Zastanawiające, jak wiele osób, ważnych nie tylko dla
Zakopanego przyjechało pod Tatry ze wschodnich kresów
Rzeczypospolitej. Zwykle ich droga wiodła przez Warszawę. Tak
przybył do Zakopanego Stanisław Witkiewicz rodem ze Żmudzi,
Karol Szymanowski urodzony i wychowany na Ukrainie, tak też
trafił tu Mieczysław Karłowicz.
Urodzony w Wiszniewie na Litwie (dziś te strony zaliczane są do
Białorusi) był Mieczysław potomkiem od pokoleń osiadłych w
tamtych rejonach rodów zamożnego szlacheckiego rodu
Karłowiczów i jeszcze bardziej majętnego i szerzej
skoligaconego arystokratycznego rodu Sulistrowskich. Wychowany w
kręgu bogatych tradycji patriotycznych, wzrastał wśród ludzi
sztuki i nauki. Zamiłowanie do muzyki wpoili mu rodzice, oboje
czynnie uprawiający tę sztukę. Od dzieciństwa stykał się w
domu z kameralistyką, a w rozmaitych salach koncertowych
Heidelbergu, Pragi, Lipska i Warszawy z arcydziełami symfoniki.
Kierunek drogi czy może lepiej byłaby powiedzieć: dróg
życiowych Mieczysława Karłowicza, wytyczony został za sprawą
ojca. Na kształtowanie się osobowości przyszłego kompozytora
największy wpływ jednak wywarła matka.
Mieczysław przyszedł na świat 11 grudnia 1876 roku, jako
czwarte - nie oczekiwane podobno i "nie planowane"
dziecko Ireny i Jana Karłowiczów. Większą część ciąży
matka spędziła na Litwie, oczekując w zdenerwowaniu na powrót
męża z długiej wycieczki za Ocean, gdzie Jan Karłowicz
zwiedzał światową wystawę w Filadelfii. Niepokój matki z
tego okresu rzutować mógł na późniejszą nerwowość syna i
jego wątłe początkowo zdrowie. Inna rzecz, iż rodzeństwo
Mieczysława - siostry Stanisława i Wanda oraz prawie o sześć
lat starszy brat Edmund, także nie cieszyło się dobrym
zdrowiem.
Jan Karłowicz był
człowiekiem o rozległych zainteresowaniach i wielkiej wiedzy.
Początkowo zamierzał poświęcić się muzyce: w latach 1859-60
był uczniem konserwatorium w Brukseli, gdzie kształcił się u
świetnego wiolonczelisty Adriana Franciszka Servais'a,
studiując jednocześnie grę na organach u Mikołaja Jakuba
Lemmensa. Od 1861 roku występował jako wiolonczelista, grał na
fortepianie (który sam stroił), komponował, zajmował się
teorią muzyki (m. in. tłumacząc wydane w roku 1863 w Warszawie
Zasady harmonii R. E. Richtera) i próbował dokonać
reformy pisma nutowego. W początku 1871 roku przez kilka
miesięcy był nauczycielem "muzyki zbiorowej"
i...języka rosyjskiego w Konserwatorium Warszawskim. W
późniejszych latach by także jednym z filarów Warszawskiego
Towarzystwa Muzycznego, współorganizował Towarzystwo
Śpiewacze "Lutnia", zajmował się też ocaleniem
spuścizny po Stanisławie Moniuszce, z którym pozostawał w
bliskich stosunkach, a nade wszystko organizował w swoim domu w
Podzitwie, Wiszniewie, potem również w Warszawie wieczory
muzyki kameralnej i chóralnej.
Równolegle zainteresowania Jana Karłowicza szły w kierunku
nauk humanistycznych. Od 1853 roku studiował w Moskwie na
wydziale historyczno- filologicznym, kontynuował zaś naukę w
Paryżu i Heidelbergu, zajmując się zarówno historią, jak i
lingwistyką. W 1866 roku uzyskał doktorat filozofii na
uniwersytecie w Berlinie, przedstawiwszy pracę o wyprawie
kijowskiej Bolesława Chrobrego. W owym czasie próbował,
bezskutecznie, uzyskać katedrę historii w warszawskiej Szkole
Głównej, dążąc do wyrwania się z życia ziemiańskiego na
prowincji.
W późniejszych latach, zwłaszcza po osiedleniu się na stałe
w Warszawie, co nastąpiło w 1887 roku, zasłynął Jan
Karłowicz przede wszystkim jako etnolog i lingwista, twórca
monumentalnego Słownika gwar polskich, założyciel i redaktor
miesięcznika "Wisła", w którym publikował prace
zapoczątkowujące nowoczesną polską etnografię. Był także
inicjatorem i współtwórcą 8-tomowego Słownika języka
polskiego (tzw. Słownik warszawski), zajmował się też
onomastyką i dialektologią.
Według relacji współczesnych, mimo ważnych prac naukowych i
nie najlepszego na ogół stanu zdrowia, był Jan Karłowicz
człowiekiem miłym, towarzyskim i wesołym, czasami nawet
jowialnym. Warszawski dom Karłowiczów (najpierw przy obecnej
ul. Czackiego, potem przy Chmielnej, na koniec przy Jasnej 10)
był zawsze pełen gości, zarówno tych załatwiających ważne
interesy naukowe czy społeczne, jak i przyjaciół oraz osób
wysoko postawionych w warszawskim światku z racji swej pozycji
artystycznej czy - rzadziej - urodzenia. Mimo bowiem wysokich
koligacji, zwłaszcza Ireny Karłowiczowej, spokrewnionej m. in.
z Radziwiłłami, rodzice Mieczysława byli wolni od
jakichkolwiek snobizmów czy wielkopańskich manier.
W salonach Karłowiczów bywali wybitni ludzie sztuki i
literatury (m. in. Eliza Orzeszkowa), współpracujący z ojcem
lingwiści i etnografowie, muzycy i członkowie licznej rodziny.
Jednym ze współpracowników Jana Karłowicza w redakcji
"Wisły" i bywalcem domu przy ul. Chmielnej był
etnograf i językoznawca Bronisław Dembowski.
On to właśnie, wraz z żoną Marią z Sobotkiewiczów, jako
jeden z pierwszych ludzi nauki osiedlił się na stałe w
Zakopanem i od połowy lat 80. prowadził tu rozległą
działalność kulturalną. Rozmiłowany w folklorze
podhalańskim, był jednym z pierwszych badaczy rozmaitych
przejawów kultury ludowej górali podtatrzańskich. Dembowski
zajmował się też badaniem gwary góralskiej i wydał (w
"Sprawozdaniach Komisji Językowej Akademii Umiejętności)
pierwszy i nie zastąpiony do dziś Słownik gwary podhalskiej. W
redagowanej zaś przez Jana Karłowicza "Wiśle"
ogłosił z początkiem lat 90. wiele przyczynków ludoznawczych,
m. in. opowiadania Sabały (w tym popularną bajkę o śpiących
rycerzach.
Bliskim przyjacielem Dembowskich był inny bywalec domu
Karłowiczów - malarz, pisarz i krytyk sztuki Stanisław
Witkiewicz. Mniej więcej w tym samym czasie, kiedy poznał się
z Janem Karłowiczem, zaczął systematycznie bywać w Zakopanen,
od 1886 roku przenosząc swoje tatrzańskie wrażenia na papier;
w tymże roku na łamach "Wędrowca" ukazał się jego
szkic Tatry w śniegu. W 1888 roku odbył słynną wycieczkę,
opisaną w klasycznym dla literatury tatrzańskiej dziele, które
pod tytułem Na przełęczy ukazywało się w odcinkach na
łamach "Tygodnika Ilustrowanego" w latach 1889-90, a w
rok później wyszło w wydaniu książkowym.
Twórczość Stanisława Witkiewicza i bezpośrednia znajomość
z autorem Na przełęczy niewątpliwie wpłynęła na
zainteresowanie Karłowiczów Tatrami. Zakopane, zresztą,
stawało się coraz bardziej modne, coraz więcej warszawiaków,
zwłaszcza z bliskiego Janowi Karłowiczowi środowiska ludzi
nauki i sztuki, szło za radą lekarza dra Tytusa
Chałubińskiego i pod Giewontem szukało zdrowia, wypoczynku i
emocjonujących wrażeń w egotycznej dla przybysza z nizin
scenerii. Bezpośredni impuls do wyjazdy do Zakopanego dali
jednakże Karłowiczom inni przyjaciele domu - Samuel Dickstein z
żoną Pauliną.
Ten wybitny matematyk, pedagog i organizator nauki był
najbliżej związany z domem Karłowiczów. Poznał Zakopane już
przed laty i, jak wielu innych, gorąco je pokochał. Za radą
Dicksteinów Karłowiczowie postanowili zmienić dotychczasowy
zwyczaj spędzania letnich wywczasów wyłącznie w dobrach
rodzinnych na Litwie i poznać bliżej region podtatrzański.
Być może pewien wpływ podjęcie tego typu decyzji miała
jakaś wcześniejsza znajomość spraw podhalańskich u Jana
Karłowicza: wszak już w 1888 roku zamieścił w swojej
"Wiśle" obszerną recenzję z pracy Jana
Kleczyńskiego Melodie zakopiańskie i podhalskie, opublikowanej
w tymże roku ma łamach "Pamiętnika Towarzystwa
Tatrzańskiego".
Tak czy inaczej, jakieś wakacje należały się zwłaszcza
Mieczysławowi: rok szkolny 1888/89 przyniósł w jego życiu
sporo zmian i zmusił go do ciężkiej pracy. Rodzice, zwłaszcza
matka, planowali, że mały Mieczyś zostanie skrzypkiem
wirtuozem. Przez kilka lat pobytu wraz z rodzicami za granicą,
głównie w Niemczech, zdobył podstawy edukacji ogólnej i
muzycznej. W 1887 roku rodzina Karłowiczów osiadła w
Warszawie, a Mieczysław został uczniem skrzypka Jana
Jakowskiego. Rok później zapisano go do słynnego gimnazjum
realnego Wojciecha Górskiego. Jednym z najbliższych, jeżeli
nie jedynym rówieśnym przyjacielem Mieczysława Karłowicza
został wtedy przyszły konstruktor i wynalazca Kazimierz
Prószyński. Poza bliską znajomością rodziców zbliżyła
chłopców do siebie wspólna sympatia do muzyki i...
zamiłowania sportowe oraz techniczne. Upodobanie do
majsterkowania oraz nauk ścisłych i technicznych wpojono
Karłowiczowi najprawdopodobniej podczas pobytu w Niemczech. Tego
typu zajęcia świetnie odpowiadały ówczesnemu charakterowi
Mieczysława - drobiazgowego pedanta, który odziedziczywszy po
ojcu rozległość zainteresowań i talent twórczy, wziął od
matki upór, żelazną konsekwencję i silną wolę. Przyjaciel
rodziców, Jan Iwański, zaczął wprowadzać Mieczysława (oraz
jego kolegę Prószyńskiego) w arkana "slöjdu", czyli
prac ręcznych, a matka zadecydowała o zainstalowaniu w domu...
warsztatu stolarskiego. Jak wspominali znajomi i członkowie
rodziny Karłowiczów podobno zachęcała Mieczysława do nauki
stolarstwa i ślusarstwa, bojąc się niepewnej przyszłości,
chcąc - na wszelki wypadek - zapewnić mu możliwość
utrzymania się z pracy rzemieślniczej. Powodów do obaw nie
było żadnych - Karłowiczowie byli ludźmi więcej niż dobrze
sytuowanymi, a Mieczysławowe stolarstwo było jednym więcej
zajęciem rozwijającym zainteresowania przyszłego kompozytora.
