było jednak wiadome, że jakkolwiek by nie napisał, to naczelny mu tekstu
nie odwali. To on był naczelnym.
Fotel obok Roberta był pusty i zaraz na lotnisku położył tam swój komputer. Jak
tylko minęli burzę, sięgnął po laptop i wywołał tekst recenzji. Musiał ją
pozmieniać na potrzeby swojej redakcji, bo ten tekst już był wykorzystany. Parę
godzin temu naczelny "Timesa" wstał zza biurka, podszedł do niego i powiedział:
- Podobno time is money, więc my tu w "Timesie" nie mamy specjalnie
dużo czasu na pogawędki, dlatego w tym gabinecie rozmawiamy na stojąco. A propos
money - chciałbym zaproponować panu dobrze płatną pracę recenzenta muzycznego.
Raz - dwa razy w miesiącu obecność na jakimś prestiżowym koncercie, w całym
świecie naturalnie, raz w tygodniu komentarz muzyczny do “Sunday Timesa”. Może
pan się przenieść do Londynu, ale może pan też nadal mieszkać w Warszawie, jak
panu wygodniej, w końcu mamy Internet. Jednak musi pan być dyspozycyjny. Co pan
na to?
Powiedział, zanim pomyślał:
- Tak, z przyjemnością - co może nie było najlepszym wyrażeniem biznesowym,
ale przyjemność to było pierwsze, co mu po angielsku przyszło do głowy. Londyn,
mimo fatalnej pogody i kiepskiej kuchni, jednak kojarzył mu się głównie z
przyjemnością.
W ciągu kwadransa w wolnej salce konferencyjnej napisał na próbę recenzję z
koncertu London Philharmonic Orchestra, naczelny skasował swój tekst, a jego
dzieło puścił do druku. Robert zostawił numer konta i poleciał do Warszawy,
oszołomiony tempem wydarzeń. Teraz czekało go kilka niełatwych rozmów, w domu i
w pracy. Odłożył laptop i przymknął oczy. Powinni już wlatywać w obszar Polski.
Za pół godziny wyląduje i wtedy zobaczy, czy uda się naraz zjeść ciasteczko i
zachować ciasteczko.
Nad drzwiami do kabiny pilotów pojawił się napis z wezwaniem do zapięcia
pasów. Obudził go ruch na pokładzie i energiczne trzaski zapinanych klamer.
Zamknął laptop i schował do podręcznej torby, po czym przetarł oczy i rozejrzał
się dookoła. Na pokładzie samolotu Wizz-Airu był komplet pasażerów, ale jak to
zwykle bywało w tanich liniach - dominowały całe rodziny z dziećmi, poza tym
przeważnie osoby starsze, wracające z urlopów. Klasę biznesową reprezentowało
zaledwie kilku mężczyzn w garniturach, w tym jeden Murzyn i jeden Arab oraz
elegancka starsza pani z czarną teczką. Mogła trzymać w niej komputer. Być może
jednak były tam tylko próbki kosmetyków - od lat już najbardziej eleganckimi
ludźmi w Warszawie byli akwizytorzy...
Poczuł w uszach zmianę ciśnienia - schodzili do lądowania. Za oknem, pod
drżącym jak u starego antka skrzydłem przesuwały się zielone Lasy Kabackie, w
dali można było już zobaczyć Pałac Kultury.
Po chwili ciśnienie się zmieniło - wyglądało teraz na to, że samolot z
powrotem zaczyna się wznosić, kładąc się równocześnie na prawe skrzydło.
Pstryknęło w głośnikach i rozległ się głos pilota:
- Proszę państwa, wieża kontrolna na Okęciu nie udzieliła nam jeszcze
zezwolenia na lądowanie, prawdopodobnie jest tłok na pasach startowych. Nie ma
powodu do niepokoju, opóźnienie nie powinno przekroczyć kilkunastu minut.
Robert pomyślał, że najlepszym sposobem na wywołanie niepokoju, jest
zapewnienie, że nie ma powodu do niepokoju. Na pokładzie podniósł się szum
rozmów, ludzie przytknęli nosy do szyb, jakieś dziecko zaczęło płakać. Pochylił
się i ukradkiem włączył komórkę. Wszyscy już dawno wiedzieli, że telefony nowej
generacji nie zakłócają działania przyrządów lotniczych, ale zakaz ich używania
obowiązywał nadal. Wstukał PIN, ale nie było zasięgu.
