Maciej Pinkwart
Zakopiańskim szlakiem Karola Szymanowskiego

W Zakopanem, czyli "u siebie"

Powołany na stanowisko dyrektora Konserwatorium Warszawskiego w 1927 roku, rzucił się Szymanowski w wir zajęć pedagogicznych i organizacyjnych. Do Zakopanego nie było kiedy przyjeżdżać, brakowało nawet czasu na własną pracę kompozytorską. Jednocześnie część warszawskiego środowiska muzycznego, niechętna Szymanowskiemu i forsowanym przezeń nowoczesnym poglądom na kształcenie muzyczne, rozpętała przeciwko niemu nie przebierającą w środkach nagonkę. Wszystko to podkopało wątłe siły kompozytora i zaowocowało chorobą. Po dwukrotnych pobytach w sanatorium w austriackim Edlach i badaniach u specjalistów w Wiedniu okazało się, że Szymanowski cierpi na zaawansowaną gruźlicę płuc. Kolejny pobyt w sanatorium - tym razem przeciwgruźliczym, w Davos w Szwajcarii, na przełomie 1929 i 1939 roku zatrzymał postęp wyniszczającej choroby. Tam właśnie podjął kompozytor decyzję o rezygnacji ze stanowiska dyrektora Konserwatorium i o przeniesieniu się z Warszawy do Zakopanego. Tęsknotę do Tatr bodaj najsilniej odczuwał właśnie w Alpach: na ścianach pokoju w sanatorium porozwieszał fotografie z Zakopanego i marzył o chwili, kiedy "niewola" w Davos nareszcie się skończy.
W kwietniu 1930 roku zwrócił się do Juliusza Zborowskiego z prośbą o pomoc w wyszukaniu kilkupokojowego mieszkania w Zakopanem. Rozważał możliwość wyboru spośród poleconych mu przez biuro wynajmu J.Kubińskiego willi "Notre Dame" przy ul. Piłsudskiego, "Niespodzianka" przy ul. Kaszelewskiego i "Maciejówka" przy ulicy Sienkiewicza. 10 maja 1930 roku tygodnik "Zakopane", z którym współpracował Zborowski, donosił w Kronice:
Dowiadujemy się, że nasz najznakomitszy kompozytor domy obecnej p. Karol Szymanowski, b. dyrektor konserwatorium muzycznego w Warszawie, po ukończeniu kuracji w Davos ma osiąść na czas dłuższy, przynajmniej na rok, dla dokończenia kuracji w Zakopanem.
To samo pismo doniosło w miesiąc później o przybyciu Szymanowskiego do Zakopanego w dniu 11 czerwca, a "Lista Gości" podała nowy adres kompozytora: willa "Czerwony Dwór" przy ulicy Kasprusie (obecnie nr 27). Szymanowski ze zdziwieniem skonstatował, że była to dawna willa "Władysławka", ta sama, w której ongi zaprzyjaźnił się z Arturem Rubinsteinem, a która przez minione ćwierćwiecze zmieniła zarówno właścicieli, jak i nazwę. Juliusz Zborowski, polecając kompozytorowi tę willę na dłuższy pobyt, być może nawet nie wiedział, że tak oto Szymanowski powróci niemal do początków swej zakopiańskiej przygody. Nie mieszkał co prawda w głównym budynku, gdzie niegdyś Rubinstein zapoznawał się z jego młodzieńczymi kompozycjami, ale za to niewielki domek w ogrodzie zajmował w całości, mając tam pianino i dysponując pokojami gościnnymi - w "swojej" oficynie i w głównym pensjonacie. Przyjechał Szymanowski ze Zbigniewem Uniłowskim, odkrytym przez siebie młodym pisarzem (Wspólny pokój), którego kompozytor poznał jako... boya hotelowego oraz prowadzącym Szymanowskiemu gospodarstwo Feliksem Bednarczykiem. W lipcu przyjechała doń siostrzenica Kicia z boną oraz młody kompozytor, uczeń Szymanowskiego - Piotr Perkowski. Z nowej rezydencji Szymanowski był zadowolony: mógł spokojnie pracować (instrumentował wtedy Harnasie i tworzył Veni Creator), mógł wypoczywać i leczyć się. Sądził, że zostanie tu na dłużej.
