Koncert skrzypcowy


Zastanawiające, jak wiele osób, ważnych nie tylko dla Zakopanego przyjechało pod Tatry ze wschodnich kresów Rzeczypospolitej. Zwykle ich droga wiodła przez Warszawę. Tak przybył do Zakopanego Stanisław Witkiewicz rodem ze Żmudzi, Karol Szymanowski urodzony i wychowany na Ukrainie, tak też trafił tu Mieczysław Karłowicz.
Dwór w WiszniewieUrodzony w Wiszniewie na Litwie (dziś te strony zaliczane są do Białorusi) był Mieczysław potomkiem od pokoleń osiadłych w tamtych rejonach rodów zamożnego szlacheckiego rodu Karłowiczów i jeszcze bardziej majętnego i szerzej skoligaconego arystokratycznego rodu Sulistrowskich. Wychowany w kręgu bogatych tradycji patriotycznych, wzrastał wśród ludzi sztuki i nauki. Zamiłowanie do muzyki wpoili mu rodzice, oboje czynnie uprawiający tę sztukę. Od dzieciństwa stykał się w domu z kameralistyką, a w rozmaitych salach koncertowych Heidelbergu, Pragi, Lipska i Warszawy z arcydziełami symfoniki. Kierunek drogi czy może lepiej byłaby powiedzieć: dróg życiowych Mieczysława Karłowicza, wytyczony został za sprawą ojca. Na kształtowanie się osobowości przyszłego kompozytora największy wpływ jednak wywarła matka.
Mieczysław przyszedł na świat 11 grudnia 1876 roku, jako czwarte - nie oczekiwane podobno i "nie planowane" dziecko Ireny i Jana Karłowiczów. Większą część ciąży matka spędziła na Litwie, oczekując w zdenerwowaniu na powrót męża z długiej wycieczki za Ocean, gdzie Jan Karłowicz zwiedzał światową wystawę w Filadelfii. Niepokój matki z tego okresu rzutować mógł na późniejszą nerwowość syna i jego wątłe początkowo zdrowie. Inna rzecz, iż rodzeństwo Mieczysława - siostry Stanisława i Wanda oraz prawie o sześć lat starszy brat Edmund, także nie cieszyło się dobrym zdrowiem.
Jan KarłowiczJan Karłowicz był człowiekiem o rozległych zainteresowaniach i wielkiej wiedzy. Początkowo zamierzał poświęcić się muzyce: w latach 1859-60 był uczniem konserwatorium w Brukseli, gdzie kształcił się u świetnego wiolonczelisty Adriana Franciszka Servais'a, studiując jednocześnie grę na organach u Mikołaja Jakuba Lemmensa. Od 1861 roku występował jako wiolonczelista, grał na fortepianie (który sam stroił), komponował, zajmował się teorią muzyki (m. in. tłumacząc wydane w roku 1863 w Warszawie Zasady harmonii R. E. Richtera) i próbował dokonać reformy pisma nutowego. W początku 1871 roku przez kilka miesięcy był nauczycielem "muzyki zbiorowej" i...języka rosyjskiego w Konserwatorium Warszawskim. W późniejszych latach by także jednym z filarów Warszawskiego Towarzystwa Muzycznego, współorganizował Towarzystwo Śpiewacze "Lutnia", zajmował się też ocaleniem spuścizny po Stanisławie Moniuszce, z którym pozostawał w bliskich stosunkach, a nade wszystko organizował w swoim domu w Podzitwie, Wiszniewie, potem również w Warszawie wieczory muzyki kameralnej i chóralnej.
Równolegle zainteresowania Jana Karłowicza szły w kierunku nauk humanistycznych. Od 1853 roku studiował w Moskwie na wydziale historyczno- filologicznym, kontynuował zaś naukę w Paryżu i Heidelbergu, zajmując się zarówno historią, jak i lingwistyką. W 1866 roku uzyskał doktorat filozofii na uniwersytecie w Berlinie, przedstawiwszy pracę o wyprawie kijowskiej Bolesława Chrobrego. W owym czasie próbował, bezskutecznie, uzyskać katedrę historii w warszawskiej Szkole Głównej, dążąc do wyrwania się z życia ziemiańskiego na prowincji.
W późniejszych latach, zwłaszcza po osiedleniu się na stałe w Warszawie, co nastąpiło w 1887 roku, zasłynął Jan Karłowicz przede wszystkim jako etnolog i lingwista, twórca monumentalnego Słownika gwar polskich, założyciel i redaktor miesięcznika "Wisła", w którym publikował prace zapoczątkowujące nowoczesną polską etnografię. Był także inicjatorem i współtwórcą 8-tomowego Słownika języka polskiego (tzw. Słownik warszawski), zajmował się też onomastyką i dialektologią.
Według relacji współczesnych, mimo ważnych prac naukowych i nie najlepszego na ogół stanu zdrowia, był Jan Karłowicz człowiekiem miłym, towarzyskim i wesołym, czasami nawet jowialnym. Warszawski dom Karłowiczów (najpierw przy obecnej ul. Czackiego, potem przy Chmielnej, na koniec przy Jasnej 10) był zawsze pełen gości, zarówno tych załatwiających ważne interesy naukowe czy społeczne, jak i przyjaciół oraz osób wysoko postawionych w warszawskim światku z racji swej pozycji artystycznej czy - rzadziej - urodzenia. Mimo bowiem wysokich koligacji, zwłaszcza Ireny Karłowiczowej, spokrewnionej m. in. z Radziwiłłami, rodzice Mieczysława byli wolni od jakichkolwiek snobizmów czy wielkopańskich manier.
W salonach Karłowiczów bywali wybitni ludzie sztuki i literatury (m. in. Eliza Orzeszkowa), współpracujący z ojcem lingwiści i etnografowie, muzycy i członkowie licznej rodziny.
Jednym ze współpracowników Jana Karłowicza w redakcji "Wisły" i bywalcem domu przy ul. Chmielnej był etnograf i językoznawca Bronisław Dembowski.
On to właśnie, wraz z żoną Marią z Sobotkiewiczów, jako jeden z pierwszych ludzi nauki osiedlił się na stałe w Zakopanem i od połowy lat 80. prowadził tu rozległą działalność kulturalną. Rozmiłowany w folklorze podhalańskim, był jednym z pierwszych badaczy rozmaitych przejawów kultury ludowej górali podtatrzańskich. Dembowski zajmował się też badaniem gwary góralskiej i wydał (w "Sprawozdaniach Komisji Językowej Akademii Umiejętności) pierwszy i nie zastąpiony do dziś Słownik gwary podhalskiej. W redagowanej zaś przez Jana Karłowicza "Wiśle" ogłosił z początkiem lat 90. wiele przyczynków ludoznawczych, m. in. opowiadania Sabały (w tym popularną bajkę o śpiących rycerzach.
Bliskim przyjacielem Dembowskich był inny bywalec domu Karłowiczów - malarz, pisarz i krytyk sztuki Stanisław Witkiewicz. Mniej więcej w tym samym czasie, kiedy poznał się z Janem Karłowiczem, zaczął systematycznie bywać w Zakopanen, od 1886 roku przenosząc swoje tatrzańskie wrażenia na papier; w tymże roku na łamach "Wędrowca" ukazał się jego szkic Tatry w śniegu. W 1888 roku odbył słynną wycieczkę, opisaną w klasycznym dla literatury tatrzańskiej dziele, które pod tytułem Na przełęczy ukazywało się w odcinkach na łamach "Tygodnika Ilustrowanego" w latach 1889-90, a w rok później wyszło w wydaniu książkowym.
Twórczość Stanisława Witkiewicza i bezpośrednia znajomość z autorem Na przełęczy niewątpliwie wpłynęła na zainteresowanie Karłowiczów Tatrami. Zakopane, zresztą, stawało się coraz bardziej modne, coraz więcej warszawiaków, zwłaszcza z bliskiego Janowi Karłowiczowi środowiska ludzi nauki i sztuki, szło za radą lekarza dra Tytusa Chałubińskiego i pod Giewontem szukało zdrowia, wypoczynku i emocjonujących wrażeń w egotycznej dla przybysza z nizin scenerii. Bezpośredni impuls do wyjazdy do Zakopanego dali jednakże Karłowiczom inni przyjaciele domu - Samuel Dickstein z żoną Pauliną.
Ten wybitny matematyk, pedagog i organizator nauki był najbliżej związany z domem Karłowiczów. Poznał Zakopane już przed laty i, jak wielu innych, gorąco je pokochał. Za radą Dicksteinów Karłowiczowie postanowili zmienić dotychczasowy zwyczaj spędzania letnich wywczasów wyłącznie w dobrach rodzinnych na Litwie i poznać bliżej region podtatrzański. Być może pewien wpływ podjęcie tego typu decyzji miała jakaś wcześniejsza znajomość spraw podhalańskich u Jana Karłowicza: wszak już w 1888 roku zamieścił w swojej "Wiśle" obszerną recenzję z pracy Jana Kleczyńskiego Melodie zakopiańskie i podhalskie, opublikowanej w tymże roku ma łamach "Pamiętnika Towarzystwa Tatrzańskiego".
M.Karłowicz w 1888 r.Tak czy inaczej, jakieś wakacje należały się zwłaszcza Mieczysławowi: rok szkolny 1888/89 przyniósł w jego życiu sporo zmian i zmusił go do ciężkiej pracy. Rodzice, zwłaszcza matka, planowali, że mały Mieczyś zostanie skrzypkiem wirtuozem. Przez kilka lat pobytu wraz z rodzicami za granicą, głównie w Niemczech, zdobył podstawy edukacji ogólnej i muzycznej. W 1887 roku rodzina Karłowiczów osiadła w Warszawie, a Mieczysław został uczniem skrzypka Jana Jakowskiego. Rok później zapisano go do słynnego gimnazjum realnego Wojciecha Górskiego. Jednym z najbliższych, jeżeli nie jedynym rówieśnym przyjacielem Mieczysława Karłowicza został wtedy przyszły konstruktor i wynalazca Kazimierz Prószyński. Poza bliską znajomością rodziców zbliżyła chłopców do siebie wspólna sympatia do muzyki i... zamiłowania sportowe oraz techniczne. Upodobanie do majsterkowania oraz nauk ścisłych i technicznych wpojono Karłowiczowi najprawdopodobniej podczas pobytu w Niemczech. Tego typu zajęcia świetnie odpowiadały ówczesnemu charakterowi Mieczysława - drobiazgowego pedanta, który odziedziczywszy po ojcu rozległość zainteresowań i talent twórczy, wziął od matki upór, żelazną konsekwencję i silną wolę. Przyjaciel rodziców, Jan Iwański, zaczął wprowadzać Mieczysława (oraz jego kolegę Prószyńskiego) w arkana "slöjdu", czyli prac ręcznych, a matka zadecydowała o zainstalowaniu w domu... warsztatu stolarskiego. Jak wspominali znajomi i członkowie rodziny Karłowiczów podobno zachęcała Mieczysława do nauki stolarstwa i ślusarstwa, bojąc się niepewnej przyszłości, chcąc - na wszelki wypadek - zapewnić mu możliwość utrzymania się z pracy rzemieślniczej. Powodów do obaw nie było żadnych - Karłowiczowie byli ludźmi więcej niż dobrze sytuowanymi, a Mieczysławowe stolarstwo było jednym więcej zajęciem rozwijającym zainteresowania przyszłego kompozytora.
