Maciej Pinkwart
Zakopiańskim szlakiem Karola Szymanowskiego
W Zakopanem, czyli "u siebie"
Powołany na stanowisko dyrektora Konserwatorium Warszawskiego
w 1927 roku, rzucił się Szymanowski w wir zajęć
pedagogicznych i organizacyjnych. Do Zakopanego nie było kiedy
przyjeżdżać, brakowało nawet czasu na własną pracę
kompozytorską. Jednocześnie część warszawskiego środowiska
muzycznego, niechętna Szymanowskiemu i forsowanym przezeń
nowoczesnym poglądom na kształcenie muzyczne, rozpętała
przeciwko niemu nie przebierającą w środkach nagonkę.
Wszystko to podkopało wątłe siły kompozytora i zaowocowało
chorobą. Po dwukrotnych pobytach w sanatorium w austriackim Edlach
i badaniach u specjalistów w Wiedniu okazało się, że
Szymanowski cierpi na zaawansowaną gruźlicę płuc. Kolejny
pobyt w sanatorium - tym razem przeciwgruźliczym, w Davos
w Szwajcarii, na przełomie 1929 i 1939 roku zatrzymał postęp
wyniszczającej choroby. Tam właśnie podjął kompozytor
decyzję o rezygnacji ze stanowiska dyrektora Konserwatorium i o
przeniesieniu się z Warszawy do Zakopanego. Tęsknotę do Tatr
bodaj najsilniej odczuwał właśnie w Alpach: na ścianach
pokoju w sanatorium porozwieszał fotografie z Zakopanego i
marzył o chwili, kiedy "niewola" w Davos nareszcie
się skończy.
W kwietniu 1930 roku zwrócił się do Juliusza Zborowskiego z
prośbą o pomoc w wyszukaniu kilkupokojowego mieszkania w
Zakopanem. Rozważał możliwość wyboru spośród poleconych mu
przez biuro wynajmu J.Kubińskiego willi "Notre Dame"
przy ul. Piłsudskiego, "Niespodzianka" przy ul.
Kaszelewskiego i "Maciejówka" przy ulicy Sienkiewicza.
10 maja 1930 roku tygodnik "Zakopane", z którym
współpracował Zborowski, donosił w Kronice:
Dowiadujemy się, że nasz najznakomitszy kompozytor domy
obecnej p. Karol Szymanowski, b. dyrektor konserwatorium
muzycznego w Warszawie, po ukończeniu kuracji w Davos ma
osiąść na czas dłuższy, przynajmniej na rok, dla
dokończenia kuracji w Zakopanem.
To samo pismo doniosło w miesiąc później o przybyciu
Szymanowskiego do Zakopanego w dniu 11 czerwca, a "Lista
Gości" podała nowy adres kompozytora: willa "Czerwony
Dwór" przy ulicy Kasprusie
(obecnie nr 27). Szymanowski ze zdziwieniem
skonstatował, że była to dawna willa
"Władysławka", ta sama, w której ongi zaprzyjaźnił
się z Arturem Rubinsteinem, a która przez minione
ćwierćwiecze zmieniła zarówno właścicieli, jak i nazwę.
Juliusz Zborowski, polecając kompozytorowi tę willę na
dłuższy pobyt, być może nawet nie wiedział, że tak oto
Szymanowski powróci niemal do początków swej zakopiańskiej
przygody. Nie mieszkał co prawda w głównym budynku, gdzie
niegdyś Rubinstein zapoznawał się z jego młodzieńczymi
kompozycjami, ale za to niewielki domek w ogrodzie zajmował w
całości, mając tam pianino i dysponując pokojami gościnnymi
- w "swojej" oficynie i w głównym pensjonacie.