"Czerwony Dwór" to jedna z najpiękniejszych, a także najważniejszych willi Zakopanego. Wybudowana w 1903 roku przez Wojciecha Roja w stylu zakopiańskim, niewiele zmieniona istnieje do dziś. Wiemy już, że w 1904 roku mieszkał tu Artur Rubinstein. Lata pierwszej wojny światowej spędził tu Stefan Żeromski, tutaj też w listopadzie 1918 r. mieścił się "zakopiański Belweder", kiedy to autor Popiołów stał na czele zakopiańskiej Rady Narodowej i nazywano go "Prezydentem Rzeczypospolitej Zakopiańskiej".
Po II wojnie światowej urządzono tu przedszkole, które w 1953 roku otrzymało imię Karola Szymanowskiego. Na ścianie "Czerwonego Dworu" koegzystują obok siebie dwie tablice: "W tym domu mieszkał i tworzył w latach 1918-19 Stefan Żeromski" i "Państwowe Przedszkole nr 3 im. K.Szymanowskiego". Domek wszakże, w którym mieszkał kompozytor w "oficynie" pensjonatu - już nie istnieje.
Z końcem sierpnia 1930 roku Karol Szymanowski pisał z "Czerwonego Dworu" do matki:
Ja żyję - jak zawsze - regularnie i dość nudno. Do obiadu pracuję - później trochę leżę na werandzie - później z godzinkę w "Morskim Oku", żeby trochę ludzi zobaczyć - a o 8 przeważnie już w domu na kolacji - i wcześnie spać.
Lato 1930 roku obfitowało w Zakopanem w towarzyskie i kulturalne atrakcje. Bawił pod Giewontem Emil Młynarski z żoną, Adolf Chybiński, Teodor Axentowicz, Andrzej Strug, Zofia Nałkowska, Zofia i Zbigniew Jachimeccy, Stanisław Kazuro, Ludwik Solski. Mała Kicia miała towarzystwo rówieśnych sobie dzieci Rafała Malczewskiego i konferowała z samym Kornelem Makuszyńskim, który nadal trwał w zamiarze wykłócenia dla Zakopanego prawa do legalnego uprawiania hazardu, co miało stworzyć trwałe podstawy bytu "Monte Gewonto".
Początek lat trzydziestych upływał w Zakopanem pod znakiem sportu i kultury. W roku 1929 podtatrzańskie uzdrowisko stało się światową stolicą narciarstwa - zorganizowano wtedy pod Giewontem po raz pierwszy mistrzostwa świata pod auspicjami Międzynarodowej Federacji Narciarstwa (FIS). W tym samym roku powstał Związek Przyjaciół Zakopanego, który wyłonił z siebie Komitet Imprez Sportowych - najlepszego organizatora zawodów letnich i zimowych. KIS doprowadził do wybudowania na Równi Krupowej dwóch stadionów sportowych, wykorzystywanych także dla celów kulturalnych. Nowoczesną salę imprezową według projektu Eugeniusza Wesołowskiego otwarto dla Towarzystwa Gimnastycznego "Sokół" latem 1929 roku - dziś tak, przy ulicy Orkana 2, jest kino "Sokół". Z uwagi jednak na złą akustykę tej sali imprezy muzyczne i teatralne odbywały się nadal w sali "Morskiego Oka". Tam też grywała zawiązana właśnie w 1930 roku orkiestra Związku Przyjaciół Zakopanego, nazywana szumnie symfoniczną, choć liczyła niewiele ponad 20 osób. Zespół, którym dyrygował Adam Furmański, przetrwał zaledwie jeden sezon i dał kilkanaście koncertów. Z tą orkiestrą, a także z solowymi recitalami występował związany z Zakopanem od 1915 roku znakomity pianista holenderski niemieckiego pochodzenia - Egon Petri, grywali też skrzypkowie Helena Zarzycka i Bronisław Gimpel. Na scenie "Morskiego Oka" oglądał Karol Szymanowski Irenę Solską w sztuce Zofii Nałkowskiej Dom kobiet, mógł także oklaskiwać tam Kazimierza "Lopka" Krukowskiego, Adolfa Dymszę i Chór Dana. Niemal codziennie rozgrywano wyścigi samochodowe, biegi sztafetowe, wyścigi konne, mecze lekkoatletyczne i piłkarskie.
