ZAMEK KSIĘCIA YORKU


 

Poniedziałek. Witaj, Kochanie! Zajechałem szczęśliwie, choć podróż trwała zbyt długo i pod koniec trochę błądziłem. Jednak wybieranie się samotnie w drogę w moim wieku nie jest wskazane, zresztą bardzo w ostatnich latach zmieniła się tu zabudowa, a nawet, zdaje mi się, konfiguracja terenu. Pogoda przez drogę nie była zła, tylko gdzieś w rejonie Wisły popadywał deszcz ze śniegiem, ale jechało się w miarę bezpiecznie. Naturalnie, na miejscu nikt na mnie nie czekał, co zresztą mnie nie zaskoczyło, potem ktoś z kierownictwa powiedział, że nikt im nie przekazał informacji o moim przyjeździe, ale nie miało to znaczenia, bo i tak ośrodek jest prawie pusty. Tylko nie dali wczoraj kolacji, więc zjadłem te kanapki, co je mi zapakowałaś. Niepotrzebnie tyle sałaty dodałaś, jeszcze nie zapamiętałaś, że nie lubię? A może już zapomniałaś? Poza tym smaczne, dziękuję.

Ośrodek prawie pusty, to znaczy jeszcze jest kilku staruszków w późno średnim wieku, wyglądają na miłych, ale jeden już mnie zaczepił na temat brydża i odruchowo powiedziałem, że gram, więc boję się, że mogę wpaść w szpony hazardu. O płci pięknej lepiej nie mówić – niestety, możesz nie być zazdrosna. Dwa stoliki ode mnie (siedzę z tym brydżystą, a poza tym dość sympatycznym doktorem i kimś, kto wygląda na emerytowanego oficera) siedzi „Kabaret Starszych Pań”, jak je nazwał doktor. Cztery girlsy z tych, co to mówią do siebie „hej, dziewczynki”, a w sumie mają z 300 lat. Kiedyś mówiło się „z tyłu liceum, z przodu muzeum”. Tutaj, niestety, z tyłu muzeum, a z przodu stanowisko archeologiczne. Tak więc śpij spokojnie.

Jeszcze wczoraj byłem na pierwszym spacerze. Nie mogę niczego poznać. Las niby jest, ale ścieżki zupełnie inaczej poprowadzone. Nad rzeką jeszcze nie byłem – wieczory chłodne. Woda ciepła tylko przez godzinę. Kończę już, bo idąc na kolację chcę wrzucić list do skrzynki koło jadalni – podobno co dzień wieczorem opróżniają. Całuję cię – twój S.

*

Wtorek. Dzień dobry miłej pani! Prawie dwadzieścia lat to jednak szmat czasu. Zawsze wydawało mi się, że dobrze pamiętam wszystkie szczegóły tej okolicy, pamiętasz? chcieliśmy nawet pisać przewodnik po tych lasach, ale teraz się gubię. Nie masz się czego obawiać, konfiguracja terenu jest dość prosta, tak więc zawsze wiem, w której części lasu jestem, ale dzisiaj mi się zdarzyło, że zamiast w stronę rzeki, zaszedłem na rąbanisko, gdzie jacyś wagabundzi rozbili się z namiotami przy ognisku. W tej chwili, jak to napisałem, uświadomiłem sobie, że nikt już nie używa słowa „wagabunda” – współczesny człowiek napisałby „łobuz”, „włóczęga”, „hołysz”... No, nie, „hołysz” by też nie napisał. Kiedyś mi się zdawało, że potrafię nadążać za modą, także w słownictwie, ale w pewnym momencie zdałem sobie sprawę, jak beznadziejnie śmieszny jest taki młodzieżowy staruch. Na szczęście, nigdy nie dałem się namówić na kolczyk w uchu i kutasik z tyłu. Zawsze mówiłem, że kutasik z tyłu to coś nie na miejscu. Ty, oczywiście, ciągle mi powtarzałaś, że te moje mizdrzenie się do młodzieży i przechodzenie ze wszystkimi na „ty” to moje śmieszne kompleksy. Pewno, gdybyś mi tego wciąż nie wytykała, wyzwoliłbym się z tego wcześniej. Potem zacząłem się stylizować na good-old-fashion-lover-boy, jak śpiewał Freddie, a potem zostało mi już tylko eleganckie ubieranie się i słownictwo. Też się śmiałaś, ty i dzieci, jak zacząłem do pracy ubierać krawat i marynarkę. Sądziłaś, że to chodzi o ukrycie brzucha, a to była próba ucieczki do przodu. No, mniejsza z tym.

