Miejski Ośrodek Kultury w Nowym Targu

 

Spotkania literackie

 

Wydawnictwo

pod redakcją Macieja Pinkwarta

 

Nowy Targ 2004


 

Elżbieta Samsel-Czerniawska (Świebodzin)

 

Tulombo

 

 

Przeciętny facet kojarzy mi się ze słoniem. Nie to żeby taki duży, czy żeby wielkie serce miał i nawet nie o tę trąbę chodzi, choć przyznaję, że akurat grubość skóry przeciętnego mężczyzny jest podobna do tej skóry słonia - no i oczywiście najładniej wyglądałby na półce nad kominkiem... Po prostu jak widzę wyczucie taktu, subtelność czy choćby zdolność przewidywania przeciętnego przedstawiciela płci przeciwnej - to tak jak bym oglądała słonia, ze słoniowym wdziękiem wkraczającego w mój różany ogródek. Myślicie, że facet zdałby sobie sprawę, że kwiaty podeptał? Ktoś, kto pisał piosenkę „Każdy facet to świnia” powinien jednak o słoniu pomyśleć.

Taki choćby mój ślubny - facet wykształcony, inteligentny (oczywiście na ich pokrętny sposób), nawet z nim porozmawiać można, oczywiście na mało subtelne tematy i w pracy sukcesy odnosi. Zdawać by się mogło - mądry. No i kto mi w logiczny sposób wyjaśni zaistniałą ostatnio sytuację? Wchodzimy do dużego marketu w mieście prawie wojewódzkim (znaczy wojewódzkim do ostatniej reformy terytorialnej), a tam - przecena. Ja to się w nich lubuję, ale żeby mój mąż? No i ta oto moja „inteligientsza” (nie mylić z bardziej inteligentną) połowa widzi żarówkę Philipsa energooszczędną. I TO Z SZEŚCIOLETNIĄ GWARANCJĄ! Czegóż więcej chcieć od życia? Aż widać, jak tłucze się to po tej jego ślicznej główce, bo tu akurat trzeba mu sprawiedliwie oddać - ładny z niego facet.

- Mycha – mówi do mnie moje szczęcie – kupimy do nowego żyrandola w kuchni i na dłuższą metę zaoszczędzimy.

- Dobra - odpowiadam po uprzednim sprawdzeniu ceny - 29,99 nie majątek.

 Na co moje rozpromienione kochanie ładuje do koszyka 75-watowe cacko.

- Przemek, dla nas jest setka potrzebna - tłumaczę.

Ale bo to ci taki baby posłucha? Jego męska duma (czytaj: próżność) do końca życia by mu spokoju nie dała. Piętnaście minut tłumaczyłam z iście anielskim spokojem, z wprawą cierpliwej matki, bo mam w tym doświadczenie - w końcu dwójki dzieci się dorobiliśmy. Córki są to niestety, więc jednak może za mała ta moja wprawa w prostym i jasnym tłumaczeniu, córkom mniej tłumaczyć muszę. Jak już to moje szczęście stwierdziło, że się na prądzie lepiej zna ode mnie, bo w końcu elektronik z zawodu (z fakultetem i uprawnieniami elektryka na dodatek) to już był koniec rozmowy, choć mógłby posłuchać argumentu o tym, że to ja od pięciu lat małżeństwa żarówki do kuchni kupuję i chyba wiem, jakie? Postawił na swoim! No, bo jakże by inaczej? I co? Przyjeżdżamy do domu, mój mąż żarówkę wkręca, pstryczkiem światło pstryka i „ta-dam”... Co widzi? Nic nie widzi, bo ciemno jak u sąsiadki w składziku.

- Trzydzieści złotych w plecy - kwituję półgębkiem.

- 29,99 - upomina mnie z wyższością.

- Szczególnie jak do tego jeszcze trzy złote za zły worek do odkurzacza z zeszłego tygodnia dodać - mówię lekko już poirytowana.

- Nie przy dzieciach - upomina mnie mój mąż.

A bo to ja się kłócę czy co? Po prostu mu się rachunki pomyliły - a co jak co, ale liczyć to on umie. Tryumfuję! Choć broń Boże nie mówię „a nie mówiłam”? Przyczyna jest prosta: czytałam ostatnio jedną książkę autora płci przeciwnej i on się w tej książce zaklinał, że do faceta „a nie mówiłam” mówić absolutnie nie należy. I ja się z nim zgadzam. Ma gość rację! W końcu strasznie monotonne by było powtarzanie „a nie mówiłam” po paręnaście razy dziennie...

Widziałam też jednego razu tytuł „Mężczyźni są z Marsa”. Ja osobiście twierdzę, że pomimo iż mamy jeden kosmos, to oni nie z tego naszego kosmosu pochodzą, już o układzie słonecznym nie wspomnę. Bo tak dla przykładu to moje słońce uwielbia mówić o swojej pracy. Chwali się przy tym niemiłosiernie, jaki jest tam niezastąpiony i powiada, że nareszcie ktoś go docenił. A niby komu te sukcesy zawdzięcza? Kto go niby do zmiany pracy namówił jak mu szef podwyżki obiecanej nie dał? I co się stało? Firma, z której się zwolnił, po miesiącu padła! Gdyby nie ja, to by na ten swój sukces na zielonej trawce z kosiarką pracował. Ale jak go zapytasz, dzięki komu osiągnął to wszystko, to pręży tę swą pierś cherlawą i słowem o swojej mądrzejszej połowie nie wspomni.

