Miejski Ośrodek Kultury w Nowym Targu
Spotkania literackie
Wydawnictwo
pod redakcją Macieja Pinkwarta
Nowy Targ 2004
Elżbieta Samsel-Czerniawska (Świebodzin)
Czarna dziura
Moja córka ma siedemnaście lat. Kurczę, czy ja jestem stara? Pamiętam, jak jako dziecko podsłuchałam rozmowę swojej własnej mamy i naszej sąsiadki z naprzeciwka. Moja rodzicielka mówiła, że zmarł jej kolega, który miał trzydzieści dwa lata. Sąsiadka na to - „Oj, pani Ulu, taki młody człowiek?”... „Jaki on młody?” - tłukło się po mojej, może ośmioletniej głowie. „Trzydzieści dwa lata? Toż to dziadek.” No, a teraz moja córka ma lat siedemnaście, a ja według tego co myślałam mając lat osiem, to już mumią jestem. Tylko dobrze zakonserwowaną. Nie czuję się jak mumia. Nie czuję się staro, ani młodo. Tylko… Inaczej.
Jeszcze bym sobie na dyskotekę poszła. Tak! Oczywiście, gdyby tam była muzyka, a nie to łup-łup, od którego człowiek dreszczy dostaje. O, na dancing bym mogła iść, ale dancingów już nie organizuje nikt, bo widać mumie bawić się nie muszą. Więc z rzadka zadowalam się weselami, choć te też już z mody wychodzą. Bo niepraktyczne ponoć. No i pozostają mi tylko książki i kino. Pocieszający jest fakt, że ktoś jeszcze drukuje książki, zamiast zająć się produkcją gier komputerowych.
Choć właściwie ciotka mojego męża, której córka ma dwadzieścia trzy lata mówi, że to nasze dzieci się starzeją. Nie my. Co się będę z nią spierała, w końcu jej córka jest starsza od mojej. A ciotka młoda dalej. Tylko trochę mniej ode mnie, więc nie wypada się kłócić.
Kiedy to moje dziecko się zestarzało? Przecież jeszcze przedwczoraj wstawałam do niej w nocy, żeby pieluchę zmienić. Wczoraj opatrywałam rozbite kolano. Jutro pewnie przyjdzie i oświadczy mi, że wychodzi za mąż.
Przyszła. I oświadczyła. Co prawda nie, że za mąż wychodzi ale, że kandydatów nadmiar i jest jak ten przysłowiowy osiołek co mu za dużo żłobów złośliwi podsunęli.
- Zupełnie nie wiem, co zrobić. Marek jest ładniejszy od Andrzeja. Andrzej z kolei jest taki romantyczny. No i którego mam wybrać?
„Żadnego” ciśnie mi się na usta. No, bo skoro nie wie to znaczy, że to nie to. Ja jak jej ojca spotkałam, to i na Harissona Forda bym nie spojrzała. Przystojny, co prawda facet, ale gdzie mu tam do mojego Przemka?
- Dzidźka, sama musisz wybrać - odpowiadam.
Bo przecież nie będę jej częstowała opowiastkami w stylu „…Ja to jak spotkałam twojego tatę…” W końcu pamiętam, że w jej wieku najbardziej drażniły mnie opowieści mojej mamy, zaczynające się od „…ja to w twoim wieku krowy pasłam…” Nie to, żebym rodzicielki nie szanowała, ale skąd miałam jej krowy wziąć w centrum miasta w dobie ogólnego upadku rolnictwa? Zły przykład mi moja mamusia podała, więc coby jej błędów nie powtarzać, siedzę teraz i milczę. I co robi moje dziecko?
- Ty to w ogóle nie wiesz, co ja przeżywam! I znowu mówisz do mnie „Dzidźka”. Nie zauważyłaś, że dawno już z pieluch wyrosłam?
Zauważyłam, że z pieluch wyrosła! Czy dawno? Ze dwa dni temu. Poza tym, to ciągle ta sama moja Dzidźka, tylko w większym ubranku. A ja nie wiem, co ona przeżywa! No proszę, to sobie powiedziała. Bo ja to zaraz po urodzeniu, jeszcze w szpitalu, będąc niemowlęciem, przez szczebelki mojego łóżeczka, ujrzałam jej ojca, i od razu się zakochałam! I żyli długo i szczęśliwie!