- Trzeba było nie oszczędzać, tylko polecieć BEA, albo LOT-em - usłyszał z
tyłu - co tanie to drogie. Taka linia to musi wszystkich przed sobą
przepuszczać...
Akwizytorka objaśniała stan rzeczy swojej sąsiadce. Wzruszył ramionami - są
ludzie, którzy muszą próbować na wszystko znaleźć wytłumaczenie. Zaczęli znów
zmniejszać wysokość. Znów w oknie zobaczył zieloną plamę lasów, wreszcie
pojawiło się miasto. Schodzili do lądowania od wschodu i za moment powinna się
ukazać płyta lotniska. Zawsze go to zaskakiwało, bo Okęcie było ukryte wśród
miejskich zabudowań i wcześniej obserwował ulice, tramwaje i niskie latarnie,
niż wieżę kontrolną i pasy startowe.
Wybuch był przytłumiony, jakby zwiększające się ciśnienie na moment
wszystkich ogłuszyło. Samolotem zakołysało i w tym samym momencie poczuł, że
maszyna - zamiast spadać z przeraźliwym hukiem dekompresji - ostro unosi się do
góry. Pod skrzydłem rozpościerała się biała plama, jakby ktoś na ulice Warszawy
rozlał gigantyczną butlę z kefirem. Poczuł swąd dymu. Mężczyzna o wyglądzie
Araba trzymał w ręku coś, co wyglądało na paszport, drugą ręką bezskutecznie
szarpiąc się z pasami. Zbladł i krzyczał zachrypniętym ze strachu głosem:
- It isn't me, it isn't me!
Jego sąsiad, Murzyn, położył mu rękę na ramieniu i wgniótł w fotel. Spod
marynarki wyjął identyfikator z napisem "Security". Z kabiny pilotów wyszła
stewardessa, stanęła między siedzeniami i zaczęła uspokajająco:
- Proszę zachować spokój, nie ma żadnego powodu do obaw, nic się nam nie stało.
To tylko drobna awaria łączności na Okęciu. Będziemy jakiś czas krążyć nad
Warszawą, czekając na zezwolenie lądowania. W międzyczasie spróbujemy się
porozumieć z lotniskami w Krakowie, Katowicach i Poznaniu, być może trzeba
będzie tam wylądować. Nasze towarzystwo lotnicze oczywiście zagwarantuje
wszystkim państwu dotarcie do stolicy, choć awaria nie jest naszą winą.
- Ale co to było.... - chciał pytać któryś z pasażerów, lecz stewardessa
uśmiechnęła się pięknie i znikła z powrotem w kabinie pilotów. Nad drzwiami
zgasł napis zalecający zapięcie pasów.
Na pokładzie rósł hałas. Robert, nie starając się nawet ukrywać, podniósł
telefon. Zasięg był, więc wybrał numer do Jacka, kolegi z redakcji, który zawsze
wyjeżdżał po niego na lotnisko, jeśli wracał w dzień i żona nie mogła urwać się
z pracy. Nikt nie podnosił słuchawki. W redakcji, w domu i w pracy żony także
była cisza - wyglądało na to, że awaria łączności objęła nie tylko Okęcie.
Wyciągnął laptop i błyskawicznie napisał maila informującego o sytuacji.
Połączył go kablem sieciowym z gniazdkiem w bocznej ściance fotela, bez wielkiej
wiary w skuteczność kliknął na autokonfigurację i ku jego wielkiemu zaskoczeniu,
uzyskał połączenie z Internetem. Wysłał relację na pocztę swojej redakcji. Po
namyśle przetłumaczył tekst na angielski i starannie przepisując adres z
wizytówki Brocka, posłał korespondencję do "Timesa". Nie wyłączając komputera
odłożył go na sąsiednie siedzenie i wyjrzał przez okno. Nie było nic widać -
musieli być dość wysoko, bo jednolite chmury zasłaniały ziemię i Robert bardziej
wyczuwał, niż widział, że zataczają wielkie koła nad Warszawą. Silnik samolotu
pracował miarowo, ale nerwowa atmosfera na pokładzie narastała. Przejawiało się
to przede wszystkim w ciągłej okupacji toalety. Robert, choć zdawał sobie
sprawę, że to nerwowe, także co chwilę spoglądał na czerwone światełko, ale jak
na razie, nie miał szans, bo w kolejce stały wszystkie dzieci z mamusiami.