A ostatnio to niby jak było? Od pół roku to moje słonko jak wół pracuje. W firmie dwa lata siedzi, ale już po trzech miesiącach umiał rzeczy, których inni przez pięć lat w tym zakładzie się nie nauczyli. I co robi moje szczęście? Nic nie robi! I w tym właśnie problem, a ja mu wałkuję od miesięcy żeby o podwyżkę się starał. Prośbą, groźbą i nic. W końcu temat przerobić musiałam w małżeńskiej sypialni. No i na drugi dzień jak do niego do pracy dzwonię to on mi z tekstem, żeby broń Boże mu nie przeszkadzać, bo o „naszej przyszłości” debatuje. Wraca do domu i o awansie i podwyżce od progu krzyczy. I czy nie można było prościej? Trzy miesiące użerania się i dopiero posłuchał.

I kto po takim czymś na heterę w tej rodzinie wychodzi? A ja, dla jego dobra. No i niech ktoś mi powie, że branie pod włos po pięciu latach faceta jest normalne. To znaczy, ja wiem, że jest normalne, bo z nimi inaczej się nie da, ale czy ja jakaś małolata jestem, żeby się w gierki z moim ślubnym zabawiać?

Od miesiąca dla przykładu grzecznie proszę: kochanie, zrób w łazience instalację elektryczną (bo remont mamy) i szwagier kafelków bez tego nie ułoży. No, więc pewnej pięknej wolnej soboty zabiera się mój ślubny za elektrykę. Po piwko mnie wysyła, bo mu się przy piwku lepiej robi. Po godzinie stania, debatowania jak kable położyć stwierdza, że puszek takich co mu potrzebne - nie ma. Koniec pracy. Piwko można spokojnie w pokoju przed telewizorem wypić. W poniedziałek po pracy moje szczęście już psychicznie nastawione, z puszkami co mu je kupiłam, rytuał powtarza – tym razem kostek brakuje. Godzina osiemnasta, sklepy pozamykane. Cóż będę przynudzała – miesiąc to trwało.

Mój mąż jak zrobić wylewkę nie wie, bo inżynier elektronik. A ja wiem, bo jak mi podłogę w kuchni ze szwagrem spartaczył, to się dowiedziałam. Do doradcy z „Atlasa” zadzwoniłam, wszystkich znajomych inżynierów budowlanych wypytałam, w każdym sklepie z kafelkami głowę zawracałam i wiem! Dlatego na podłodze w łazience pod moje dyktando zrobionej fugi nie pękają tak jak w kuchni. Ale zwróć mu broń Boże uwagę, że coś spartaczył... Lepiej niż kobieta potrafi się najeżyć.

Tak więc widzę co dwa tygodnie jak nasz podział obowiązków pada, to znaczy przestaje być podziałem, bo wszystkie obowiązki metodą spychoterapii lądują na mojej skromnej osobie. Miesiąc po ślubie, jak jeszcze na tyle w życiu małżeńskim nie byłam obeznana, że nie wiedziałam, iż po prostu co dwa tygodnie karczemną awanturę należy serwować, tłumaczę mu spokojnie, że się nie wywiązuje z tych swoich obowiązków. Co na to mój świeżo upieczony małżonek? Ze zbolałą miną, że przecież tak się stara, bo tyle rzeczy łaskawie zrobił, a że następnych tylu zrobić nie zdołał, to o to tyle krzyku? Więc ja go słodko uprzedzam – kochanie, jutro od razu przyjdź do domu, bo pyszny obiad serwuję. Patrzy się moje kochanie na mnie oczyma okrągłymi i z podziwu wyjść nie może, jaka to ze mnie zgodna małżonka. Wraca na drugi dzień, a ja mu wyśmienite ziemniaczki z cukinią podaję, suróweczkę palce lizać na talerz nakładam, życzę smacznego i zaczynam jeść. On do mnie:

- A mięsko gdzie?

A ja w płacz:

– Ja ci wczoraj nie wypominałam, jak ty tylko część swojej pracy wykonałeś!

Myślicie, że się czegoś nauczył? Wczoraj na przykład jak mnie potraktował? Nigdy bym się po nim nie spodziewała i to przez co? Przez głupią żarówkę energooszczędną całą resztę zaufania do niego straciłam. Nóż w plecy mi wbił i to przy obcych na dodatek! No, ale to później. Kupiłam tę żarówkę o właściwej mocy - znaczy setkę, bo akurat w mieście dawniej wojewódzkim byłam. I co? Przyjeżdżam do domu, żarówkę wkręcam i nic nie wróży nieszczęścia jakie w postaci Renaty – mojej koleżanki na mnie spadnie. No więc wchodzi ta Renata z moim ślubnym razem, jakby się umówili, żeby mi życie uprzykrzyć. A ja wkręcam żarówkę. Pstryczkiem pstryk – i co widzę? To samo co poprzednio. Głupio mi jak jasna cholera, bo mężowi mojemu ostatnio nawymyślałam, ale robię minę dobrą i na głos stwierdzam.

