Miejski Ośrodek Kultury w Nowym Targu

 

Spotkania literackie

 

Wydawnictwo

pod redakcją Macieja Pinkwarta

 

Nowy Targ 2004


 

Elżbieta Samsel-Czerniawska (Świebodzin)

 

Malinówki

 Lato ma smak malinówek. Czerwonych, dojrzewających w słońcu, słodkich malinówek. Mogłabym je jeść bez końca. Bez końca delektować się latem, życiem i malinówkami. Kto powiedział, że lato w dużym mieście jest brzydkie? Jest cudowne. Nagrzane słońcem uliczki starego miasta powoli otula wieczór. W oknach zabytkowych kamieniczek zapalają się światła. To wygląda tak jakby drzemiące od stuleci kamienne matrony otwierały oczy. W ogródkach barów i kawiarenek szmer głosów miesza się z ulatującą w nocne niebo muzyką. Cichą i spokojną. Nikt nigdzie się nie spieszy. Nie słychać szybkiego rytmu wybijanego krokami spóźnionego przechodnia. Kroki spacerujących wolno zakochanych są ciche, jak miękki dotyk kocich łap. Życie jest piękne, kiedy przychodzi lato. Kiedy się zda ostatni egzamin i rozpocznie pierwszy dzień wakacji. Ten pierwszy dzień zawsze jest najfajniejszy. Człowiek wtapia się w leniwą atmosferę starówki i cudownie rozleniwiony zdaje sobie sprawę, że to już dzisiaj. Dzisiaj nie trzeba wracać wcześniej, nie trzeba otwierać zeszytów, szukać luźnych kserokopii notatek. Można odłożyć pędzle, ołówki, płótna i kartki na całe trzy miesiące. Można zamknąć wszystkie książki jak przeczytany właśnie rozdział życia. Piwo jest przyjemnie chłodne, a oszroniony pokal pozwala dać upust wszystkim artystycznym zapędom. Mniej lub bardziej udanym, ale zawsze jednakowo przyjemnym. Uwielbiam tę chwilę, kiedy rozgrzane dłonie dotykają zimnej szklanej powierzchni. Uwielbiam, kiedy rozgrzana dłoń zamyka się w drugiej dłoni. Twojej dłoni. Kim jesteś? Jakie miejsce zajmujesz w moim życiu? Kim dla mnie będziesz? Czy twoja ciepła dłoń będzie trzymała moją nim kapłan zwiąże nasze losy stułą i świętym węzłem małżeństwa? Czy to ty? Ten pierwszy raz jest zawsze najfajniejszy…

*

Malinówki dzisiaj są zbyt dojrzałe. Brakuje im świeżości owocu, który jeszcze przed chwilą czerwienił się dumnie wśród liści. Już nie smakują tak jak te pierwsze. Od niechcenia zjadam mały kawałek. Lato w wielkim mieście wbrew pozorom nie jest takie cudowne. Parne powietrze wisi nad betonowymi kolosami. Lekki wietrzyk tylko od czasu do czasu pozwala złapać głębszy oddech. Słońce leniwie wygląda zza chmur. Jest dzisiaj jakieś niemrawe. Samo nie wie, czego chce. Może schować się za większą chmurą i tam odpoczywać? Odrobina szarości tylko wzbogaci kolorystycznie pejzaż zachowany na płótnie mistrza. Może jednak rozświetlić świat swoim blaskiem? Obsypać złotem ludzkie twarze, szare betonowe kolosy, i nieliczne drzewa w nielicznych parkach? Tak jak sosny, wtedy, kiedy malował je Szyszkin. Ludzie na przystankach odsuwają swoje spocone ciała usiłując znaleźć odrobinę więcej miejsca dla siebie na zatłoczonym ponad miarę kawałku ziemi. Dni wloką się leniwe i znudzone, a każdy następny podobny jest do poprzedniego. Nie trzeba się spieszyć, nie trzeba malować. Świat się waha, a herbata jest nieprzyjemnie gorąca. Gruby kubek parzy dłonie i szydzi postrzępionymi glinianymi kikutami, z których niegdyś wyrastało ucho. Trzeba poczekać, aż przestygnie. Nie lubię tego momentu, kiedy moja dłoń cofa się szybko w obawie przed oparzeniem. Nie lubię tego momentu, kiedy twoja dłoń cofa się szybko. Kim jesteś? Czy ciągle kimś ważnym w moim życiu?

*

Malinówki dzisiaj są nie świeże. Pomarszczona skórka odbiera ochotę na kosztowanie przejrzałych owoców. Czerwony niegdyś kolor pstrzy się nadgniłymi piegami. Krople deszczu wystukują swój rytm. Okno przecieka i urąga ludziom, którzy je stworzyli. Niebo jest szare, a świat schował się za firanką deszczu. Jesień w wielkim mieście jest szara i nieprzyjemna. Samochody rozbryzgują brudną, lepką ciecz zbierającą się w źle załatanych asfaltowych dziurach. Przejeżdżające tramwaje stukają o szyny wydając niemiły jęczący dźwięk. Przechodnie chowają twarze pod parasolami, mijając się na wąskich chodnikach. Śmiesznie balansują na krawężnikach, żeby nie zahaczyć parasolką o inną parasolkę. Ostatnie promienie słońca oświetlają złotymi barwami twoje włosy. Twarz częściowo ginie w mroku zupełnie jak twarz mężczyzny w złotym hełmie, wtedy kiedy malował ją Rembrandt. Twoja dłoń jest gdzieś poza zasięgiem mojej dłoni.

 

Powrót do spisu treści

Dalej