Kiedy zadzwonił jego telefon, był zdziwiony tak samo, jak wszyscy dookoła.
Ochroniarz odruchowo włożył rękę za pazuchę, umilkły dzieci w kolejce do
toalety, stewardessa wyszła akurat z kabiny i stanęła koło jego fotela:
- Przecież pan wie, że nie można...
- Wyłączyć?
- No, niech pan już teraz odbierze, może się czegoś dowiemy...
Robert w jednej chwili skojarzył dwie rzeczy - że załoga samolotu nie wie,
co się stało na lotnisku i nie ma nadal łączności z wieżą, i że dzwoni do niego
redakcja "Timesa".
- Robert? - krzyczał podenerwowany męski głos w słuchawce - w ogóle nie mamy
łączności z Polską, co się tam dzieje? Macie znowu stan wojenny? Nadawaj zaraz,
my nagrywamy, jeśli się zgodzisz, to damy też do BBC. Możesz po polsku, jak ci
łatwiej...
Rozejrzał się. Wszystkie oczy wpatrzone były w niego, na chwilę zapomnieli o
awarii na lotnisku i o tym, że krążą już dobrą godzinę nad Warszawą i nie
wiedzą, co się z nimi stanie. Jakoś do tej pory nie myślał o realnym
niebezpieczeństwie, ale nadając korespondencję uświadomił sobie, że to właśnie
głosy z komórek były ostatnimi znakami życia pasażerów samolotów, porwanych
przez Al-Kaidę 11 września. Refleksją tą - po angielsku - zakończył relację i
czekając na potwierdzenie zauważył, że Arab słysząc jego słowa znów
przestraszony kuli się w fotelu, pod czujnym okiem ochroniarza.
Potwierdzenia nie było. Ekranik komórki zgasł, jakby bateria się wyładowała, ale
podłączał akumulator poprzedniego dnia, więc zakłócenia musiały pochodzić z
zewnątrz. Robert bez słowa rozłożył ręce i pokazał stewardessie wyłączony
telefon. Pokiwała głową i wróciła do kabiny. Połączenia internetowego już
również nie było. Nad drzwiami pojawił się napis o zapięciu pasów i po raz
trzeci zaczęli obniżać lot. Kolejka sprzed toalety znikła. Zaskrzeczał głośnik i
znów usłyszeli głos pilota:
- Tu mówi kapitan. Lotnisko w Warszawie nie odpowiada na nasze wezwania, nie
możemy również porozumieć się z innymi portami lotniczymi w Polsce. Nie mamy
dość paliwa na powrót do Londynu czy nawet do Berlina. W tej sytuacji będziemy
lądować awaryjnie na wojskowym lotnisku w Radomiu. Gdy zbliżymy się do ziemi,
proszę osłonić głowę ramionami i schować się za siedzeniem. Stewardessa pokaże
państwu, o jaką pozycję chodzi. Najprawdopodobniej nie będzie żadnych problemów
z lądowaniem, ale lepiej jest zachować ostrożność. Nie umiemy jednak powiedzieć,
jak będziecie się państwo mogli dostać bezpiecznie do samej Warszawy. Dziękuję.
U większości pasażerów dopiero to ostatnie stwierdzenie wywołało nie tyle
panikę, ile oburzenie. Robert, słysząc o tym, że jego sąsiedzi "przecież
zapłacili i mają prawo wymagać", wzruszył ramionami. Wpakował komórkę i komputer
do torby, spojrzał za okno, gdzie nadal nie było nic widać i dyskretnie rozpiął
pas. Czerwone światełko w toalecie znikło, więc zdecydowanym krokiem wszedł do
kabiny. Tutaj szum silników brzmiał znacznie silniej, może wzmacniany
blaszanymi, chromowanymi ścianami pojemników na odpadki. Nie był to już
jednostajny, spokojny odgłos dobrze pracującej maszyny - odniósł wrażenie, że
wirniki obracają się z najwyższym trudem.
Wrócił na miejsce i skulił się przy oknie. Kątem oka zauważył, że samolot
gwałtownie zniża się ku ziemi, choć w zasięgu wzroku nie było widać żadnych
urządzeń lotniskowych. Wysunęło się podwozie i Robert zobaczył, że pod kołami
pojawia się nie pas startowy, ale przecięta przerywaną kreską linia autostrady.