Swoją drogą ciekawe, dlaczego człowiek przez te wszystkie pokolenia od tej Ewy czy tej małpy (nie wnikam, bo informacje na temat naszych przodków są sprzeczne) nie wykształcił w sobie przekazywania mądrości w genach? Moje dziecko arogancko myśli, że odkryło rozterkę. Nikt absolutnie przed nią tego nie zrobił, a już na pewno nie jej matka. Bo jej matka to ma takie spokojne, poukładane życie. Siedzi z jednym facetem od lat i jedyne co przeżywa to odwieczną, dozgonną miłość do tegoż właśnie faceta. A według mojej latorośli, żeby odkryć rozterkę i jeszcze do tego mieć „ciekawe życie” to: Przydałoby się mieć co najmniej dwóch mężów, ze czterech kochanków (w tym choć jeden musiałby być przyjacielem męża), miło by było również dać drapaka sprzed ołtarza… Można też przeżyć zawód miłosny, z lekkim zawałem najlepiej, lub chociaż z ciężkim omdleniem. Wyjść za mąż za szejka arabskiego, po czym porwać własne dzieci i od niego uciec. I wtedy już umierając na tym Titanicu i patrząc w te oczy Leonarda DiCaprio (fuj!) można śmiało powiedzieć, że się miało ciekawe życie. Żadnych prostych i zaściankowych rozwiązań, jak bytowanie u boku jednego faceta!
Dla mojego dziecka moja przeszłość to czarna dziura. Nie ma jej po prostu. Wiem, bo ja tak samo myślałam o przeszłości mojej mamy. Jaka byłam zdziwiona, jak kiedyś na zakupach, pokazała mi swojego pierwszego chłopaka. „Pierwszy chłopak? Jaki pierwszy chłopak? A tata?” - pomyślałam wtedy, no, bo tatę pamiętam od zawsze, a jej pierwszego chłopaka nie. To świat przed moim urodzeniem naprawdę istniał?
Moje dziecko też teraz myśli tymi kategoriami, więc co je będę z błędu wyprowadzała. Nie miałam żadnego pierwszego chłopaka, ani drugiego nawet, tylko radośnie przez te szczebelki tego szpitalnego łóżeczka zerkałam na jej ojca. I żyli długo i szczęśliwie…
- Mamo, miałaś kiedyś taką sytuację?
O, proszę! Wracamy do okresu „przed urodzeniem” Jej, czy moim to już tylko zależy od tego, kto na to patrzy. Jeśli ja - to przed jej urodzeniem. Jeśli ona, to przed moim - bo jak już wspomniałam podrywałam jej ojca w wieku niemowlęcym. No i co mam jej powiedzieć? Jak powiem, że tak, to pewnie zapyta „a tata?” po czym uświadomi sobie, że nie ma wielkiej czarnej dziury i nawet jej matka przeszłość jako taką posiada. A to podrywanie, przez szczebelki, to między bajki włożyć. No, ale sama ją uczyłam, że kłamać nie należy.
- Miałam - odpowiadam.
- To tata nie był pierwszy? - pyta.
No i zaczyna się. Czarna dziura znika. Podrywanie ojca przez szczebelki jako bajka pewnie się właśnie w jej głowie kwalifikuje.
- Dziecko, jak poznałam twojego tatę, to miałam dwadzieścia pięć lat.
- A przed tatą to ilu facetów miałaś? - drąży temat po głębokich przemyśleniach na temat bajek.
- Podaj mi, kochanie, kalkulator, to ci powiem - odpowiadam przekornie.
- Oj, mamo, ja poważnie pytam.
No i co mam jej odpowiedzieć? Ze żadnego, bo tak naprawdę nikt przed moim mężem nie był ważny? Że piosenkę „Każda miłość jest pierwsza” to mogę razem z tym podrywaniem, przez szczebelki między bajki włożyć? Dla mnie ta pierwsza była tą jedyną i takie są fakty. Reszta to były namiastki.
- Znałam kiedyś takiego chłopaka - odpowiadam nie zupełnie na pytanie - miał na imię Artur i bardzo mi się podobał. Znałam również innego. Miał na imię Jarek i nie był już taki ładny, ale bardzo fajnie mi się z nim rozmawiało. Zupełnie nie wiedziałam, którego wybrać. Po głębokich przemyśleniach wybrałam Jarka.
- I co, dobrze wybrałaś?
- Skoro twój tata ma na imię Przemek, a nie Jarek, to chyba nie dobrze.
- No, ale jak się to skończyło? - pyta.
Uparta ta moja dzidźka. Jak już temat podchwyciła, to go tak łatwo nie zostawi, tym bardziej, że pewnie na jakieś pikantne szczegóły liczy.
- Zostawił mnie po tygodniu, ponieważ chciał wyjechać za granicę na stałe, a ja nie chciałam. Nawet mnie to niespecjalnie obeszło.