- Też wynalazek nam kazałeś kupić, chyba ze sto dwudziestkę by trzeba było. Do kitu te energooszczędne Philipsy.

- No bo ona musi się rozżarzyć – wtrąca się Renata.

No, taką mi dywersję zrobić! W moim własnym domu, moja własna koleżanka! Trochę taktu by mogła mieć i się między małżeństwo nie wcinać. Nikt ją o zdanie nie pytał. I pomyśleć, że miałam ją za najlepszą przyjaciółkę!

- Jak rozżarzyć? - interesuje się mój małżonek.

Taki nagle zainteresowany się zrobił. A mówił, że go nie obchodzi jak baby rozmawiają. No to po co się wtrąca jak z moją koleżanką gadam? W sklepie jak żarówkę kupował, to go nie interesowało czy się żarzy, czy gaśnie, czy świeci, czy inne tam takie. No i proszę, jaki z niego elektronik z fakultetem z elektryki! Nawet nie wiedział, że żarówka energooszczędna się musi rozżarzyć! I jeszcze może nauki u Renaty (ekonomistki z zawodu) będzie pobierał. Zdrajca.

- No, ona się chwilę musi poświecić i jak się rozgrzewa, to zaczyna świecić jaśniej – odpowiada Renata.

O, jakieś ukryte talenty! Specjalistka od elektryki, żarówek i cholera wie, czego jeszcze, się znalazła. No, ładnie będą mnie we własnym moim domu szykanowali. Niedoczekanie!

- No faktycznie jaśniej, pewnie i ta 75 by była dobra - odzywa się moja mama, co niedawno moje córki przywiozła do domu.

I ty, Brutusie? Moja własna rodzicielka, co mnie swoją piersią do trzeciego roku życia karmiła! Na rękach nosiła, pieluchy zmieniała, śpiochy prała i inne! Świat zwariował! Toż przed chwilą nos w książce miała! Jak ją pytałam czy ziemniaki obierze to nie słychać było, a kiedy własnej córce trzeba kłodę pod nogi rzucić - to od razu to usłyszy. Jeszcze mi tylko moich córek brakuje, co by mi gwóźdź do trumny wbiły!

- O, nową żarówkę mamy! – słyszę zza pleców – ta jaśniej świeci - mówi jedna z moich latorośli. Ta grzeczniejsza.

- Jasne, że jaśniej. W końcu sama ją kupiłam i dobrą, bo wiem, że do naszej kuchni setka potrzebna - dumnie prężę moje damskie walory.

- Tamta też by jasno świeciła gdyby jej mama szansę dała, ale mama się pomyliła - objaśnia cierpliwie mój wredny mąż.

Co to, to nie! Tak się nie robi. Jawne podważanie mojego autorytetu w oczach dziecka! Jak już się chce mścić, to nie przy dziecku i to tym grzeczniejszym na dodatek. Już otwieram usta, żeby mu to powiedzieć.

- A, znowu? Mama ostatnio cały czas się myli - stwierdza moje dziecko.

Dzieci to potrafią być okrutne. Żeby mi własna córka i to jeszcze ledwie od ziemi odrośnięta w ten sposób mówiła? I to przy dorosłych. Berbeć smarkaty i to niegrzeczny na dodatek. A uczyłam ją, żeby się nie wtrącała jak starsi rozmawiają! Ja niby się mylę? No jasne, jakby oni wszyscy mieli tyle na głowie co ja, to też by się mylili. W końcu jestem tylko człowiekiem, a na trzy etaty pańszczyznę odwalam. Nie dość, że się dziećmi zajmuję, sprzątam i inne tam takie. To jeszcze po sklepach po śrubki, nakrętki, kafelki jeżdżę. Łazienkę projektuję, męża i szwagra poganiam, wylewki się robić uczę, reklamację na wannę i rachunek telefoniczny składam, śmieci wynoszę, opłatami się zajmuję i na głowie staję. BO MÓJ MĄŻ PRACUJE. A ja to niby, cholera jasna, leżę i tylko te wytresowane krasnoludki poganiam, co by za mnie pracę odwalały!

A, i jeszcze gotuję! No i nie dość, że gotuję, to nawet miłego słowa nie usłyszę. No, bo to tak ciężko przecież powiedzieć – dziękuję, kochanie, obiad był pyszny! Po co się narabiać, nie? Jasne, niech baba w piórka nie porasta. A jak zwrócę uwagę, że mógłby choć powiedzieć, że mu smakowało, to co on na to? „Przecież mi zawsze smakuje”. Hm... jakie to oczywiste, jakie słoniowate, typowo męskie... A jak ostatnio mu na złość zrobiłam, to się dopiero zdziwił. Jak po raz kolejny, że mu zawsze smakuje usłyszałam, to mnie krew zalała. Pół dnia się męczyłam, żeby mu trzy surówki zaserwować, ziemniaczki skrobałam, aż do dzisiaj mam palce czarne. Ale wiadomo - młode lepiej oskrobane niż obrane smakują. „To komu będę dogadzała jak nie własnemu mężowi?” pomyślałam. O, ja głupia, zidiociała - tak jak bym nie mogła się domyślić, co nastąpi! No, ale to później. Więc do tych ziemniaczków schab zawijany z pieczarkami i żółtym serem, bo oni to lubią. I co? Nie dość, że dziesięć minut po czasie przyszedł to jeszcze zjadł, łaskawie podziękował i heja do komputera. Nawet talerza po sobie nie sprzątnął!