Oślepiającymi światłami migały nadjeżdżające samochody. Sięgnął po klamrę pasa,
ale była za daleko. Przeciążenie wbiło go w fotel i stracił przytomność.
* * *
Atak wirusów zapowiadany był od dawna. 9 lipca nie był żadną datą
szczególną, ale już od paru tygodni wszystkie portale internetowe ostrzegały, że
tego dnia hakerzy wpuszczą do sieci nowego, super-groźnego robaka, który może
zniszczyć wszystkie systemy, korzystające z Internetu. Niektórzy uprzedzali, że
robak będzie w stanie przenosić się także i powielać między telefonami
komórkowymi, przynajmniej tymi, korzystającymi z WAP-u. Bożena, funkcjonująca
jako naczelny informatyk w redakcji "Świata Mody", uważała, że to kolejna
fałszywka, których pełno było w ostatnim czasie w sieci, a które miały za
zadanie napędzanie klientów korporacjom, sprzedającym programy antywirusowe.
Rzeczywiście, poza Microsoftowskim imperium Billa Gatesa to właśnie Symantec
Corporation, właściciel programu Norton Antivirus, a na gruncie polskim -
MKS-VIR, rozwijały się najlepiej, co tylko dowodziło - jak uważała Bożena - że
najbardziej można się wzbogacić na cudzej krzywdzie.
Najnowszy numer tygodnika był już złożony, jak zwykle - z dwutygodniowym
wyprzedzeniem. Bożena, lubiąca pracować wolno i systematycznie, nie wyobrażała
sobie pracy w dzienniku, gdzie nikt nie zastanawiałby się ani nad układem, ani
nad estetyką... W "Świecie Mody" każda strona była dopieszczonym arcydziełem i w
znacznej mierze była to zasługa Bożeny i jej najbliższego przyjaciela - Jacka,
redakcyjnego grafika, z którym pracowało się jej najlepiej i rozumieli się jak
stare dobre małżeństwo. Przyjaźnili się od czasów licealnych i naturalnie
wszyscy w redakcji traktowali ich jak parę, nie tylko dlatego, że pracowali
razem całymi dniami, a niekiedy i nocami, ale w dodatku mieszkali w jednym domu.
Gdy zaczęło powstawać Osiedle Tęczowe na Wilanowie, Jacek, który robił tam
projekty designerskie, zaproponował Bożenie, że na preferencyjnych warunkach
załatwi jej dwa pokoje z kuchnią na pierwszym piętrze. Tuż pod nim. Zgodziła się
z ochotą i teraz rzeczywiście mieszkali w zasadzie razem, choć tylko oni
wiedzieli, jak pilnie oboje strzegą swej niezależności.
Bożena od dwóch lat kochała się beznadziejnie w innym redakcyjnym koledze,
który lubił ją, jak wszyscy, ale nie poświęcił jej nigdy ani minuty dłużej, niż
było to niezbędne. Bożena oczywiście wiedziała, że Robert prowadzi skomplikowaną
logistycznie rozgrywkę między pracą, domem, a pewnymi pasjami zewnętrznymi i na
dodatkowy romans w jego życiu po prostu miejsca już nie ma. Ponadto - tak samo w
gruncie rzeczy jak ona - uważał, że w pracy nie ma czasu i warunków na
jakiekolwiek układy nie-zawodowe. Choć wiedziała to wszystko, to jednak nie
chciała związać się z nikim innym. Zakrzepła w swoim 30-paroletnim
staropanieństwie tak, że wystarczało jej, że raz na jakiś czas zamieni z
Robertem kilka zdawkowych słów, czasem mu zrobi kawę, przyniesie z domu świeżo
upieczone ciasto, czy zrobi mu kanapki. Zjadał je chętnie, rozglądając się
jednak ostrożnie, czy nikt nie widzi tego nieuprawnionego karesu.