Ze wspomnień Kazimierza Prószyńskiego wiemy, że 13-letni Mieczysław uprawiał, z dużym powodzeniem, sport łyżwiarski, latem zaś wioślarstwo na Stawie Łazienkowskim. Nieco później chętnie jeździł na rowerze, a także był jednym z pierwszych warszawiaków jeżdżących na wrotkach: terenem uprawiania tego sportu była zresztą tylko ulica Chmielna, bodaj jedyna w owych latach wyasfaltowana.
Pierwszy rok szkolny "u Górala" (jak nazywali uczniowie gimnazjum Górskiego) obfitował też i w inne wrażenia: oto Karłowicz z Prószyńskim postanowili nauczyć się... palić papierosy. Próba tego "patentu na dorosłość" zakończyła się wielką awanturą rodzinną i zapewne w konsekwencji spowodowała późniejszą abstynencję nikotynową Mieczysława: różnił się tu zasadniczo od ojca, który co kilka miesięcy postanawiał "definitywnie" rzucić palenie.
Przyszedł wreszcie czerwiec 1889 roku i Mieczysław Karłowicz otrzymał pierwsze świadectwo gimnazjalne, jak na renomowaną szkołę Górskiego wcale dobre: sprawowanie 5, uwaga 4, pilność 4, religia 4, język rosyjski 4, język polski 5, język niemiecki 4, język francuski 4, arytmetyka 4, geografia 3, rysunek 5.
8 lipca 1889 roku Irena Karłowiczowa z trojgiem dzieci (najstarsza z czwórki rodzeństwa, Stanisława, zmarła w 1881 r.) przez Kraków wyjechała do Zakopanego. Jan Karłowicz natomiast spędzał lato w podwarszawskim Grodzisku.
Droga zajęła dwa dni. Nocowano w Krakowie, skąd nazajutrz cesarsko-królewska kolej dowiozła podróżnych do Chabówki. Rozgardiasz ostatniego przed Tatrami dworca - kolejowego końca świata, mógł im przypomnieć odpowiedni fragment z Na przełęczy Witkiewicza:
Ledwie uspokoiły się ostatnie drgania wstrzymanych nagle osi i ucichł zgrzyt buforów i łańcuchów, już z całego pociągu zaczęły się sypać kosze, koszyki, kobiałki, troczki, paczki, poduszki, kufry - dzieci, kobiety, mężczyźni. Wszystko to jest w tejże chwili otoczone przez białe postacie furmanów-górali.
Uśmiechają się oni uprzejmie, witają jak dawni znajomi, przypominają sobie nazwisko lub udają, że znają naszych przyjaciół.
Wszystko jedno. Każdy potrzebuje furmana i po chwili zaczynają oni latać gorączkowo, dźwigać kufry i kosze - śmigając białymi łydkami, przeskakiwać po relsach, biegać po peronie i ginąć razem z tłumokami w głębi ciemnego przejścia. (...)
Dzieci, uspakajane od Krakowa do Chabówki przez pięć godzin obietnicą widzenia górali, nie posiadają się z radości, tupią nóżkami i wołają wśród śmiechu:
- Mamo! mamo! góral! (...)
Po drugiej stronie stacji dwu- i jednokonne wozy tłoczą się jak stado ptaków tulących do siebie duże, białe grzbiety, obciągnięte płótnem. Pod nie właśnie wciska się cały ładunek rzeczy i ludzi, wyrzuconych przez pociąg, który odprawiwszy skomplikowany ceremoniał przepisanych sygnałów, ruszył dalej, wijąc się podnóżami Karpat.
- A rzeczy gdzie? - pyta podróżny, wsiadając do wozu.
- Ady, na zadku! - odpowiada góral, wskazując wyzierające spod słomy kute rogi kufra.
- Dobrze!
Wozy połknęły wszystko i ociężałe, kolejno odrywają się od stada, wyciągają się długim szeregiem jak klucz żurawi i zaczynają się wznosić ku szczytowi Obidowej.

Podróż do Zakopanego była zatem uciążliwa, długa i kosztowna. Wybierano się więc zwykle na całe lato, ze stertą bagaży, w której wieziono poza osobistymi rzeczami także często pościel, naczynia, zapasy żywności, nie chcąc skazywać się na korzystanie z nielicznych tylko i prymitywnych zakopiańskich urządzeń cywilizacyjnych, których wątpliwą jakość opisywały liczne korespondencje spod Giewontu.
Zazwyczaj letnicy jechali do zarezerwowanych z góry kwater u górali znajomych z poprzedniego pobytu lub wskazanych przez przyjaciół i umówionych uprzednio listownie. Mniej przezorni musieli korzystać z pośrednictwa woźnicy, przywożącego gości z Chabówki; często bywał zarazem "szefem transportu" i gospodarzem. Rzadziej korzystano z urzędowego "stręczenia mieszkań", do którego zobowiązane było kierownictwo uzdrowiska.
Karłowiczowie skorzystali z wcześniejszych kontaktów Dicksteinów, lub też - bo decyzja wyjazdu do Zakopanego zapadła w ostatniej chwili, dość niespodziewanie - z pośrednictwa furmana. Znając wszakże sumienność Ireny Karłowiczowej w wypełnianiu wszelkich obowiązków, można być pewnym, że natychmiast po przyjeździe uiściła taksę klimatyczną i zameldowała całą rodzinę w biurze Stacji Klimatycznej.
Z datą 11 lipca 1889 roku ukazała się powielana "III Lista Gości w Zakopanem", stwierdzająca w nagłówku iż "Do 10/7 przyjechało 521 (osób)". Wśród nazwisk osób przybyłych 10 lipca odnajdujemy pod 235 pozycją meldunku informację, że Irena Karłowiczowa, obywatelka, stale zamieszkująca w Warszawie, zatrzymała się na okres pobytu w Zakopanem u Jana Stopki. Meldunek obejmuje łącznie cztery osoby.
Już w pierwszym dniu pobytu Mieczysław Karłowicz przypomniał sobie o przyjacielu i wystosował doń następujący list:
Kochany Kaziu
Zdziwisz się zapewne, skąd do ciebie piszę, bo mieliśmy jechać do Soboty. Jest tutaj bardzo ładnie. Widać Tatry i Dunajec o parę kroków od nas płynie. Byłem w Krakowie; nic tam nadzwyczajnego nie ma, zwyczajnie - dziura.
Zostało u mnie twoje pudełko od pistoletu, ale ponieważ mieszkanie nasze zamknięte, więc oddam ci je chyba po wakacjach. W Krakowie taki pistolet kosztuje 6 albo 8 złr. Napisz mi, proszę, gdzie mam do Ciebie pisać i gdzie wyjeżdżasz. Odpisz mi, proszę, na ten list (adres mój: Zakopane 171).
Mamy tu mały domek najęty, składający się z dwóch pokoi i przedpokoju. Jest imała weranda do siedzenia.. Droga do Krakowa bardzo nudna, a adresować potrzeba tak:
Przewielebny M.Karłowicz - Austria, Galicja - via (przez) Chabówka - Zakopane N. 171.
Woda z Dunajca jest tak dobra, że nigdy lepszej nie piłem.
Twój Przyjaciel
M. Karłowicz

Myląca nieco musi wydać się owa dwukrotna wzmianka o płynącym nie opodal mieszkania Karłowiczów Dunajcu. Ale w tamtych latach (i jeszcze długo potem) za początek Białego Dunajca uważano wywierzysko - czyli źródło - potoku Bystra na Kalatówkach. Potok ten płynął w pobliżu Równi Krupowej, a więc niezbyt daleko od domu Jana Stopki.
Zakopane Anno Domini 1889 było bowiem całkiem prymitywną wsią, pozbawioną elementarnych nawet urządzeń cywilizacyjnych i sanitarnych. Zarząd uzdrowiska, nazywany wówczas oficjalnie Wydziałem Gospodarczym Stacji Klimatycznej, a popularnie Klimatyką, dopiero raczkował: zaledwie od 1886 roku, dzięki staraniom doktora Tytusa Chałubińskiego, Zakopane cieszyło się statusem "Stacji Klimatycznej". Stworzyło to podstawę do utworzenia bazy finansowej uzdrowiska: z opłat klimatycznych, które uiszczali goście przy meldunku, Klimatyka była obowiązana budować drogi i chodniki, dbać o właściwe oczyszczanie i oświetlenie ulic, utrzymywać czytelnię czasopism i wydawać spisy gości, bawiących podczas sezonu w Zakopanem. Wkrótce do zobowiązań zarządu uzdrowiska doszło jeszcze utrzymywanie dwudziestokilkuosobowej sezonowej orkiestry, sprowadzanej z Krakowa, która dla uprzyjemnienia pobytu grywała gościom pod gołym niebem lub w wynajętych pomieszczeniach.
Mocno nieporadna i od początku swego istnienia prawdziwie po galicyjsku zbiurokratyzowana władza "klimatyczna" w świadomości przybywających pod Giewont letników pod względem tak znaczenia, jak i możliwości ustępowała pierwszeństwa zasłużonemu dla Zakopanego i turystyki polskiej Towarzystwu Tatrzańskiemu.
Organizacja ta, założona w 1873 roku w celu uprzystępnienia i spopularyzowania Tatr, ale i dla ochrony ich przyrody, miała za zadanie dbać także o rozwój Zakopanego i o podniesienie poziomu życia ludności góralskiej. Za sprawą działaczy Towarzystwa, rekrutujących się spośród miłośników turystyki ze wszystkich stron podzielonego zaborczymi kordonami kraju, Zakopane stawało się z biegiem lat miejscowością coraz bardziej cywilizowaną. Towarzystwo Tatrzańskie kładło przy zakopiańskich błotnistych drogach pierwsze chodniki, na swój koszt instalowało pierwsze uliczne latarnie naftowe, subsydiowało założenie w Zakopanem telegrafu. Dążąc do zapewnienia góralom dochodów trwalszych i wyższych niż mogli osiągnąć z cherlawego na Podhalu rolnictwa, Towarzystwo zorganizowało przewodnictwo górskie, a przede wszystkim własnym sumptem zorganizowało w 1876 roku pierwszą na Podhalu szkołę zawodową, nazywaną szkołą snycerską, a później szkołą fachową dla przemysłu drzewnego. W 1882 roku Towarzystwo Tatrzańskie wybudowało na swojej parceli wielki drewniany budynek, w którym szkoła fachowa znalazła pomieszczenie - istnieje on do dziś (ul. Krupówki 8) i nadal służy uczniom Zespołu Szkół Budowlanych.
Także w 1882 roku TT wybudowało Dwór. Tatrzański, z którym w niedalekiej już przyszłości Mieczysław Karłowicz miał zawrzeć bliższą znajomość.