Szlag mnie trafił. Jeść nie skończyłam, od stołu wstałam, i pędem za nim do pokoju.

- Nie zapomniałeś o czymś? – pytam spokojnie.

- Ach tak, kochanie, przepraszam - odpowiada mi i wstaje.

Więc ja pełna ufności i wiary, że jednak zesłonienie to proces odwracalny, stoję w progu i czekam. Idzie. Pewnie mnie zaraz przytuli i powie, że niczego lepszego w życiu nie jadł. Mija mnie. Ach, teściowa zawsze mówiła, żeby nie przez próg – pewnie mu się przypomniało. Tak. Akurat! Stałam tam jak idiotka z przymkniętymi powiekami, czekając aż mnie pocałuje. A on poszedł do kuchni, talerz do zlewu włożył i z powrotem do komputera. Zdębiałam. Po prostu najnormalniej w świecie mnie zatkało. Stoję więc jak niemowa w tym progu, a on się od monitora odwraca i pyta:

- Coś się stało, kochanie?

No nie, tego już za wiele!

- Nie, nic, słoneczko – mówię słodkim jak miód głosikiem - Po za tym, że cały dzień robiłam obiad, żeby ci smakował i nawet miłego słowa nie usłyszałam to, cholera! nie stało się nic - kończę nieco mniej słodkim tonem.

- Powiedziałem „dziękuję” - tłumaczy się po słoniemu, reprezentując wyjątkową grubość skóry.

- A może „dziękuję, było rewelacyjne”?! „Dziękuję, bardzo mi smakowało”?! „Dziękuję, kochanie, gotujesz najlepiej na świecie” i inne tam takie?! - krzyczę.

- I inne tam takie - odpowiada mój mąż i się śmieje.

Wyszłam. Normalnie bez słowa, bo by mnie krew zalała. Tylko drzwiami dla zaakcentowania trzasnęłam. W końcu się zorientował, o co mi chodzi. Błyskawicznie, nieprawdaż? Przewód myślowy to on ma. Tyle, że nie taki szybki, tylko taki długi.

- Przepraszam, kochanie - mówi wchodząc do kuchni - Przecież wiesz, że mi zawsze smakuje.

Niby mam być wdzięczna za tę wymuszoną namiastkę komplementu? Mam się poczuć łaskawie pochwalona? Jakbym Boga za nogi złapała, tak? Pełnia szczęścia, wybuch radości i inne tam takie? Ja mu pokażę!

OK. Chciał – będzie miał. Pięknym za nadobne! To moja dewiza od dzisiaj!

Wchodzi moje szczęście na drugi dzień do domu, a ja mu na stół ziemniaki stare z piwnicy w mundurkach podaję. Masełko do tego i sól, jak Bozia przykazała. Siedzi i patrzy się na mnie jak na kretynkę.

- Smacznego – mówię i zaczynam dzieciom te pyry z tych mundurków łuskać. Dobrze, że wcześniej kanapki jadłam.

- Smacznego - mówią zgodnie moje córki ze zbolałymi minami.

No proszę, jakie grzeczne i kulturalne. W końcu dobrze je wychowałam.

- To jest na obiad? – upewnia się mój mąż

Ha! Złapał przynętę.

- Przepraszam, kochanie, przecież wiem, że ci zawsze smakuje - tym swoim słodkim głosikiem odpowiadam.

- Nie bądź złośliwa - wyraźnie zirytowany mówi mój mąż.

- Nie przy dzieciach – ja mu na to.

No i pierwsza batalia wygrana! Ale to nie koniec, niestety. Tak już jest z moim mężem – za grosz subtelności, empatii jakiej i innych tam takich. Ot, chociażby jego poczucie obowiązku, a raczej jego brak. Wraca o tej dziewiętnastej z pracy, (szybko znaczy, bo normalnie to i o północy potrafi przyjść), zjada obiad odgrzany, chwali, więc jednak czegoś go nauczyłam. Nie jest to co prawda wyszukany komplement, ale nie będę się czepiała. No i do komputera biegiem jak by się bał, że to ostatnia minuta jego życia. Swoją drogą, to jak by mu ktoś powiedział, że przed nim tylko godzina życia, to by ją w pracy spędził lub przy komputerze właśnie. Stoję i patrzę. Ręce załamuję, bo jak już nakarmię dzieci, to muszę je wykąpać. Obie! A to wredniejsze dziecko (po nim, znaczy) drze się przy myciu głowy jak by kto je ze skóry żywcem obdzierał. Proszę więc pokornie mojego męża, żeby choć jedną wykąpał, a on mi na to:

- Mycha, zmęczony jestem, dopiero z pracy przyszedłem.