Ze wspomnień Kazimierza Prószyńskiego wiemy, że 13-letni
Mieczysław uprawiał, z dużym powodzeniem, sport łyżwiarski,
latem zaś wioślarstwo na Stawie Łazienkowskim. Nieco później
chętnie jeździł na rowerze, a także był jednym z pierwszych
warszawiaków jeżdżących na wrotkach: terenem uprawiania tego
sportu była zresztą tylko ulica Chmielna, bodaj jedyna w owych
latach wyasfaltowana.
Pierwszy rok szkolny "u Górala" (jak nazywali
uczniowie gimnazjum Górskiego) obfitował też i w inne
wrażenia: oto Karłowicz z Prószyńskim postanowili nauczyć
się... palić papierosy. Próba tego "patentu na
dorosłość" zakończyła się wielką awanturą rodzinną
i zapewne w konsekwencji spowodowała późniejszą abstynencję
nikotynową Mieczysława: różnił się tu zasadniczo od ojca,
który co kilka miesięcy postanawiał "definitywnie"
rzucić palenie.
Przyszedł wreszcie czerwiec 1889 roku i Mieczysław Karłowicz
otrzymał pierwsze świadectwo gimnazjalne, jak na renomowaną
szkołę Górskiego wcale dobre: sprawowanie 5, uwaga 4,
pilność 4, religia 4, język rosyjski 4, język polski 5,
język niemiecki 4, język francuski 4, arytmetyka 4, geografia
3, rysunek 5.
8 lipca 1889 roku Irena Karłowiczowa z trojgiem dzieci
(najstarsza z czwórki rodzeństwa, Stanisława, zmarła w 1881
r.) przez Kraków wyjechała do Zakopanego. Jan Karłowicz
natomiast spędzał lato w podwarszawskim Grodzisku.
Droga zajęła dwa dni. Nocowano w Krakowie, skąd nazajutrz
cesarsko-królewska kolej dowiozła podróżnych do Chabówki.
Rozgardiasz ostatniego przed Tatrami dworca - kolejowego końca
świata, mógł im przypomnieć odpowiedni fragment z Na
przełęczy Witkiewicza:
Ledwie uspokoiły się ostatnie drgania wstrzymanych nagle osi i
ucichł zgrzyt buforów i łańcuchów, już z całego pociągu
zaczęły się sypać kosze, koszyki, kobiałki, troczki, paczki,
poduszki, kufry - dzieci, kobiety, mężczyźni. Wszystko to jest
w tejże chwili otoczone przez białe postacie furmanów-górali.
Uśmiechają się oni uprzejmie, witają jak dawni znajomi,
przypominają sobie nazwisko lub udają, że znają naszych
przyjaciół.
Wszystko jedno. Każdy potrzebuje furmana i po chwili zaczynają
oni latać gorączkowo, dźwigać kufry i kosze - śmigając
białymi łydkami, przeskakiwać po relsach, biegać po peronie i
ginąć razem z tłumokami w głębi ciemnego przejścia. (...)
Dzieci, uspakajane od Krakowa do Chabówki przez pięć godzin
obietnicą widzenia górali, nie posiadają się z radości,
tupią nóżkami i wołają wśród śmiechu:
- Mamo! mamo! góral! (...)
Po drugiej stronie stacji dwu- i jednokonne wozy tłoczą się
jak stado ptaków tulących do siebie duże, białe grzbiety,
obciągnięte płótnem. Pod nie właśnie wciska się cały
ładunek rzeczy i ludzi, wyrzuconych przez pociąg, który
odprawiwszy skomplikowany ceremoniał przepisanych sygnałów,
ruszył dalej, wijąc się podnóżami Karpat.
- A rzeczy gdzie? - pyta podróżny, wsiadając do wozu.
- Ady, na zadku! - odpowiada góral, wskazując wyzierające spod
słomy kute rogi kufra.
- Dobrze!
Wozy połknęły wszystko i ociężałe, kolejno odrywają się
od stada, wyciągają się długim szeregiem jak klucz żurawi i
zaczynają się wznosić ku szczytowi Obidowej.
Podróż do Zakopanego była zatem uciążliwa, długa i
kosztowna. Wybierano się więc zwykle na całe lato, ze stertą
bagaży, w której wieziono poza osobistymi rzeczami także
często pościel, naczynia, zapasy żywności, nie chcąc
skazywać się na korzystanie z nielicznych tylko i prymitywnych
zakopiańskich urządzeń cywilizacyjnych, których wątpliwą
jakość opisywały liczne korespondencje spod Giewontu.
Zazwyczaj letnicy jechali do zarezerwowanych z góry kwater u
górali znajomych z poprzedniego pobytu lub wskazanych przez
przyjaciół i umówionych uprzednio listownie. Mniej przezorni
musieli korzystać z pośrednictwa woźnicy, przywożącego
gości z Chabówki; często bywał zarazem "szefem
transportu" i gospodarzem. Rzadziej korzystano z urzędowego
"stręczenia mieszkań", do którego zobowiązane było
kierownictwo uzdrowiska.
Karłowiczowie skorzystali z wcześniejszych kontaktów
Dicksteinów, lub też - bo decyzja wyjazdu do Zakopanego
zapadła w ostatniej chwili, dość niespodziewanie - z
pośrednictwa furmana. Znając wszakże sumienność Ireny
Karłowiczowej w wypełnianiu wszelkich obowiązków, można być
pewnym, że natychmiast po przyjeździe uiściła taksę
klimatyczną i zameldowała całą rodzinę w biurze Stacji
Klimatycznej.
Z datą 11 lipca 1889 roku ukazała się powielana "III
Lista Gości w Zakopanem", stwierdzająca w nagłówku iż
"Do 10/7 przyjechało 521 (osób)". Wśród nazwisk
osób przybyłych 10 lipca odnajdujemy pod 235 pozycją meldunku
informację, że Irena Karłowiczowa, obywatelka, stale
zamieszkująca w Warszawie, zatrzymała się na okres pobytu w
Zakopanem u Jana Stopki. Meldunek obejmuje łącznie cztery
osoby.
Już w pierwszym dniu pobytu Mieczysław Karłowicz przypomniał
sobie o przyjacielu i wystosował doń następujący list:
Kochany Kaziu
Zdziwisz się zapewne, skąd do ciebie piszę, bo mieliśmy
jechać do Soboty. Jest tutaj bardzo ładnie. Widać Tatry i
Dunajec o parę kroków od nas płynie. Byłem w Krakowie; nic
tam nadzwyczajnego nie ma, zwyczajnie - dziura.
Zostało u mnie twoje pudełko od pistoletu, ale ponieważ
mieszkanie nasze zamknięte, więc oddam ci je chyba po
wakacjach. W Krakowie taki pistolet kosztuje 6 albo 8 złr.
Napisz mi, proszę, gdzie mam do Ciebie pisać i gdzie
wyjeżdżasz. Odpisz mi, proszę, na ten list (adres mój:
Zakopane 171).
Mamy tu mały domek najęty, składający się z dwóch pokoi i
przedpokoju. Jest imała weranda do siedzenia.. Droga do Krakowa
bardzo nudna, a adresować potrzeba tak:
Przewielebny M.Karłowicz - Austria, Galicja - via (przez)
Chabówka - Zakopane N. 171.
Woda z Dunajca jest tak dobra, że nigdy lepszej nie piłem.
Twój Przyjaciel
M. Karłowicz
Myląca nieco musi wydać się owa dwukrotna wzmianka o
płynącym nie opodal mieszkania Karłowiczów Dunajcu. Ale w
tamtych latach (i jeszcze długo potem) za początek Białego
Dunajca uważano wywierzysko - czyli źródło - potoku Bystra na
Kalatówkach. Potok ten płynął w pobliżu Równi Krupowej, a
więc niezbyt daleko od domu Jana Stopki.
Zakopane Anno Domini 1889 było bowiem całkiem prymitywną
wsią, pozbawioną elementarnych nawet urządzeń cywilizacyjnych
i sanitarnych. Zarząd uzdrowiska, nazywany wówczas oficjalnie
Wydziałem Gospodarczym Stacji Klimatycznej, a popularnie
Klimatyką, dopiero raczkował: zaledwie od 1886 roku, dzięki
staraniom doktora Tytusa Chałubińskiego, Zakopane cieszyło
się statusem "Stacji Klimatycznej". Stworzyło to
podstawę do utworzenia bazy finansowej uzdrowiska: z opłat
klimatycznych, które uiszczali goście przy meldunku, Klimatyka
była obowiązana budować drogi i chodniki, dbać o właściwe
oczyszczanie i oświetlenie ulic, utrzymywać czytelnię
czasopism i wydawać spisy gości, bawiących podczas sezonu w
Zakopanem. Wkrótce do zobowiązań zarządu uzdrowiska doszło
jeszcze utrzymywanie dwudziestokilkuosobowej sezonowej orkiestry,
sprowadzanej z Krakowa, która dla uprzyjemnienia pobytu grywała
gościom pod gołym niebem lub w wynajętych pomieszczeniach.
Mocno nieporadna i od początku swego istnienia prawdziwie po
galicyjsku zbiurokratyzowana władza "klimatyczna" w
świadomości przybywających pod Giewont letników pod względem
tak znaczenia, jak i możliwości ustępowała pierwszeństwa
zasłużonemu dla Zakopanego i turystyki polskiej Towarzystwu
Tatrzańskiemu.
Organizacja ta, założona w 1873 roku w celu uprzystępnienia i
spopularyzowania Tatr, ale i dla ochrony ich przyrody, miała za
zadanie dbać także o rozwój Zakopanego i o podniesienie
poziomu życia ludności góralskiej. Za sprawą działaczy
Towarzystwa, rekrutujących się spośród miłośników
turystyki ze wszystkich stron podzielonego zaborczymi kordonami
kraju, Zakopane stawało się z biegiem lat miejscowością coraz
bardziej cywilizowaną. Towarzystwo Tatrzańskie kładło przy
zakopiańskich błotnistych drogach pierwsze chodniki, na swój
koszt instalowało pierwsze uliczne latarnie naftowe,
subsydiowało założenie w Zakopanem telegrafu. Dążąc do
zapewnienia góralom dochodów trwalszych i wyższych niż mogli
osiągnąć z cherlawego na Podhalu rolnictwa, Towarzystwo
zorganizowało przewodnictwo górskie, a przede wszystkim
własnym sumptem zorganizowało w 1876 roku pierwszą na Podhalu
szkołę zawodową, nazywaną szkołą snycerską, a później
szkołą fachową dla przemysłu drzewnego. W 1882 roku
Towarzystwo Tatrzańskie wybudowało na swojej parceli wielki
drewniany budynek, w którym szkoła fachowa znalazła
pomieszczenie - istnieje on do dziś (ul. Krupówki 8) i nadal
służy uczniom Zespołu Szkół Budowlanych.
Także w 1882 roku TT wybudowało Dwór. Tatrzański, z którym w
niedalekiej już przyszłości Mieczysław Karłowicz miał
zawrzeć bliższą znajomość.
Irena Karłowiczowa z dziećmi mieszkała w domu Jana Stopki,
40-letniego wówczas przewodnika tatrzańskiego I klasy, w
środkowej części Krupówek. Dom ten, jeden ze starszych w
Zakopanem, wybudowany prawdopodobnie ok. r. 1860, już nie
istnieje - w tym miejscu, w pobliżu skrzyżowania z ul.