- No i?
- Zaczęłam chodzić z Arturem. Zostawił mnie po dwóch tygodniach. Zaczynałam się już w nim podkochiwać, a on zobaczył moją koleżankę i zakochał się w niej bez pamięci. Zaczęli ze sobą chodzić. A ja chodziłam z kąta w kąt i lamentowałam bardzo długo.
- I to wszystko?
Ups, nie ma pikantnych szczegółów, więc opowieść banalna.
- Nie wszystko. Spotkałam go, po dwudziestu latach.
- Jak już był tata?
Pyta z jakimś takim błyskiem w oku. Na co ona liczy? Że jej powiem, że jej ojca od tamtego czasu notorycznie zdradzam? Nie zdradzam i nawet mi to nie w głowie. Po co w ogóle zaczęłam tę opowieść...
- Był tata, i byłaś ty, i Ola.
- I co zrobiłaś?
- Stwierdziłam, że życie jest przewrotne. Czasami wydaje nam się, że spotkała nas wielka krzywda, a po latach okazuje się, że to był uśmiech losu.
Patrzy i nie bardzo rozumie.
- Widzisz Artur jest przedwcześnie postarzałym alkoholikiem. Ma zniszczone i brudne włosy, paznokcie i życie. Ma również rozwód z żoną, dwójkę dzieci, których prawie nie zna, i niesmak do samego siebie, jak również do otaczającej go rzeczywistości.
- Oj, mamo, jak dobrze, że on ciebie zostawił.
- Wtedy tak nie myślałam, i to właśnie jest cała ta przewrotność, o której ci mówiłam.
Myśli. Zastanawia się pewnie, który z jej kandydatów ma większe predyspozycje na zmarnowanie życia sobie, i jej ewentualnie.
- A ten drugi, mamo? Widziałaś go kiedyś?
- Nie, nie widziałam, czytałam o nim.
- To kim on jest?
- Profesorem nadzwyczajnym na politechnice.
- I nie wyjechał z Polski?
- Wyjechał, i po roku wrócił.
- Ja jak bym tylko miała taką możliwość, to bym stąd wyjechała od razu. Dlaczego ty tego nie zrobiłaś?
No i co mam jej powiedzieć, że ja w jej wieku...? Że byłam inna?
Nie byłam. Byłam dokładnie taka sama jak ona, tylko czasy i kultura były inne. Mam jej opowiedzieć, że „Kamienie na szaniec” czytałam z wypiekami na twarzy?
Dla niej świat zaczął się od jej urodzenia, i ma zupełnie inny wymiar. Jej ojciec nie chciał jej palić książek do nauki języka rosyjskiego, a mój tak. Jej dziadek nie był w Armii Krajowej, a mój tak. Dla niej to historia, tak samo jak dla mnie, tylko memu sercu jakaś bliższa.
I co? Czytam ostatnio w Internecie wypowiedź „młodego intelektualisty”, że sobie możemy tą naszą historię w buty włożyć. Razem z tymi rozgorączkowanymi idiotami, co się w wojenkę w powstaniu bawili. I co takiemu odpisać? Słów brakuje. Odpisał mu jakiś facet, że jego dziadek w powstaniu walczył, i on mu w twarz pluje. Za dziadka. A mnie się to mało adekwatne wydało. Bo dzieciak po prostu nie świadomy. Ani swojej historii, ani swojej głupoty. Pozostawiam więc bez komentarza. Czuję się przy takim smarkaczu jak dinozaur z innej epoki. Chyba więc jednak jestem stara. A moja córka? Jak to się stało, że tej miłości do swojego kraju nie czuje? „Kamienie na szaniec” też czytała i co? I nic.
Choć z drugiej strony, to jej się nie dziwię, bo w dziwnym kraju żyjemy i w dziwnych czasach. Historia tworzy się na naszych oczach. Tyle, że już chyba z tej historii nie będziemy tak dumni. Bo jak można być dumnym z tego, że chłopek pospolity do sejmu z megafonem wkracza, i z tego sejmu cyrk robi? Mało tego, okazuje się, że według przeprowadzonych ostatnio sondaży cieszy się zaufaniem naszego społeczeństwa! Swoją drogą to ciekawe, gdzie oni te sondaże przeprowadzają. Chyba nie w Warszawie, bo on chłop z dziada pradziada. Pewnie jadą sobie do „Kozich wólek” i tam to nasze społeczeństwo sondują. I to nasze społeczeństwo, w tym amoku, bo nikt przy zdrowych zmysłach by tak nie opiniował mówi: „Tak, on cieszy się zaufaniem naszym”. Patrzę więc na tego zaufania godnego pseudopolityka, i myślę, że jednak tę inteligencję to się temu Hitlerowi, a później Stalinowi, nieźle przetrzebić udało, bo już się nie odrodziła, choć tyle lat minęło. No i chyba przestaję się tej mojej córce dziwić, że tak ją za tą granicę ciągnie.