Irena Karłowiczowa z dziećmi mieszkała w domu Jana Stopki, 40-letniego wówczas przewodnika tatrzańskiego I klasy, w środkowej części Krupówek. Dom ten, jeden ze starszych w Zakopanem, wybudowany prawdopodobnie ok. r. 1860, już nie istnieje - w tym miejscu, w pobliżu skrzyżowania z ul. Staszica, znajdują się dziś murowane kamienice mieszczące m. in. sklep "Cepelii"
Rok, w którym Mieczysław Karłowicz poznał Tatry, był dla Zakopanego bardzo ważny: oto wtedy właśnie zostaje ostatecznie rozstrzygnięta kwestia własności tzw. dóbr zakopiańskich: od zbankrutowanego niemieckiego właściciela Magnusa Pelza kupił je na licytacji hr. Władysław Zamoyski. Wielki patriota, prześladowany przez Prusaków swych rodzinnych dobrach wielkopolskich, społecznik i zapobiegliwy gospodarz - za 360 tys. złotych reńskich (z których tylko nikły procent dostał do ręki Magnus Pelz, resztę zabrali jego wierzyciele) stał się posiadaczem terenów w Tatrach - w Dolinie Rybiego Potoku z Morskim Okiem, w dolinach Roztoki i Pięciu Stawów Polskich aż po Wołoszyn i od Doliny Bystrej na zachód do Doliny Kościeliskiej włącznie oraz dóbr we wsiach Waksmund, Białka, Groń, Leśnica, Bukowina, Brzegi, Zakopane, Zubsuche, Stare Bystre, Maruszyna, Międzyczerwienne, Ostrowsko, Dębno i Gronków. Po raz pierwszy od zaborów tak wielkie tereny w Tatrach i na Podhalu stały się własnością Polaka.
Cieszyli się zakopiańscy górale i ich coraz liczniej przybywający pod Giewont goście, cieszyła się polska opinia publiczna. Tatry, za sprawą literatury, legendy i... mody stawały się z roku na rok coraz wymowniejszym symbolem niezniszczalnej polskości, a Zakopane Mekką jedności narodowej. Tu przecież, w Galicji, obdarzonej największą autonomią i swobodami narodowymi, w Zakopanem, gdzie nie docierała niemal austriacka władza - tutaj Polacy z trzech zaborów i o niezliczonych odcieniach oraz orientacjach politycznych czuli się jak u siebie i między swymi. Nie było zatem Polakom obojętne, kto owymi narodowymi skarbami będzie zarządzał.
Opinia publiczna dowiedziała się o przebiegu licytacji dóbr zakopiańskich między innymi z artykułu opublikowanego w warszawskim "Słowie" dnia 22 maja 1889 roku pt. Kto da więcej? Szkice z licytacji Zakopanego, podpisanego przez K. Dobrzyńskiego. Pod pseudonimem tym ukrywał się Henryk Sienkiewicz.
Autor Trylogii od kilku już lat był stałym gościem Zakopanego. W tymże 1889 roku aż czterokrotnie przyjeżdżał pod Giewont, mieszkając zwykle w nie istniejącej dziś willi "Chata", przy obecnej ulicy Zamoyskiego (wówczas Krupówki), w domu będącym własnością Wojciecha Roja, ale zamieszkałym przez Marię i Bronisława Dembowskich.
Poza Karłowiczami i Sienkiewiczem gościło w 1889 roku w Zakopanem wiele innych osobistości ze świata literatury i sztuki. Przy samych tylko Krupówkach wypoczywali m. in. Zofia Urbanowska (podczas tego i następnych pobytów pisząca jedną z najlepszych młodzieżowych powieści tatrzańskich Róża bez kolców), Kazimierz Tetmajer, Lucjan Rydel, Wojciech Gerson... W swoim domku przy Starej Polanie zamieszkał, jak co roku, inny malarz, który zasłynął jako autor najlepszego w XIX wieku przewodnika po Tatrach - Wa1ery Eljasz. Z najnowszym, trzecim wydaniem Ilustrowanego przewodnika do Tatr i Pienin Eljasza, opublikowanym w 1886 roku, Mieczysław Karłowicz z matką i rodzeństwem wybrał się na swą pierwszą górską wycieczkę. Zapewne postępowano w myśl głoszonych przez Eljasza zasad:
Pierwszą regułą w zwiedzaniu Tatr jest wychodzenie na wycieczkę o świcie, dlatego winno się mieć poprzedniego dnia wszystko najzupełniej przygotowane, zamówione, by niczego rano nie szukać. Od początku pochodu iść powoli a równo; pośpiech złe skutki pociąga, zrywa siły od razu, że ich tam braknie, gdzie ich najbardziej potrzeba. Co kawałek drogi, gdy górzysta, stanąć, odetchnąć, ale nie siadać. Na głównych popasach można usiąść, ale z wyciągnionymi nogami, lub się położyć, bo to nie zmęczy człowieka. Jeść, ile tylko się da, aby ciału nie brakowało materyjału wtedy, gdy najwięcej sił potrzeba.
Na temat jedzenia podczas wycieczki także wypowiadał się wszechstronny Przewodnik:
Z pomiędzy żywności zabieranej zwykle na wycieczki, okazał się bardzo pożądanym przede wszystkim bigos. Odgrzany na popasie, syci pragnienie i głód, a zwłaszcza na forsownych wyprawach, gdy się traci apetyt do mięsnych potraw, jedynie bigos, a choćby sama kapusta wybornie smakuje. Potem dobry jest bulion i czarna kawa.
Zwykle ładują goście na wycieczki oprócz chleba i bułek, pieczone lub smażone kurczęta, huzarską pieczeń, kiełbasę, słoninę węgierską, szynkę, jaja, masło, ser owczy, ciasta różne, wędliny, a z napojów wódkę, wino, arak i najważniejszą herbatę, do której trzeba mieć cukier w kawałki drobne potłuczony. Praktycznymi okazały się na wycieczkach ozory, lub mięso zaprawiane w puszkach.

Po samodzielnym zwiedzeniu reglowych dolinek, w towarzystwie góralskiego przewodnika odbył Mieczysław Karłowicz wycieczkę na Czerwone Wierchy oraz przez Zawrat i Dolinę Pięciu Stawów Polskich do Morskiego Oka.
Jedną z osób towarzyszących Karłowiczom podczas wycieczek była zaprzyjaźniona z ich domem Alina Świderska, która tak wspomina tamto lato:
Mieczysia Karłowicza znałam już ze słyszenia (i wzajemnie), gdy poznałam go osobiście w Zakopanem 1889 roku. Był to wówczas chłopczyk 12-letni, w ciemnopopielatym mundurku letnim, ciemnozielonej, o łamanym daszku czapce mundurowej Górskiego i w okularach, o bardzo jasnych, króciutko strzyżonych włosach, cerze delikatnej, białej i różowej, która się wcale nie opalała, i rysach twarzy takich, jak na załączonej fotografii - bardzo inteligentny i bardzo zarozumiały. Wakacje te ważne są dlatego, że wówczas po raz pierwszy zetknął się z Tatrami i odbywał pierwsze wycieczki w towarzystwie matki i starszego rodzeństwa. Mieszkali na Krupówkach, w chacie Jana Stopki, pierwszorzędnego przewodnika tatrzańskiego, i z nim odbywali wycieczki na Czerwone Wierchy, do Morskiego przez Zawrat i zdaje mi się, że przez Polski Grzebień do Szmeksu. (...) Odbywaliśmy wówczas w towarzystwie jego matki i mojej spacer do Czarnego Stawu i pamiętam, że Mieczyś, ścigając się ze mną po drodze, schował się w kolibie pod głazem niedaleko miejsca, w którym miał później zginąć. Na pożegnanie przy wyjeździe napisałam do niego wierszyk, cokolwiek ironiczny, zaczynający się od słów: Prześwietny Mieczysławie, co umiesz tak wiele!
Podczas długiego, bo trwającego niemal dwa miesiące, pobytu w Zakopanem Irena Karłowiczowa z pewnością znalazła czas, by zaprowadzić dzieci do uruchomionego przed rokiem zaledwie Muzeum Tatrzańskiego. Nowa placówka, nosząca imię doktora Tytusa Chałubińskiego, a powstała z inicjatywy warszawskiego kupca Adolfa Scholtze oraz Ignacego Baranowskiego i Władysława Florkiewicza, mieściła się w domu Jana Krzeptowskiego przy Krupówkach, sąsiadując przez korytarz z Wydziałem Gospodarczym Stacji Klimatycznej. Być może Karłowiczowie uczestniczyli w zabawie ludowej, zorganizowanej 18 sierpnia w willi "Modrzejów" pod Antałówką przez Marię i Bronisława Dembowskich na dochód Krakowskiego Towarzystwa Oświaty Ludowej, w programie której były m. in. muzyka i tańce góralskie. Były to pierwsze próby estradowych prezentacji folkloru podhalańskiego, pierwsze próby jego teatralizacji.
Latem 1889 r. z dużym niepokojem przyjmowali wszyscy wiadomości o pogarszającym się stanie zdrowia dr Tytusa Chałubińskiego. Jeszcze w 1887 roku, po forsownej wyprawie na Rohacze, profesor uległ częściowemu paraliżowi, który potem co prawda się cofnął, ale choroba całkiem nie ustąpiła. Z końcem września 1889 roku przyplątało się zapalenie płuc. O chorobie przyjaciela dowiedział się w Krakowie po jednym z koncertów Ignacy Jan Paderewski i rezygnując z zaplanowanego wcześniej wypoczynku przed męczącym tournée po Niemczech - 17 października przyjechał do Zakopanego. W samotnym domku w lesie przy górnych Krupówkach (dziś - u zbiegu ulic Zamoyskiego i Chałubińskiego) grał u łoża umierającego profesora jego ulubione kompozycje Beethovena, Schumanna, Chopina i własne - być może także i Album tatrzańskie, oparte na motywach góralskich melodii, które ongiś razem z Chałubińskim notowali podczas wypraw w Tatry i na Podhale. Warszawski lekarz był wybitnym melomanem, znał nuty, a muzyka stanowiła dlań jeden z istotniejszych elementów codziennego życia. Poznawszy Paderewskiego przed laty, od razu przepowiedział jego wspaniałą karierę... Radość Chałubińskiego z udziału w tym ostatnim w jego życiu koncercie podzielali współtowarzysze zakopiańscy - Bronisław Dembowski i Stanisław Witkiewicz.
Po jednodniowym zaledwie pobycie Paderewski wyjechał z Zakopanego, a wkrótce potem - 4 listopada 1889 roku niekoronowany "Król Tatr" zmarł.
Tego wszystkiego jednak Karłowiczowie dowiedzieli się dopiero później z prasy i relacji przyjaciół, bowiem 28 sierpnia 1889 roku zakończył się pierwszy pobyt Mieczysława i jego rodziny w Zakopanem.
W Warszawie czekała go nowa i ważna praca: rozpoczął bowiem kolejny etap edukacji skrzypcowej, tym razem u najwybitniejszego w owych czasach polskiego wirtuoza tego instrumentu, a zarazem świetnego pedagoga Stanisława Barcewicza. Mistrz, jak się okazało, był również wielkim miłośnikiem Tatr i Zakopanego - wielokrotnie gościł pod Giewontem i dawał koncerty, najpierw w Dworcu Tatrzańskim, potem w sali "Morskiego Oka". Wielkie "sierpniowe recitale" Barcewicza przez kilkanaście lat ściągały na zakopiańskie koncerty tłumy słuchaczy.
W maju 1891 roku zdziwieni rodzice otrzymują do oceny pierwszą kompozycję młodego Karłowicza - jak przystało na ucznia Stanisława Barcewicza, jest to utwór na skrzypce i fortepian zatytułowany Chant du soir. Wkrótce potem Mieczysław komponuje pierwszą pieśń - dedykowany matce Cudowny kwiat do słów zaprzyjaźnionego z Karłowiczami poety Czesława Jankowskiego.