Przyjechał Szymanowski ze Zbigniewem Uniłowskim, odkrytym przez
siebie młodym pisarzem (Wspólny pokój), którego
kompozytor poznał jako... boya hotelowego oraz prowadzącym
Szymanowskiemu gospodarstwo Feliksem Bednarczykiem. W lipcu
przyjechała doń siostrzenica Kicia z boną oraz młody
kompozytor, uczeń Szymanowskiego - Piotr Perkowski. Z nowej
rezydencji Szymanowski był zadowolony: mógł spokojnie
pracować (instrumentował wtedy Harnasie i tworzył Veni
Creator), mógł wypoczywać i leczyć się. Sądził, że
zostanie tu na dłużej.
"Czerwony Dwór" to jedna z najpiękniejszych, a także
najważniejszych willi Zakopanego. Wybudowana w 1903 roku przez
Wojciecha Roja w stylu zakopiańskim, niewiele zmieniona istnieje
do dziś. Wiemy już, że w 1904 roku mieszkał tu Artur
Rubinstein. Lata pierwszej wojny światowej spędził tu Stefan
Żeromski, tutaj też w listopadzie 1918 r. mieścił się
"zakopiański Belweder", kiedy to autor Popiołów
stał na czele zakopiańskiej Rady Narodowej i nazywano go
"Prezydentem Rzeczypospolitej Zakopiańskiej".
Po II wojnie światowej urządzono tu przedszkole, które w 1953
roku otrzymało imię Karola Szymanowskiego. Na ścianie
"Czerwonego Dworu" koegzystują obok siebie dwie
tablice: "W tym domu mieszkał i tworzył w latach 1918-19
Stefan Żeromski" i "Państwowe Przedszkole nr 3 im.
K.Szymanowskiego". Domek wszakże, w którym mieszkał
kompozytor w "oficynie" pensjonatu - już nie istnieje.
Z końcem sierpnia 1930 roku Karol Szymanowski pisał z
"Czerwonego Dworu" do matki:
Ja żyję - jak zawsze - regularnie i dość nudno. Do obiadu
pracuję - później trochę leżę na werandzie - później z
godzinkę w "Morskim Oku", żeby trochę ludzi
zobaczyć - a o 8 przeważnie już w domu na kolacji - i
wcześnie spać.
Lato 1930 roku obfitowało w Zakopanem w towarzyskie i kulturalne
atrakcje. Bawił pod Giewontem Emil Młynarski z żoną, Adolf
Chybiński, Teodor Axentowicz, Andrzej Strug, Zofia Nałkowska,
Zofia i Zbigniew Jachimeccy, Stanisław Kazuro, Ludwik Solski.
Mała Kicia miała towarzystwo rówieśnych sobie dzieci Rafała
Malczewskiego i konferowała z samym Kornelem Makuszyńskim,
który nadal trwał w zamiarze wykłócenia dla Zakopanego prawa
do legalnego uprawiania hazardu, co miało stworzyć trwałe
podstawy bytu "Monte Gewonto".
Początek lat trzydziestych upływał w Zakopanem pod znakiem
sportu i kultury. W roku 1929 podtatrzańskie uzdrowisko stało
się światową stolicą narciarstwa - zorganizowano wtedy pod
Giewontem po raz pierwszy mistrzostwa świata pod auspicjami
Międzynarodowej Federacji Narciarstwa (FIS). W tym samym roku
powstał Związek Przyjaciół Zakopanego, który wyłonił z
siebie Komitet Imprez Sportowych - najlepszego organizatora
zawodów letnich i zimowych. KIS doprowadził do wybudowania na
Równi Krupowej dwóch stadionów sportowych, wykorzystywanych
także dla celów kulturalnych. Nowoczesną salę imprezową
według projektu Eugeniusza Wesołowskiego otwarto dla
Towarzystwa Gimnastycznego "Sokół" latem 1929 roku -
dziś tak, przy ulicy Orkana 2, jest kino "Sokół". Z
uwagi jednak na złą akustykę tej sali imprezy muzyczne i
teatralne odbywały się nadal w sali "Morskiego Oka".