Staszica, znajdują się dziś murowane kamienice mieszczące m.
in. sklep "Cepelii"
Rok, w którym Mieczysław Karłowicz poznał Tatry, był dla
Zakopanego bardzo ważny: oto wtedy właśnie zostaje ostatecznie
rozstrzygnięta kwestia własności tzw. dóbr zakopiańskich: od
zbankrutowanego niemieckiego właściciela Magnusa Pelza kupił
je na licytacji hr. Władysław Zamoyski. Wielki patriota,
prześladowany przez Prusaków swych rodzinnych dobrach
wielkopolskich, społecznik i zapobiegliwy gospodarz - za 360
tys. złotych reńskich (z których tylko nikły procent dostał
do ręki Magnus Pelz, resztę zabrali jego wierzyciele) stał
się posiadaczem terenów w Tatrach - w Dolinie Rybiego Potoku z
Morskim Okiem, w dolinach Roztoki i Pięciu Stawów Polskich aż
po Wołoszyn i od Doliny Bystrej na zachód do Doliny
Kościeliskiej włącznie oraz dóbr we wsiach Waksmund, Białka,
Groń, Leśnica, Bukowina, Brzegi, Zakopane, Zubsuche, Stare
Bystre, Maruszyna, Międzyczerwienne, Ostrowsko, Dębno i
Gronków. Po raz pierwszy od zaborów tak wielkie tereny w
Tatrach i na Podhalu stały się własnością Polaka.
Cieszyli się zakopiańscy górale i ich coraz liczniej
przybywający pod Giewont goście, cieszyła się polska opinia
publiczna. Tatry, za sprawą literatury, legendy i... mody
stawały się z roku na rok coraz wymowniejszym symbolem
niezniszczalnej polskości, a Zakopane Mekką jedności
narodowej. Tu przecież, w Galicji, obdarzonej największą
autonomią i swobodami narodowymi, w Zakopanem, gdzie nie
docierała niemal austriacka władza - tutaj Polacy z trzech
zaborów i o niezliczonych odcieniach oraz orientacjach
politycznych czuli się jak u siebie i między swymi. Nie było
zatem Polakom obojętne, kto owymi narodowymi skarbami będzie
zarządzał.
Opinia publiczna dowiedziała się o przebiegu licytacji dóbr
zakopiańskich między innymi z artykułu opublikowanego w
warszawskim "Słowie" dnia 22 maja 1889 roku pt. Kto da
więcej? Szkice z licytacji Zakopanego, podpisanego przez K.
Dobrzyńskiego. Pod pseudonimem tym ukrywał się Henryk
Sienkiewicz.
Autor Trylogii od kilku już lat był stałym gościem
Zakopanego. W tymże 1889 roku aż czterokrotnie przyjeżdżał
pod Giewont, mieszkając zwykle w nie istniejącej dziś willi
"Chata", przy obecnej ulicy Zamoyskiego (wówczas
Krupówki), w domu będącym własnością Wojciecha Roja, ale
zamieszkałym przez Marię i Bronisława Dembowskich.
Poza Karłowiczami i Sienkiewiczem gościło w 1889 roku w
Zakopanem wiele innych osobistości ze świata literatury i
sztuki. Przy samych tylko Krupówkach wypoczywali m. in. Zofia
Urbanowska (podczas tego i następnych pobytów pisząca jedną z
najlepszych młodzieżowych powieści tatrzańskich Róża bez
kolców), Kazimierz Tetmajer, Lucjan Rydel, Wojciech Gerson... W
swoim domku przy Starej Polanie zamieszkał, jak co roku, inny
malarz, który zasłynął jako autor najlepszego w XIX wieku
przewodnika po Tatrach - Wa1ery Eljasz. Z najnowszym, trzecim
wydaniem Ilustrowanego przewodnika do Tatr i Pienin Eljasza,
opublikowanym w 1886 roku, Mieczysław Karłowicz z matką i
rodzeństwem wybrał się na swą pierwszą górską wycieczkę.
Zapewne postępowano w myśl głoszonych przez Eljasza zasad:
Pierwszą regułą w zwiedzaniu Tatr jest wychodzenie na
wycieczkę o świcie, dlatego winno się mieć poprzedniego dnia
wszystko najzupełniej przygotowane, zamówione, by niczego rano
nie szukać. Od początku pochodu iść powoli a równo;
pośpiech złe skutki pociąga, zrywa siły od razu, że ich tam
braknie, gdzie ich najbardziej potrzeba. Co kawałek drogi, gdy
górzysta, stanąć, odetchnąć, ale nie siadać. Na głównych
popasach można usiąść, ale z wyciągnionymi nogami, lub się
położyć, bo to nie zmęczy człowieka. Jeść, ile tylko się
da, aby ciału nie brakowało materyjału wtedy, gdy najwięcej
sił potrzeba.
Na temat jedzenia podczas wycieczki także wypowiadał się
wszechstronny Przewodnik:
Z pomiędzy żywności zabieranej zwykle na wycieczki, okazał
się bardzo pożądanym przede wszystkim bigos. Odgrzany na
popasie, syci pragnienie i głód, a zwłaszcza na forsownych
wyprawach, gdy się traci apetyt do mięsnych potraw, jedynie
bigos, a choćby sama kapusta wybornie smakuje. Potem dobry jest
bulion i czarna kawa.
Zwykle ładują goście na wycieczki oprócz chleba i bułek,
pieczone lub smażone kurczęta, huzarską pieczeń, kiełbasę,
słoninę węgierską, szynkę, jaja, masło, ser owczy, ciasta
różne, wędliny, a z napojów wódkę, wino, arak i
najważniejszą herbatę, do której trzeba mieć cukier w
kawałki drobne potłuczony. Praktycznymi okazały się na
wycieczkach ozory, lub mięso zaprawiane w puszkach.
Po samodzielnym zwiedzeniu reglowych dolinek, w towarzystwie
góralskiego przewodnika odbył Mieczysław Karłowicz wycieczkę
na Czerwone Wierchy oraz przez Zawrat i Dolinę Pięciu Stawów
Polskich do Morskiego Oka.
Jedną z osób towarzyszących Karłowiczom podczas wycieczek
była zaprzyjaźniona z ich domem Alina Świderska, która tak
wspomina tamto lato:
Mieczysia Karłowicza znałam już ze słyszenia (i wzajemnie),
gdy poznałam go osobiście w Zakopanem 1889 roku. Był to
wówczas chłopczyk 12-letni, w ciemnopopielatym mundurku letnim,
ciemnozielonej, o łamanym daszku czapce mundurowej Górskiego i
w okularach, o bardzo jasnych, króciutko strzyżonych włosach,
cerze delikatnej, białej i różowej, która się wcale nie
opalała, i rysach twarzy takich, jak na załączonej fotografii
- bardzo inteligentny i bardzo zarozumiały. Wakacje te ważne
są dlatego, że wówczas po raz pierwszy zetknął się z
Tatrami i odbywał pierwsze wycieczki w towarzystwie matki i
starszego rodzeństwa. Mieszkali na Krupówkach, w chacie Jana
Stopki, pierwszorzędnego przewodnika tatrzańskiego, i z nim
odbywali wycieczki na Czerwone Wierchy, do Morskiego przez Zawrat
i zdaje mi się, że przez Polski Grzebień do Szmeksu. (...)
Odbywaliśmy wówczas w towarzystwie jego matki i mojej spacer do
Czarnego Stawu i pamiętam, że Mieczyś, ścigając się ze mną
po drodze, schował się w kolibie pod głazem niedaleko miejsca,
w którym miał później zginąć. Na pożegnanie przy
wyjeździe napisałam do niego wierszyk, cokolwiek ironiczny,
zaczynający się od słów: Prześwietny Mieczysławie, co
umiesz tak wiele!
Podczas długiego, bo trwającego niemal dwa miesiące, pobytu w
Zakopanem Irena Karłowiczowa z pewnością znalazła czas, by
zaprowadzić dzieci do uruchomionego przed rokiem zaledwie Muzeum
Tatrzańskiego. Nowa placówka, nosząca imię doktora Tytusa
Chałubińskiego, a powstała z inicjatywy warszawskiego kupca
Adolfa Scholtze oraz Ignacego Baranowskiego i Władysława
Florkiewicza, mieściła się w domu Jana Krzeptowskiego przy
Krupówkach, sąsiadując przez korytarz z Wydziałem
Gospodarczym Stacji Klimatycznej. Być może Karłowiczowie
uczestniczyli w zabawie ludowej, zorganizowanej 18 sierpnia w
willi "Modrzejów" pod Antałówką przez Marię i
Bronisława Dembowskich na dochód Krakowskiego Towarzystwa
Oświaty Ludowej, w programie której były m. in. muzyka i
tańce góralskie. Były to pierwsze próby estradowych
prezentacji folkloru podhalańskiego, pierwsze próby jego
teatralizacji.
Latem 1889 r. z dużym niepokojem przyjmowali wszyscy wiadomości
o pogarszającym się stanie zdrowia dr Tytusa Chałubińskiego.
Jeszcze w 1887 roku, po forsownej wyprawie na Rohacze, profesor
uległ częściowemu paraliżowi, który potem co prawda się
cofnął, ale choroba całkiem nie ustąpiła. Z końcem
września 1889 roku przyplątało się zapalenie płuc. O
chorobie przyjaciela dowiedział się w Krakowie po jednym z
koncertów Ignacy Jan Paderewski i rezygnując z zaplanowanego
wcześniej wypoczynku przed męczącym tournée po Niemczech - 17
października przyjechał do Zakopanego. W samotnym domku w lesie
przy górnych Krupówkach (dziś - u zbiegu ulic Zamoyskiego i
Chałubińskiego) grał u łoża umierającego profesora jego
ulubione kompozycje Beethovena, Schumanna, Chopina i własne -
być może także i Album tatrzańskie, oparte na motywach
góralskich melodii, które ongiś razem z Chałubińskim
notowali podczas wypraw w Tatry i na Podhale. Warszawski lekarz
był wybitnym melomanem, znał nuty, a muzyka stanowiła dlań
jeden z istotniejszych elementów codziennego życia. Poznawszy
Paderewskiego przed laty, od razu przepowiedział jego
wspaniałą karierę... Radość Chałubińskiego z udziału w
tym ostatnim w jego życiu koncercie podzielali współtowarzysze
zakopiańscy - Bronisław Dembowski i Stanisław Witkiewicz.
Po jednodniowym zaledwie pobycie Paderewski wyjechał z
Zakopanego, a wkrótce potem - 4 listopada 1889 roku
niekoronowany "Król Tatr" zmarł.
Tego wszystkiego jednak Karłowiczowie dowiedzieli się dopiero
później z prasy i relacji przyjaciół, bowiem 28 sierpnia 1889
roku zakończył się pierwszy pobyt Mieczysława i jego rodziny
w Zakopanem.
W Warszawie czekała go nowa i ważna praca: rozpoczął bowiem
kolejny etap edukacji skrzypcowej, tym razem u najwybitniejszego
w owych czasach polskiego wirtuoza tego instrumentu, a zarazem
świetnego pedagoga Stanisława Barcewicza. Mistrz, jak się
okazało, był również wielkim miłośnikiem Tatr i Zakopanego
- wielokrotnie gościł pod Giewontem i dawał koncerty, najpierw
w Dworcu Tatrzańskim, potem w sali "Morskiego Oka".
Wielkie "sierpniowe recitale" Barcewicza przez
kilkanaście lat ściągały na zakopiańskie koncerty tłumy
słuchaczy.
W maju 1891 roku zdziwieni rodzice otrzymują do oceny pierwszą
kompozycję młodego Karłowicza - jak przystało na ucznia
Stanisława Barcewicza, jest to utwór na skrzypce i fortepian
zatytułowany Chant du soir. Wkrótce potem Mieczysław komponuje
pierwszą pieśń - dedykowany matce Cudowny kwiat do słów
zaprzyjaźnionego z Karłowiczami poety Czesława Jankowskiego.