No jasne, a ja to cały dzień leżałam. Obiad sam się ugotował i jeszcze się odgrzał i na dodatek na stół postawił! Lepiej niż w „Stoliczku nakryj się”. Ha, ja to mam farta! Wszystko w moim domu się samo robi. Sprząta się samo, z dzieckiem lekcje też się samo odrabia, do szkoły ją samo odwozi, kolacje dzieciom robi samo, no i oczywiście karmi tą młodszą również samo! Tylko to samo się zmęczyło, cholera. Ale co mu będę od razu awantury robiła, może jednak zmieni zdanie.

- Kicia, też jestem zmęczona, jak je razem wykąpiemy, to szybciej będzie.

- Mycha, ja pracuję po dwanaście godzin dziennie.

No, tego już za wiele. To se powiedział. Ja mu zaraz udowodnię, kto tu jak pracuje!

- Tak się składa, że ja pracuje po 24 godziny na dobę, bo ty wracasz z pracy i masz z głowy! A ja nawet w nocy do Olki wstawać muszę! Jarek Renaty też pracuje i co? Dzieciom śniadanie robi, do przedszkola i żłobka je odwozi, jak z pracy wraca to jeszcze kolacje zrobi, a Renata mu obiady ze stołówki serwuje i przynajmniej ma czasu trochę dla siebie.

- Kochanie, Jarek Renaty jest więcej w domu, przy tym zarabia trzy razy mniej niż ja, i dlatego Renacie pomaga, bo ona też pracuje - tłumaczy mi mój ślubny.

- A ja to niby, co do cholery robię? Ja nie pracuję?! Cały dzień książki czytam, paznokcie piłuję i latam jak ta wariatka z tymi maseczkami na tej twarzy?! Tak? – krzyczę - kiedyś to mi i śniadanie do łóżka podałeś w niedzielę i kolacje mi robiłeś i się o mnie starałeś jakoś! A jak już za ciebie wyszłam, to już nic nie musisz, tak? Kwiatka jednego od ciebie w przypływie łaski dostałam na pierwszą rocznicę ślubu, a później to już nie trzeba, co? Już cyrograf podpisany, baba na własność, więc po co się starać? Jasne, wielki dzięki - kończę pochlipując.

- Kochanie, wtedy studiowałem, a ty pracowałaś – zaczyna.

- Nie przerywaj mi do diabła jasnego jak mówię - teraz to już mi łzy jak groch z oczu płyną - Ty mnie po prostu nie kochasz i nie szanujesz, tak to właśnie wygląda! Skończyłam!

- Mycha, jak ci niby miałem te kwiaty dawać na tę rocznicę, skoro tak się paskudnie złożyło, że w delegacji byłem? Albo w pracy do późna! - odpowiada wytrącony z równowagi.

No i masz babo placek, zawsze znajdzie wymówkę. I co mam zrobić - sama te moje córki kąpię. Taki właśnie jest mój mąż. Zupełnie jak jego mamusia! Tak, bo teściowa też jest wredna. Dzwoni na przykład do mnie i pyta o synusia: A czy dojechał? - jak w delegacji. A czy w pracy? - jak nie w delegacji. A czy mu kaszelek przeszedł? - jak symuluje. A czy obiad mu podałam? – jak pora na śniadanie. A czy się dobrze czuje? - jak ma coś do zrobienia. A czy przyjdzie do mamusi? - jak akurat chcemy iść do kina. I tak w kółko. O moje samopoczucie to się nie zatroszczy. No jasne – synowa nie córka. Dobrze, że moje dzieci choć od czasu do czasu są miłe. Ot choćby ostatnio ta młodsza – podchodzi i mówi:

- Daj tulombo...

- Proszę dać!

- Proszę dać tulombo...

No i proszę, jaka sympatyczna. Żebym ja jeszcze wiedziała, co to znaczy to tulombo to bym jej dała. Prowadzi mnie więc to moje dziecko i paluszkiem na półkę pokazuje. I co wskazała? Mam ochotę powiedzieć „To nie tulombo, Dzidźka, to tatuś twój jak żywy”. Ale postanawiam sprawę przemilczeć i podaję jej tego słonia z tą tulombą. I od tej chwili znam zwrot nie-grzecznościowy, którym mojego męża będę raczyła.

- Ktoś puka – krzyczy moje starsze dziecko.

No tak! Jak zwykle. Że też tych ludzi kultury nie można nauczyć. Czy nie mogli by najpierw zadzwonić i zapytać czy mi ich wizyta odpowiada? Może właśnie akurat z moim ślubnym w pościeli figluję? Za grosz kultury! Mogę się założyć, że za drzwiami przedstawiciel płci przeciwnej stoi! Otwieram. Dobrze, że się nie założyłam. Renata.

Choć z drugiej strony z całą swoją gromadką, czyli synami, sztuk trzy.

- Mogę wejść? – patrzy na mnie tak jakoś dziwnie.

- Jasne. Na co czekasz? - odpowiadam.

- No bo nie zadzwoniłam, może czasu nie masz - tak jakoś przez zęby cedzi.

- Przestań, właź.