Trwała nadal przyjaźń z Kazimierzem Prószyńskim umacniana wspólnym hobby, jakim stała się fotografia. Karłowicz otrzymał wtedy pierwszy własny aparat fotograficzny, produkcji Dutkiewicza lub Karolego z obiektywem "American Star", kupiony w sklepie Lebiedzińskiego przy Chmielnej, w pobliżu domu rodziców.
Mieszkanie to zresztą stawało się zbyt ciasne dla licznej rodziny, w której każdy oddawał się swojej pracy, wymagającej z reguły spokoju i skupienia. W lutym 1892 roku zatem Karłowiczowie kupili dom przy ul. Jasnej 10, do którego przeprowadzili się w lipcu tegoż roku.
W samej ceremonii przeprowadzki Mieczysław nie brał udziału, bowiem po trzech latach zatęsknił do Tatr i sam, pod teoretyczną tylko opieką Pauliny Dicksteinowej, 18 czerwca wyjechał do Zakopanego.
W minionych latach zobowiązania rodzinne zmuszały Mieczysława do spędzania całych wakacji na Litwie - w Wiszniewie lub u kuzynów w Karolinowie. Jedynie Jan Karłowicz w 1891 roku zdołał odwiedzić Zakopane. W domu przy Chmielnej czytywano ponownie Na przełęczy Witkiewicza, które w 1891 roku wyszło w wydaniu książkowym, a także tatrzańskie poezje Franciszka Nowickiego, zebrane w tomie Pieśni czasu. Wkrótce domową bibliotekę zasiliła wydana w 1892 roku pierwsza seria poezji Kazimierza Tetmajera.
Przyjechawszy do Zakopanego, zatrzymał się Karłowicz w Zakładzie Wodoleczniczym doktora Wenantego Piaseckiego na Klemensówce, przy dzisiejszej ulicy Jagiellońskiej, wpisawszy na karcie meldunkowej określenie zajęcia - "student". Był wtedy absolwentem trzeciej klasy gimnazjalnej. Być może, przyczyną wybrania tego właśnie miejsca wypoczynku były sprawy zdrowotne. Ale może po prostu rodzice chcieli zapewnić synowi jak najlepszą opiekę.
"Klemensówka" była drugim z kolei zakładem leczniczym w Zakopanem. Pierwszy zbudował w Kuźnicach jeszcze w 1875 roku dr Ludwik Ganczarski, lekarz zakładu metalurgicznego.
W 1878 roku, zachęcony powadzeniem, jakim cieszył się jego zakład, Ludwik Ganczarski zakupił od zarządu dóbr zakopiańskich (gdzie jego teść był pełnomocnikiem właściciela Ludwika Eichborna) teren we wsi Zakopane, położony między potokiem Bystra a Antałówką, nazywany "Klemensówką", a mieszczący się mniej więcej w okolicy dzisiejszego osiedla mieszkaniowego, aż do późniejszego hotelu "Warszawianka" (dziś Jagiellońska 18), chcąc postawić tam nowy zakład. Jednakże zmuszony rok później do wyjazdu, sprzedał swoje włości w Kuźnicach i w Zakopanem doktorowi Wenantemu Piaseckiemu.
Ten zasłużony dla Zakopanego lekarz w 1880 roku osiadł na stałe pod Giewontem, początkowo prowadząc dawny zakład hydropatyczny w Kuźnicach, a od 1881 budując nowoczesny ośrodek na Klemensówce. Otrzymawszy w grudniu tegoż roku koncesję, od r. 1882 stał się posiadaczem nowoczesnego, jak na owe czasy, zakładu. Składał się on z dwóch drewnianych budynków: w pierwszym, zwróconym frontem do południa, a z pozostałych stron otoczonym lasem, mieściło się w dwóch oddziałach męskim i żeńskim -13 sal kąpielowych, solaria, 7 pokoi mieszkalnych oraz 4 łazienki dla gości dochodzących. Drugi budynek, piętrowy, mieścił część hotelową, gdzie oprócz 32 pokoi gościnnych, kuchni i spiżarni znajdował się ogromny i wysoki salon, .pełniący też funkcję jadalni. Tam też na podium stał fortepian, a na wysokości pierwszego piętra znajdowała się galeria, gdzie zespół muzyczny przygrywał obiadującym pensjonariuszom.
Może tych wspaniałości było za dużo, jak na 16-letniego turystę, może uczeń Barcewicza nie akceptował "salonowej" muzyki, a może w ogóle w Zakopanem zrobiło się zbyt tłoczno dość, że młody Karłowicz postanowił uciec z "Klemensówki" i osiąść w Hotelu Warszawskim w Jaszczurówce. Jedną z przyczyn opuszczenia Zakładu Wodoleczniczego z pewnością był reżim dietetyczno-kąpielowo-gimnastyczny, stosowany przez doktora Wenantego Piaseckiego: przestrzeganie surowego regulaminu było zapewne trudne dla systematycznie zwiedzającego Tatry Mieczysława.
W Zakopanem tymczasem ruch się zrobił co niemiara. Znów pojawili się na Krupówkach stali bywalcy: Wojciech Gerson, Ferdynand Hoesick, Wojciech Kossak, Henryk Sienkiewicz, Kazimierz Tetmajer, Zofia Urbanowska, Stanisław Witkiewicz. Bliższą przyjaźń z Zakopanem zawarł w 1892 roku Ludwik Solski, późniejszy słynny aktor i miłośnik Tatr. Gościem sezonu był czeski pisarz Edward Jelinek, sympatyk Polaków i polskich spraw, admirator Zakopanego i propagator Tatr w społeczeństwie czeskim, podejmowany hucznie przez specjalny komitet gości z Sienkiewiczem na czele, a także przez hr. Władysława Zamoyskiego.
Niemal co dzień w Dworcu Tatrzańskim odbywały się bale, reuniony, odczyty, przedstawienia teatralne i koncerty, z których dochód przeważnie przeznaczany był na cele dobroczynne. Do najbardziej udanych należał występ chóru krakowskiego Towarzystwa Muzycznego pad dyrekcją Wiktora Barabasza - brata późniejszego twórcy tatrzańskiego narciarstwa i dyrektora Szkoły Przemysłu Drzewnego - Stanisława, koncert ruskiego "Towarzystwa Śpiewackiego Bojan" ze Lwowa, a także kilka imprez, z których dochód przeznaczony był na fundusz budowy nowego kościoła, którego mury wznosiły się już na wzgórzu u początku Krupówek.
Namówiony przez znajomych i ojca, który wraz z córką Wandą przybył w tym czasie do Zakopanego i zamieszkał w Hotelu Warszawskim w Jaszczurówce, na deskach estrady w Dworcu Tatrzańskim stanął także i Mieczysław Karłowicz, debiutując jako skrzypek na publicznym koncercie właśnie w Zakopanem. 24 sierpnia 1892 roku wykonał dwie części Koncertu romantycznego Beniamina Godarda i Rondo Camila Saint-Saënsa, a ponieważ był gorąco oklaskiwany dodał na bis Moto perpetuo Franza Riesa. Dwa dni później uświetnił swoim występem przedstawienie teatru amatorskiego, wykonawszy Adagio Riesa i Taniec hiszpański Pabla Sarasatego. Znane dotąd dokumenty nie odnotowują, kto towarzyszył Mieczysławowi na fortepianie.
Dworzec Tatrzański, wybudowany pod kierunkiem Gustawa Fingera w 1881 roku według planów architekta Karola Zaremby, otwarty przy Krupówkach w 1882 roku, mieścił biura Towarzystwa Tatrzańskiego, bibliotekę i czytelnię, pokoje hotelowe, pokoje dla pań i panów, i przede wszystkim salę balowo-imprezową. Sala ta stała się pierwszym większym ośrodkiem kultury w Zakopanem: występowali tu m. in. Helena Modrzejewska, Ignacy Jan Paderewski, Raul Koczalski, Stanisław Barcewicz, Fritz Kreisler i Henryk Sienkiewicz. W styczniu 1900 roku budynek spłonął, a po długotrwałej dyskusji o celowości jego odbudowy wzniesiono w tym miejscu w 1903 roku nowy, murowany Dworzec Tatrzański, który według projektu Wandalina Beringera budował Tadeusz Prauss. W nowym budynku dawne tradycje jednak już się nie odrodziły. Istnieje on do dziś (ul Krupówki 12) i mieszczą się w nim m.in. biura zarządu Oddziału Zakopiańskiego PTTK.
Rozwijające się, coraz modniejsze uzdrowisko "europeizowało" się pełną parą. Co prawda nadal nawet przy głównych ulicach funkcjonowały gnojówki, ale za to codziennie grano, recytowano i tańczono na rzecz tworzonego wtedy szpitala, cierpiących niedostatek weteranów klęsk narodowych czy spragnionego oświaty ludu. Co prawda w deszczowy dzień można było na głównej ulicy utonąć w błocie lub rozbić nocą głowę o którąś z nieczynnych naftowych latarni - ale za to latem beczkowozy skrapiały spękaną z gorąca glinę, by chronić płuca letników przed kurzem. Co prawda dopiero od niedawna mogło Zakopane poszczycić się umiejącym czytać i pisać wójtem - ale za to dorobiło się własnych czasopism.
W 1892 roku dziennikarską działalność w Zakopanem podjął młody korespondent kilku pism krakowskich Stanisław Sebastian Będzikiewicz. 22 lipca zaczął wydawać żywo redagowane pismo "Kurier Zakopiański", w którym główną częścią poszczególnych numerów była barwna kronika kulturalna, turystyczna i towarzyska. W odcinkach pojawiały się w "Kurierze" niektóre z gadek góralskich Jana Krzeptowskiego Sabały, a w numerze siódmym z 21 sierpnia 1892 roku zamieszczono artykuł tytularnego redaktora naczelnego, długoletniego zasłużonego sekretarza Towarzystwa Tatrzańskiego Leopolda Świerza, zatytułowany O narciarstwie. Ten fragment wcześniejszego opisu zimowej wycieczki do Morskiego Oka, opublikowany przez "Pamiętnik Towarzystwa Tatrzańskiego", odnosił się do wydanej niedawno książki Fridtjöfa Nansena Na nartach śniegowych przez Grenlandię i był pierwszym głosem przewidującym przyszły rozwój narciarstwa w Tatrach i w Zakopanem.
Stosunkowo dużo informacji, publikowanych na łamach przez Stanisława Będzikiewicza, dotyczyło Tatr i turystyki tatrzańskiej. Wśród autorów tego rodzaju notatek byli m. in. Walery i Stanisław Eljaszowie oraz... Kazimierz Przerwa-Tetmajer, relacjonujący swoje pierwsze wejście na Staroleśną, dokonane w gronie kilku osób, wśród których był Tadeusz Boy-Żeleński.
Pośród nielicznych tekstów publicystycznych "Kuriera" znalazły się także dwa artykuły turystyczne autorstwa Mieczysława Karłowicza. Tak jak na zakopiańskiej estradzie debiutował Karłowicz-skrzypek, tak też w zakopiańskiej prasie zadebiutował w 1892 roku Karłowicz-publicysta. Obydwa artykuły opisują drogę na szczyt, widok z drogi i z wierzchołka, wskazują na główne trudności, jakie mogą spotkać turystów.
Pierwszy z nich, opublikowany 29 lipca 1892 roku i liczący 59 wierszy, opisuje drogę na niezbyt popularny wśród ówczesnych taterników szczyt, który tak trwale miał związać się z osobą Karłowicza. Artykuł nosi tytuł Kościelec.