Trwała nadal przyjaźń z Kazimierzem Prószyńskim umacniana
wspólnym hobby, jakim stała się fotografia. Karłowicz
otrzymał wtedy pierwszy własny aparat fotograficzny, produkcji
Dutkiewicza lub Karolego z obiektywem "American Star",
kupiony w sklepie Lebiedzińskiego przy Chmielnej, w pobliżu
domu rodziców.
Mieszkanie to zresztą stawało się zbyt ciasne dla licznej
rodziny, w której każdy oddawał się swojej pracy,
wymagającej z reguły spokoju i skupienia. W lutym 1892 roku
zatem Karłowiczowie kupili dom przy ul. Jasnej 10, do którego
przeprowadzili się w lipcu tegoż roku.
W samej ceremonii przeprowadzki Mieczysław nie brał udziału,
bowiem po trzech latach zatęsknił do Tatr i sam, pod
teoretyczną tylko opieką Pauliny Dicksteinowej, 18 czerwca
wyjechał do Zakopanego.
W minionych latach zobowiązania rodzinne zmuszały Mieczysława
do spędzania całych wakacji na Litwie - w Wiszniewie lub u
kuzynów w Karolinowie. Jedynie Jan Karłowicz w 1891 roku
zdołał odwiedzić Zakopane. W domu przy Chmielnej czytywano
ponownie Na przełęczy Witkiewicza, które w 1891 roku wyszło w
wydaniu książkowym, a także tatrzańskie poezje Franciszka
Nowickiego, zebrane w tomie Pieśni czasu. Wkrótce domową
bibliotekę zasiliła wydana w 1892 roku pierwsza seria poezji
Kazimierza Tetmajera.
Przyjechawszy do Zakopanego, zatrzymał się Karłowicz w
Zakładzie Wodoleczniczym doktora Wenantego Piaseckiego na
Klemensówce, przy dzisiejszej ulicy Jagiellońskiej, wpisawszy
na karcie meldunkowej określenie zajęcia - "student".
Był wtedy absolwentem trzeciej klasy gimnazjalnej. Być może,
przyczyną wybrania tego właśnie miejsca wypoczynku były
sprawy zdrowotne. Ale może po prostu rodzice chcieli zapewnić
synowi jak najlepszą opiekę.
"Klemensówka" była drugim z kolei zakładem
leczniczym w Zakopanem. Pierwszy zbudował w Kuźnicach jeszcze w
1875 roku dr Ludwik Ganczarski, lekarz zakładu metalurgicznego.
W 1878 roku, zachęcony powadzeniem, jakim cieszył się jego
zakład, Ludwik Ganczarski zakupił od zarządu dóbr
zakopiańskich (gdzie jego teść był pełnomocnikiem
właściciela Ludwika Eichborna) teren we wsi Zakopane,
położony między potokiem Bystra a Antałówką, nazywany
"Klemensówką", a mieszczący się mniej więcej w
okolicy dzisiejszego osiedla mieszkaniowego, aż do
późniejszego hotelu "Warszawianka" (dziś
Jagiellońska 18), chcąc postawić tam nowy zakład. Jednakże
zmuszony rok później do wyjazdu, sprzedał swoje włości w
Kuźnicach i w Zakopanem doktorowi Wenantemu Piaseckiemu.
Ten zasłużony dla Zakopanego lekarz w 1880 roku osiadł na
stałe pod Giewontem, początkowo prowadząc dawny zakład
hydropatyczny w Kuźnicach, a od 1881 budując nowoczesny
ośrodek na Klemensówce. Otrzymawszy w grudniu tegoż roku
koncesję, od r. 1882 stał się posiadaczem nowoczesnego, jak na
owe czasy, zakładu. Składał się on z dwóch drewnianych
budynków: w pierwszym, zwróconym frontem do południa, a z
pozostałych stron otoczonym lasem, mieściło się w dwóch
oddziałach męskim i żeńskim -13 sal kąpielowych, solaria, 7
pokoi mieszkalnych oraz 4 łazienki dla gości dochodzących.
Drugi budynek, piętrowy, mieścił część hotelową, gdzie
oprócz 32 pokoi gościnnych, kuchni i spiżarni znajdował się
ogromny i wysoki salon, .pełniący też funkcję jadalni. Tam
też na podium stał fortepian, a na wysokości pierwszego
piętra znajdowała się galeria, gdzie zespół muzyczny
przygrywał obiadującym pensjonariuszom.
Może tych wspaniałości było za dużo, jak na 16-letniego
turystę, może uczeń Barcewicza nie akceptował
"salonowej" muzyki, a może w ogóle w Zakopanem
zrobiło się zbyt tłoczno dość, że młody Karłowicz
postanowił uciec z "Klemensówki" i osiąść w Hotelu
Warszawskim w Jaszczurówce. Jedną z przyczyn opuszczenia
Zakładu Wodoleczniczego z pewnością był reżim
dietetyczno-kąpielowo-gimnastyczny, stosowany przez doktora
Wenantego Piaseckiego: przestrzeganie surowego regulaminu było
zapewne trudne dla systematycznie zwiedzającego Tatry
Mieczysława.
W Zakopanem tymczasem ruch się zrobił co niemiara. Znów
pojawili się na Krupówkach stali bywalcy: Wojciech Gerson,
Ferdynand Hoesick, Wojciech Kossak, Henryk Sienkiewicz, Kazimierz
Tetmajer, Zofia Urbanowska, Stanisław Witkiewicz. Bliższą
przyjaźń z Zakopanem zawarł w 1892 roku Ludwik Solski,
późniejszy słynny aktor i miłośnik Tatr. Gościem sezonu
był czeski pisarz Edward Jelinek, sympatyk Polaków i polskich
spraw, admirator Zakopanego i propagator Tatr w społeczeństwie
czeskim, podejmowany hucznie przez specjalny komitet gości z
Sienkiewiczem na czele, a także przez hr. Władysława
Zamoyskiego.
Niemal co dzień w Dworcu Tatrzańskim odbywały się bale,
reuniony, odczyty, przedstawienia teatralne i koncerty, z
których dochód przeważnie przeznaczany był na cele
dobroczynne. Do najbardziej udanych należał występ chóru
krakowskiego Towarzystwa Muzycznego pad dyrekcją Wiktora
Barabasza - brata późniejszego twórcy tatrzańskiego
narciarstwa i dyrektora Szkoły Przemysłu Drzewnego -
Stanisława, koncert ruskiego "Towarzystwa Śpiewackiego
Bojan" ze Lwowa, a także kilka imprez, z których dochód
przeznaczony był na fundusz budowy nowego kościoła, którego
mury wznosiły się już na wzgórzu u początku Krupówek.
Namówiony przez znajomych i ojca, który wraz z córką Wandą
przybył w tym czasie do Zakopanego i zamieszkał w Hotelu
Warszawskim w Jaszczurówce, na deskach estrady w Dworcu
Tatrzańskim stanął także i Mieczysław Karłowicz,
debiutując jako skrzypek na publicznym koncercie właśnie w
Zakopanem. 24 sierpnia 1892 roku wykonał dwie części Koncertu
romantycznego Beniamina Godarda i Rondo Camila Saint-Saënsa, a
ponieważ był gorąco oklaskiwany dodał na bis Moto perpetuo
Franza Riesa. Dwa dni później uświetnił swoim występem
przedstawienie teatru amatorskiego, wykonawszy Adagio Riesa i
Taniec hiszpański Pabla Sarasatego. Znane dotąd dokumenty nie
odnotowują, kto towarzyszył Mieczysławowi na fortepianie.
Dworzec Tatrzański, wybudowany pod kierunkiem Gustawa Fingera w
1881 roku według planów architekta Karola Zaremby, otwarty przy
Krupówkach w 1882 roku, mieścił biura Towarzystwa
Tatrzańskiego, bibliotekę i czytelnię, pokoje hotelowe, pokoje
dla pań i panów, i przede wszystkim salę balowo-imprezową.
Sala ta stała się pierwszym większym ośrodkiem kultury w
Zakopanem: występowali tu m. in. Helena Modrzejewska, Ignacy Jan
Paderewski, Raul Koczalski, Stanisław Barcewicz, Fritz Kreisler
i Henryk Sienkiewicz. W styczniu 1900 roku budynek spłonął, a
po długotrwałej dyskusji o celowości jego odbudowy wzniesiono
w tym miejscu w 1903 roku nowy, murowany Dworzec Tatrzański,
który według projektu Wandalina Beringera budował Tadeusz
Prauss. W nowym budynku dawne tradycje jednak już się nie
odrodziły. Istnieje on do dziś (ul Krupówki 12) i mieszczą
się w nim m.in. biura zarządu Oddziału Zakopiańskiego PTTK.
Rozwijające się, coraz modniejsze uzdrowisko
"europeizowało" się pełną parą. Co prawda nadal
nawet przy głównych ulicach funkcjonowały gnojówki, ale za to
codziennie grano, recytowano i tańczono na rzecz tworzonego
wtedy szpitala, cierpiących niedostatek weteranów klęsk
narodowych czy spragnionego oświaty ludu. Co prawda w deszczowy
dzień można było na głównej ulicy utonąć w błocie lub
rozbić nocą głowę o którąś z nieczynnych naftowych latarni
- ale za to latem beczkowozy skrapiały spękaną z gorąca
glinę, by chronić płuca letników przed kurzem. Co prawda
dopiero od niedawna mogło Zakopane poszczycić się umiejącym
czytać i pisać wójtem - ale za to dorobiło się własnych
czasopism.
W 1892 roku dziennikarską działalność w Zakopanem podjął
młody korespondent kilku pism krakowskich Stanisław Sebastian
Będzikiewicz. 22 lipca zaczął wydawać żywo redagowane pismo
"Kurier Zakopiański", w którym główną częścią
poszczególnych numerów była barwna kronika kulturalna,
turystyczna i towarzyska. W odcinkach pojawiały się w
"Kurierze" niektóre z gadek góralskich Jana
Krzeptowskiego Sabały, a w numerze siódmym z 21 sierpnia 1892
roku zamieszczono artykuł tytularnego redaktora naczelnego,
długoletniego zasłużonego sekretarza Towarzystwa
Tatrzańskiego Leopolda Świerza, zatytułowany O narciarstwie.
Ten fragment wcześniejszego opisu zimowej wycieczki do Morskiego
Oka, opublikowany przez "Pamiętnik Towarzystwa
Tatrzańskiego", odnosił się do wydanej niedawno książki
Fridtjöfa Nansena Na nartach śniegowych przez Grenlandię i
był pierwszym głosem przewidującym przyszły rozwój
narciarstwa w Tatrach i w Zakopanem.
Stosunkowo dużo informacji, publikowanych na łamach przez
Stanisława Będzikiewicza, dotyczyło Tatr i turystyki
tatrzańskiej. Wśród autorów tego rodzaju notatek byli m. in.
Walery i Stanisław Eljaszowie oraz... Kazimierz
Przerwa-Tetmajer, relacjonujący swoje pierwsze wejście na
Staroleśną, dokonane w gronie kilku osób, wśród których
był Tadeusz Boy-Żeleński.
Pośród nielicznych tekstów publicystycznych
"Kuriera" znalazły się także dwa artykuły
turystyczne autorstwa Mieczysława Karłowicza. Tak jak na
zakopiańskiej estradzie debiutował Karłowicz-skrzypek, tak
też w zakopiańskiej prasie zadebiutował w 1892 roku
Karłowicz-publicysta. Obydwa artykuły opisują drogę na
szczyt, widok z drogi i z wierzchołka, wskazują na główne
trudności, jakie mogą spotkać turystów.
Pierwszy z nich, opublikowany 29 lipca 1892 roku i liczący 59
wierszy, opisuje drogę na niezbyt popularny wśród ówczesnych
taterników szczyt, który tak trwale miał związać się z
osobą Karłowicza. Artykuł nosi tytuł Kościelec.