Też pomysły. Dzwonić jak się chce przyjaciółkę odwiedzić! Obcy to powinien, ale ona? Wchodzi, dzieci rozbiera i tak jakoś tym nosem siąpi.

- Właśnie się za obiad brałam – mówię nie świadoma jeszcze katastrofy.

- To może jednak sobie pójdę – mamrocze.

- Przestań! Coś ty głupia? Posiedzimy w kuchni, dzieciaki się razem pobawią i przynajmniej nie będą nam przeszkadzać.

Wchodzi i zapala papierosa. Ja rzuciłam. Miesiąc temu. Nie to, żebym taką potrzebę odczuwała, ale ciągle te fajki drożeją. Denerwuje mnie to, więc teraz tylko mąż pali i na straty finansowe rodzinę naraża. No i Renata pali. I dalej tym nosem pociąga. Chryste, jak ja tego nie znoszę. To już w kioskach chusteczek nie sprzedają? Odwracam się, żeby jej własną chustkę jednorazowego użytku zaoferować i widzę jak jej łzy ciurkiem po twarzy spływają.

- Co się stało? – pytam zaskoczona.

- Jarek mnie zdradza – duka zanosząc się od płaczu.

O, cholera jasna! Grom z jasnego nieba to by mnie mniej zaskoczył. Ręce mi opadają. Prowadzę ją do pokoju – kij z obiadem. Jak mój ślubny raz go nie zje to z głodu nie umrze. Boże, cała się trzęsie, słowa wymówić nie może. Wódki jej trzeba! Tylko, że nie mam wódki. To znaczy mam, ale taką na specjalne okazje, co mi ją mąż z Chin przywiózł. W środku butelki jest odlany szklany smok. Naprawdę ładna. Mieliśmy ją na komunię Agaty otworzyć. A, cholera, na komunii się nie pije! Otwieram chińską wódkę.

- Jak cię zdradza? - stawiam kieliszki i pytam.

Do pokoju wlatuje rozwrzeszczany przychówek - nasz wspólny. Coś by się z tymi dzieciakami przydało zrobić.

- Słuchaj, może odwiozę dzieci póki jeszcze nie piłam? – proponuję.

Kiwa apatycznie głową.

- Odwieź swoje, moje się same pobawią - odpowiada.

- Jedne i drugie chciałam - mówię – do mojej teściowej moje, do twojej twoje.

- Przestań, moja teściowa przez jedenaście lat raz najstarszego wzięła - jak młodszego rodziłam.

No tak matka Renaty zmarła, ojca nigdy nie znała, a teściową to ma taką… jak, jak jej syn. O cholera, ja to jednak mam dobrą teściową. Co piątek aż do niedzieli dzieci zabiera żebyśmy się jak młode małżeństwo czuli. Dzwonię do teściowej i proszę, żeby dzieci zabrała. Moje i Renaty – w komplecie. W końcu ma podwórko płotem otoczone, więc ich nawet specjalnie pilnować nie musi. Zgadza się, słysząc ton mojego głosu, chyba. I nawet po te nasze dzieci przyjeżdża. Dwa razy, bo w komplecie do auta nie wchodzą. Widząc zapłakane oczy Renaty nawet nie zadaje pytań. Wypijamy po kieliszku i Renata nalewa następnego. Cholera, w takim tempie to ja za 5 minut padnę. Ale ręce jej się trzęsą, te łzy ciągle z oczu płyną, więc nalewam kolejnego. Zapalam papierosa, bo i mnie te ręce zaczynają latać. Jak znowu podrożeją, to rzucę.

- Ze swoją sekretarką, cholera - chlipie Renata.

Po dwóch następnych wypitych kieliszkach i trzech spalonych papierosach się rozkręca. Byli u znajomych na imprezie. Trochę wypili, ale nie znowu tak dużo. Po jakimś czasie Renata zauważyła, że ta zdzira – sekretarka znaczy się - do jej męża przystawia. Zeźliła się okropnie, wcale jej się nie dziwię, i zażądała od ślubnego, żeby przyjęcie opuścił. Opuścił prawie jak mu przykazała. Problem w tym, że w towarzystwie sekretarki, a nie Renaty. Na noc do domu nie wrócił.

- Też miałam taki przypadek - tłumaczę jej - Do mojego męża się taka franca co to z nią kiedyś chodził zaczęła się dostawiać. Zdzira paskudna, tak się między małżeństwo ładować. Jak grosza nie miał, to go nie chciała, ale jak po świecie zaczął jeździć i dobrze zarabiać, to jej się od razu przypomniało.

 Opowieści nie kończę, głupio mi się jak jasna cholera robi, bo też jej przykład daję. Subtelnością iście tulombowatą się wykazałam. Mój mąż ze mną, a nie z tą małpą wyszedł z jednego przyjęcia i to sam z własnej nieprzymuszonej woli. Nawet mu sugerować nie musiałam. Taki subtelny.

Renata płacze. Staram się ją pocieszyć, ale nie bardzo wiem jak. Opowiadam jej, że wszyscy faceci są tacy sami. Wredni i nieczuli. I znowu jak idiotka się zachowałam. Nawet mi to Renata otwarcie mówi.