W pierwszej połowie lat trzydziestych ustabilizowała się sytuacja społeczna w Zakopanem. Wyłoniona w 1929 roku (po trzyletniej przerwie spowodowanej zawieszeniem samorządu przez władze państwowe) rada gminna zajęła się problematyką gospodarczą, zapominając o jątrzących poprzednio waśniach partyjnych. Przykładem takiej chwalebnej apolityczności była postawa działacza Polskiej Partii Socjalistycznej Leopolda Winnickiego, który został wybrany burmistrzem i po przyjęciu wyboru zrezygnował z członkostwa partii, by w swym postępowaniu nie kierować się względami partyjnego partykularyzmu, tylko dobrem Zakopanego. Ta, diametralnie inna niż w poprzednim okresie (i wielu następnych...) postawa burmistrza zaowocowała spokojnym rozwojem miasta. Miasta - bowiem 18 października 1933 roku Zakopanemu oficjalnie nadano prawa miejskie. Staraniem burmistrza Winnickiego oraz majora Juliusza Schreyera, kapelmistrza zaangażowanej na sezon letni orkiestry wojskowej - zorganizowano w 1931 roku na stadionie na Równi Krupowej prezentację oper górskich, pokazując w naturalnej scenerii podtatrzańskiej Halkę Stanisława Moniuszki oraz zamyśloną jako kontynuacja fabuły tego właśnie dzieła Pomstę Jontkową Bolesława Wallek-Walewskiego. Dyrygowali major Schreyer i Wallek-Walewski, partię Halki śpiewała Helena Lipowska, grała wzmocniona amatorami orkiestra 20 Pułku Piechoty Ziemi Krakowskiej. Przez pięć dni operę na świeżym powietrzu obejrzało około szesnaście tysięcy osób, a głównymi atrakcjami, jak się wydaje, były wykorzystane w inscenizacji elementy autentycznego folkloru góralskiego, wplecione w tok akcji tańce i muzyka góralska oraz występ legendarnego już wówczas dudziarza Stanisława Mroza z Poronina.
Za kadencji Leopolda Winnickiego na stanowisku burmistrza rada miejska nadała w 1931 roku godność honorowego obywatela coraz aktywniejszemu w Zakopanem Kornelowi Makuszyńskiemu oraz redaktorowi naczelnemu krakowskiego "Ilustrowanego Kuriera Codziennego" - Marianowi Dąbrowskiemu. Ich poprzednikami byli od 1901 roku Stanisław Witkiewicz, Władysław Zamoyski, ks. Kazimierz Kaszelewski, Emil Godlewski, Wojciech Korfanty, Stefan Rottermund, Władysław Orkan, Jan Gwalbert Pawlikowski i Kazimierz Tetmajer. Radni następnej kadencji godnością honorowych obywateli stolicy Tatr obdarzyli jeszcze Ignacego Mościckiego, Józefa Piłsudskiego i Aleksandra Bobkowskiego.
Poza "Ilustrowanym Kurierem Codziennym" (na którym - jak mi mówiła - siostrzenica Szymanowskiego Kicia nauczyła się czytać...) i poważniejszymi dziennikami warszawskimi, mógł w owych latach Karol Szymanowski włączyć do lektury pisma zakopiańskie, wśród których najważniejszymi były: "Zakopane", redagowane przez Maksymiliana Skibińskiego i Józefa Żychonia oraz "Echo Zakopiańskie" Jarosława Sawczaka.
Rojno więc było w Zakopanem i gwarno, uzdrowisko - które właściwie już dawno uzdrowiskiem być przestało - nadal było modne i przyciągało tłumy ludzi. Z początkiem lat trzydziestych liczba gości przekroczyła pięćdziesiąt tysięcy rocznie. Spokoju trzeba było szukać coraz dalej od centrum.
Na Kasprusiach było jednak nadal spokojnie. W "Czerwonym Dworze" pracowało się Szymanowskiemu nieźle, chętnie przyjmował tu gości, dobrze też układały się stosunki z gospodarzami. Ale pod koniec lata Karol Szymanowski zdecydował, że nie zostanie dłużej w swojej "oficynie", może warunki domku nie pozwalały na spędzenie tu zimy. Dalej jednak kompozytor trwał przy zamiarze osiedlenia się w Zakopanem.