Tam też grywała zawiązana właśnie w 1930 roku orkiestra
Związku Przyjaciół Zakopanego, nazywana szumnie symfoniczną,
choć liczyła niewiele ponad 20 osób. Zespół, którym
dyrygował Adam Furmański, przetrwał zaledwie jeden sezon i
dał kilkanaście koncertów. Z tą orkiestrą, a także z
solowymi recitalami występował związany z Zakopanem od 1915
roku znakomity pianista holenderski niemieckiego pochodzenia -
Egon Petri, grywali też skrzypkowie Helena Zarzycka i Bronisław
Gimpel. Na scenie "Morskiego Oka" oglądał Karol
Szymanowski Irenę Solską w sztuce Zofii Nałkowskiej Dom
kobiet, mógł także oklaskiwać tam Kazimierza
"Lopka" Krukowskiego, Adolfa Dymszę i Chór Dana.
Niemal codziennie rozgrywano wyścigi samochodowe, biegi
sztafetowe, wyścigi konne, mecze lekkoatletyczne i piłkarskie.
W pierwszej połowie lat trzydziestych ustabilizowała się
sytuacja społeczna w Zakopanem. Wyłoniona w 1929 roku (po
trzyletniej przerwie spowodowanej zawieszeniem samorządu przez
władze państwowe) rada gminna zajęła się problematyką
gospodarczą, zapominając o jątrzących poprzednio waśniach
partyjnych. Przykładem takiej chwalebnej apolityczności była
postawa działacza Polskiej Partii Socjalistycznej Leopolda
Winnickiego, który został wybrany burmistrzem i po przyjęciu
wyboru zrezygnował z członkostwa partii, by w swym
postępowaniu nie kierować się względami partyjnego
partykularyzmu, tylko dobrem Zakopanego. Ta, diametralnie inna
niż w poprzednim okresie (i wielu następnych...) postawa
burmistrza zaowocowała spokojnym rozwojem miasta. Miasta -
bowiem 18 października 1933 roku Zakopanemu oficjalnie nadano
prawa miejskie. Staraniem burmistrza Winnickiego oraz majora
Juliusza Schreyera, kapelmistrza zaangażowanej na sezon letni
orkiestry wojskowej - zorganizowano w 1931 roku na stadionie na
Równi Krupowej prezentację oper górskich, pokazując w
naturalnej scenerii podtatrzańskiej Halkę Stanisława
Moniuszki oraz zamyśloną jako kontynuacja fabuły tego
właśnie dzieła Pomstę Jontkową Bolesława
Wallek-Walewskiego. Dyrygowali major Schreyer i Wallek-Walewski,
partię Halki śpiewała Helena Lipowska, grała wzmocniona
amatorami orkiestra 20 Pułku Piechoty Ziemi Krakowskiej. Przez
pięć dni operę na świeżym powietrzu obejrzało około
szesnaście tysięcy osób, a głównymi atrakcjami, jak się
wydaje, były wykorzystane w inscenizacji elementy autentycznego
folkloru góralskiego, wplecione w tok akcji tańce i muzyka
góralska oraz występ legendarnego już wówczas dudziarza
Stanisława Mroza z Poronina.
Za kadencji Leopolda Winnickiego na stanowisku burmistrza rada
miejska nadała w 1931 roku godność honorowego obywatela coraz
aktywniejszemu w Zakopanem Kornelowi Makuszyńskiemu oraz
redaktorowi naczelnemu krakowskiego "Ilustrowanego Kuriera
Codziennego" - Marianowi Dąbrowskiemu. Ich poprzednikami
byli od 1901 roku Stanisław Witkiewicz, Władysław Zamoyski,
ks. Kazimierz Kaszelewski, Emil Godlewski, Wojciech Korfanty,
Stefan Rottermund, Władysław Orkan, Jan Gwalbert Pawlikowski i
Kazimierz Tetmajer. Radni następnej kadencji godnością
honorowych obywateli stolicy Tatr obdarzyli jeszcze Ignacego
Mościckiego, Józefa Piłsudskiego i Aleksandra Bobkowskiego.
