Maciej Pinkwart

Bzykanie

 28 września 2025

TUTAJ wersja audio

Nie znoszę wszystkiego co lata, a większości się nawet boję: ptaków, owadów, dronów, boeingów, nawet aniołów i psich latających talerzy frisbees. Bo to, co lata, jest ode mnie szybsze, może mnie niespodziewanie zaatakować albo przestraszyć, a nawet mnie podglądać, spaść na mnie, uwięzić w blaszanej rurze, ugryźć albo ofajdać, co zdarza się nie tylko felietonistom czy recenzentom, ale nawet wieszczom zaklętym w spiż pomników. Najbardziej zaś nie lubię owadów, których z punktu widzenia prawowiernych chrześcijan w ogóle nie ma, albo są – co nader prawdopodobne – tworem diabelskim. W każdym razie nie stworzył ich Bóg, bo w biblijnej Księdze Rodzaju o owadach nie ma ani słowa.

Zły z pewnością był tu sprawcą: wystarczy bowiem spojrzeć na makrofotografię turkucia podjadka, gąsienicy motyla bielinka, czy choćby zwykłej muchy domowej, mrówki, pszczoły czy świerszcza polnego, nie mówiąc już o przerażającej zmierzchnicy trupiej główce czy modliszce, będącej diabelską parodią księdza z Dąbrowy Górniczej. Drapiąc się w lewą rękę, nie mogę nie wspomnieć o jesiennej komarzycy, która ostatnio dokonała transfuzji mojej krwi do swego żołądka, bo choć sama jest zaprzysięgłą wegetarianką żywiącą się sokiem owocowym, to potrzebuje moich białek, żeby z nich budować swoje, z przeproszeniem, jaja.

To wszystko są dzieła diabelskie, bo poza szatańskim wyglądem, jest ich diabelnie dużo: do kupna książki, o której dzisiaj piszę, skłoniła mnie reklama internetowa informująca, że na każdego pojedynczego człowieka przypada… 166 milionów pojedynczych owadów. Trzy razy sprawdzałem: na pana, panią, Dorotę, Kasię, Andrzeja i Tomka – 166 milionów. A ich różnorodność jest też porażająca: fruwa, pełza, chodzi i pływa wokół nas ponad milion gatunków owadów. Tyle zostało opisanych naukowo, złapanych i wsadzonych do muzeów przyrodniczych. Ale naukowcy sądzą, że niesklasyfikowanych dotąd gatunków może być nawet 30 milionów.

Wcale Państwu nie rekomenduję tej książki, nie dlatego, że niedobra, tylko z innych powodów. O tym potem. Na razie zdradźmy tytuł (o autorach za chwilę): Owady – udane modele ewolucyjne. Właśnie dlatego mnie ta publikacja skusiła, bo kiedyś czytałem i recenzowałem (zachwycając się poniekąd, ale i będąc zszokowany) książkę Nathana Lentsa  Człowiek i błędy ewolucji (http://www.pinkwart.pl/recenzje/lektury/2019/Prawie_wszystko.htm). Codziennie doświadczam, i to coraz dotkliwiej, jak wiele błędów ewolucja zrobiła w moim przypadku. Ale prawdę powiedziawszy i tam, gdzie się ewolucji powiodło, zachwycać się też specjalnie nie ma czym.