Willa AtmaPo kilku tygodniach pobytu w Warszawie wrócił do Zakopanego i 24 października 1930 roku mógł już napisać do matki:
Mamunieczko najdroższa. Oto właśnie pierwszy wieczór siedzę nareszcie u siebie! Skromny, góralski dom (niedaleko "Czerwonego Dworu"), ale b. miły i przytulny. Mam 4 pok. Sypialny, jadalny, gabinet i mały gościnny. Oprócz tego porządny pokoik dla Felka i kuchnia. W gabinecie sofa dla jeszcze jednego ewent. gościa. Bardzo mi się tu podoba. Gazdowie znani tu, porządni ludzie (Obrochtowie - synowiec Bartka). Po trochu się urządzę, żeby było przytulnie i miło. Z dala od ulicy, więc cicho, a przy tym nie bardzo daleko od "miasta". Jeszcze muszę się zakrzątnąć koło pianina i będzie wszystko w porządku.
Adres, umieszczony w nagłówku, brzmiał: willa "Atma", ulica Kasprusie 33 (obecnie nr 19).
Dzień później tygodnik Zakopane doniósł w Kronice:
Pan Karol Szymanowski, rektor Akademii Muzycznej w Warszawie, przybył w ubiegłym tygodniu do Zakopanego na dłuższy pobyt i zamieszkał w willi "Atma" przy ulicy Kasprusie.
Historia początków "Atmy" datuje się od roku 1892, kiedy to Józef Kaspruś Stoch, absolwent Szkoły Przemysłu Drzewnego, jeden z budowniczych witkiewiczowskiej "Koliby", ożenił się z Anną Stopkówną. Wkrótce też rozpoczął budowę dwóch willi nad płynącym z Doliny Strążyskiej potokiem Młyniska, niedaleko swojego rodzinnego domu przy Kasprusiach. Jedna z nich miała być domem mieszkalnym, obok powstały zabudowania gospodarcze. Druga została przeznaczona dla letników.
W początkach XX stulecia świecący nowością dom Stochów, bez nazwy jeszcze, stał już na niewielkiej łące, jako budynek parterowy, pozbawiony ogrzewania i urządzeń sanitarnych, możliwy do eksploatacji tylko latem. Pierwszymi gośćmi, którzy spędzili w "dołku" między Kasprusiami a Wilcznikiem sezon letni byli - według córki budowniczego "Atmy" - państwo Ciechanowscy ze Lwowa. Zofia ze Stochów Walczakowa opowiadała o wakacyjnym pobycie w Zakopanem osobistego sekretarza cesarza Franciszka Józefa, Kierskiego, z rodziną w 1913 roku. Mówiła też o pobycie samego cesarza Karola Habsburga w latach wojny: Najjaśniejszy Pan - wówczas jeszcze następca tronu - zjechać raczył podobno incognito na Kasprusie w odwiedziny do swej c.k. sympatii, panny Winterowskiej, córki dworskiego malarza, która wraz z rodziną tu właśnie wczasowała. Te legendy, przechowywane przez lata w pamięci właścicielki willi, przyćmiła późnej sława głównego lokatora willi, który swą sztuką wspiął się na wyżyny najwyższej, bo artystycznej arystokracji.
Zabawne, że w tej właśnie willi gościł już kiedyś Szymanowski przed laty, co świetnie pamiętała Zofia Walczakowa:
Po raz pierwszy na góralskim weselu był na moim. Tutaj, w "Atmie". Józiu go przyprowadził Krzeptowski i Wawrytka. I pyta się - słuchojcie, tu jest taki pon, który fciałby widzieć góralskie wesele, cy moze przyjść. Więc my poprosili. W którym roku? W dwudziestym trzecim.
Nie było to co prawda pierwsze góralskie wesele, na którym gościł Szymanowski, ponieważ tydzień wcześniej drużbował u Rytardów, jednakże kontakt z przyszłym domem kompozytora został już nawiązany. Ale wówczas "Atma" nie była jeszcze "Atmą", tylko bezimienną chałupą dla panów. Nazwę, wywodzącą się z sanskrytu (atma = "dusza") nadali jej w połowie lat dwudziestych nieznani z nazwiska letnicy, poddający się obowiązującej wówczas modzie na Orient. Przypominało imię żeńskie, spodobało się i zostało przez gazdów przyjęte.
Kiedy w 1910 roku umarł Józef Kaspruś Stoch, chałupy nad potokiem dostały się jego córkom, ale majątkiem rodzinnym zarządzała nadal ich matka - Anna Stoch. Ona też w 1926 roku zarządziła kapitalny remont rodzinnego pensjonatu. Dobudowane zostało piętro, w izbach pojawiły się piece, doprowadzono lokalną kanalizację, a na balkonie od strony ulicy pojawiła się tablica z nazwa willi. "Atma" wpisana została w geografię Zakopanego.