- Głupia jesteś. Masz kochanego męża, dobrą teściową i tego nie doceniasz. Co z tego, że ci twój elektrykę miesiąc robił? Ale zrobił! Ja to albo sama uszczelki zakładałam, albo fachowca po roku czekania wzywałam. To mi jeszcze Jarek ubliżał, że kasę w błoto wyrzucam, bo on by zrobił. Może i za rok, ale dziesięć złotych by w kieszeni zostało. Szanuje cię twój Przemek i nawet złego słowa o tobie nie powie. Ja to ciągle słyszałam, że głupia kura domowa jestem jak sobie z mamusią popili. Ladacznicą to dwa miesiące po ślubie zostałam, a twój mąż nawet „głupia” o tobie nie powie. Jak ostatnio mi komputer naprawiał i akurat obiad jedliśmy i go chciałam poczęstować, to wiesz co powiedział? Że jest po obiedzie i na dodatek przejedzony, bo zawsze zje więcej niż powinien. Bo tak mu smakuje, takie dobre obiady mu gotujesz. Kasy zarabia dużo i nawet sobie nie zostawia, a mój Jarek, co? Jak im premię dali to mi łaskawie pozwolił żebym sobie krem na rocznicę ślubu kupiła. Tylko nie za drogi. Dał mi dwadzieścia złotych i jeszcze resztę kazał przynieść. Premię z kumplami przechlał. Twój to z tej pracy aby szybciej do domu leci i nawet na piwo z kolegami nie chodzi. A ty co, byś księcia na białym koniu chciała? - płacze Renata.

Ja też płaczę. Bo cholera ma rację. Tak mi głupio. No i znowu ja w tej rodzinie na heterę wyszłam. Chyba nawet słusznie. Się pierdoł czepiam zamiast na całokształt uwagę zwrócić. Wódkę dopijamy (no, nie całkiem bo kieliszek mężowi zostawiam, w końcu wypadałoby żeby komunijnej spróbował), ryczymy solidarnie i opowiadamy sobie jaki to ten świat jest pokręcony, a Jarek to w ogóle jest kawał …, dziad niemiły , …. …..., …., ….. , …. nienormalny. Nawet nie wiedziałam, że takie epitety znam. Ale, że by po jedenastu latach małżeństwa coś takiego zrobić to naprawdę trzeba być …, ….., ….. …., …..! W głowie mi się kręci. Renata też nie za specjalnie wygląda. Chyba jesteśmy pijane. Wchodzi mój mąż. Patrzy na nas i nic nie mówi.

- Kicia, zjesz obiad dzisiaj na mieście? – pytam.

Patrzy na mnie i chyba myśli, że mu znowu jakąś złośliwość szykuję. Wcale mu się nie dziwię, bo ostatnio sama siebie w tym prześcigałam.

- Nie miałam jak zrobić obiadu, kochanie - dodaję szybko - taką tu straszną sytuację mamy.

- Zjem kanapkę – patrzy już bardziej ufnie. Chyba go przekonałam.

Wraca z tą kanapką za chwilę i pyta, co się stało. Głupio mi cokolwiek mówić, bo w końcu może Renata sobie nie życzy.

- Rozwodzimy się z Jarkiem - wyjaśnia.

Jeżeli ktoś kiedyś chciałby ucieleśnić pojęcie „słup soli” to właśnie mojego męża powinien zobaczyć w tamtej chwili. Nawet żuć przestał i tak z tym chlebem w tej buzi siedział.

- Nie wiem co z dziećmi, z mieszkaniem i z udowadnianiem winy w sądzie - płacze Renata.

- Dobry adwokat powinien wszystko załatwić – odpowiada mój ślubny po przeżuciu.

Nienawidzę jak ktoś mówi z pełną buzią, tak jak na przykład Jarek Renaty.

- Na adwokata trzeba mieć pieniądze – chlipie Renata - a ja ani pieniędzy, ani rodziny co by mi pomogła nie mam.

- Przestań, pożyczymy ci, w końcu nie biedujemy. Na wieczne nieoddanie może być. Jak my potrzebowaliśmy, to też nam pożyczałaś. A rodzinę masz. No, może nie taką co to z krwi jednej, tylko taką trochę zastępczą, przyszywaną, ale jak będzie trzeba to ci dzieci dopilnujemy – stwierdza mój mąż

Renata ryczy. I ja ryczę, bo mnie aż gdzieś w dołku ściska. Taki dobry ten mój mąż. Taki czuły i kochany. Zachował się lepiej niż najprawdziwszy dżentelmen. Słów mi brakuje, więc tylko pochlipuję z Renatą do spóły. A on co robi? Jedzie po dzieci, przywozi, karmi i kąpie. Całą piątkę. Później kładzie je spać i informuje, że Renata będzie spała w gościnnym ze swoim najmłodszym, bo więcej kanap, sof, łóżek i innych nie posiadamy. Mięknę jak wosk jak na niego patrzę. Taki przystojny i taki kochany. Zupełnie jak jego mamusia, co to się naszymi dziećmi zajęła.