Na szczęście ośrodek położony jest na wzgórzu i właściwie widać go ze wszystkich stron, oczywiście nie z głębi lasu, ale ze wszystkich polan. Coś z tym wzgórzem jest dziwnego, bo w pierwszej chwili nie mogłem sobie przypomnieć, czy tu kiedykolwiek było jakieś wzgórze, ale potem uprzytomniłem sobie, że coś, po czym za młodu przebiega się niezauważenie, na starość staje się wielką górą. Jedzenie niezłe, nawet powiedziałbym, za dobre. Przypomina mi dawne czasy, kiedy przyjeżdżaliśmy tu specjalnie, żeby się „odjeść”. W domu nigdy nie jadało się ani tak dużo, ani tak regularnie. Przypuszczam, że ogromnie przytyję i będziesz miała kłopoty, jeśli się do takiej kuchni przyzwyczaję. Która stołówka wytrzyma takie porównania?

Pisałem ci, że siedzę przy stole z trzema starszymi panami. Ten brydżysta wydaje się nieco młodszy ode mnie, mówią tu do niego „panie inżynierze” i strasznie jest napalony na tego brydża. Wczoraj rozrzuciliśmy pierwszych parę robrów – wszyscy grają nieźle, ale bez szczególniejszego zapału, raczej dla zabicia czasu i zrobienia przyjemności inżynierowi. Nie gramy na pieniądze, a raczej na razie nie gramy: inżynier zapisuje starannie punktację, podliczymy się na koniec pobytu. Tutaj chyba nikt poza mną nie chodzi na dłuższe spacery, podobno boją się przeziębień. Dla mnie jest nawet dość ciepło.

Zapomniałem przed wyjazdem poprosić Alicję o przysługę. Bądź tak dobra i powiedz jej, że upoważniam ją do zrywania kartek z kalendarza. I tak to, zapewne, robi, ale niech wie, że ja się zgadzam. Zresztą jutro spróbuję poprosić kierowniczkę o jakąś ozdobną kartkę i do Alicji napiszę osobno. Tymczasem mówię ci dobranoc i idę do jadalni. Podobno mają być pyszne racuchy – kiedyś, pamiętasz, były nadzwyczajne! Już się oblizuję. Całuję was wszystkich mocno – S.

*

Środa. Witaj, to znowu ja! Dziś w nocy dość kiepsko spałem, pewno dlatego, że wczoraj trochę się zasiedzieliśmy i poszedłem spać dobrze po pierwszej, wcześnie, bo wyłączyli światło i skończyliśmy grę bez odgrywania się. Strasznie ten inżynier jest napalony. Ale, jak dotąd, nieźle mi idzie – przypominam sobie czas, kiedy to u nas w domu grywało się codziennie. Wprost nie mogę uwierzyć, że było kiedyś tak, powiedziałbym, luźno u nas. Dziecko było wtedy malutkie, oboje pracowaliśmy, ma się rozumieć na zmiany, były też jakieś obowiązkowe terminy, a wieczorem przychodzili różni przyjaciele na kolację i brydża. Dziś trudno nawet wszystkich domowych zgromadzić naraz na kolację... Może kiedyś bardziej chcieliśmy na siebie patrzeć i siebie słuchać nawzajem, a nie koniecznie być wysłuchiwanym?

Tutaj najlepiej gra mi się z doktorkiem, bo jest, tak jak ja, intuicjonistą i ma poczucie humoru. Codziennie wita nas konspiracyjnym: „No i co tam słychać na naszym oddziale geriatrycznym?”, nabija się z „Kabaretu Starszych Pań” i tylko on trochę zna okolicę. Zdaje się, że lubi trochę wypić, bo proponuje od czasu do czasu kieliszek po kolacji. Ja na wszelki wypadek odmawiam.