- Nie wyjechałam, bo nie chciałam i już - odpowiadam wytrącona z równowagi.
Moje dziecko porzuca dyskusje, i ewakuuje się do swojego pokoju. Do tematu zawodów miłosnych wracamy po niespełna tygodniu. Przychodzi ta moja dzidźka ze szkoły i oczyma czerwonymi na mnie spogląda. Zostawił ją. Po ostatniej debacie przynajmniej „że jej nie rozumiem” mi nie zarzuca. Za to na temat życia pogląd ma jasny i sprecyzowany. Życie do bani, los złośliwy, co to się nie miał na kogo, tylko na nią uwziąć, a Andrzej… Pokrzywdzone w każdym razie się moje dziecko czuje.
I co mam jej powiedzieć? Że tak miało być? Że za dziesięć lat nie będzie tego pamiętała, lub nawet śmiech ją na wspomnienie tej sytuacji ogarnie? Nie uwierzy. Bo ja, w jej wieku, też nie wierzyłam. A o mojej rodzicielce pomyślałam, że nieczuła, bo mi serce właśnie pęka, a ona, że to minie. Nie minie! - stwierdziłam, bo to była najważniejsza miłość w moim życiu, i już nigdy to nie minie! Po czym starannie przeanalizowałam swoją sytuację, zastanawiając się czy lepiej zostać zakonnicą, czy też wyjechać na bezludną wyspę, i tam te swoje rany bez końca rozdrapywać. Po tygodniu doszłam do wniosku, że jedno i drugie odpada, a ten Mirek, co tak na mnie zerka, to nawet miły i sympatyczny chłopak.
Myślę jak tą moją dzidźkę w tym przerośniętym ubranku pocieszyć. Kiedyś było prościej. Jak ząbkowała, to dziąsła żelem smarowałam. Jak palec skaleczyła, to pocałowałam i plaster założyłam. A co na skaleczone serce? Nie bardzo wiem, więc tylko biorę ją na kolana. Trochę jej to nie pasuje, bo przecież jak można, ją „dorosłą kobietę”, jak dziecko traktować. Po chwili jednak, zapomina o swoim „poważnym wieku” i płacze, tuląc się do mnie. Głaskam ją po włosach, jak kiedyś, i opowiadam.
- Widzisz, kochanie, życie po prostu jest jak święty Mikołaj.
- Nieprawda. Nie dostałam tego, co chciałam - chlipie ponuro.
- Pamiętasz, jak kiedyś napisałaś list do świętego Mikołaj, z prośbą o lalkę Barbie? - pytam.
- Pamiętam. I dostałam rower, a nie Barbie.
- No i na tym to polega, że życie tak jak ten Mikołaj, daje nam to, co dla nas ma. Nie zaś to, co byśmy chcieli dostać. Czasami prezent jest lepszy od tego, czasami gorszy, ale rzadko jest to ten wymarzony.
Myśli. Płacze. Znowu myśli.
- To myślisz, że to może być tak jak z tym Arturem, co cię zostawił?
Udało się. Sama do tych wniosków doszła. Nie wypomni mi za lat paręnaście, że jej złe przykłady podawałam.
- Mamo, a dużo razy ktoś cię zostawił?
Nie pamiętam. Bo to takie mało istotne mi się wydaje. Było, minęło, i nawet wspomnienia czas przetrzebił.
- Sporo - odpowiadam.
- Mamo, a tata?
Co tata? Przecież ten temat już przerabialiśmy. Nie było czarnej dziury, ani nawet podrywania w wieku niemowlęcym.
- Nie rozumiem.
- No tata, czy dużo dziewczyn miał przed tobą?
O, cholera. No oczywiście, że nie. Tata urodził się, spojrzał na świat przez te szczebelki, i zobaczył cudowne niemowlę płci przeciwnej. I pomyślał „Z nią się ożenię”. Nie muszę chyba dodawać, że tym niemowlęciem byłam ja. A jak było naprawdę? Nie wnikam. Dla mnie, jego przeszłość zaczyna się od momentu, kiedy mnie poznał. Przedtem nie było nic. Czarna dziura.