Weźmy na przykład pozornie duży sukces ewolucyjny: największe zwierzę na Ziemi, płetwala błękitnego. Jak wszystkie zwierzęta, wieloryb ten pochodzi z morza, kiedyś jego przodkowie wyszli na ląd, żyli tam sobie, a po setkach, a może tysiącach pokoleń, kiedy na lądzie zrobiło się chłodno i głodno – wrócili do morza, ewolucyjnie adaptując się do nowego – starego – środowiska pozbyli się tylnych odnóży, przednie rozrosły się w okropne płetwy, zrobił im się mocarny ogon, zwierzęta się powiększyły i obrosły tłuszczem, który zastąpił wcześniejsze futra, zaczęły oddychać tylko przez nozdrza, które przeniosły się na górę głowy, żeby łatwiej było pobierać tlen z powietrza (ciekawe, co robią, jak mają katar), zamiast zębów urosło im po 320 fiszbinów, służących do filtrowania środowiska: wpływa woda zanieczyszczona planktonem, wypływa czysta, plankton się połyka i to wszystko. Wieloryb nabrał ciałka, osiągnął ponad 30 metrów długości i ponad 150 ton wagi, młode, nazywane cielętami, rodzą się jako siedmiometrowe potwory o wadze 3 ton, przez siedem miesięcy odsysają z mamusi do 300 litrów mleka dziennie, uważając żeby nie zmieszało się w wodą morską, bo to wszystko dzieje się na mokro. A żeby do tego doszło samczyk musi użyć 3-metrowego penisa: cóż, w tym przypadku rozmiar ma szalone znaczenie. Wszystko to napędza serduszko o wadze do 600 kg. Prymitywne, prawda?

U owadów wszystko jest znacznie bardziej skomplikowane, w dodatku w większości wypadków miniaturowe. Co prawda, w Chinach ostatnio odkryto patyczaka o długości ponad 60 cm, ale to się nie liczy, bo Chiny pod przewodem Partii Komunistycznej okropnie się ostatnio rozwijają. Największy chrząszcz polski, jelonek rogacz, może mieć 8,5 cm. Kiedyś, oczywiście, owady były większe, ale kiedyś wszystko było większe, potem maleje i prawie znika, wiem coś o tym, tylko głupota i chamstwo z biegiem lat stają się większe, wprost gargantuiczne. Ograniczenia wielkości tej grupy stawonogów wynikają z prymitywnej, oszczędnej funkcjonalnie, ale praktycznej budowy systemu natleniania: owady nie mają płuc, powietrze dociera do ich wnętrza przez przetchlinki – szparki w pokrywie zewnętrznej i dalej jest rozprowadzane przez tchawki – cienkie rurki, doprowadzające tlen do wszystkich części ciała. Nie jest to specjalnie efektywne, ale działa. A w innych elementach ewolucja musiała się okropnie napracować, budując współczesne organizmy owadzie. Złapmy na przykład motyla Morpho, pochodzącego z Ameryki Południowej i obecnego we wszystkich motylarniach, lubianego i podziwianego z uwagi na przepiękny błękitny kolor. I popatrzmy na niego przez porządny mikroskop. Jak ewolucja osiągnęła taki efekt kolorystyczny?

Część (białego) światła słonecznego, które pada na skrzydło tego motyla, jest odbijana przez górne blaszki opalizujących łusek, inna część przez kolejne i tak dalej. Niewielkie różnice w ścieżkach światła przechodzących przez blaszki powodują względne przesunięcie wzorów fal. Wiązki światła, które wcześniej istniały obok siebie, nagle interferują i znoszą się nawzajem. Sztuczka polega na tym, że zjawisko to dotyczy tylko niektórych długości fal. W przypadku niebieskich motyli Morpho, tylko światło o długości fali, która dla naszych oczu wydaje się niebieska, nie ulega temu zjawisku. Równomiernie zbudowane, naprzemienne ułożone pary warstw kutykuli (współczynnik załamania światła n = 1,58) i powietrza (n = 1) uginają i odbijają światło padające na podłużne żebra za pomocą blaszek w taki sposób, że tylko promienie świetlne o jednej długości fali ulegają wzmocnieniu na drodze interferencji – w tym przypadku jest to kolor świetliście niebieski. Jest on następnie odbijany przez sąsiednie blaszki w taki sposób, że jego długość fali zostaje przesunięta o dokładnie jedną całkowitą fazę światła w porównaniu do sąsiedniej wiązki. W rezultacie szczyty i doliny fal sumują się, przez co promienistość ulega wzmocnieniu. Im więcej blaszek, tym bardziej jaskrawy i świetlisty staje się niebieski kolor.