Jest to naga turnia, przedstawiająca się dziko ze wszystkich stron. Od strony Czarnego Stawu przedstawia się nam ona jako przepaścista ściana, wznosząca się nad powierzchnię jeziora na 532 m. Jest to szczyt pomijany przez turystów, chociaż na to bynajmniej nie zasługuje.
Zachęceni przez jednego z przewodników, udaliśmy się z Zakopanego na szczyt Kościelca i niemało byliśmy zdziwieni, gdyśmy się przekonali, że wyjście na niego nie jest takie trudne, jakby się mogło zdawać. Znajomą drogą dostajemy się na brzeg Czarnego Stawu. Stąd podążamy pod górę ścieżką w zakosy wyrobioną przez Towarzystwo Tatrzańskie i wychodzimy na przełęcz Pod Karbem. Tu zwracamy się na lewo i po olbrzymich głazach dochodzimy do podnóża pochyłej ściany, stanowiącej bok Kościelca widziany dobrze z Zakopanego. Połogą tą ścianą, której pochyłość ciągle się zmniejsza, wychodzimy na wierzchołek, który jest właśnie szczytem Kościelca.
Sam wierzchołek jest wąski, lecz długi. Widzimy z niego całą dolinę stawów Gąsienicowych i dolinę Zakopanego. U stóp naszych czerni się zwierciadlana powierzchnia Czarnego Stawu. Spoza Granatów wyziera urwisty czub Wysokiej. Dodać należy, iż tylko z Kościelca widoczne są bez wyjątku wszystkie stawy Gąsienicowe.
Usunięcie niektórych nieznacznych przeszkód uczyniłoby ten tor bardzo przyjemny i pożyteczny tym więcej, gdy wycieczka na Kościelec może być połączona ze zwiedzaniem wszystkich stawów Gąsienicowych. Wracając bowiem ze szczytu, można z przełęczy zejść do stawu Długiego, a stąd koło prześlicznego stawu Zielonego i reszty mniejszych stawków - do Hali Gąsienicowej (...).

Współautorem tego artykułu, podpisanym tak jak i Karłowicz tylko inicjałami, był jeden z najwybitniejszych później polskich taterników - Janusz Chmielowski. Młodszy od Karłowicza o dwa lata, w tym właśnie sezonie rozpoczął swą wielką przygodę tatrzańską. Był synem wybitnego historyka literatury, redaktora "Ateneum" Piotra Chmielowskiego, który, upodobawszy sobie Zakopane, spędzał tu całe sezony, osiadając z liczną rodziną na lato przy ulicy Chramcówki. Właśnie w 1892 roku finalizował pertraktacje o zakup własnego domu przy ul. Chramcówki 26, gdzie też wkrótce zamieszkał. Od 1900 do 1903 roku aktywnie uczestniczył w zakopiańskim życiu społecznym, wygłaszał odczyty, redagował wydawnictwa okazjonalne, był także prezesem stowarzyszenia "Czytelnia Zakopiańska". Piotr Chmielowski należał do licznego grona naukowców - przyjaciół Jana Karłowicza.
Janusz Chmielowski to postać zupełnie wyjątkowa w polskim taternictwie. Pierwsze wycieczki w góry podejmował jako 14-letni chłopiec, być może właśnie debiutując wyprawą na Kościelec w towarzystwie Karłowicza. Zakończył swą działalność taternicką także wspinaczką na Kościelcu. Miał wtedy przeszło 80 lat...
Wspinał się najczęściej w towarzystwie góralskich przewodników, ale również bez nich, dokonywał wielu pierwszych wejść, m. in. na Zadni Gierlach, Orlą Basztę, Rumanowy Szczyt, Kaczy Szczyt, Zadniego Mnicha, Niżnie Rysy, Żabi Szczyt Wyżni, Żabiego Mnicha i Żabią Lalkę. Był te pionierem taternictwa zimowego, wychodząc jako pierwszy w 1905 roku zimą na Gierlach.
Artykuł w "Kurierze Zakopiańskim", podpisany wspólnie z Mieczysławem Karłowiczem, stanowił też debiut pisarskiej działalności Chmielowskiego, której ukoronowaniem był pierwszy polski przewodnik taternicki, wydany przezeń w czterech tomach w latach 1907-12, opracowany po latach ponownie (wspólnie z Mieczysławem Świerzem) pod tytułem Tatry Wysokie. Janusz Chmielowski był także jednym z głównych inicjatorów i w latach 1903-04 pierwszym prezesem Sekcji Turystycznej Towarzystwa Tatrzańskiego.
Obydwaj "publicyści", mający w 1892 roku razem aż... 30 lat, podpisali się pod artykułem o Kościelcu co prawda tylko inicjałami, ale inicjałom tym towarzyszyło określenie "członkowie Towarzystwa Tatrzańskiego". Uznać to jednak należy albo za omyłkę redaktora, albo za chęć "dowartościowania" relacji z wycieczki, gdyż w spisach członków TT nazwisko Karłowicza pojawi się dopiero za cztery lata. Nadto, zasłużona ta organizacja nie przyjmowała do swych szeregów dzieci, ani nawet dorastających młodzieńców...
Podobnie za swojego rodzaju "licencja poetica" należy uznać początek drugiego, 97-wierszowego artykułu w "Kurierze Zakopiańskim", tym razem sygnowanego już nazwiskiem Karłowicza. Tekst ten ukazał się w szóstym numerze z datą 17 sierpnia 1892 roku pod tytułem Kominy: Poznawszy wszystkie (podkr. M.P.) polskie szczyty, zwiedzane przez turystów, postanowiłem poznać inne, na które turyści chodzić nie zwykli.
Wśród owych "innych" wymienia Karłowicz Żółtą Turnię, Granaty, Kozi Wierch, Kościelec i wreszcie Kominiarski Wierch (tu: Kominy Tylkowe). Właśnie wycieczka na Kominiarski Wierch stała się tematem artykułu, który - podobnie jak poprzedni - opisuje drogę na szczyt (od Hali Stoły), szczegółowo wymieniając wszystkie szczyty i okoliczne doliny widoczne z trasy i z wierzchołka. Droga ta, którą Karłowicz pokonał w towarzystwie przewodnika Jana Stopki, dziś dla turystów jest zamknięta. W 1892 roku Karłowicz z własnej inicjatywy namalował zieloną farbą podczas wyprawy znaki w trudniejszych miejscach, by ułatwić przejście swoim ewentualnym następcom.
Kominiarski Wierch, potem często zwiedzany ścieżką od Iwaniackiej Przełęczy, a od kilku lat zamknięty w ogóle dla turystów, należy do najładniejszych widokowo szczytów, jest także prawdziwym "ogrodem botanicznym" - w lecie pokrywają go kępy szarotek, goździków lodnikowych, pełników i innych roślin, głównie wapieniolubnych.
W czasach Karłowicza piękna ta trasa leżała na uboczu i rzadko ją zwiedzano. Najczęściej bywano wtedy w Dolinie Kościeliskiej, w rejonie Hali Gąsienicowej, Morskiego Oka i Doliny Roztoki. 11 sierpnia 1890 roku uczestnicy wiecu zakopiańskich gości - członków Towarzystwa Tatrzańskiego, w związku z uroczystościami sprowadzenia do kraju prochów Adama Mickiewicza - podjęli uchwałę, zaaprobowaną następnie przez walne zgromadzenie członków TT - o nadaniu wodospadom w Dolinie Roztoki nazwy "Wodospady Mickiewicza", zaś Dolinie Rybiego Potoku nazwy "Dolina Adama Mickiewicza". W sierpniu 1892 roku, wykonując uchwały Walnego Zgromadzenia, Wydział (czyli zarząd) TT umieścił w obu tych miejscach żelazne tablice ze stosownymi napisami. Odsłonięcie ich stało się wydarzeniem sezonu w Tatrach, jednakże jedna z tych nazw nie przyjęła się w ogóle, druga zaś przetrwała do dziś jako "Wodogrzmoty Mickiewicza".
W Zakopanem natomiast wydarzeniem sezonu stało się oddanie do użytku pierwszej willi projektowanej przez Stanisława Witkiewicza w stylu zakopiańskim. W tym właśnie roku budarze Józef Kaspruś Stoch i Maciej Gąsienica Józkowy ukończyli budowę willi "Koleba", wzniesionej według planów Witkiewicza dla Zygmunta Gnatowskiego z Ukrainy. Zdaniem Jana Karłowicza - etnologa i znawcy folkloru - był to najpiękniejszy dom w Zakopanem: Jest on na wskroś swojskim: nie ma w nim ani jednego szczegółu wymyślonego lub zapożyczonego, jest on, jak nasz mazur czy krakowiak, naszym niepodzielnie i całkowicie.
Jan Karłowicz, który przyjechał do Zakopanego 16 sierpnia 1892 roku, zatrzymał się podobnie jak Mieczysław w Hotelu Warszawskim w Jaszczurówce. Zarówno hotel, jak i zespół trzech basenów kąpielowych, wybudowanych w okolicach źródła cieplicowego, należały do rodziny Uznańskich, właścicieli "państwa Szaflary", którzy w 1819 roku zakupili od skarbu austriackiego część dóbr kameralnych, obejmujących tereny we wsiach Szaflary, Biały Dunajec, Poronin i Murzasichle, a w Tatrach - obszar od doliny Filipki ku zachodowi - Dolinę Suchej Wody, Gąsienicową, Olczyską (z Jaszczurówką właśnie), Dolinę Bystrej powyżej Kuźnic, aż do Giewontu. Obszar Jaszczurówki nie wchodzi w skład zakopiańskiej gminy ani Stacji Klimatycznej - mieszkający tam goście nie podlegali "jurysdykcji" uzdrowiskowej, nie opłacali zatem taksy klimatycznej ani też nie ujmowano ich w spisach zakopiańskich gości. Ci ostatni natomiast chętnie do Jaszczurówki przyjeżdżali - albo dorożkami góralskimi, albo też, później, konnym omnibusem, który kursował regularnie między hotelem "Pod Gewontem" u zbiegu ulic Nowotarskiej i Krupówek a Hotelem Warszawskim. Goście tłumnie korzystali z rzekomo leczniczych kąpieli cieplicowych i z usług modnej wówczas restauracji hotelowej.
Niewiele zostało dziś z dawnej Jaszczurówki: cieplicę zepsuto, gdy podczas próby powiększenia wypływu ciepłej wody dowiercono się do położonego niżej źródła wody zimnej, "jaszczury" - czyli salamandry plamiste niemal wyginęły, Hotel Warszawski nie istnieje, restauracja spłonęła przed wojną. Jedynymi pamiątkami XIX-wiecznej świetności Jaszczurówki są: drewniany budynek wczasowy Ministerstwa Leśnictwa, przed wojną będący siedzibą Żydowskiego Klubu Turystycznego, a w czasach Karłowicza wchodzący w skład zabudowań Hotelu Warszawskiego i dwie wille, położone powyżej Witkiewiczowskiej kaplicy "Reglanka" i leśniczówka Tatrzańskiego Parku Narodowego. Sama kaplica jest młodsza - pochodzi z lat 1904-08.