Poza "Ilustrowanym Kurierem Codziennym" (na którym -
jak mi mówiła - siostrzenica Szymanowskiego Kicia nauczyła
się czytać...) i poważniejszymi dziennikami warszawskimi,
mógł w owych latach Karol Szymanowski włączyć do lektury
pisma zakopiańskie, wśród których najważniejszymi były:
"Zakopane", redagowane przez Maksymiliana Skibińskiego
i Józefa Żychonia oraz "Echo Zakopiańskie"
Jarosława Sawczaka.
Rojno więc było w Zakopanem i gwarno, uzdrowisko - które
właściwie już dawno uzdrowiskiem być przestało - nadal było
modne i przyciągało tłumy ludzi. Z początkiem lat
trzydziestych liczba gości przekroczyła pięćdziesiąt
tysięcy rocznie. Spokoju trzeba było szukać coraz dalej od
centrum.
Na Kasprusiach było jednak nadal spokojnie. W "Czerwonym
Dworze" pracowało się Szymanowskiemu nieźle, chętnie
przyjmował tu gości, dobrze też układały się stosunki z
gospodarzami. Ale pod koniec lata Karol Szymanowski zdecydował,
że nie zostanie dłużej w swojej "oficynie", może
warunki domku nie pozwalały na spędzenie tu zimy. Dalej jednak
kompozytor trwał przy zamiarze osiedlenia się w Zakopanem.
Po kilku tygodniach pobytu w Warszawie wrócił do Zakopanego i
24 października 1930 roku mógł już napisać do matki:
Mamunieczko najdroższa. Oto właśnie pierwszy wieczór
siedzę nareszcie u siebie! Skromny, góralski dom (niedaleko
"Czerwonego Dworu"), ale b. miły i przytulny. Mam 4
pok. Sypialny, jadalny, gabinet i mały gościnny. Oprócz tego
porządny pokoik dla Felka i kuchnia. W gabinecie sofa dla
jeszcze jednego ewent. gościa. Bardzo mi się tu podoba.
Gazdowie znani tu, porządni ludzie (Obrochtowie - synowiec
Bartka). Po trochu się urządzę, żeby było przytulnie i
miło. Z dala od ulicy, więc cicho, a przy tym nie bardzo daleko
od "miasta". Jeszcze muszę się zakrzątnąć koło
pianina i będzie wszystko w porządku.
Adres, umieszczony w nagłówku, brzmiał: willa "Atma",
ulica Kasprusie 33 (obecnie nr 19).
Dzień później tygodnik Zakopane doniósł w Kronice:
Pan Karol Szymanowski, rektor Akademii Muzycznej w Warszawie,
przybył w ubiegłym tygodniu do Zakopanego na dłuższy pobyt i
zamieszkał w willi "Atma" przy ulicy Kasprusie.
Historia początków "Atmy" datuje się od roku 1892,
kiedy to Józef Kaspruś Stoch, absolwent Szkoły Przemysłu
Drzewnego, jeden z budowniczych witkiewiczowskiej
"Koliby", ożenił się z Anną Stopkówną. Wkrótce
też rozpoczął budowę dwóch willi nad płynącym z Doliny
Strążyskiej potokiem Młyniska, niedaleko swojego rodzinnego
domu przy Kasprusiach. Jedna z nich miała być domem
mieszkalnym, obok powstały zabudowania gospodarcze. Druga
została przeznaczona dla letników.