A Jacek był gejem i też się kochał w Robercie. Bożena o tym nie wiedziała,
ani Robert, ani nikt, bo była to miłość beznadziejna i platoniczna, jak zwykle u
kogoś, kto wie, że nigdy nie stanie się obiektem zainteresowania tej osoby, na
której mu najbardziej zależy. Więc kolegowali się po męsku, wypijając
sporadycznie piwo po jakiejś męczącej naradzie czy kłótni projektowej. W
"Świecie Mody" poza nimi dwoma był jeszcze tylko jeden mężczyzna, zatrudniony na
organizacyjnym stanowisku sekretarza redakcji, o wiele od nich starszy i nie
utrzymujący żadnych kontaktów z pracownikami. Nikt go nie lubił, ale był
szwagrem dyrektora wydawnictwa, a poza tym to on rozdzielał zaproszenia na
delegacje zagraniczne i ogólnie trzymał kasę. Prawdę powiedziawszy to on, a nie
histeryczna naczelna, kierował pismem.
Bożena zdawała sobie sprawę z preferencji Jacka i nie tylko jej to nie
przeszkadzało, ale bardzo to akceptowała. Mieli podobny gust i podobny sposób
myślenia. Różniło ich tylko jedno - Jacek nie tylko nie znał się na komputerach,
ale wręcz ich nie cierpiał. To znaczy, oczywiście, pichcił swoje projekty na
prywatnym Mackintoshu, ale nigdy nie pozwolił go podłączyć do sieci, a poza tym
z całego posiadanego oprogramowania korzystał tylko z edytorów grafiki, nie
używając niczego więcej. Toteż zupełnie nie przejmował się wirusowymi
ostrzeżeniami i 9 lipca przyszedł do pracy bez żadnych emocji. Bożena tym razem
została na noc w firmie, czekając na to, co się stanie, by w razie czego ratować
lokalną sieć. Naturalnie, zadbała o sporządzenie kopii wszystkich ważnych
danych, tekstów i fotografii, oryginalne płyty z oprogramowaniem były zamknięte
w szafie pancernej, ale ponieważ ostrzeżenia tym razem brzmiały nadzwyczaj
poważnie i powtarzały je przez kilka dni wszystkie media - chciała być na
miejscu w razie potrzeby.
Ale nic się nie stało poza tym, że Jacek wszedłszy na palcach do jej pokoju
zauważył, że Bożena śpi z głową na biurku, a jej kciuk bezwiednie naciska
klawisz "zero" z klawiatury numerycznej, co spowodowało, że na ekranie cały czas
pojawiały się zera. Jacek oczywiście pomyślał, że to jest właśnie ten wirus i że
on zaatakował nie tylko komputer, ale i samą informatyczkę. Rzucił teczkę na
ziemię, podbiegł do Bożeny i potrząsnął jej ramieniem, potrącając stojącą obok
filiżankę kawy. Kawa zalała klawiaturę oraz rękaw białej bluzki Bożeny i to były
jedyne komputerowe problemy tego dnia.
Drugim, dla Bożeny dotkliwszym problemem, był wyjazd Roberta do Londynu. Jak
zwykle jechał tylko na trzy dni - wylot w południe, doba pobytu, powrót po
południu następnego dnia - i nie czas rozstania ją przygnębiał, tylko radość, z
jaką Robert zawsze przyjmował takie zlecenie. Delegacje do Nowego Jorku, Japonii
czy Kairu, trwające dłużej, nie irytowały jej wcale. Tylko na słowo "Londyn"
reagowała nerwowo, wyczuwając, że jest to miejsce, które stanowi dla niej
znacznie gorszą konkurencję niż wszystkie inne.
9 lipca aż do wieczora był spokój. Numer szedł do druku 12-go, więc czekali
jeszcze tylko na relację z Londynu i na reportaż z pokazu mody w Paryżu, który
robiła sama naczelna, a jej jednej wolno było dawać teksty na ostatnią chwilę.
Wysłane mailem zdjęcia z restauracji "Jules Verne" na Wieży Eiffla, gdzie tym
razem odbywał się pokaz, przyszły 10-go i Jacek przez pół nocy zestawiał z nich
rozkładówkę. Tym razem Bożena pojechała jego samochodem do domu, a on został na
dyżur w redakcji. Wymienili się dopiero nazajutrz w południe, kiedy to Jacek,
zgodnie z obietnicą, miał wyskoczyć na godzinę po Roberta na lotnisko, żeby
przywieść go do redakcji i złamać ostatni tekst.