Tu właśnie, w Jaszczurówce, Jan i Mieczysław Karłowiczowie byli odwiedzani przez przebywających w Zakopanem przyjaciół Samuela Dicksteina, Bronisława Dembowskiego, Piotra Chmielowskiego, Stanisława Witkiewicza, Jana Kleczyńskiego, a także kompozytora i dyrygenta Piotra Maszyńskiego oraz chirurga, tłumacza i autora fundamentalnych dzieł o budownictwie i zdobnictwie podhalańskim - Władysława Matlakowskiego.
Z Jaszczurówki wreszcie podejmowano wyprawy w Tatry - te, opisane w "Kurierze Zakopiańskim", i te, podczas których Mieczysław poznał "wszystkie" zazwyczaj zwiedzane szczyty polskie. Stąd także Jan Karłowicz wyruszył na wycieczkę do Morskiego Oka, gdzie 2 września 1892 roku zanotował na odwrocie mapy melodię, zatytułowaną przezeń Piosnka górala znad Morskiego Oka.
Czas wakacji jednakże dobiegł końca. Opuszczając pierwsze dni szkoły, Mieczysław Karłowicz wyjechał z Zakopanego dopiero 9 września. Czekał go ostatni rok nauki w szkole Górskiego, zakończany egzaminem maturalnym.
Intensywna nauka przed maturą i na pewno jeszcze bardziej absorbujące lekcje u Stanisława Barcewicza zabierały mu cały czas. Niewielkim tylko wytchnieniem stał się w lutym 1893 roku kilkudniowy wyjazd z rodzicami i bratem do Krakowa, gdzie odbywał się ślub jego siostry Wandy z lwowskim dziennikarzem i późniejszym działaczem Narodowej Demokracji - Zygmuntem Wasilewskim. Wtedy to, 13 lutego 1893 roku, zobaczył na wystawie obraz Stanisława Bergmana, ilustrujący tragiczny finał utrwalonej przez legendę miłości rodzeństwa Stanisława i Anny Oświecimów. Później legenda ta stała się treścią jednego z poematów symfonicznych Mieczysława Karłowicza.
Jak wspomina Alina Świderska, przed maturą Mieczysław był ogromnie wyrośniętym dryblasem, długim i chudym jak szczapa, o wydłużających się nadmiernie rysach twarzy, która nie przypominała dawnej, dziecinnej. (...) Nieskazitelnie prawy, o szlachetnych upodobaniach, był naturą wybitnie arystokratyczną, chłodną, wyniosłą, zamkniętą w sobie. Złośliwy, ironiczny, czasami bardzo przykry w obcowaniu. Kuzynka Karłowicza Helena Romer uzupełnia ten portret: Z wiekiem opanowany doskonale zewnętrznie, zachował jednak swoją pierwotną duszę, nienasyconą nigdy, niespokojną i smutną. Wypowiadał się w muzyce. Nie zwierzał chyba nikomu. Od dziecka rósł jakiś osobny, ni to dziki, ni to wzgardliwy, stęskniony do serc bliskich i odtrącający je, gdy się zbliżały. Doznawał ulgi, jeśli mu się wydarło jakąś o jego przeżyciach nikłą wiadomość, jeśli mu ktoś, do kogo był przywiązany, coś o nim wyjawił, ale bronił się przed tym z zawziętością. Był zasadniczo obcy, daleki, obcował z nami jak przez grzeczność (...).
Zupełnie inny - szczery, otwarty i romantyczny stawał się dopiero w Tatrach. Tam właśnie znalazł się 5 lipca 1893 roku, zdając wcześniej eksternistyczną maturę w państwowym gimnazjum rosyjskim, przedtem zaś kończąc ostatnią klasę szkoły Górskiego. Na ostatnim świadectwie znalazły się cztery piątki, dziewięć czwórek i dwie trójki - z języka rosyjskiego i rysunków.
Tym razem Karłowiczowie znaleźli się pod Tatrami we trójkę: Mieczysław i oboje rodzice zamieszkali ponownie w Hotelu Warszawskim w Jaszczurówce. Zaraz drugiego dnia po przyjeździe dowiedzieli się o wydarzeniu, które napełniło smutkiem całe Zakopane, zarówno górali, jak i gości: 6 lipca 1893 roku umarł ksiądz Józef Stolarczyk.
Pogrzeb pierwszego zakopiańskiego proboszcza zgromadził na "Pęksowym Brzyzku" setki osób miejscowych i przyjezdnych. W ostatniej drodze zakopiańskiego proboszcza wzięli także udział i Karłowiczowie.
Z biegiem lat zmieniał się stosunek Mieczysława Karłowicza do religii. Wychowany pod przemożnym wpływem ojca - wojującego racjonalisty, w dzieciństwie i młodości był wszakże Mieczysław praktykującym katolikiem. Z biegiem lat odszedł od religii, swoje uczucia mistyczne przelewając na Tatry. Jeżeli w tak delikatnej materii można wyrokować coś ścisłego - to określić go chyba można jako panteistę, utożsamiającego Boga z siłami natury. Nigdy jednak, w przeciwieństwie do ojca, nie był demonstracyjnie antyreligijny.
Areligijność Karłowiczów nie miała oczywiście żadnego wpływu na uczestnictwo w pogrzebie Stolarczyka - hołd pierwszemu proboszczowi oddali wszyscy przebywający w Zakopanem, bez względu na światopogląd.
Krótszy niż w ubiegłym roku pobyt w Zakopanem upłynął pod znakiem szerokiej działalności taternickiej Mieczysława. Kłopoty zdrowotne Jana Karłowicza nie zezwalały na to, by dłuższe wyprawy podejmowała wspólnie cała rodzina i zapewne do wyjątków należała wycieczka na Świnicę w dniu 3 sierpnia 1893 roku, gdzie Karłowiczów zaskoczyła burza gradowa. Częściej towarzyszyła Mieczysławowi matka, jednakże podejmowane z nią wycieczki na Krzyżne, do Czarnego Stawu nad Morskim Okiem, czy pod Kościelec były dla coraz bardziej doświadczanego taternika jedynie treningowe, stanowiły wypoczynek pomiędzy poważniejszymi, nieraz kilkudniowymi wyprawami. Z przewodnikiem Janem Kubinem był Mieczysław Karłowicz na Rysach, a także odbył kilka wycieczek po południowej, należącej wówczas do Węgier stronie Tatr, zwiedzając Wagę i Wysoką, oraz - podczas czterodniowej wyprawy - wchodząc na Łomnicę. Bezskutecznie próbował w tymże roku wejść na Mnicha, który to szczyt zdobył dopiero w kilka lat później. Planował także wejście na Gierlach, jednakże albo kiepska pogoda, albo brak czasu uniemożliwiły na razie tę wyprawę.
Podobnie jak rok wcześniej, tak i teraz przyjmowali Karłowiczowie wielu gości. Jaszczurówka w ogóle robiła się coraz modniejsza. Drugie z kolei pismo Stanisława Będzikiewicza "Gazeta Zakopiańska" donosiła w numerze 8 z 15 lipca 1893 roku, iż w Jaszczurówce odbywać się będą co piątek zebrania gości zakopiańskich, na których omawiane będą niedostatki stacji klimatycznej i sposoby zapobiegania im.
Na eksterytorialnym gruncie umacniała się opozycja przeciw władzom uzdrowiska. Letnicy zakopiańscy, oburzeni nieporadnością Klimatyki i panującym w niej protekcjonizmem, żądali usunięcia przyczyn zła i zmiany polityki Komisji Klimatycznej, grozili wystosowaniem petycji do samego cesarza. Wiedeńska gazeta "Neues Wiener Tagblatt" donosiła, że latem 1893 roku w Zakopanem wybuchł strajk gości.
Można przypuszczać, że Mieczysław Karłowicz i jego rodzice trzymali się z dala od zakopiańskich awantur. Jedyną imprezą, odbywającą się w Zakopanem, która ściągnęła ich z Jaszczurówki, był sierpniowy recital Stanisława Barcewicza, który koncertował w Dworcu Tatrzańskim 5 i 7 sierpnia, tuż przed wyjazdem Karłowiczów z Zakopanego.
Trzeci w życiu Mieczysława Karłowicza sezon taternicki zakończył się wycieczką... w Alpy. Irena Karłowiczowa pisała z Raperswilu do przyjaciółki, że Mieczek pozostał wierny swej dla Tatr miłości, nic nie znalazł w Szwajcarii, co by nazwał piękniejszym (...).
Po powrocie do Warszawy Karłowicz zapisał się jako wolny słuchacz na... chemię w wydziale przyrodniczym Uniwersytetu Warszawskiego. W dalszym ciągu doskonalił się w grze na skrzypcach u Barcewicza. Efekty tych studiów zaprezentował już niebawem na kolejnym występie publicznym zorganizowanym 18 lutego 1894 roku przez jego ciotkę Adelę Śniadecką w Pińsku. Oczekiwało go tam pierwsze po latach spotkanie z siostrą cioteczną Ludwiką Śniadecką, które w znacznym stopniu zaważyło na dalszych jego losach.
Tej zimy w Warszawie Mieczysław Karłowicz pierwszy raz zobaczył narty, wykonane przez Kazimierza Prószyńskiego według rysunku zamieszczonego w "Tygodniku Ilustrowanym". Była to zapewne pierwsza para nart w Warszawie, ale, jak wspominał Prószyński, niewiele jednak z nich było pożytku, gdyż nie miałem pojęcia o tym, że potrzebne są do nich kije. Były to zresztą zgrabne, lekkie i giętkie płozy.
W tym samym czasie pierwsze narty pojawiły się w Tatrach Polskich: zaczął je propagować Stanisław Barabasz, który poznał ten sprzęt podczas polowań na wschodzie. Właśnie w 1894 roku odbył on w towarzystwie Jana Fischera swoją pierwszą wycieczkę narciarską w Tatry. Trasa jej wiodła z Kuźnic przez Halę Gąsienicową do Czarnego Stawu pod Kościelcem...
Mieczysław Karłowicz pozostał wówczas jednak wierny dawnej pasji sportowej - łyżwiarstwu i jeździł, zwykle w towarzystwie Prószyńskiego, na popularnym lodowisku warszawskim w Dolinie Szwajcarskiej.
Już w maju rozpoczął Karłowicz wakacje, które tym razem miały trwać przeszło trzy miesiące. Najpierw wypoczywał wraz z matką na Litwie, w Wiszniewie, od połowy lipca zaś ponownie gościł w Zakopanem.
Adolf Chybiński w swej pomnikowej monografii Karłowicza pisze, iż nie wiadomo, od kiedy bawił on w tym roku pod Tatrami. Dotychczasowe badania nie podawały, gdzie przyszły twórca Odwiecznych pieśni zamieszkał.
Obie te kwestie w pewien sposób rozstrzygają zachowane "Listy gości" zakopiańskich z 1894 roku. Oto "Lista" nr 7 zawiera nazwiska osób przybyłych do Zakopanego między 16 a 19 lipca tego roku. Mieczysław Karłowicz figuruje tu pod 612 kolejnym numerem meldunku. Jako swój zawód w karcie meldunkowej podał "artysta-muzyk", bodajże po raz pierwszy tak właśnie się przedstawiając, co świadczyć może m.in. o tym, że zrezygnował już z zamiaru zostania chemikiem i dokonał wyboru muzycznej drogi życiowej.