Oto znakomity argument przeciwko poglądom kreacjonistów: wybrałem tu do demonstracji stosunkowo prostą analizę budowy tylko łusek kolorystycznych jednego motyla. Proszę sobie wyobrazić, ile musiałby się nagłówkować dobry Pan Bóg, gdyby tak stwarzał muchę za muchą, chrząszcza za chrząszczem, motyla za motylem… W motylach to miałby jeszcze dodatkowy kłopot: czy trzeba byłoby osobno tworzyć jajo, osobno gąsienicę, osobno poczwarkę i osobno imago, czyli dorosłego motyla, czy wystarczyłoby tylko stworzyć odpowiedni algorytm i zaimplementować go w… No, w co? Co było najpierw, jajko czy motyl? Tu, na Podhalu, pewno najpierw trzeba by było stworzyć gąsienicę.

Znacznie większe kłopoty są z wykreowaniem narządów służących do polowania, czy – uczciwszy uszy – bzykania, czyli przekazywania swojego materiału genetycznego. Nie chcąc nikogo seksualizować, pokażę tylko pewien element gry wstępnej u muchówki z rodzaju Diopsidae, które w procesie zdobywania partnerów używają oczu osadzonych daleko od głowy na długich szypułkach. Bynajmniej zresztą nie chodzi tu o wzrok (tak ważny u owadów, nie tylko w doborze seksualnym), tylko o imponowanie długością i szerokim rozstawem. A potem efekt tego zachwytu musi się urodzić, co też łatwe nie jest:

Podczas wylęgu Diopsidae muszą najpierw otworzyć pokrywę kokonu rzekomego (puparium). Dokonują tego za pomocą pęcherzyka czołowego (ptilinium) – rodzaju woreczka wystającego z kapsuły głowy. Gdy muchówce uda się w końcu strząsnąć pokrywę poprzez rytmiczne skurcze pęcherzyka czołowego, może ona opuścić puparium. Dopiero wtedy wysuwa gałki oczne, które na początku są skierowane do tyłu głowy. Konieczne do tego wewnętrzne ciśnienie hemolimfatyczne jest zwiększane przez skurcze mięśni głowy i odwłoka. To jednak nie wystarcza, dlatego do pęcherza czołowego i szypułek ocznych pompowane jest dodatkowe powietrze. Aspekty dotyczące lokalizacji i pochodzenia powietrza nie zostały jeszcze jednoznacznie zbadane. Po niespełna 20 minutach, obie szypułki oczne zostają rozwinięte, a pęcherzyk czołowy ustępuje.

Czyż nie diabelska sprawa? Nie mam uprawnień do pokazywania zdjęcia takiego urodzonego już osobnika, ale proszę mi wierzyć na słowo – oczy na szypułach to nic innego jak zakamuflowane rogi. Zresztą, rogów u owadów jest mnóstwo, nie tylko u dorosłych osobników, ale i u niewinnych dzieci, jakimi zdawałoby się, są gąsienice. To prawdziwe omeny, uważajcie!

Dlaczego nie propaguję tej książki? Choć jest ona szalenie ciekawa i fantastycznie dokładnie zrobiona, ze świetnymi zdjęciami i niezwykle szczegółowym opisem naukowym – to zdecydowanie nie jest dla każdego. No właśnie, ta naukowa szczegółowość wielu scen, sytuacji i postępowań diabelskiego nasienia, może zniechęcić nawet zaprawionego w bojach czytelnika. I tu pora na autora, że się tak wyrażę. Autorów Owadów jest dwóch: Werner Gnatzy i Jürgen Tautz. Pierwszy to biolog, profesor w Instytucie Zoologii Uniwersytetu we Frankfurcie nad Menem, drugi też jest biologiem, znanym badaczem pszczół, profesorem w Centrum Biologii Bawarskiego Uniwersytetu w Würzburgu. Autorami ilustracji są Werner i Christina Gnatzy. Warto wymienić jeszcze nazwisko tłumaczki – Anna Władyka-Leittretter.