W początkach XX stulecia świecący nowością dom Stochów, bez
nazwy jeszcze, stał już na niewielkiej łące, jako budynek
parterowy, pozbawiony ogrzewania i urządzeń sanitarnych,
możliwy do eksploatacji tylko latem. Pierwszymi gośćmi,
którzy spędzili w "dołku" między Kasprusiami a
Wilcznikiem sezon letni byli - według córki budowniczego
"Atmy" - państwo Ciechanowscy ze Lwowa. Zofia ze
Stochów Walczakowa opowiadała o wakacyjnym pobycie w Zakopanem
osobistego sekretarza cesarza Franciszka Józefa, Kierskiego, z
rodziną w 1913 roku. Mówiła też o pobycie samego cesarza
Karola Habsburga w latach wojny: Najjaśniejszy Pan - wówczas
jeszcze następca tronu - zjechać raczył podobno incognito na
Kasprusie w odwiedziny do swej c.k. sympatii, panny
Winterowskiej, córki dworskiego malarza, która wraz z rodziną
tu właśnie wczasowała. Te legendy, przechowywane przez lata w
pamięci właścicielki willi, przyćmiła późnej sława
głównego lokatora willi, który swą sztuką wspiął się na
wyżyny najwyższej, bo artystycznej arystokracji.
Zabawne, że w tej właśnie willi gościł już kiedyś
Szymanowski przed laty, co świetnie pamiętała Zofia
Walczakowa:
Po raz pierwszy na góralskim weselu był na moim. Tutaj, w
"Atmie". Józiu go przyprowadził Krzeptowski i
Wawrytka. I pyta się - słuchojcie, tu jest taki pon, który
fciałby widzieć góralskie wesele, cy moze przyjść. Więc my
poprosili. W którym roku? W dwudziestym trzecim.
Nie było to co prawda pierwsze góralskie wesele, na którym
gościł Szymanowski, ponieważ tydzień wcześniej drużbował u
Rytardów, jednakże kontakt z przyszłym domem kompozytora
został już nawiązany. Ale wówczas "Atma" nie była
jeszcze "Atmą", tylko bezimienną chałupą dla
panów. Nazwę, wywodzącą się z sanskrytu (atma =
"dusza") nadali jej w połowie lat dwudziestych
nieznani z nazwiska letnicy, poddający się obowiązującej
wówczas modzie na Orient. Przypominało imię żeńskie,
spodobało się i zostało przez gazdów przyjęte.
Kiedy w 1910 roku umarł Józef Kaspruś Stoch, chałupy nad
potokiem dostały się jego córkom, ale majątkiem rodzinnym
zarządzała nadal ich matka - Anna Stoch. Ona też w 1926 roku
zarządziła kapitalny remont rodzinnego pensjonatu. Dobudowane
zostało piętro, w izbach pojawiły się piece, doprowadzono
lokalną kanalizację, a na balkonie od strony ulicy pojawiła
się tablica z nazwa willi. "Atma" wpisana została w
geografię Zakopanego.
W 1930 roku ta właśnie willa stała się miejscem zamieszkania
Karola Szymanowskiego. Po stracie rodzinnej Tymoszówki, po wielu
latach włóczęgi po hotelach i mieszkaniach znajomych czy
rodziny - tutaj, w Zakopanem, odnalazł prawdziwy dom. Ostatni w
życiu stały adres.
Początkowo czuł się tu tymczasowo, kuracyjnie. W styczniu 1931
roku oficjalnie się jednak zameldował i zaczął się
urządzać. Jak można sądzić z cytowanego listu do matki -
początkowo zajmował Szymanowski w "Atmie" tylko
parter, choć wynajmował cały dom. Meble, stanowiące
wyposażenie mieszkania - niepiękne twory w
pseudowitkiewiczowskim stylu - należały do inwentarza willi i
były przez kompozytora wynajęte wraz z domem. Pracownię
postanowił jednak Szymanowski urządzić po swojemu - tu
przecież miał spędzić najwięcej czasu, a od tego jak się tu
będzie czuł, zależał, być może, kształt jego kompozycji.