W południe 11 lipca zaczęły gasnąć jeden po drugim wszystkie monitory
redakcyjne. Pojawiał się na nich niebieski ekran z jadowicie zielonym napisem I
am, however!. Na serwerze redakcyjnym oraz na faksie sekretarza redakcji ukazał
się, napisany w doskonałej polszczyźnie, list informujący, że skończyła się
epoka podkładania bomb i zamachów samobójczych, bowiem cywilizacja Zachodu sama
sobie przygotowała okrutny los, oddając się w tak bezwzględny sposób w niewolę
technologii informatycznej. I właśnie oni, Hakerzy Proroka, korzystają z tego,
zdalnie i bezpiecznie niszcząc najpierw najwierniejszych sojuszników Ameryki,
potem ją samą, a jeszcze później cały zepsuty świat Komputerlandii. Mieliście
szansę, niewierni. Ostrzegliśmy was. Jeszcze wczoraj mieliście szansę. Dziś
zginiecie w chaosie, który sami stworzycie, gdy opuści was wasz Prorok -
komputer. Pod spodem przewijał się w pętli ten sam tekst po angielsku,
hiszpańsku, japońsku i arabsku.
Sekretarz redakcji pękał ze śmiechu. Zadzwonił do "Wyborczej", ale tam
nikomu nie było wesoło. Z maszyny zniknął cały skład jutrzejszego numeru,
księgowa nie mogła wysłać do banku zlecenia na wypłatę wierszówki, a w gabinecie
naczelnego wyłączył się cały system podsłuchowy. Rozmowa zresztą nie mogła
zostać dokończona, bo telefon redakcyjny nagle zamilkł.
- Robert! - krzyknęła Bożena i wybiegła na ulicę. Na postoju nie było żadnej
taksówki. Wystukała na komórce numer Jacka. Odebrał natychmiast i ze spokojnego
tonu jego głosu wywnioskowała, że wszystko jest w porządku.
- Tak, wszystko w porządku - potwierdził - wszyscy tu mówią o jakimś nowym
kawale tych waszych hakerów komputerowych, ale to zdaje się jakaś lokalna
sprawa, bo jak dotąd lotnisko działa normalnie, właśnie zapowiedzieli samolot
Roberta, potem ma lądować szefowa z Paryża. Zabiorę oboje jednym kursem i
przywiozę do redakcji.
- Dobra, to ja tymczasem zrobię zakupy na wieczór. Odwiozę do domu i potem
jeszcze przyjadę do redakcji.
- Poczekaj, coś mówią...
Ale Bożena już wyłączyła telefon, bo nadjeżdżał autobus do Wilanowa. Jacek
wysłuchał komunikatu, zapowiadającego opóźnienie samolotów z Londynu i z Paryża.
Zamówił kawę w lotniskowym barze i zapatrzył się w telewizor, na którym za
chwilę miały się pojawić popołudniowe wiadomości. Zamiast nich jednak, bez
głosu, na wszystkich ekranach pojawił się komunikat Hakerów Proroka. Zamilkły
rozmowy i wszyscy bez ruchu wpatrywali się w elektroniczną tablicę przylotów, na
której majestatycznie, powoli znikały wszystkie napisy. Nad oszklonym ażurem
wieży kontrolnej jedna po drugiej zatrzymywały się anteny radarów. Jak nożem
uciął, umilkły sygnały telefonów komórkowych. Aż wreszcie Jacek zobaczył, jak
nad płytą lotniska zza nisko wędrujących chmur wyłaniają się ogromne sylwetki
dwóch samolotów, które pozornie lekko ocierają się o siebie skrzydłami i jakoś
tak niezgrabnie, powoli, rozpadają się w powietrzu i pikują wprost na niego,
ciągnąc za sobą niewiarygodnie białe kłęby dymu. Ostatnim widokiem był
absurdalnie długi sznur waliz i toreb podróżnych wysypujący się z boku jednego z
boeingów, jak wnętrzności z ciała rannego zwierzęcia. Wybuchu, który zniósł
lotnisko z powierzchni ziemi, już nie usłyszał.