Podobno książki naukowe łatwiej się pisze niż czyta – nie wiem, czy autorom łatwo się Owady pisało, ale mnie czytało się trudno i powiem szczerze, wytrzymałem do końca tylko z powodu recenzenckiej determinacji. Na pewno tłumaczenie było mordęgą i tym większe danke dla pani Anny, że w kilku miejscach uzupełnia dzieło własnymi przypisami, niejako spolszczającymi materię merytoryczną. Książka jest więc niełatwa, ale w pewnych aspektach fascynująca, a zupełnie rewelacyjne są zamieszczone w niej doskonałe technicznie fotografie, z których wiele to skany z mikroskopu elektronowego. A tekst: cóż, łatwo nie jest:

Aby uzyskać wgląd w budowę aparatu dźwiękowego, przepołowiliśmy ostrą żyletką głowę uprzednio unieruchomionej zmierzchnicy. Pozwoliło nam to obejrzeć wnętrze dwóch połówek kapsuły głowy pod skaningowym mikroskopem elektronowym  […]. Poprzez skurcz silnych mięśni, przyczepionych do zewnętrznej ściany gardła zmierzchnicy, zwiększa się objętość jej głowy. W tym samym czasie przełyk jest zamykany przez zawór. Powoduje to różnicę ciśnień między gardłem a trąbką. Nadgębie, które zazwyczaj zamyka jamę ustną na zewnątrz, zostaje w wyniku tej różnicy ciśnień na krótki czas odchylone z pozycji poziomej do góry. Jednakże, gdy tylko powietrze, które nagromadziło się przy zamkniętym nadgębiu u podstawy trąbki, przepłynie do gardła przez ugięte do góry nadgębie, różnica ciśnień spada, a nadgębie powraca do swej pierwotnej pozycji. Powoduje to krótki impuls powietrza o czasie trwania około 0,001 s. Ponieważ objętość gardła ciągle się zwiększa, proces ten powtarza się ok. 40 razy z rzędu.

Całość to lektura dla wytrwałych i obdarzonych stalowymi nerwami, lubiących horrory i opisy patomorfologiczne osób. Stanowczo nie czytać przed snem i przy jedzeniu!

Zdjęcia są niekiedy drastyczne, podobnie jak prawdziwie po niemiecku szczegółowe opisy zdobywania pożywienia. Nawet pszczoły bywają przerażające. To nie to, co przeżywał nasz ukochany znajomy z dzieciństwa, Kubuś Puchatek:

– To bzykanie coś oznacza. Takie bzyczące bzykanie nie bzyka bez powodu. Jeśli słyszę bzykanie, to znaczy, że ktoś bzyka, a jedyny powód bzykania, jaki ja znam, to ten, że się jest pszczołą.

Potem znów pomyślał dłuższą chwilę i powiedział: – A jedyny powód, żeby być pszczołą, to ten, żeby robić miód.

Po czym wstał i powiedział: – A jedyny powód robienia miodu to ten, żebym ja go jadł. – I zaczął włazić na drzewo.

Ale nigdy nie opowiadajcie żadnemu Kubusiowi, co robi kuzynka pszczoły, osa gromka z karaluchem, gdy podrzuca mu swoje dziecko. Brr…

--------------------------------

Werner Gnatzy i Jürgen Tautz, Owady – udane modele ewolucyjne. Fascynujące i zagrożone wyginięciem. Tłumaczenie – Anna Władyka-Leittretter, wydawnictwo „Pasieka Smakulskich”, Pakosław 2024, 289 stron.

Inne komentarze i recenzje