Jest to naga turnia, przedstawiająca się dziko ze wszystkich
stron. Od strony Czarnego Stawu przedstawia się nam ona jako
przepaścista ściana, wznosząca się nad powierzchnię jeziora
na 532 m. Jest to szczyt pomijany przez turystów, chociaż na to
bynajmniej nie zasługuje.
Zachęceni przez jednego z przewodników, udaliśmy się z
Zakopanego na szczyt Kościelca i niemało byliśmy zdziwieni,
gdyśmy się przekonali, że wyjście na niego nie jest takie
trudne, jakby się mogło zdawać. Znajomą drogą dostajemy się
na brzeg Czarnego Stawu. Stąd podążamy pod górę ścieżką w
zakosy wyrobioną przez Towarzystwo Tatrzańskie i wychodzimy na
przełęcz Pod Karbem. Tu zwracamy się na lewo i po olbrzymich
głazach dochodzimy do podnóża pochyłej ściany, stanowiącej
bok Kościelca widziany dobrze z Zakopanego. Połogą tą
ścianą, której pochyłość ciągle się zmniejsza, wychodzimy
na wierzchołek, który jest właśnie szczytem Kościelca.
Sam wierzchołek jest wąski, lecz długi. Widzimy z niego całą
dolinę stawów Gąsienicowych i dolinę Zakopanego. U stóp
naszych czerni się zwierciadlana powierzchnia Czarnego Stawu.
Spoza Granatów wyziera urwisty czub Wysokiej. Dodać należy,
iż tylko z Kościelca widoczne są bez wyjątku wszystkie stawy
Gąsienicowe.
Usunięcie niektórych nieznacznych przeszkód uczyniłoby ten
tor bardzo przyjemny i pożyteczny tym więcej, gdy wycieczka na
Kościelec może być połączona ze zwiedzaniem wszystkich
stawów Gąsienicowych. Wracając bowiem ze szczytu, można z
przełęczy zejść do stawu Długiego, a stąd koło
prześlicznego stawu Zielonego i reszty mniejszych stawków - do
Hali Gąsienicowej (...).
Współautorem tego artykułu, podpisanym tak jak i Karłowicz
tylko inicjałami, był jeden z najwybitniejszych później
polskich taterników - Janusz Chmielowski. Młodszy od Karłowicza
o dwa lata, w tym właśnie sezonie rozpoczął swą wielką
przygodę tatrzańską. Był synem wybitnego historyka
literatury, redaktora "Ateneum" Piotra Chmielowskiego,
który, upodobawszy sobie Zakopane, spędzał tu całe sezony,
osiadając z liczną rodziną na lato przy ulicy Chramcówki.
Właśnie w 1892 roku finalizował pertraktacje o zakup własnego
domu przy ul. Chramcówki 26, gdzie też wkrótce zamieszkał. Od
1900 do 1903 roku aktywnie uczestniczył w zakopiańskim życiu
społecznym, wygłaszał odczyty, redagował wydawnictwa
okazjonalne, był także prezesem stowarzyszenia "Czytelnia
Zakopiańska". Piotr Chmielowski należał do licznego grona
naukowców - przyjaciół Jana Karłowicza.
Janusz Chmielowski to postać zupełnie wyjątkowa w polskim
taternictwie. Pierwsze wycieczki w góry podejmował jako
14-letni chłopiec, być może właśnie debiutując wyprawą na
Kościelec w towarzystwie Karłowicza. Zakończył swą
działalność taternicką także wspinaczką na Kościelcu.
Miał wtedy przeszło 80 lat...
Wspinał się najczęściej w towarzystwie góralskich
przewodników, ale również bez nich, dokonywał wielu
pierwszych wejść, m. in. na Zadni Gierlach, Orlą Basztę,
Rumanowy Szczyt, Kaczy Szczyt, Zadniego Mnicha, Niżnie Rysy,
Żabi Szczyt Wyżni, Żabiego Mnicha i Żabią Lalkę. Był te
pionierem taternictwa zimowego, wychodząc jako pierwszy w 1905
roku zimą na Gierlach.
Artykuł w "Kurierze Zakopiańskim", podpisany
wspólnie z Mieczysławem Karłowiczem, stanowił też debiut
pisarskiej działalności Chmielowskiego, której ukoronowaniem
był pierwszy polski przewodnik taternicki, wydany przezeń w
czterech tomach w latach 1907-12, opracowany po latach ponownie
(wspólnie z Mieczysławem Świerzem) pod tytułem Tatry Wysokie.
Janusz Chmielowski był także jednym z głównych inicjatorów i
w latach 1903-04 pierwszym prezesem Sekcji Turystycznej
Towarzystwa Tatrzańskiego.
Obydwaj "publicyści", mający w 1892 roku razem aż...
30 lat, podpisali się pod artykułem o Kościelcu co prawda
tylko inicjałami, ale inicjałom tym towarzyszyło określenie
"członkowie Towarzystwa Tatrzańskiego". Uznać to
jednak należy albo za omyłkę redaktora, albo za chęć
"dowartościowania" relacji z wycieczki, gdyż w
spisach członków TT nazwisko Karłowicza pojawi się dopiero za
cztery lata. Nadto, zasłużona ta organizacja nie przyjmowała
do swych szeregów dzieci, ani nawet dorastających
młodzieńców...
Podobnie za swojego rodzaju "licencja poetica" należy
uznać początek drugiego, 97-wierszowego artykułu w
"Kurierze Zakopiańskim", tym razem sygnowanego już
nazwiskiem Karłowicza. Tekst ten ukazał się w szóstym numerze
z datą 17 sierpnia 1892 roku pod tytułem Kominy: Poznawszy
wszystkie (podkr. M.P.) polskie szczyty, zwiedzane przez
turystów, postanowiłem poznać inne, na które turyści
chodzić nie zwykli.
Wśród owych "innych" wymienia Karłowicz Żółtą
Turnię, Granaty, Kozi Wierch, Kościelec i wreszcie Kominiarski
Wierch (tu: Kominy Tylkowe). Właśnie wycieczka na Kominiarski
Wierch stała się tematem artykułu, który - podobnie jak
poprzedni - opisuje drogę na szczyt (od Hali Stoły),
szczegółowo wymieniając wszystkie szczyty i okoliczne doliny
widoczne z trasy i z wierzchołka. Droga ta, którą Karłowicz
pokonał w towarzystwie przewodnika Jana Stopki, dziś dla
turystów jest zamknięta. W 1892 roku Karłowicz z własnej
inicjatywy namalował zieloną farbą podczas wyprawy znaki w
trudniejszych miejscach, by ułatwić przejście swoim
ewentualnym następcom.
Kominiarski Wierch, potem często zwiedzany ścieżką od
Iwaniackiej Przełęczy, a od kilku lat zamknięty w ogóle dla
turystów, należy do najładniejszych widokowo szczytów, jest
także prawdziwym "ogrodem botanicznym" - w lecie
pokrywają go kępy szarotek, goździków lodnikowych, pełników
i innych roślin, głównie wapieniolubnych.
W czasach Karłowicza piękna ta trasa leżała na uboczu i
rzadko ją zwiedzano. Najczęściej bywano wtedy w Dolinie
Kościeliskiej, w rejonie Hali Gąsienicowej, Morskiego Oka i
Doliny Roztoki. 11 sierpnia 1890 roku uczestnicy wiecu
zakopiańskich gości - członków Towarzystwa Tatrzańskiego, w
związku z uroczystościami sprowadzenia do kraju prochów Adama
Mickiewicza - podjęli uchwałę, zaaprobowaną następnie przez
walne zgromadzenie członków TT - o nadaniu wodospadom w Dolinie
Roztoki nazwy "Wodospady Mickiewicza", zaś Dolinie
Rybiego Potoku nazwy "Dolina Adama Mickiewicza". W
sierpniu 1892 roku, wykonując uchwały Walnego Zgromadzenia,
Wydział (czyli zarząd) TT umieścił w obu tych miejscach
żelazne tablice ze stosownymi napisami. Odsłonięcie ich stało
się wydarzeniem sezonu w Tatrach, jednakże jedna z tych nazw
nie przyjęła się w ogóle, druga zaś przetrwała do dziś
jako "Wodogrzmoty Mickiewicza".
W Zakopanem natomiast wydarzeniem sezonu stało się oddanie do
użytku pierwszej willi projektowanej przez Stanisława
Witkiewicza w stylu zakopiańskim. W tym właśnie roku budarze
Józef Kaspruś Stoch i Maciej Gąsienica Józkowy ukończyli
budowę willi "Koleba", wzniesionej według planów
Witkiewicza dla Zygmunta Gnatowskiego z Ukrainy. Zdaniem Jana
Karłowicza - etnologa i znawcy folkloru - był to
najpiękniejszy dom w Zakopanem: Jest on na wskroś swojskim: nie
ma w nim ani jednego szczegółu wymyślonego lub zapożyczonego,
jest on, jak nasz mazur czy krakowiak, naszym niepodzielnie i
całkowicie.
Jan Karłowicz, który przyjechał do Zakopanego 16 sierpnia 1892
roku, zatrzymał się podobnie jak Mieczysław w Hotelu
Warszawskim w Jaszczurówce. Zarówno hotel, jak i zespół
trzech basenów kąpielowych, wybudowanych w okolicach źródła
cieplicowego, należały do rodziny Uznańskich, właścicieli
"państwa Szaflary", którzy w 1819 roku zakupili od
skarbu austriackiego część dóbr kameralnych, obejmujących
tereny we wsiach Szaflary, Biały Dunajec, Poronin i Murzasichle,
a w Tatrach - obszar od doliny Filipki ku zachodowi - Dolinę
Suchej Wody, Gąsienicową, Olczyską (z Jaszczurówką
właśnie), Dolinę Bystrej powyżej Kuźnic, aż do Giewontu.
Obszar Jaszczurówki nie wchodzi w skład zakopiańskiej gminy
ani Stacji Klimatycznej - mieszkający tam goście nie podlegali
"jurysdykcji" uzdrowiskowej, nie opłacali zatem taksy
klimatycznej ani też nie ujmowano ich w spisach zakopiańskich
gości. Ci ostatni natomiast chętnie do Jaszczurówki
przyjeżdżali - albo dorożkami góralskimi, albo też,
później, konnym omnibusem, który kursował regularnie między
hotelem "Pod Gewontem" u zbiegu ulic Nowotarskiej i
Krupówek a Hotelem Warszawskim. Goście tłumnie korzystali z
rzekomo leczniczych kąpieli cieplicowych i z usług modnej
wówczas restauracji hotelowej.
Niewiele zostało dziś z dawnej Jaszczurówki: cieplicę
zepsuto, gdy podczas próby powiększenia wypływu ciepłej wody
dowiercono się do położonego niżej źródła wody zimnej,
"jaszczury" - czyli salamandry plamiste niemal
wyginęły, Hotel Warszawski nie istnieje, restauracja
spłonęła przed wojną. Jedynymi pamiątkami XIX-wiecznej
świetności Jaszczurówki są: drewniany budynek wczasowy
Ministerstwa Leśnictwa, przed wojną będący siedzibą
Żydowskiego Klubu Turystycznego, a w czasach Karłowicza
wchodzący w skład zabudowań Hotelu Warszawskiego i dwie wille,
położone powyżej Witkiewiczowskiej kaplicy
"Reglanka" i leśniczówka Tatrzańskiego Parku
Narodowego. Sama kaplica jest młodsza - pochodzi z lat 1904-08.