W nocy wiało strasznie, okiennice trzaskały, gdzieś nawet wybiło szybę. Cały pałacyk dygotał w posadach, światła nie było i z trudem doczekałem do świtu, kiedy to się wszystko uspokoiło. A na śniadanie trzeba było wstać, bo zwykle robią coś ciepłego i potem byłoby niesmaczne. Doktor, który jest psychiatrą (przyda się taka znajomość, prawda?), powiada, że nie ma człowieka odpornego na wpływy atmosferyczne. Inżynier się nie zgadza i uważa, że to wszystko przez złe budownictwo: po pierwsze, domy są za mało szczelne, po drugie – za mało w nich materiałów naturalnych. Twierdzi dość przekonywująco, że ludy pierwotne i prymitywne, mieszkające w jaskiniach i drewnianych szałasach, nie miały kłopotów z psychiką. Doktor się śmieje i twierdzi, że przede wszystkim nie mieli stresów, bo niczego nie tłumili w sobie. Jak ktoś miał coś do kogoś, to brał maczugę i dawał mu w łeb. Jak kochał kobietę, to też brał maczugę i dawał jej w łeb, tylko lżej i ciągnął w najbliższe krzaki. To się najwięcej spodobało naszym harpiom, które ostatnio przesiadły się do stolika koło nas i najwyraźniej chciały się załapać na wspólnego brydża. Ale zdecydowanie sprzeciwił się ten oficer, który twierdzi, że prawdziwi dżentelmeni nie grają z kobietami. On też stwierdził, że nie można pić alkoholu, nawet piwa, przed zachodem słońca. Okropny Angol, prawda?

Zapomniałem ci powiedzieć, że mieszkam w zamku, a właściwie małym pałacyku na szczycie takiego wzgórza. Pewno go sobie nie możesz przypomnieć, prawda? Ja, przyznaję, też nie pamiętałem z początku, ale potem przypomniałem sobie, że tuż obok domu, w którym zwykle mieszkaliśmy, był taki dworek dawnych właścicieli, przez wiele lat remontowany. Ja myślę, że potem zmienili projekt i wybudowali ten zamek. Jest teraz trochę pretensjonalny, ale dobrze się tu mieszka. Mówiąc „zamek”, oczywiście przesadzam, bo jest to co najwyżej pałacyk, ale tutejsi lokatorzy tak właśnie nasze mieszkanie nazywają.

Napiszę teraz do Alicji, chłopaków pozdrów. Czy nasza córka dalej taka zapracowana, że nie może kilku słów skreślić do starego ojca? A może w tej redakcji nauczyli ją, że prawdziwy dziennikarz nigdy nie pisze niczego za darmo? Całuję cię – jutro napiszę, S.

*

Środa. Droga Alicjo! Przesyłam ci serdeczne pozdrowienia ze środka puszczy. Szkoda, że cię tu nie ma, i ty, i twoi bracia bylibyście zadowoleni, tyle tu spokoju, wolnej przestrzeni, zwierząt, drzew i kwiatów. Ja tu mieszkam w zamku, gdzie (tylko babci nic nie mów, bo się będzie martwić!) podobno straszy nocami jakaś biała dama. Ja, co prawda, widuję raczej damulce, które straszą w dzień, przy posiłkach, ale jeszcze wszystko przed nami, jestem tu dopiero czwarty dzień. Proszę cię, zrywaj za mnie kartki z kalendarza – wiesz, że to moja specjalność, ale gdy mnie nie ma, możesz mnie zastąpić. Całuję cię, już niedługo będę z powrotem – dziadek S.

*

Czwartek. Moja kochana! Żałuję bardzo, że dałem się namówić i przyjechałem sam. Nie, wcale nie żałuję, że jestem sam jako taki, ale uważam, że tobie też przydałby się taki wypoczynek w miejscu, które – coraz lepiej to widzę – zmieniło się do tego stopnia, że w ogóle nie przypomina tych naszych dawniejszych wakacji. Przede wszystkim zorientowałem się, że nie ma już tego naszego domu, w którym mieszkaliśmy przez tyle lat z rzędu. Poszedłem dziś w tamtą stronę i zobaczyłem, że rozebrali go tak dokładnie, iż nie zostały nawet ślady po fundamentach. Pawilon z jadalnią i dyrekcją jest na miejscu, ale jakby nieco mniejszy, parterowy. A przede wszystkim – wszystko jest teraz własnością zupełnie innej firmy. Prawdę powiedziawszy, nie wiem nawet, czy tamta stara spółka jeszcze istnieje – nie ma żadnej tabliczki na bramie, a z personelu z dawnych czasów nie został nikt. Właściwie – prawie nikt, bo jedna z podających do stołu tak jakoś się do mnie uśmiecha, jakby mnie pamiętała. I mnie się jej twarz z kimś kojarzy, ale nie wiem z kim. Może mieć ze 40 lat, więc za naszego ostatniego pobytu miałaby przeszło dwadzieścia. Nie pamiętam takiej młodej, ale może po prostu właśnie nie pamiętam.