Słyszała go za to cała Warszawa, której najbardziej południowa część
zamieniła się w kupę gruzów. Jedna po drugiej wybuchały stacje benzynowe i
pożary ogarniały coraz to nowe obszary. Stawały tramwaje, choć prąd był, ale
elektronicznie sterowane rozjazdy zablokowały się w kilka minut i sparaliżowały
komunikację. Ludzie w panice zaczęli opuszczać miasto i przeładowane samochody
utworzyły gigantyczne korki na wszystkich drogach wyjazdowych. Jednak po paru
godzinach miasto opustoszało, a większość mieszkańców kierowała się w stronę
sąsiednich miejscowości. Tam jednak było to samo - paraliż elektroniczny dotknął
cały kraj i przesuwał się wolno za jego zachodnią granicę. Nie było łączności,
nie było komunikacji, zablokowały się wielkie markety, i tylko małe sklepiki po
paskarskich cenach wyprzedawały ostatnie zapasy. Ludzie wyszarpywali sobie z rąk
czerstwy chleb, worki mąki, cukier, sól, świece.
***
Ocknął się z bólu i braku powietrza. Z rany w nodze sączyła się
krew, wsiąkając powoli w sztywniejące dżinsy. Leżał w śmierdzącej kałuży, w
której z wodą przydrożnego bajora mieszała się benzyna z przewróconej cysterny,
która połową swojego cielska zwisała z mostu nad rzeką. Z trudem podniósł się na
nogi i niepewnie stanął. Było zimno i ciemno, choć na wschodzie niebo jaśniało i
wyglądało na to, że niedługo zacznie się dzień. Zorza pełgała też na północy i
zachodzie i to go trochę zdezorientowało. Powoli przypominał sobie, co się
stało. Musiał przeleżeć w tej kałuży kilkanaście godzin. Co najmniej, bo mogło
to być więcej jak doba. Nie miał zegarka - korzystał tylko z zegarka w
telefonie, a ten zapodział się nie wiadomo gdzie. Pomyślał, że na pewno się
przeziębi i że znowu będzie musiał jak szczeniak usprawiedliwiać w domu swoje
spóźnienie. Potem pomyślał o samolocie i wypadku przy lądowaniu i niepewnie
rozejrzał się dookoła, bojąc się zobaczyć jakieś ludzkie szczątki. Nie było
widać ani zwłok, ani rannych. Ani samolotu czy też tego, co mogło z niego zostać
po zderzeniu z autostradą i kilkunastoma samochodami. Nie miał też bagażu,
komputera ani komórki. Otarł twarz wilgotnym rękawem i poczuł benzynę. To
zmobilizowało go do wygrzebania się z bajora i mozolnego wdrapania się na nasyp
drogi. Lada moment mógł przyjechać jakiś samochód i cały ten balagan mógł stanąć
w płomieniach.
To była jakaś boczna droga, a nie czteropasmówka z Warszawy do Grójca. Musiał
wylecieć z maszyny zaraz po wybuchu, bo nie był przypasany do fotela, nie
zdążył. Kabina pękła i wyssało go na zewnątrz. Miękka łąka i błoto zamortyzowały
upadek. Samolot poniosło dalej i pewno spalił się doszczętnie, razem z całą,
prawidłowo przypiętą pasami, zawartością ludzką. Wyglądało na to, że Robert nic
nie ma poważnie uszkodzonego, choć ręką ruszał z trudem, z trudem też oddychał,
ale nie wiedział czy to skutek pęknięcia żeber, czy wielu godzin przebywania w
oparach benzyny. Światła miasta jaśniały z lewej, więc krok za krokiem zaczął
posuwać w tamtą stronę. Droga była pusta, tylko co jakiś czas napotykał na
rozbite, a czasem tylko porzucone samochody. Nie potrafił sobie wyobrazić, co
mogło spowodować taki kataklizm, zresztą nawet nie próbował. Skupił się na
sobie, na najoszczędniejszym pokonywaniu drogi. Aby do tamtego drzewa, wtedy
odpocznę. Jeszcze dziesięć kroków. Jeszcze dwadzieścia. Jeszcze trzy.
Wydawało mu się, że śpi, idąc. Że to wszystko mu się śni, że obudzi się za
kilka minut w przytulnym, skromnym, ale artystycznym mieszkanku Marissy przy
Bedford Garden i powie jej:
- Wiesz, darling, co mi się śniło! Okropność, wyobraź sobie....
A ona położy mu na usta mały palec, uśmiechnie się samymi kącikami i powie:
- Mam ci się śnić tylko ja... Pamiętaj...