Tu właśnie, w Jaszczurówce, Jan i Mieczysław Karłowiczowie
byli odwiedzani przez przebywających w Zakopanem przyjaciół
Samuela Dicksteina, Bronisława Dembowskiego, Piotra
Chmielowskiego, Stanisława Witkiewicza, Jana Kleczyńskiego, a
także kompozytora i dyrygenta Piotra Maszyńskiego oraz
chirurga, tłumacza i autora fundamentalnych dzieł o
budownictwie i zdobnictwie podhalańskim - Władysława
Matlakowskiego.
Z Jaszczurówki wreszcie podejmowano wyprawy w Tatry - te,
opisane w "Kurierze Zakopiańskim", i te, podczas
których Mieczysław poznał "wszystkie" zazwyczaj
zwiedzane szczyty polskie. Stąd także Jan Karłowicz wyruszył
na wycieczkę do Morskiego Oka, gdzie 2 września 1892 roku
zanotował na odwrocie mapy melodię, zatytułowaną przezeń
Piosnka górala znad Morskiego Oka.
Czas wakacji jednakże dobiegł końca. Opuszczając pierwsze dni
szkoły, Mieczysław Karłowicz wyjechał z Zakopanego dopiero 9
września. Czekał go ostatni rok nauki w szkole Górskiego,
zakończany egzaminem maturalnym.
Intensywna nauka przed maturą i na pewno jeszcze bardziej
absorbujące lekcje u Stanisława Barcewicza zabierały mu cały
czas. Niewielkim tylko wytchnieniem stał się w lutym 1893 roku
kilkudniowy wyjazd z rodzicami i bratem do Krakowa, gdzie
odbywał się ślub jego siostry Wandy z lwowskim dziennikarzem i
późniejszym działaczem Narodowej Demokracji - Zygmuntem
Wasilewskim. Wtedy to, 13 lutego 1893 roku, zobaczył na wystawie
obraz Stanisława Bergmana, ilustrujący tragiczny finał
utrwalonej przez legendę miłości rodzeństwa Stanisława i
Anny Oświecimów. Później legenda ta stała się treścią
jednego z poematów symfonicznych Mieczysława Karłowicza.
Jak wspomina Alina Świderska, przed maturą Mieczysław był
ogromnie wyrośniętym dryblasem, długim i chudym jak szczapa, o
wydłużających się nadmiernie rysach twarzy, która nie
przypominała dawnej, dziecinnej. (...) Nieskazitelnie prawy, o
szlachetnych upodobaniach, był naturą wybitnie
arystokratyczną, chłodną, wyniosłą, zamkniętą w sobie.
Złośliwy, ironiczny, czasami bardzo przykry w obcowaniu.
Kuzynka Karłowicza Helena Romer uzupełnia ten portret: Z
wiekiem opanowany doskonale zewnętrznie, zachował jednak swoją
pierwotną duszę, nienasyconą nigdy, niespokojną i smutną.
Wypowiadał się w muzyce. Nie zwierzał chyba nikomu. Od dziecka
rósł jakiś osobny, ni to dziki, ni to wzgardliwy, stęskniony
do serc bliskich i odtrącający je, gdy się zbliżały.
Doznawał ulgi, jeśli mu się wydarło jakąś o jego
przeżyciach nikłą wiadomość, jeśli mu ktoś, do kogo był
przywiązany, coś o nim wyjawił, ale bronił się przed tym z
zawziętością. Był zasadniczo obcy, daleki, obcował z nami
jak przez grzeczność (...).
Zupełnie inny - szczery, otwarty i romantyczny stawał się
dopiero w Tatrach. Tam właśnie znalazł się 5 lipca 1893 roku,
zdając wcześniej eksternistyczną maturę w państwowym
gimnazjum rosyjskim, przedtem zaś kończąc ostatnią klasę
szkoły Górskiego. Na ostatnim świadectwie znalazły się
cztery piątki, dziewięć czwórek i dwie trójki - z języka
rosyjskiego i rysunków.
Tym razem Karłowiczowie znaleźli się pod Tatrami we trójkę:
Mieczysław i oboje rodzice zamieszkali ponownie w Hotelu
Warszawskim w Jaszczurówce. Zaraz drugiego dnia po przyjeździe
dowiedzieli się o wydarzeniu, które napełniło smutkiem całe
Zakopane, zarówno górali, jak i gości: 6 lipca 1893 roku
umarł ksiądz Józef Stolarczyk.
Pogrzeb pierwszego zakopiańskiego proboszcza zgromadził na
"Pęksowym Brzyzku" setki osób miejscowych i
przyjezdnych. W ostatniej drodze zakopiańskiego proboszcza
wzięli także udział i Karłowiczowie.
Z biegiem lat zmieniał się stosunek Mieczysława Karłowicza do
religii. Wychowany pod przemożnym wpływem ojca - wojującego
racjonalisty, w dzieciństwie i młodości był wszakże
Mieczysław praktykującym katolikiem. Z biegiem lat odszedł od
religii, swoje uczucia mistyczne przelewając na Tatry. Jeżeli w
tak delikatnej materii można wyrokować coś ścisłego - to
określić go chyba można jako panteistę, utożsamiającego
Boga z siłami natury. Nigdy jednak, w przeciwieństwie do ojca,
nie był demonstracyjnie antyreligijny.
Areligijność Karłowiczów nie miała oczywiście żadnego
wpływu na uczestnictwo w pogrzebie Stolarczyka - hołd
pierwszemu proboszczowi oddali wszyscy przebywający w Zakopanem,
bez względu na światopogląd.
Krótszy niż w ubiegłym roku pobyt w Zakopanem upłynął pod
znakiem szerokiej działalności taternickiej Mieczysława.
Kłopoty zdrowotne Jana Karłowicza nie zezwalały na to, by
dłuższe wyprawy podejmowała wspólnie cała rodzina i zapewne
do wyjątków należała wycieczka na Świnicę w dniu 3 sierpnia
1893 roku, gdzie Karłowiczów zaskoczyła burza gradowa.
Częściej towarzyszyła Mieczysławowi matka, jednakże
podejmowane z nią wycieczki na Krzyżne, do Czarnego Stawu nad
Morskim Okiem, czy pod Kościelec były dla coraz bardziej
doświadczanego taternika jedynie treningowe, stanowiły
wypoczynek pomiędzy poważniejszymi, nieraz kilkudniowymi
wyprawami. Z przewodnikiem Janem Kubinem był Mieczysław
Karłowicz na Rysach, a także odbył kilka wycieczek po
południowej, należącej wówczas do Węgier stronie Tatr,
zwiedzając Wagę i Wysoką, oraz - podczas czterodniowej wyprawy
- wchodząc na Łomnicę. Bezskutecznie próbował w tymże roku
wejść na Mnicha, który to szczyt zdobył dopiero w kilka lat
później. Planował także wejście na Gierlach, jednakże albo
kiepska pogoda, albo brak czasu uniemożliwiły na razie tę
wyprawę.
Podobnie jak rok wcześniej, tak i teraz przyjmowali
Karłowiczowie wielu gości. Jaszczurówka w ogóle robiła się
coraz modniejsza. Drugie z kolei pismo Stanisława Będzikiewicza
"Gazeta Zakopiańska" donosiła w numerze 8 z 15 lipca
1893 roku, iż w Jaszczurówce odbywać się będą co piątek
zebrania gości zakopiańskich, na których omawiane będą
niedostatki stacji klimatycznej i sposoby zapobiegania im.
Na eksterytorialnym gruncie umacniała się opozycja przeciw
władzom uzdrowiska. Letnicy zakopiańscy, oburzeni
nieporadnością Klimatyki i panującym w niej protekcjonizmem,
żądali usunięcia przyczyn zła i zmiany polityki Komisji
Klimatycznej, grozili wystosowaniem petycji do samego cesarza.
Wiedeńska gazeta "Neues Wiener Tagblatt" donosiła,
że latem 1893 roku w Zakopanem wybuchł strajk gości.
Można przypuszczać, że Mieczysław Karłowicz i jego rodzice
trzymali się z dala od zakopiańskich awantur. Jedyną imprezą,
odbywającą się w Zakopanem, która ściągnęła ich z
Jaszczurówki, był sierpniowy recital Stanisława Barcewicza,
który koncertował w Dworcu Tatrzańskim 5 i 7 sierpnia, tuż
przed wyjazdem Karłowiczów z Zakopanego.
Trzeci w życiu Mieczysława Karłowicza sezon taternicki
zakończył się wycieczką... w Alpy. Irena Karłowiczowa
pisała z Raperswilu do przyjaciółki, że Mieczek pozostał
wierny swej dla Tatr miłości, nic nie znalazł w Szwajcarii, co
by nazwał piękniejszym (...).
Po powrocie do Warszawy Karłowicz zapisał się jako wolny
słuchacz na... chemię w wydziale przyrodniczym Uniwersytetu
Warszawskiego. W dalszym ciągu doskonalił się w grze na
skrzypcach u Barcewicza. Efekty tych studiów zaprezentował już
niebawem na kolejnym występie publicznym zorganizowanym 18
lutego 1894 roku przez jego ciotkę Adelę Śniadecką w Pińsku.
Oczekiwało go tam pierwsze po latach spotkanie z siostrą
cioteczną Ludwiką Śniadecką, które w znacznym stopniu
zaważyło na dalszych jego losach.
Tej zimy w Warszawie Mieczysław Karłowicz pierwszy raz
zobaczył narty, wykonane przez Kazimierza Prószyńskiego
według rysunku zamieszczonego w "Tygodniku
Ilustrowanym". Była to zapewne pierwsza para nart w
Warszawie, ale, jak wspominał Prószyński, niewiele jednak z
nich było pożytku, gdyż nie miałem pojęcia o tym, że
potrzebne są do nich kije. Były to zresztą zgrabne, lekkie i
giętkie płozy.
W tym samym czasie pierwsze narty pojawiły się w Tatrach
Polskich: zaczął je propagować Stanisław Barabasz, który
poznał ten sprzęt podczas polowań na wschodzie. Właśnie w
1894 roku odbył on w towarzystwie Jana Fischera swoją pierwszą
wycieczkę narciarską w Tatry. Trasa jej wiodła z Kuźnic przez
Halę Gąsienicową do Czarnego Stawu pod Kościelcem...
Mieczysław Karłowicz pozostał wówczas jednak wierny dawnej
pasji sportowej - łyżwiarstwu i jeździł, zwykle w towarzystwie
Prószyńskiego, na popularnym lodowisku warszawskim w Dolinie
Szwajcarskiej.
Już w maju rozpoczął Karłowicz wakacje, które tym razem
miały trwać przeszło trzy miesiące. Najpierw wypoczywał wraz
z matką na Litwie, w Wiszniewie, od połowy lipca zaś ponownie
gościł w Zakopanem.
Adolf Chybiński w swej pomnikowej monografii Karłowicza pisze,
iż nie wiadomo, od kiedy bawił on w tym roku pod Tatrami.
Dotychczasowe badania nie podawały, gdzie przyszły twórca
Odwiecznych pieśni zamieszkał.
Obie te kwestie w pewien sposób rozstrzygają zachowane
"Listy gości" zakopiańskich z 1894 roku. Oto
"Lista" nr 7 zawiera nazwiska osób przybyłych do
Zakopanego między 16 a 19 lipca tego roku. Mieczysław
Karłowicz figuruje tu pod 612 kolejnym numerem meldunku. Jako
swój zawód w karcie meldunkowej podał
"artysta-muzyk", bodajże po raz pierwszy tak właśnie
się przedstawiając, co świadczyć może m.in. o tym, że
zrezygnował już z zamiaru zostania chemikiem i dokonał wyboru
muzycznej drogi życiowej.
Podczas tego pobytu - przynajmniej na jego początku - zatrzymał
się w domu Herza przy górnych Krupówkach pod nr 81. W r. 1894
ulica ta ciągnęła się aż do zbiegu z ulicą Chałubińskiego
- obecnie odcinek ten nosi nazwę ulicy Zamoyskiego. Dom, w
którym w 1894 roku mieszkał Karłowicz, znajdował się mniej
więcej między terenem kościoła parafii tatrzańskiej p.w.