W 1930 roku ta właśnie willa stała się miejscem zamieszkania Karola Szymanowskiego. Po stracie rodzinnej Tymoszówki, po wielu latach włóczęgi po hotelach i mieszkaniach znajomych czy rodziny - tutaj, w Zakopanem, odnalazł prawdziwy dom. Ostatni w życiu stały adres.
Początkowo czuł się tu tymczasowo, kuracyjnie. W styczniu 1931 roku oficjalnie się jednak zameldował i zaczął się urządzać. Jak można sądzić z cytowanego listu do matki - początkowo zajmował Szymanowski w "Atmie" tylko parter, choć wynajmował cały dom. Meble, stanowiące wyposażenie mieszkania - niepiękne twory w pseudowitkiewiczowskim stylu - należały do inwentarza willi i były przez kompozytora wynajęte wraz z domem. Pracownię postanowił jednak Szymanowski urządzić po swojemu - tu przecież miał spędzić najwięcej czasu, a od tego jak się tu będzie czuł, zależał, być może, kształt jego kompozycji. Sprowadził dwa proste fotele z "Ładu" i miękkie krzesła z obiciami w kolorowe kwiaty. Ściany przyozdobiły wileńskie kilimy, na których zawisły portrety oraz fotografie rodziny i przyjaciół. Pianino "Petroff" zostało wypożyczone od Franciszki Kulpińskiej, a stroił je niewidomy organista z Kościelisk, Adam Kordasiewicz. Prosty, drewniany stół spełniał rolę biurka, wiklinowa etażerka zastępowała podręczną biblioteczkę. Kozetka z kolorowymi poduszkami służyła do wypoczynku w ciągu dnia.
Główne wejście - przez werandę - prowadziło do sąsiadującego z pracownią pokoju stołowego. Obok mieścił się największy pokój - sypialnia. Między nią a kuchnią znajdował się pokój Felka Bednarczyka (kamerdynera, kucharza i pielęgniarza Szymanowskiego w jednej osobie). Do kuchni prowadziły osobne drzwi z ganku. Trzecie, niekrępujące wejście miał malutki pokój gościnny, położony za pracownią kompozytora.
Dzień w "Atmie" zaczynał się niezbyt wcześnie. Koło dziewiątej Felek Bednarczyk wnosił do sypialni gumową wannę i dzbanki z gorącą, zimną i letnią wodą do porannej toalety - łazienek w "Atmie" nie było. Śniadanie jadano w stołowym, albo przy ładnej pogodzie na werandzie. W pidżamie i szlafroku z wielbłądziej wełny przeglądał Szymanowski przy śniadaniu korespondencję i poranne gazety. W letnie dni często jeszcze w pidżamie wychodził do ogrodu, gdzie spędzał kilkanaście minut na słońcu. Potem ubierał się, zawsze starannie i elegancko, i zasiadał do pracy. Komponował przy pianinie, nie uznając tworzenia matematycznego, "na sucho", każdy takt przegrywał wielokrotnie, poprawiał i uzupełniał, zanim zanotował go ołówkiem na papierze nutowym. Przepisywał i korygował zapis przy stole-biurku, gdzie trzymał zapas papieru nutowego i ostro zatemperowane ołówki. Listy do licznych znajomych, a także korespondencję urzędową pisał na maszynie, ustawionej obok stołu.
Pracę twórczą kończył w porze obiadowej. Po obiedzie, przygotowywanym przez Felka Bednarczyka (gdy zaś ten wyjeżdżał, a samopoczucie zatrzymywało Szymanowskiego w domu - obiady przynoszono mu z pobliskiej "domowej" restauracji "Pod Lipkami" Jana Krzeptowskiego), do pracy zazwyczaj już nie powracał, wolny czas wykorzystując na spacery fiakrem, wizyty w którejś z zakopiańskich kawiarni, czy też na odwiedziny lub przyjmowanie znajomych.