Tablica z nazwą Warszawy pojawiła się przed nim, gdy słońce stało już wysoko
na niebie, ale wciąż szedł i szedł, nie czując bólu ani nie zastanawiając się
nad tym, co się stało, nawet nie myśląc o tym dlaczego dotąd nie spotkał żadnego
żywego człowieka, ani o tym, co się dzieje z jego rodziną i czy ma po co iść
tam, dokąd idzie. Wiedział, że jak stanie, to się przewróci i już nie podniesie.
Więc szedł. Drogowskaz leżał na ziemi, najwidoczniej potrącony przez jakiś
jadący nieuważnie samochód i tylko dlatego go zauważył, bo od dawna już nie
rozglądał się na boki. Ale teraz musiał iść bardziej uważnie, bo co chwilę drogę
tarasowały barykady z ciężarówek, autobusów i samochodów osobowych. Obchodził je
starannie szerokim łukiem i wracał z powrotem na główną drogę.
O zmierzchu zobaczył pętlę autobusową koło cmentarza i po prawej stronie
drogowskaz do muzeum w Pałacu Wilanowskim. Uświadomił sobie, że tu niedaleko
mieszkają Bożena i Jacek. Przypomniał sobie, że Jacek miał czekać na niego na
lotnisku i pewno czekał, zanim... to wszystko się stało. Przypomniał sobie też,
że Bożena zawsze robiła mu świetną kawę, czasem przynosiła ciasto i kanapki.
Zastanowił się przez moment, czy jest głodny. Chyba jednak bardziej chciało mu
się spać.
Dom był otwarty, na podjeździe paliło się światło, w garażu nie było
samochodu. Zadzwonił do otwartych drzwi, ale nikt się nie odezwał. Wszedł na
górę.
W całkowitej ciszy przeczytał komunikat na niebieskim ekranie włączonego
telewizora. Podniósł słuchawkę telefonu, ale sygnału nie było. Wyłączył
telewizor i poszedł do łazienki. Z sykiem bólu oderwał przyklejone do
skaleczonej nogi dżinsy i wrzucił je do pralki. Nad wanną był elektryczny
bojler, więc ostrożnie odkręcił kurki i po chwili zanurzył się w letniej wodzie.
Z trudem powstrzymując senność wytrzymał w niej kilka minut, wytarł się wielkim,
szorstkim ręcznikiem i nałożył z powrotem bieliznę i koszulę - jakoś wydało mu
się niestosowne paradować bez ubrania po mieszkaniu Bożeny, nawet pod
nieobecność gospodyni.
Balkon wychodził na ulicę i doskonale widać było pobliskie skrzyżowanie.
Miasto było wymarłe. Nie chodzili ludzie, nie jeździły samochody, nie było
autobusów ani tramwajów. Robert patrzył zafascynowany, jak w ustalonym kiedyś
rytmie zmieniają się światła, regulując ruch, którego nie było. Zielone - żółte
- czerwone - żółte - zielone - żółte - czerwone...
Siadł w fotelu. Za oknem śpiewał słowik. Na wieży nieodległego kościoła zegar
wybił dziewiątą wieczór. Zielone - żółte - czerwone - żółte...
Trzask zamykanych drzwi.
- Szukałam cię - powiedziała Bożena, ledwo słyszalnym głosem - wołałam...
Obeszłam całe lotnisko. Nie było cię. Przyniosłam kanapki, trochę może się
zeschły, bo to już dwa dni tak chodzę. Kupiłam coś na kolację, a jutro się
zobaczy. Zjesz?
Wyciągnął rękę bez słowa i potem żuł starannie, unikając jej wzroku
zranionego psa. Przetarł oczy i zapytał, wskazując brodą do góry:
- Jacek?
Pokręciła głową, w jej oczach pokazały się łzy.
- Wiesz coś o mojej rodzinie?
Bez słowa rozłożyła ręce. Milczeli.
- Jak było w Londynie? - spytała, nie patrząc na niego.
Roześmiał się.
- Dostałem pracę! Popatrz! - sięgnął do kieszeni koszuli i wyciągnął z niej
prostokącik kartonu, udający kawałek drewna - Naczelny "Timesa" zaproponował mi
angaż.
- Od kiedy miałeś zacząć?
- Już zacząłem. Zrobiłem reportaż z końca świata.
Zmiął wizytówkę i wyrzucił przez okno. Na skrzyżowaniu jednostajnie
zmieniały się światła: zielone - żółte - czerwone - żółte - zielone - żółte -
czerwone...