Sprowadził dwa proste fotele z "Ładu" i miękkie
krzesła z obiciami w kolorowe kwiaty. Ściany przyozdobiły
wileńskie kilimy, na których zawisły portrety oraz fotografie
rodziny i przyjaciół. Pianino "Petroff" zostało
wypożyczone od Franciszki Kulpińskiej, a stroił je niewidomy
organista z Kościelisk, Adam Kordasiewicz. Prosty, drewniany
stół spełniał rolę biurka, wiklinowa etażerka zastępowała
podręczną biblioteczkę. Kozetka z kolorowymi poduszkami
służyła do wypoczynku w ciągu dnia.
Główne wejście - przez werandę - prowadziło do
sąsiadującego z pracownią pokoju stołowego. Obok mieścił
się największy pokój - sypialnia. Między nią a kuchnią
znajdował się pokój Felka Bednarczyka (kamerdynera, kucharza i
pielęgniarza Szymanowskiego w jednej osobie). Do kuchni
prowadziły osobne drzwi z ganku. Trzecie, niekrępujące
wejście miał malutki pokój gościnny, położony za pracownią
kompozytora.
Dzień w "Atmie" zaczynał się niezbyt wcześnie.
Koło dziewiątej Felek Bednarczyk wnosił do sypialni gumową
wannę i dzbanki z gorącą, zimną i letnią wodą do porannej
toalety - łazienek w "Atmie" nie było. Śniadanie
jadano w stołowym, albo przy ładnej pogodzie na werandzie. W
pidżamie i szlafroku z wielbłądziej wełny przeglądał
Szymanowski przy śniadaniu korespondencję i poranne gazety. W
letnie dni często jeszcze w pidżamie wychodził do ogrodu,
gdzie spędzał kilkanaście minut na słońcu. Potem ubierał
się, zawsze starannie i elegancko, i zasiadał do pracy.
Komponował przy pianinie, nie uznając tworzenia matematycznego,
"na sucho", każdy takt przegrywał wielokrotnie,
poprawiał i uzupełniał, zanim zanotował go ołówkiem na
papierze nutowym. Przepisywał i korygował zapis przy
stole-biurku, gdzie trzymał zapas papieru nutowego i ostro
zatemperowane ołówki. Listy do licznych znajomych, a także
korespondencję urzędową pisał na maszynie, ustawionej obok
stołu.
Pracę twórczą kończył w porze obiadowej. Po obiedzie,
przygotowywanym przez Felka Bednarczyka (gdy zaś ten
wyjeżdżał, a samopoczucie zatrzymywało Szymanowskiego w domu
- obiady przynoszono mu z pobliskiej "domowej"
restauracji "Pod Lipkami" Jana Krzeptowskiego), do
pracy zazwyczaj już nie powracał, wolny czas wykorzystując na
spacery fiakrem, wizyty w którejś z zakopiańskich kawiarni,
czy też na odwiedziny lub przyjmowanie znajomych.
Gości w "Atmie" zazwyczaj nie brakowało. Długie
miesiące mieszkała u "Wujcia" jego ukochana
siostrzenica Kicia. Dla niej urządzono specjalną rezydencję w
pokoju z werandą na piętrze. Mieszkali w "Atmie"
także inni członkowie rodziny, przyjaciele, uczniowie i
protegowani: Zofia, Stanisława i Feliks Szymanowscy, Piotr
Perkowski, Aleksander Szymielewicz, Zbigniew Uniłowski. W pokoju
na piętrze, położonym bezpośrednio nad pracownią
Szymanowskiego, Jarosław Iwaszkiewicz tworzył Brzezinę,
tu nocował Serge Lifar, gdy w 1935 roku przyjechał uczyć się
tańca góralskiego, stąd Zygmunt Mycielski wyprawiał się w
Tatry. Z dalekich stron przyjeżdżali do Zakopanego i odwiedzali
w "Atmie" swego przyjaciela Artur Rubinstein, Emil
Młynarski, Zofia i Paweł Kochańscy, Artur Rodziński. Niejeden
uroczy, długo wspominany wieczór spędzili w "Atmie"
zakopiańscy znajomi Karola Szymanowskiego i ci ludzie sztuki,
którzy "pół życia" spędzili pod Giewontem: Zofia
Nałkowska, Kornel Makuszyński, Józef Fedorowicz, Ferdynand i
Walery Goetlowie, Michał i Jan Pawlikowscy, Maria Kasprowiczowa,
Julian Tuwim, Helena i Jerzy Mieczysław Rytardowie, Rafał
Malczewski, Karol Stryjeński, Juliusz Zborowski, Olgierd
Sokołowski z żoną (którym Szymanowski dedykował II
Kwartet smyczkowy), Antoni Słonimski. Stanisław Ignacy
Witkiewicz nawiązał już po raz kolejny zerwaną przed laty
znajomość z Szymanowskim, w efekcie czego powstały m.in.