Podczas tego pobytu - przynajmniej na jego początku - zatrzymał się w domu Herza przy górnych Krupówkach pod nr 81. W r. 1894 ulica ta ciągnęła się aż do zbiegu z ulicą Chałubińskiego - obecnie odcinek ten nosi nazwę ulicy Zamoyskiego. Dom, w którym w 1894 roku mieszkał Karłowicz, znajdował się mniej więcej między terenem kościoła parafii tatrzańskiej p.w. Św. Krzyża i willi "Kujawianka" (ul. Zamoyskiego 31). Dom Herza graniczył bezpośrednio z osiadłością rodziny Chałubińskich. Naprzeciwko, w domu Zborowskich, zatrzymał się właśnie wtedy Henryk Sienkiewicz - budynek ten do dziś istnieje i wchodzi w skład pensjonatu "Sienkiewiczówka I" (ul. Zamoyskiego 28).
Rok 1894 sprowadził do Zakopanego więcej niż zwykle znakomitości. We własnych domach wakacje spędzali Walery Eljasz, Jan Czubek i Piotr Chmielowski. Stanisław Witkiewicz zatrzymał się tym razem przy Przecznicy - ulica ta przeszło 20 lat później zostanie nazwana jego imieniem. Wojciech Gerson zamieszkał przy Kasprusiach 12, zaś młoda Olga Boznańska z siostrą Izą - przy Krupówkach. Świat literacki, poza Sienkiewiczem, reprezentowali - Kazimierz Tetmajer, mieszkający u Czarniaków przy Nowotarskiej, Lucjan Rydel na Chramcówkach u Macieja Roja, Zofia Urbanowska jak zwykle przy Krupówkach, podobnie jak stały już bywalec - Edward Jelinek, i przebywający w Zakładzie doktora Chramca Jan Grzegorzewski, mieniący się literatem i orientalistą. Ten właśnie Grzegorzewski, jeden z największych oryginałów spośród niezliczonych dziwaków, jakich przecież wielu pod Giewontem widziano, wydawał w 1894 roku w Zakopanem aż dwa czasopisma, mające być organami "tatrzaństwa" jako nurtu filozoficznego.
W letnim sezonie 1894 roku pod Giewontem gościły aktorki: Wanda Siemaszkowa w Zakładzie dra Chwistka przy Krupówkach, i Tekla Trapszówna przy Kasprusiach obok Wilcznika. W tymże domu, u Effenbergera, zamieszkał również Stanisław Barcewicz, natomiast Władysław Żeleński dzielił dom Czarniaków z Tetmajerem. Świat muzyczny reprezentowała ponadto 17-osobowa grupa Towarzystwa Śpiewaczego "Echo" ze Lwowa.
Polacy ściągali do zakopiańskiej stolicy z odległych nieraz stron: stałym bywalcem już przed laty stał się urzędnik brytyjskiego Ministerstwa Wojny Adam Giełgud, uwieczniony na kartach Na przełęczy przez Witkiewicza, a do grona wiernych miłośników Zakopanego zapisał się w 1894 roku Mieczysław Geniusz, inżynier kompanii Kanału Sueskiego, który przybył pod Tatry aż z egipskiej Ismailii i zamieszkał w Zakładzie Chramca. Czy postać ta nie mogła uzupełnić literackiej wyobraźni Henryka Sienkiewicza, pomagając namalować sylwetkę ojca Stasia Tarkowskiego z W pustyni i w puszczy? U Chramca przebywał także w tym roku na wywczasach sam Jego Ekscelencja Marszałek Krajowy (czyli jakby prezydent Galicji) książę Eustachy Sanguszko.
Myliłby się jednak ten, kto by przypuszczał, że Zakopane tamtych czasów odwiedzane było wyłącznie przez arystokrację oraz ludzi sztuki i literatury. W "Listach gości" najwięcej znajdujemy przedstawicieli wolnych zawodów - lekarzy i adwokatów, wielu nauczycieli i studentów, a zanotowano także obecność Jana Olszańskiego ze Lwowa, który, zamieszkawszy przy ul. Nowotarskiej, wpisał w odpowiedniej rubryce karty meldunkowej zawód "listonosz".
Karłowiczowie tego roku przyjeżdżali do Zakopanego "na raty" i osobno przez pewien okres mieszkali. Następna po Mieczysławie przybyła jego matka, zameldowana z końcem lipca w hotelu Kuliga "Pod Gewontem" na rogu Krupówek i Nowotarskiej. Ten najstarszy budynek hotelowy w Zakopanem (ul. Krupówki 1), dziś po remoncie mieści sklep z artykułami gospodarstwa domowego; na piętrze znajdują się mieszkania. W tym samym czasie co Irena Karłowiczowa, w jednym z sąsiednich pokoi hotelu, prowadzonego przez Romualda Kuliga, zatrzymał się profesor Jan Gwalbert Pawlikowski z Medyki, pertraktujący dopiero z Witkiewiczem i góralskimi budarzami w sprawie budowy dla swojej rodziny stylowego pałacyku na Kozińcu. "Dom pod Jedlami" powstał w 1897 roku.
9 sierpnia 1894 roku Irena Karłowiczowa przeniosła się z hotelu Kuliga do pobliskiego Dworca Tatrzańskiego. I tam jednak nie zabawiła długo, gdyż 16 sierpnia przyjechał do Zakopanego ojciec Mieczysława, który wraz z żoną zamieszkał w nie istniejącym dziś domu Jana Bachledy Curusia, mieszczącym się za dzisiejszym warsztatem montażu nart "U Bujaka", przy ul. Krupówki 27. Mieczysław najprawdopodobniej pozostał w domu naprzeciw "Sienkiewiczówki".
Sienkiewicz właśnie był autorem największego wydarzenia kulturalnego sezonu letniego w 1894 r. W sierpniu nowy proboszcz zakopiański ks. Kazimierz Kaszelewski, borykający się z kłopotami finansowymi przy budowie murowanego kościoła parafialnego przy Krupówkach, wraz z delegacją zakopiańskich gazdów przyszedł do willi Zborowskich prosić wielkiego pisarza, by zechciał wygłosić odczyt, z którego dochód zasiliłby wątłą kiesę parafialną. Sienkiewicz zgodził się z ochotą i w sali Dworca Tatrzańskiego odczytał rozdział opisujący spalenie Rzymu przez Nerona - fragment pisanej wówczas w Zakopanem powieści Quo vadis. Zakopiańczycy i goście tłumnie wypełnili kasyno, bilety zostały błyskawicznie rozprzedane, a dochód, powiększony o nader liczne dobrowolne datki, pozwolił na kontynuowanie budowy kościoła.
Swoją drogą, jakże inne były to czasy, gdy prelegent występował za darmo, publiczność odczytowa płaciła za bilety i przychodziła! Dziś prelegent pobiera honorarium, publiczność ma wstęp wolny, a sale świecą pustkami...
Zatem w 1894 roku w Zakopanem odbyła się pierwsza prezentacja części dzieła, nagrodzonego w kilka lat później literacką nagrodą Nobla. W 1903 roku natomiast na raucie literackim Władysław Reymont prezentował zakopiańczykom fragmenty Chłopów - dzieła także potem nagrodzonego najwyższym laurem literackim. Maria Skłodowska-Curie, siostra Bronisławy Dłuskiej, również bywała w Zakopanem i w Tatrach. Widywano pod Tatrami i późniejszych noblistów, szczególnie często w latach stanu wojennego Lecha Wałęsę. Zaś Wisława Szymborska, następczyni Sienkiewicza i Reymonta, laureatka literackiej nagrody Nobla z 1996 r. to niemal zakopianka - jej ojciec, Wincenty Szymborski, był pełnomocnikiem dóbr zakopiańskich hr. Zamoyskiego w latach przed I wojną światową i współtwórcą tzw. Rzeczypospolitej Zakopiańskiej - pierwszego organu Wolnej Polski, powstałego w Zakopanem w 1918 r.
Według Jarosława Iwaszkiewicza, w 1894 roku był w Zakopanem po raz pierwszy 12-letni wówczas Karol Szymanowski. Wątpliwe jednak, czy mógł wówczas zetknąć się z Karłowiczem - Anna Szymanowska z chorowitym dzieckiem zapewne rzadko kiedy opuszczała centrum uzdrowiska, zaś Mieczysław Karłowicz większość czasu spędzał w górach.
Niewątpliwie ukoronowaniem pierwszego etapu poznawania Tatr przez Karłowicza była podjęta w lipcu tego roku wyprawa na Gierlach.
W towarzystwie przewodnika Jędrzeja Wali wyruszył w pierwszy po długotrwałym okresie deszczów pogodny dzień z Jaszczurówki, dokąd z Zakopanego dojechał furką. Nie istniała jeszcze bita droga jezdna do Marskiego Oka przez Brzeziny i Wierch Poroniec. Z Jaszczurówki szli przez las pod Kopieńcem aż do Toporowych Stawów, a stamtąd popularnym do dziś szlakiem przez Polanę Waksmundzką do Roztoki.
Właśnie na Polanie Waksmundzkiej pod Koszystą, odpoczywając pod żelaznym, wówczas jeszcze miejscami złoconym krzyżem, snuł Karłowicz refleksje, będące zapewne kwintesencją jego ówczesnego stosunku do Tatr:
Cisza była cudowna, uroczysta. Żaden szmer ludzki nie dochodził do nas: słychać było tylko harmonijne odgłosy dzwonków pasącego się bydła i od czasu do czasu dźwięczny głos juhasa: "Oj! góry nasze, góry!". Leżąc tutaj na wonnej łące, w cudowny dzień lipcowy, doznawałem wrażenia tak obcego mieszkańcom równin: uczucia nieograniczonej wolności. Zapomniałem o drobiazgach życia codziennego, zapomniałem o drobnych nadziejach, marzeniach, zawodach. Tutaj, wobec otaczających mię gór, czułem. się tak małym, takim pyłkiem, że opanowała mię żądza dążenia do rzeczy wielkich i szlachetnych. W tej dziwnej ciszy czerpałem siły na przyszłe nieuniknione zapasy z losem i czułem, że każdy, kto by potrzebował spokoju i odpoczynku po pracy, tutaj wróciłby w jednej chwili do siebie.
Po noclegu w schronisku im. Wincentego Pola w Roztoce podróżni przeszli na "węgierską" stronę Białki, by przez przełęcz zwaną Polskim Grzebieniem zejść na kolejny nocleg do Śląskiego Schroniska w Dolinie Wielickiej. Nazajutrz przez Wielicką Próbę weszli na Gierlach kilka minut przed dziewiątą rano.
Co za widok wokoło! Jakże daleko rozciągają się równiny węgierskie. Tu czułem, że stoję na szczycie Tatr: widziałem wkoło siebie linię widnokręgu. Przede mną Wysoka uchyliła czoła, ta Wysoka, dziewicza, dumna, co tak imponuje z Rysów! Za nią Rysy, także podupadłe, nie śmieją swego czoła wznieść ponad horyzont. Dokoła przepaści, a pod stopami Dolina Wielka i Batyżowiecka. A co za pogoda cudowna! Gdzie okiem rzucić, żadnej przeszkody, niebo bez chmurki jednej. Tu Krywań, ów wielki Krywań, co go przez długi czas za najwyższy szczyt Tatr uważano, rozciąga swe szerokie ramiona. A tam, na równinach miasta i miasteczka z dachami kościołów błyszczących w słońcu, z koleją wijącą się jak wąż pomiędzy nimi!
Długo stałem, rozglądając się wokoło.