Gości w "Atmie" zazwyczaj nie brakowało. Długie miesiące mieszkała u "Wujcia" jego ukochana siostrzenica Kicia. Dla niej urządzono specjalną rezydencję w pokoju z werandą na piętrze. Mieszkali w "Atmie" także inni członkowie rodziny, przyjaciele, uczniowie i protegowani: Zofia, Stanisława i Feliks Szymanowscy, Piotr Perkowski, Aleksander Szymielewicz, Zbigniew Uniłowski. W pokoju na piętrze, położonym bezpośrednio nad pracownią Szymanowskiego, Jarosław Iwaszkiewicz tworzył Brzezinę, tu nocował Serge Lifar, gdy w 1935 roku przyjechał uczyć się tańca góralskiego, stąd Zygmunt Mycielski wyprawiał się w Tatry. Z dalekich stron przyjeżdżali do Zakopanego i odwiedzali w "Atmie" swego przyjaciela Artur Rubinstein, Emil Młynarski, Zofia i Paweł Kochańscy, Artur Rodziński. Niejeden uroczy, długo wspominany wieczór spędzili w "Atmie" zakopiańscy znajomi Karola Szymanowskiego i ci ludzie sztuki, którzy "pół życia" spędzili pod Giewontem: Zofia Nałkowska, Kornel Makuszyński, Józef Fedorowicz, Ferdynand i Walery Goetlowie, Michał i Jan Pawlikowscy, Maria Kasprowiczowa, Julian Tuwim, Helena i Jerzy Mieczysław Rytardowie, Rafał Malczewski, Karol Stryjeński, Juliusz Zborowski, Olgierd Sokołowski z żoną (którym Szymanowski dedykował II Kwartet smyczkowy), Antoni Słonimski. Stanisław Ignacy Witkiewicz nawiązał już po raz kolejny zerwaną przed laty znajomość z Szymanowskim, w efekcie czego powstały m.in. cztery "lizane" - jak mawiał Witkacy (czyli spokojne, grzeczne) portrety kompozytora. W odwiedziny do pana rektora - jak go zwyczajowo nazywano - przychodzili często zżyci z nim górale: Wojciech Wawrytko, Józef Krzeptowski, Józef Bachleda Gróborz, Obrochtowie. Przychodziła - nie tylko w interesach - "gaździna", jak nazywano Helenę ze Stochów Obrochtową, która w zastępstwie "wydanej na Kościeliską" właścicielki "Atmy" Zofii Walczakowej zarządzała pensjonatem.
Przede wszystkim jednak w "Atmie" Karol Szymanowski pracował. Tu zakończył ośmioletnią pracę nad baletem Harnasie, skomponował Dwanaście pieśni kurpiowskich na głos z fortepianem, dwa fragmenty z Litanii do Marii Panny do słów Jerzego Lieberta, IV Symfonię na fortepian i orkiestrę, tutaj skrzypek Paweł Kochański - jak pisał Szymanowski - wydusił zeń II Koncert skrzypcowy jak ze starej tubki pastę do zębów. Tu zinstrumentował na orkiestrę wcześniej skomponowane Pieśni księżniczki z baśni op. 31 i Pieśni muezina szalonego op. 42, tutaj wreszcie stworzył w 1932 i 1934 roku ostatnie swoje ukończone utwory - dwa mazurki op. 62.
Z "Atmy" przez pierwsze dwa lat Karol Szymanowski dojeżdżał parę razy na miesiąc do warszawskiej Akademii Muzycznej, którą jako jej pierwszy rektor kierował do listopada 1932 roku. Z "Atmy" też potem coraz częściej wyjeżdżał na koncerty, by zarabiać jako pianista w wielu krajach Europy. Pobyty w ulubionej willi przy Kasprusiach stawały się coraz krótsze, leczenie klimatyczne w Zakopanem siłą faktu było coraz mniej skuteczne, a stan zdrowia kompozytora budził coraz większe obawy jego zakopiańskiego lekarza, doktora Olgierda Sokołowskiego. Wreszcie 5 listopada 1935 roku Karol Szymanowski opuścił Zakopane, by przez Warszawę dotrzeć do Paryża, gdzie trwały przygotowania do premiery Harnasiów.
I w tym samym mniej więcej czasie dowiedział się od lekarzy, że gruźlica zaatakowała już krtań, że klimat Zakopanego jest dlań zbyt ostry, że pod Giewont wrócić nie może.
Do połowy 1936 roku łudził się nadzieją, że stan zdrowia się poprawi, że wróci do "Atmy" - tam, gdzie czuł się naprawdę u siebie. Niestety, rozwój choroby był nieubłagany. Do Tatr nie dane mu już było wrócić za życia - umarł, widząc przez okno ośnieżone szczyty Alp.

őPowrót do spisu treści

Dalej ř