cztery "lizane" - jak mawiał Witkacy (czyli spokojne,
grzeczne) portrety kompozytora. W odwiedziny do pana rektora -
jak go zwyczajowo nazywano - przychodzili często zżyci z nim
górale: Wojciech Wawrytko, Józef Krzeptowski, Józef Bachleda
Gróborz, Obrochtowie. Przychodziła - nie tylko w interesach -
"gaździna", jak nazywano Helenę ze Stochów
Obrochtową, która w zastępstwie "wydanej na
Kościeliską" właścicielki "Atmy" Zofii
Walczakowej zarządzała pensjonatem.
Przede wszystkim jednak w "Atmie" Karol Szymanowski
pracował. Tu zakończył ośmioletnią pracę nad baletem Harnasie,
skomponował Dwanaście pieśni kurpiowskich na głos z
fortepianem, dwa fragmenty z Litanii do Marii Panny do
słów Jerzego Lieberta, IV Symfonię na fortepian i
orkiestrę, tutaj skrzypek Paweł Kochański - jak pisał
Szymanowski - wydusił zeń II Koncert skrzypcowy jak ze
starej tubki pastę do zębów. Tu zinstrumentował na
orkiestrę wcześniej skomponowane Pieśni księżniczki z
baśni op. 31 i Pieśni muezina szalonego op. 42,
tutaj wreszcie stworzył w 1932 i 1934 roku ostatnie swoje
ukończone utwory - dwa mazurki op. 62.
Z "Atmy" przez pierwsze dwa lat Karol Szymanowski
dojeżdżał parę razy na miesiąc do warszawskiej Akademii
Muzycznej, którą jako jej pierwszy rektor kierował do
listopada 1932 roku. Z "Atmy" też potem coraz
częściej wyjeżdżał na koncerty, by zarabiać jako pianista w
wielu krajach Europy. Pobyty w ulubionej willi przy Kasprusiach
stawały się coraz krótsze, leczenie klimatyczne w Zakopanem
siłą faktu było coraz mniej skuteczne, a stan zdrowia
kompozytora budził coraz większe obawy jego zakopiańskiego
lekarza, doktora Olgierda Sokołowskiego. Wreszcie 5 listopada
1935 roku Karol Szymanowski opuścił Zakopane, by przez
Warszawę dotrzeć do Paryża, gdzie trwały przygotowania do
premiery Harnasiów.
I w tym samym mniej więcej czasie dowiedział się od lekarzy,
że gruźlica zaatakowała już krtań, że klimat Zakopanego
jest dlań zbyt ostry, że pod Giewont wrócić nie może.
Do połowy 1936 roku łudził się nadzieją, że stan zdrowia
się poprawi, że wróci do "Atmy" - tam, gdzie czuł
się naprawdę u siebie. Niestety, rozwój choroby był
nieubłagany. Do Tatr nie dane mu już było wrócić za życia -
umarł, widząc przez okno ośnieżone szczyty Alp.