Św. Krzyża i willi "Kujawianka" (ul. Zamoyskiego 31).
Dom Herza graniczył bezpośrednio z osiadłością rodziny
Chałubińskich. Naprzeciwko, w domu Zborowskich, zatrzymał się
właśnie wtedy Henryk Sienkiewicz - budynek ten do dziś
istnieje i wchodzi w skład pensjonatu "Sienkiewiczówka
I" (ul. Zamoyskiego 28).
Rok 1894 sprowadził do Zakopanego więcej niż zwykle
znakomitości. We własnych domach wakacje spędzali Walery
Eljasz, Jan Czubek i Piotr Chmielowski. Stanisław Witkiewicz
zatrzymał się tym razem przy Przecznicy - ulica ta przeszło 20
lat później zostanie nazwana jego imieniem. Wojciech Gerson
zamieszkał przy Kasprusiach 12, zaś młoda Olga Boznańska z
siostrą Izą - przy Krupówkach. Świat literacki, poza
Sienkiewiczem, reprezentowali - Kazimierz Tetmajer, mieszkający
u Czarniaków przy Nowotarskiej, Lucjan Rydel na Chramcówkach u
Macieja Roja, Zofia Urbanowska jak zwykle przy Krupówkach,
podobnie jak stały już bywalec - Edward Jelinek, i
przebywający w Zakładzie doktora Chramca Jan Grzegorzewski,
mieniący się literatem i orientalistą. Ten właśnie
Grzegorzewski, jeden z największych oryginałów spośród
niezliczonych dziwaków, jakich przecież wielu pod Giewontem
widziano, wydawał w 1894 roku w Zakopanem aż dwa czasopisma,
mające być organami "tatrzaństwa" jako nurtu
filozoficznego.
W letnim sezonie 1894 roku pod Giewontem gościły aktorki: Wanda
Siemaszkowa w Zakładzie dra Chwistka przy Krupówkach, i Tekla
Trapszówna przy Kasprusiach obok Wilcznika. W tymże domu, u
Effenbergera, zamieszkał również Stanisław Barcewicz,
natomiast Władysław Żeleński dzielił dom Czarniaków z
Tetmajerem. Świat muzyczny reprezentowała ponadto 17-osobowa
grupa Towarzystwa Śpiewaczego "Echo" ze Lwowa.
Polacy ściągali do zakopiańskiej stolicy z odległych nieraz
stron: stałym bywalcem już przed laty stał się urzędnik
brytyjskiego Ministerstwa Wojny Adam Giełgud, uwieczniony na
kartach Na przełęczy przez Witkiewicza, a do grona wiernych
miłośników Zakopanego zapisał się w 1894 roku Mieczysław
Geniusz, inżynier kompanii Kanału Sueskiego, który przybył
pod Tatry aż z egipskiej Ismailii i zamieszkał w Zakładzie
Chramca. Czy postać ta nie mogła uzupełnić literackiej
wyobraźni Henryka Sienkiewicza, pomagając namalować sylwetkę
ojca Stasia Tarkowskiego z W pustyni i w puszczy? U Chramca
przebywał także w tym roku na wywczasach sam Jego Ekscelencja
Marszałek Krajowy (czyli jakby prezydent Galicji) książę
Eustachy Sanguszko.
Myliłby się jednak ten, kto by przypuszczał, że Zakopane
tamtych czasów odwiedzane było wyłącznie przez arystokrację
oraz ludzi sztuki i literatury. W "Listach gości"
najwięcej znajdujemy przedstawicieli wolnych zawodów - lekarzy
i adwokatów, wielu nauczycieli i studentów, a zanotowano także
obecność Jana Olszańskiego ze Lwowa, który, zamieszkawszy
przy ul. Nowotarskiej, wpisał w odpowiedniej rubryce karty
meldunkowej zawód "listonosz".
Karłowiczowie tego roku przyjeżdżali do Zakopanego "na
raty" i osobno przez pewien okres mieszkali. Następna po
Mieczysławie przybyła jego matka, zameldowana z końcem lipca w
hotelu Kuliga "Pod Gewontem" na rogu Krupówek i
Nowotarskiej. Ten najstarszy budynek hotelowy w Zakopanem (ul.
Krupówki 1), dziś po remoncie mieści sklep z artykułami
gospodarstwa domowego; na piętrze znajdują się mieszkania. W
tym samym czasie co Irena Karłowiczowa, w jednym z sąsiednich
pokoi hotelu, prowadzonego przez Romualda Kuliga, zatrzymał się
profesor Jan Gwalbert Pawlikowski z Medyki, pertraktujący
dopiero z Witkiewiczem i góralskimi budarzami w sprawie budowy
dla swojej rodziny stylowego pałacyku na Kozińcu. "Dom pod
Jedlami" powstał w 1897 roku.
9 sierpnia 1894 roku Irena Karłowiczowa przeniosła się z
hotelu Kuliga do pobliskiego Dworca Tatrzańskiego. I tam jednak
nie zabawiła długo, gdyż 16 sierpnia przyjechał do Zakopanego
ojciec Mieczysława, który wraz z żoną zamieszkał w nie
istniejącym dziś domu Jana Bachledy Curusia, mieszczącym się
za dzisiejszym warsztatem montażu nart "U Bujaka",
przy ul. Krupówki 27. Mieczysław najprawdopodobniej pozostał w
domu naprzeciw "Sienkiewiczówki".
Sienkiewicz właśnie był autorem największego wydarzenia
kulturalnego sezonu letniego w 1894 r. W sierpniu nowy proboszcz
zakopiański ks. Kazimierz Kaszelewski, borykający się z
kłopotami finansowymi przy budowie murowanego kościoła
parafialnego przy Krupówkach, wraz z delegacją zakopiańskich
gazdów przyszedł do willi Zborowskich prosić wielkiego
pisarza, by zechciał wygłosić odczyt, z którego dochód
zasiliłby wątłą kiesę parafialną. Sienkiewicz zgodził się
z ochotą i w sali Dworca Tatrzańskiego odczytał rozdział
opisujący spalenie Rzymu przez Nerona - fragment pisanej
wówczas w Zakopanem powieści Quo vadis. Zakopiańczycy i
goście tłumnie wypełnili kasyno, bilety zostały
błyskawicznie rozprzedane, a dochód, powiększony o nader
liczne dobrowolne datki, pozwolił na kontynuowanie budowy
kościoła.
Swoją drogą, jakże inne były to czasy, gdy prelegent
występował za darmo, publiczność odczytowa płaciła za
bilety i przychodziła! Dziś prelegent pobiera honorarium,
publiczność ma wstęp wolny, a sale świecą pustkami...
Zatem w 1894 roku w Zakopanem odbyła się pierwsza prezentacja
części dzieła, nagrodzonego w kilka lat później literacką
nagrodą Nobla. W 1903 roku natomiast na raucie literackim
Władysław Reymont prezentował zakopiańczykom fragmenty
Chłopów - dzieła także potem nagrodzonego najwyższym laurem
literackim. Maria Skłodowska-Curie, siostra Bronisławy
Dłuskiej, również bywała w Zakopanem i w Tatrach. Widywano
pod Tatrami i późniejszych noblistów, szczególnie często w
latach stanu wojennego Lecha Wałęsę. Zaś Wisława Szymborska,
następczyni Sienkiewicza i Reymonta, laureatka literackiej
nagrody Nobla z 1996 r. to niemal zakopianka - jej ojciec,
Wincenty Szymborski, był pełnomocnikiem dóbr zakopiańskich
hr. Zamoyskiego w latach przed I wojną światową i
współtwórcą tzw. Rzeczypospolitej Zakopiańskiej - pierwszego
organu Wolnej Polski, powstałego w Zakopanem w 1918 r.
Według Jarosława Iwaszkiewicza, w 1894 roku był w Zakopanem po
raz pierwszy 12-letni wówczas Karol Szymanowski. Wątpliwe
jednak, czy mógł wówczas zetknąć się z Karłowiczem - Anna
Szymanowska z chorowitym dzieckiem zapewne rzadko kiedy
opuszczała centrum uzdrowiska, zaś Mieczysław Karłowicz
większość czasu spędzał w górach.
Niewątpliwie ukoronowaniem pierwszego etapu poznawania Tatr
przez Karłowicza była podjęta w lipcu tego roku wyprawa na
Gierlach.
W towarzystwie przewodnika Jędrzeja Wali wyruszył w pierwszy po
długotrwałym okresie deszczów pogodny dzień z Jaszczurówki,
dokąd z Zakopanego dojechał furką. Nie istniała jeszcze bita
droga jezdna do Marskiego Oka przez Brzeziny i Wierch Poroniec. Z
Jaszczurówki szli przez las pod Kopieńcem aż do Toporowych
Stawów, a stamtąd popularnym do dziś szlakiem przez Polanę
Waksmundzką do Roztoki.
Właśnie na Polanie Waksmundzkiej pod Koszystą, odpoczywając
pod żelaznym, wówczas jeszcze miejscami złoconym krzyżem,
snuł Karłowicz refleksje, będące zapewne kwintesencją jego
ówczesnego stosunku do Tatr:
Cisza była cudowna, uroczysta. Żaden szmer ludzki nie
dochodził do nas: słychać było tylko harmonijne odgłosy
dzwonków pasącego się bydła i od czasu do czasu dźwięczny
głos juhasa: "Oj! góry nasze, góry!". Leżąc tutaj
na wonnej łące, w cudowny dzień lipcowy, doznawałem wrażenia
tak obcego mieszkańcom równin: uczucia nieograniczonej
wolności. Zapomniałem o drobiazgach życia codziennego,
zapomniałem o drobnych nadziejach, marzeniach, zawodach. Tutaj,
wobec otaczających mię gór, czułem. się tak małym, takim
pyłkiem, że opanowała mię żądza dążenia do rzeczy
wielkich i szlachetnych. W tej dziwnej ciszy czerpałem siły na
przyszłe nieuniknione zapasy z losem i czułem, że każdy, kto
by potrzebował spokoju i odpoczynku po pracy, tutaj wróciłby w
jednej chwili do siebie.
Po noclegu w schronisku im. Wincentego Pola w Roztoce podróżni
przeszli na "węgierską" stronę Białki, by przez
przełęcz zwaną Polskim Grzebieniem zejść na kolejny nocleg
do Śląskiego Schroniska w Dolinie Wielickiej. Nazajutrz przez
Wielicką Próbę weszli na Gierlach kilka minut przed
dziewiątą rano.
Co za widok wokoło! Jakże daleko rozciągają się równiny
węgierskie. Tu czułem, że stoję na szczycie Tatr: widziałem
wkoło siebie linię widnokręgu. Przede mną Wysoka uchyliła
czoła, ta Wysoka, dziewicza, dumna, co tak imponuje z Rysów! Za
nią Rysy, także podupadłe, nie śmieją swego czoła wznieść
ponad horyzont. Dokoła przepaści, a pod stopami Dolina Wielka i
Batyżowiecka. A co za pogoda cudowna! Gdzie okiem rzucić,
żadnej przeszkody, niebo bez chmurki jednej. Tu Krywań, ów
wielki Krywań, co go przez długi czas za najwyższy szczyt Tatr
uważano, rozciąga swe szerokie ramiona. A tam, na równinach
miasta i miasteczka z dachami kościołów błyszczących w
słońcu, z koleją wijącą się jak wąż pomiędzy nimi!
Długo stałem, rozglądając się wokoło.