W nocy nie mogę zasnąć. Zupełnie mnie ta sytuacja rozbiła. Kręcę się w łóżku i pochlipuję. A mój mąż mnie bierze pod brodę i scałowuje łzy z moich oczu.

- Dlaczego płaczesz, maleńka? – pyta cicho.

- Ach, za dużo by opowiadać, ile dzisiaj zrozumiałam. Śpij, bo do pracy jutro nie będziesz mógł wstać, a nie wiadomo ile będziesz pracował - odpowiadam.

- Raz nie zawsze - mówi mój ślubny i patrzy na mnie czule.

Więc mu mówię, że to wszystko przez tę błyskotkę. Nie rozumie, więc tłumaczę dalej. No jak mu ciągle dawałam przykłady, jaki to Jarek ach i och i co to on Renacie nie robi. To tak jak by mając prawdziwy skarb pod nosem zapatrzeć się na tandetną błyskotkę i tylko ją widzieć. Chyba rozumie, bo całuje mnie tak słodko.

- A już myślałem, że nie kochasz mnie tak jak kiedyś - odpowiada.

Że co niby? Ja go nie kocham? Myślał by kto, że to prawda. No i się doigrałam. Tak sobie myślał, bo mu, głupia idiotka, dawałam do tego powody. Kretynka ciężka, jeszcze by mnie zostawił, gdyby nie ta cała sytuacja. Dobrze, że Jarek Renatę zostawił, bo bym się może nie zorientowała jaka ze mnie zidiociała hetera. To znaczy nie dobrze, że Jarek Renatę zostawił, ale dobrze, że swoje małżeństwo jeszcze mogę posklejać. Ale jednak coś ze słonia ma ten mój ślubny w końcu, żeby przez tyle lat się nie zorientować, że ja taka po prostu jestem.

No i mi się robi niedobrze. Nie od tego pocałunku i nie od tych wyznań nawet, tylko od tej komunijnej. Biegnę więc do łazienki. Warczę, prycham na tę muszlę, a mój mąż trzyma mi włosy. Zawsze tak robi. Mnie wstyd, a on po prostu niewzruszenie stoi nade mną i mi pomaga nawet w takiej sytuacji.

 Lądujemy w łóżku. No, teraz to mi się przypomniało. Chodziliśmy z mężem na nauki przedmałżeńskie i ten ksiądz co nam ich udzielał to pewnego razu tak powiedział:

- Bo najważniejsze jest widzieć w drugim człowieku te dobre strony. Bo złe ma każdy, i zawsze jakąś wadę znaleźć można.

No i miał rację. Ciekawe, dlaczego tacy ludzie książek nie wydają. W końcu w tym stwierdzeniu zawierają się wszystkie te mądrości tych książkowych psychcośtam „do faceta tak nie mówić, o tym i tamtym nie wspominać, tego i tamtego nie robić”. I po co to wszystko? Wystarczy pamiętać o tym jak wspaniały jest ten człowiek, obok którego codziennie zasypiam. Rozczulona znowu ryczę i mu obiecuję: że już nigdy mu nie zrobię awantury, że obiadu nie pochwalił. Że elektrykę w pokoju to tak, żeby się w roku zmieścił. Szybciej nie trzeba. Że ta żarówka to wszystko moja wina. I że nigdy, ale to przenigdy, nie będę go porównywała do tulombka ani do żadnego innego faceta. Zasypiam.

Renata bierze rozwód. Jakoś sobie radzi. Pomagamy jej jak możemy, jak nie możemy to moja teściowa pomaga. W domu cisza i spokój. Mojego ślubnego o nic się nie czepiam. I tak przychodzi z pracy zmęczony i jeszcze czasami dzieci wykąpie czy pranie wstawi. Spotykam na mieście Olkę – żonę kolegi mojego męża. Informuję męża o tym spotkaniu.

- No i ty wiesz, że Witek (mąż Olki) to jej nawet śniadania do łóżka w niedzielę podaje? - kończę relację.

A mój mąż patrzy na mnie tak jakoś dziwnie. Wypieków nawet na twarzy dostał.

- Przecież tylko stwierdzam fakt - krzyczę i uciekam do łazienki.

Renata po rozwodzie wdzięczna, że jej pomogliśmy, kameralne przyjęcie wydaje. Jakoś tak słabo się bawię. W końcu wychodzę. Przed południem idę do Olki. Cholera, nie zadzwoniłam, ale, ach, co tu dużo gadać. Łzy mi z oczu ciekną, od tego wiatru chyba. Wprowadza mnie do kuchni, bo akurat mężowi obiad zamierzała ugotować. Nie wzięłam chusteczki, głupio mi o nią poprosić, więc tylko tym nosem pociągam i znowu mi te łzy z oczu płyną. Olka się odwraca.

- Co się stało? – pyta.

- Przemek mnie zdradza. Z moją przyjaciółką na dodatek. Zaczęło się od tego, że mu z taką cholerną żarówką przytakiwała. Najpierw słabo, a jak się rozgrzała...

Olka otwiera wódkę. Po trzech wypitych kieliszkach się rozkręcam. Opowiadam…

Ale co tu dużo gadać. Przeciętny facet kojarzy mi się ze słoniem.

 

 

Powrót do spisu treści

Dalej