Jakże przeżycia Karłowicza odbiegają od "sportowego" podejścia do gór ze strony niektórych taterników, widzących podczas wycieczki tylko "problemy" i trudności techniczne, czy też od nieszczerych, banalnych zachwytów pseudoturystów, ,zaliczających" poszczególne szczyty. Bliższy jest on w swych reakcjach księdzu Stolarczykowi, który, wszedłszy na Gierlach, zaintonował hymn Te Deum laudamus...
Z powrotem Wala poprowadził Karłowicza przez Batyżowiecką Próbę i do Doliny Stwolskiej, skąd przez Dolinę Złomisk trafili na nocleg do schroniska nad Popradzkim Stawem, by nazajutrz wejść przez Hińczową Przełęcz na Mięguszowiecki Szczyt, mało wówczas znany i uważany za szczególnie niebezpieczny, a od czasu zdobycia go w 1877 roku przez syna Tytusa Chałubińskiego, Ludwika, zwiedzony zaledwie przez kilkadziesiąt osób. Po zejściu do Doliny Mięguszowieckiej weszli na znaną Karłowiczowi z lektury książki Witkiewicza Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem, by wreszcie zejść na nocleg do schroniska nad Morskim Okiem. Nazajutrz, przez Roztokę i Polanę Waksmundzką wrócił Karłowicz do Zakopanego.
Tłumy ludzi przechadzały się po Krupówkach, korzystając z cudnej pogody. Doleciał mię zaraz na wstępie głos niewieści: "Ale tego, co wczoraj było z różą, pan przecie nie może brać na serio...", a paręset kroków dalej męski: "To jest zniewaga, której ja nie daruję: ja, panie tego, jestem człowiekiem honoru...". Pomyślałem sobie wówczas, żem jest już między ludźmi, że skończyły się te cudne dni, gdzie nie zajmowałem. się poziomymi myślami, gdzie bujałem po górach i dolinach tatrzańskich, zapatrzony w ich piękność, zapomniawszy, że tam ktoś w róży szuka szczęścia, a kto inny szafuje honorem zapewne w jakiejś błahej sprawie!
Cytowane fragmenty pochodzą z opublikowanego w 1895 roku na łamach "Wędrowca" artykułu Karłowicza Wycieczka na króla tatrzańskiego i Szczyt Mięguszowiecki. Młodopolskie słownictwo, ale i precyzyjne, niemal przewodnikowe opisy przebytej trasy, którym towarzyszą ciekawe informacje o florze i faunie tatrzańskiej to styl charakterystyczny dla literatury tatrzańskiej owych czasów. Z drugiej strony jednak jest Karłowicz, wówczas 18-letni, jednym z pierwszych, którzy widzą w górach i przebywaniu wśród nich antidotum na codzienną szarość życia, ludzkie słabości, niedostatki i przywary. Kultowi Tatr, jako symbolu piękna i wzniosłości pozostanie wierny do końca życia.
Stanisław BarcewiczKolejny, czwarty już sezon tatrzański Mieczysława Karłowicza dobiegł końca 2 września 1894 roku. Trzeba było wrócić do lekcji skrzypiec u Stanisława Barcewicza. Tej jesieni rozpoczął Karłowicz również naukę kontrapunktu i kompozycji u przyjaciela swego ojca Gustawa Roguskiego. Zakopane i Tatry wpisały się w życiorys także i tego nauczyciela Karłowicza - córka Gustawa Jadwiga Roguska-Cybulska w latach międzywojennych zamieszkała na stałe w Zakopanem i należała do grona wybitniejszych taterniczek, była dziennikarką, napisała też powieść młodzieżową na tematy tatrzańskie. Rozmowy o Tatrach, podejmowane z Gustawem Roguskim przez Karłowicza pozwalały wrócić myślą do dalekich Tatr. Wspomnienia wracały też podczas przygotowywania do druku artykułu dla "Wędrowca" czy wywoływania fotografii wykonanych podczas letnich wycieczek. Ani Mieczysław, ani nikt jeszcze nie wiedział, że fotografie i lektury na całe 7 lat będą musiały zastąpić osobiste poznawanie Tatr.
Zasadnicze zmiany w życiu Mieczysława Karłowicza przyniósł rok 1895. W lutym ponownie przyjął zaproszenie ciotki Śniadeckiej do udziału w dwóch dobroczynnych koncertach w Pińsku. Kolejne spotkanie z kuzynką Ludką pozostawiło zapewne trwały ślad w jego sercu, jeśli latem tego roku zrezygnował w ogóle z wyjazdu do Zakopanego i całe wakacje spędził w towarzystwie rodziny na Litwie.
Koncert w Pińsku, mimo iż zakończył się pełnym sukcesem, na pewno wpłynął także w pewien sposób na zmianę dalszych planów życiowych Karłowicza: raz jeszcze przekonał się, że nie jest psychicznie usposobiony do działalności estradowej. Narastało w nim przekonanie, podzielane z pewnością przez ojca, że kariera skrzypka-wirtuoza nie pociąga go w tym stopniu, co działalność twórcza. Matka jednak, systematycznie i z wielkim wysiłkiem pilnująca od lat skrupulatności lekcji i ćwiczeń skrzypcowych, nie chciała się pogodzić z myślą, że wieloletni wysiłek, jej i Mieczysława, nie będzie opłacony sukcesem estradowym.
Tymczasem jednak dobiegła końca nauka u Stanisława Barcewicza. We wrześniu 1895 roku Mieczysław Karłowicz wyjechał do Berlina, chcąc mimo wszystko początkowo kontynuować studia wiolinistyczne u sławnego skrzypka Józefa Joachima w tamtejszej wyższej szkole muzycznej. 2 października zdał egzamin i... nie został przyjęty z braku miejsc. W efekcie zastał prywatnym uczniem skrzypka Floriana Zajica, u którego zresztą nie uczył się dłużej niż dwa miesiące. Zapisał się także jako wolny słuchacz na Uniwersytet Berliński, gdzie studiował historię muzyki i fizykę. Przede wszystkim jednak rozpoczął studia kompozycji u Henryka Urbana. Mistrzowi pedagogiki muzycznej, u którego wcześniej kształcił się Ignacy Jan Paderewski, a współcześnie z Karłowiczem Wanda Landowska i Henryk Opieński, Mieczysław zawdzięcza doskonałe opanowanie formy oraz świetną znajomość techniki instrumentacyjnej. Podczas studiów u Urbana powstały także pierwsze wydane drukiem i wykonywane do dziś utwory Mieczysława Karłowicza - Pieśni na głos i fortepian, Serenada na orkiestrę smyczkową, Prolog symfoniczny i Uwertura do sztuki Biała gołąbka Józefa Nowińskiego, rozpoczęte też zostały prace nad pierwszym utworem programowym - Symfonią e-moll "Odrodzenie".
Karłowicz studiował rzetelnie i bardzo intensywnie pracował. Czy tylko dlatego nie przyjeżdżał do Zakopanego? Wątpliwe: miał przecież co roku długie, nieraz przeszło trzy miesiące trwające wakacje. Spędzał je u rodziny na Litwie, za granicą lub w miejscowościach kuracyjnych na nizinach.
Można domniemywać, że jedną z przyczyn była sympatia do kuzynki Ludki Śniadeckiej, które to uczucie ciągnęło go do równin litewskich. Drugą przyczyną taternickiej abstynencji mógł być zły stan zdrowia Karłowicza.
Męczyły go dolegliwości żołądkowe, walczył z dentystą, przeszedł (ale bez operacji) zapalenie wyrostka robaczkowego, podejrzewano chorobę płuc. Najbardziej kłopotliwe jednak były dolegliwości nerwowe, u Karłowiczów, rzec można, rodzinne - ojciec cierpiał na neurastenię, siostra Wanda miała zaburzenia psychiczne i dość młodo zmarła, kłopoty ze stanem swoich nerwów mieli także obaj bracia.
Odziedziczona po ojcu neurastenia nasiliła się u Mieczysława Karłowicza właśnie z początkiem 1896 roku, a głównymi jej przejawami były przygnębienie, apatia i depresja (z objawami depresji maniakalnej), a nade wszystko - lęk przestrzeni. Karłowicz -zdobywca Gierlacha - nie mógł się przezwyciężyć, gdy trzeba było przejść przez pole i las w podberlińskiej miejscowości. Jak zatem myśleć o Tatrach czy nawet o Zakopanem?
Neurastenia powodowała również nietowarzyskość Karłowicza. Zazwyczaj poruszał się w ściśle ograniczonym stałym kręgu spraw i ludzi, zapewniając sobie sztuczny świat względnego spokoju, świat bez niespodzianek, w którym każda rzecz i każdy człowiek ma swoje miejsce i czas, a co ważniejsze - wywołuje te same reakcje organizmu. Taki psychiczny rezerwat musiał być chroniony pod groźbą rozpadnięcia się przy lada jakiej ingerencji obcych, lub choćby tylko nowych czynników. Stąd niechęć do nowych znajomości, do bywania w towarzystwie, stąd "otorbienie" chorego organizmu pokrywką ironii i wyniosłości.
Wizyty u lekarzy i przepisywane przez nich medykamenty nie przynosiły poprawy sytuacji. Postanowił tedy Karłowicz wyleczyć się sam, korzystając z podręcznika Kształcenie woli Juliana Peyota. Wyrabiając, przez nieustanne ćwiczenia, siłę woli i niezłomność charakteru wzmocnił się po kilku latach psychicznie i fizycznie tak, że kłopotliwe dolegliwości całkowicie ustąpiły.
Zresztą i w kryzysowych czasach berlińskich studiów mógł w lipcu 1897 roku odwiedzić Alpy, a w 1901, podczas podróży do Włoch zwiedzał Etnę i był w Neapolu gdzie podziwiał majestatycznego Wezuwiusza. Nie zapomniał też o Tatrach: oto w "Pamiętniku Towarzystwa Tatrzańskiego" z 1896 roku, w spisie członków TT po raz pierwszy pojawia się nazwisko Mieczysława Karłowicza, pod pozycją 603. Pozycję poprzednią zajmuje jego ojciec, również wtedy po raz pierwszy odnotowany jako członek Towarzystwa. Można przypuszczać więc, że obaj Karłowiczowie w 1895 roku wstąpili do tej organizacji.
Krystalizowało się oblicze twórcze Mieczysława Karłowicza. Pierwsze wydane drukiem utwory - pieśni i Serenada na orkiestrę smyczkową zaczęły pojawiać się w programach koncertowych w Warszawie i innych miastach. Opanowując po mistrzowsku warsztat kompozytorski, sięgał Karłowicz do coraz trudniejszych form muzycznych. Wkrótce po raz pierwszy w Warszawie, a potem w Berlinie została wykonana Uwertura do Białej gołąbki, trwała praca nad komponowaniem Symfonii "Odrodzenie". Odziedziczone po ojcu skłonności do pracy naukowej objawiły się w przygotowaniu do druku książki Nie wydane dotychczas pamiątki po Chopinie, która ostatecznie ukazała się w 1904 roku go polsku i jednocześnie po francusku.
Kończył się okres studencki Mieczysława Karłowicza. W kwietniu 1901 roku miały miejsce ostatnie konsultacje z Henrykiem Urbanem. 24 listopada tego roku wybitny pedagog zmarł. Pierwszym dziełem, nad którym Mieczysław Karłowicz rozpoczął pracę całkowicie samodzielną, bez rady i pomocy nauczyciela, był Koncert skrzypcowy A-dur.

Z powrotem   Dalej