Jakże przeżycia Karłowicza odbiegają od
"sportowego" podejścia do gór ze strony niektórych
taterników, widzących podczas wycieczki tylko
"problemy" i trudności techniczne, czy też od
nieszczerych, banalnych zachwytów pseudoturystów,
,zaliczających" poszczególne szczyty. Bliższy jest on w
swych reakcjach księdzu Stolarczykowi, który, wszedłszy na
Gierlach, zaintonował hymn Te Deum laudamus...
Z powrotem Wala poprowadził Karłowicza przez Batyżowiecką
Próbę i do Doliny Stwolskiej, skąd przez Dolinę Złomisk
trafili na nocleg do schroniska nad Popradzkim Stawem, by
nazajutrz wejść przez Hińczową Przełęcz na Mięguszowiecki
Szczyt, mało wówczas znany i uważany za szczególnie
niebezpieczny, a od czasu zdobycia go w 1877 roku przez syna
Tytusa Chałubińskiego, Ludwika, zwiedzony zaledwie przez
kilkadziesiąt osób. Po zejściu do Doliny Mięguszowieckiej
weszli na znaną Karłowiczowi z lektury książki Witkiewicza
Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem, by wreszcie zejść
na nocleg do schroniska nad Morskim Okiem. Nazajutrz, przez
Roztokę i Polanę Waksmundzką wrócił Karłowicz do
Zakopanego.
Tłumy ludzi przechadzały się po Krupówkach, korzystając z
cudnej pogody. Doleciał mię zaraz na wstępie głos niewieści:
"Ale tego, co wczoraj było z różą, pan przecie nie może
brać na serio...", a paręset kroków dalej męski:
"To jest zniewaga, której ja nie daruję: ja, panie tego,
jestem człowiekiem honoru...". Pomyślałem sobie wówczas,
żem jest już między ludźmi, że skończyły się te cudne
dni, gdzie nie zajmowałem. się poziomymi myślami, gdzie
bujałem po górach i dolinach tatrzańskich, zapatrzony w ich
piękność, zapomniawszy, że tam ktoś w róży szuka
szczęścia, a kto inny szafuje honorem zapewne w jakiejś
błahej sprawie!
Cytowane fragmenty pochodzą z opublikowanego w 1895 roku na
łamach "Wędrowca" artykułu Karłowicza Wycieczka na
króla tatrzańskiego i Szczyt Mięguszowiecki. Młodopolskie
słownictwo, ale i precyzyjne, niemal przewodnikowe opisy
przebytej trasy, którym towarzyszą ciekawe informacje o florze
i faunie tatrzańskiej to styl charakterystyczny dla literatury
tatrzańskiej owych czasów. Z drugiej strony jednak jest
Karłowicz, wówczas 18-letni, jednym z pierwszych, którzy
widzą w górach i przebywaniu wśród nich antidotum na
codzienną szarość życia, ludzkie słabości, niedostatki i
przywary. Kultowi Tatr, jako symbolu piękna i wzniosłości
pozostanie wierny do końca życia.
Kolejny, czwarty już sezon tatrzański Mieczysława Karłowicza
dobiegł końca 2 września 1894 roku. Trzeba było wrócić do
lekcji skrzypiec u Stanisława Barcewicza. Tej jesieni
rozpoczął Karłowicz również naukę kontrapunktu i kompozycji
u przyjaciela swego ojca Gustawa Roguskiego. Zakopane i Tatry
wpisały się w życiorys także i tego nauczyciela Karłowicza -
córka Gustawa Jadwiga Roguska-Cybulska w latach międzywojennych
zamieszkała na stałe w Zakopanem i należała do grona
wybitniejszych taterniczek, była dziennikarką, napisała też
powieść młodzieżową na tematy tatrzańskie. Rozmowy o
Tatrach, podejmowane z Gustawem Roguskim przez Karłowicza
pozwalały wrócić myślą do dalekich Tatr. Wspomnienia
wracały też podczas przygotowywania do druku artykułu dla
"Wędrowca" czy wywoływania fotografii wykonanych
podczas letnich wycieczek. Ani Mieczysław, ani nikt jeszcze nie
wiedział, że fotografie i lektury na całe 7 lat będą
musiały zastąpić osobiste poznawanie Tatr.
Zasadnicze zmiany w życiu Mieczysława Karłowicza przyniósł
rok 1895. W lutym ponownie przyjął zaproszenie ciotki
Śniadeckiej do udziału w dwóch dobroczynnych koncertach w
Pińsku. Kolejne spotkanie z kuzynką Ludką pozostawiło zapewne
trwały ślad w jego sercu, jeśli latem tego roku zrezygnował w
ogóle z wyjazdu do Zakopanego i całe wakacje spędził w
towarzystwie rodziny na Litwie.
Koncert w Pińsku, mimo iż zakończył się pełnym sukcesem, na
pewno wpłynął także w pewien sposób na zmianę dalszych
planów życiowych Karłowicza: raz jeszcze przekonał się, że
nie jest psychicznie usposobiony do działalności estradowej.
Narastało w nim przekonanie, podzielane z pewnością przez
ojca, że kariera skrzypka-wirtuoza nie pociąga go w tym
stopniu, co działalność twórcza. Matka jednak, systematycznie
i z wielkim wysiłkiem pilnująca od lat skrupulatności lekcji i
ćwiczeń skrzypcowych, nie chciała się pogodzić z myślą,
że wieloletni wysiłek, jej i Mieczysława, nie będzie
opłacony sukcesem estradowym.
Tymczasem jednak dobiegła końca nauka u Stanisława Barcewicza.
We wrześniu 1895 roku Mieczysław Karłowicz wyjechał do
Berlina, chcąc mimo wszystko początkowo kontynuować studia
wiolinistyczne u sławnego skrzypka Józefa Joachima w tamtejszej
wyższej szkole muzycznej. 2 października zdał egzamin i... nie
został przyjęty z braku miejsc. W efekcie zastał prywatnym
uczniem skrzypka Floriana Zajica, u którego zresztą nie uczył
się dłużej niż dwa miesiące. Zapisał się także jako wolny
słuchacz na Uniwersytet Berliński, gdzie studiował historię
muzyki i fizykę. Przede wszystkim jednak rozpoczął studia
kompozycji u Henryka Urbana. Mistrzowi pedagogiki muzycznej, u
którego wcześniej kształcił się Ignacy Jan Paderewski, a
współcześnie z Karłowiczem Wanda Landowska i Henryk
Opieński, Mieczysław zawdzięcza doskonałe opanowanie formy
oraz świetną znajomość techniki instrumentacyjnej. Podczas
studiów u Urbana powstały także pierwsze wydane drukiem i
wykonywane do dziś utwory Mieczysława Karłowicza - Pieśni na
głos i fortepian, Serenada na orkiestrę smyczkową, Prolog
symfoniczny i Uwertura do sztuki Biała gołąbka Józefa
Nowińskiego, rozpoczęte też zostały prace nad pierwszym
utworem programowym - Symfonią e-moll "Odrodzenie".
Karłowicz studiował rzetelnie i bardzo intensywnie pracował.
Czy tylko dlatego nie przyjeżdżał do Zakopanego? Wątpliwe:
miał przecież co roku długie, nieraz przeszło trzy miesiące
trwające wakacje. Spędzał je u rodziny na Litwie, za granicą
lub w miejscowościach kuracyjnych na nizinach.
Można domniemywać, że jedną z przyczyn była sympatia do
kuzynki Ludki Śniadeckiej, które to uczucie ciągnęło go do
równin litewskich. Drugą przyczyną taternickiej abstynencji
mógł być zły stan zdrowia Karłowicza.
Męczyły go dolegliwości żołądkowe, walczył z dentystą,
przeszedł (ale bez operacji) zapalenie wyrostka robaczkowego,
podejrzewano chorobę płuc. Najbardziej kłopotliwe jednak były
dolegliwości nerwowe, u Karłowiczów, rzec można, rodzinne -
ojciec cierpiał na neurastenię, siostra Wanda miała zaburzenia
psychiczne i dość młodo zmarła, kłopoty ze stanem swoich
nerwów mieli także obaj bracia.
Odziedziczona po ojcu neurastenia nasiliła się u Mieczysława
Karłowicza właśnie z początkiem 1896 roku, a głównymi jej
przejawami były przygnębienie, apatia i depresja (z objawami
depresji maniakalnej), a nade wszystko - lęk przestrzeni.
Karłowicz -zdobywca Gierlacha - nie mógł się
przezwyciężyć, gdy trzeba było przejść przez pole i las w
podberlińskiej miejscowości. Jak zatem myśleć o Tatrach czy
nawet o Zakopanem?
Neurastenia powodowała również nietowarzyskość Karłowicza.
Zazwyczaj poruszał się w ściśle ograniczonym stałym kręgu
spraw i ludzi, zapewniając sobie sztuczny świat względnego
spokoju, świat bez niespodzianek, w którym każda rzecz i
każdy człowiek ma swoje miejsce i czas, a co ważniejsze -
wywołuje te same reakcje organizmu. Taki psychiczny rezerwat
musiał być chroniony pod groźbą rozpadnięcia się przy lada
jakiej ingerencji obcych, lub choćby tylko nowych czynników.
Stąd niechęć do nowych znajomości, do bywania w towarzystwie,
stąd "otorbienie" chorego organizmu pokrywką ironii i
wyniosłości.
Wizyty u lekarzy i przepisywane przez nich medykamenty nie
przynosiły poprawy sytuacji. Postanowił tedy Karłowicz
wyleczyć się sam, korzystając z podręcznika Kształcenie woli
Juliana Peyota. Wyrabiając, przez nieustanne ćwiczenia, siłę
woli i niezłomność charakteru wzmocnił się po kilku latach
psychicznie i fizycznie tak, że kłopotliwe dolegliwości
całkowicie ustąpiły.
Zresztą i w kryzysowych czasach berlińskich studiów mógł w
lipcu 1897 roku odwiedzić Alpy, a w 1901, podczas podróży do
Włoch zwiedzał Etnę i był w Neapolu gdzie podziwiał
majestatycznego Wezuwiusza. Nie zapomniał też o Tatrach: oto w
"Pamiętniku Towarzystwa Tatrzańskiego" z 1896 roku, w
spisie członków TT po raz pierwszy pojawia się nazwisko
Mieczysława Karłowicza, pod pozycją 603. Pozycję poprzednią
zajmuje jego ojciec, również wtedy po raz pierwszy odnotowany
jako członek Towarzystwa. Można przypuszczać więc, że obaj
Karłowiczowie w 1895 roku wstąpili do tej organizacji.
Krystalizowało się oblicze twórcze Mieczysława Karłowicza.
Pierwsze wydane drukiem utwory - pieśni i Serenada na orkiestrę
smyczkową zaczęły pojawiać się w programach koncertowych w
Warszawie i innych miastach. Opanowując po mistrzowsku warsztat
kompozytorski, sięgał Karłowicz do coraz trudniejszych form
muzycznych. Wkrótce po raz pierwszy w Warszawie, a potem w
Berlinie została wykonana Uwertura do Białej gołąbki, trwała
praca nad komponowaniem Symfonii "Odrodzenie".
Odziedziczone po ojcu skłonności do pracy naukowej objawiły
się w przygotowaniu do druku książki Nie wydane dotychczas
pamiątki po Chopinie, która ostatecznie ukazała się w 1904
roku go polsku i jednocześnie po francusku.
Kończył się okres studencki Mieczysława Karłowicza. W
kwietniu 1901 roku miały miejsce ostatnie konsultacje z
Henrykiem Urbanem. 24 listopada tego roku wybitny pedagog zmarł.
Pierwszym dziełem, nad którym Mieczysław Karłowicz
rozpoczął pracę całkowicie samodzielną, bez rady i pomocy
nauczyciela, był Koncert skrzypcowy A-dur.