Doktor jest super. Pewno myślisz, że już jesteśmy na ty? Wcale nie. Ma kapitalne poczucie humoru. Wczoraj oficer w najważniejszym momencie strzelił spod króla, no i doktor wyimpasował mu go jak dziecku, tamten zagryzł wargi, a doktor wypalił: zagrał pan, jak następca tronu, czekający na spadek po tatusiu. Tamten się chyba obraził, bo choć dograliśmy rozdanie do końca (akurat kończyliśmy robra), to już w ogóle się nie odzywał i do nowego kozaczka nie usiadł. Tak napisałem „oficer”, ale na pewno to nie jest emerytowany wojskowy. Jedna z tych stuletnich dziewic powiedziała po kolacji, że nasz partner dopiero od niedawna jest w Polsce i na krótko, bo przyjechał gdzieś zza granicy procesować się o spadek. Ciekawe, zawsze uważaliśmy dawniej, że interesujący spadek to może Polak dostać zza granicy, a nie odwrotnie – zagranicznik z Polski.

Kiepsko sypiam. Dziś w nocy obudziły mnie jakieś stukania na korytarzu, była 2 w nocy, nie wyjrzałem, tylko pomyślałem sobie, że to może doktorek poszedł jednak na wódeczkę z którąś z harpii. Potem już było cicho, ale przewracałem się z boku na bok, dość ryzykownie, bo na ciasnym łóżku. Pamiętasz, jak zawsze przemeblowywaliśmy pokój tak, żeby łóżka stały obok siebie i żeby nam było do siebie blisko? Prawdę powiedziawszy, nie było to zbyt wygodne, bo zawsze ja koniec końców wpadałem w dziurę między łóżkami. Tęsknię do tego. Do was wszystkich też. Całuję – S.

*

Piątek. Moja droga! Dziś po śniadaniu wybrałem się na spacer nad rzekę. Chyba zmieniła trochę koryto, albo ja dość radykalnie zmieniłem tempo marszu, bo zeszło mi przeszło godzinę, zanim przyszedłem na plażę. Wyobraź sobie, że cały „nasz” teren, na „naszym” brzegu został zabudowany ośrodkami wypoczynkowymi, zresztą pustymi o tej porze roku. Ledwo dało się przejść taką wąską uliczką. Właśnie, uliczką – polnych dróg już, zdaje się, tu nie ma. Bardzo się tu wszystko zmieniło, powiedziałbym – radykalnie. No, ale z drugiej strony czas swoje robi, widzę to codziennie w lustrze... Nie, to niedobre porównanie. W końcu nie byłem tu prawie 20 lat (nie mogę się doliczyć? 19? 18?). Wyobraź sobie, że nie widziałoby się kogoś przez tyle czasu. No, na przykład, jakby taka Krysia przyjechała do nas po 20 latach przerwy i zobaczyła naszą córkę. Widziała ją przedtem jako 10-letnie dziecko, teraz widzi 30-letnią kobietę, której dzieci już mają tyle, co ona przedtem... Nie, zaplątałem się w zaimkach, ale wiesz, o co mi chodzi. Po prostu przez tyle lat wszystko tu miało prawo zmienić się o 180 stopni.

Doktorek powiedział mi dzisiaj w zaufaniu (wstąpiłem do niego po obiedzie na małą kawkę z koniakiem – nie denerwuj się, byłem pod opieką lekarza!) – że jego, fachowca, zdaniem, to nie wszyscy tutaj mają po kolei poukładane. Taki inżynier, na przykład – powiedział doktorowi, że od kilku lat bez przerwy projektuje absolutnie ekologiczny i tani samochód, posługujący się jako napędem syntezą gazową. Z przodu ma rurę zasysającą powietrze, w środku urządzenie filtracyjne, które pobiera z powietrza wodór i tlen. W takiej specjalnej komorze gazy te się łączą, a dołem, rurą wydechową, wylatuje woda, jako produkt końcowy tej reakcji. Oczywiście, takie auto nie mogłoby jeździć w mieście i po szosach, bo robiłoby mnóstwo bałaganu, ale po łąkach i polach – jak najbardziej. Powiedziałem mu, że najlepiej by się sprawdzał na Saharze, doktor śmiał się bardzo długo – to niezwykle dowcipny człowiek – a potem zaprowadził mnie na nasz parking i pokazał samochód inżyniera. No, nie wiem, jaki on tam ma napęd, ale jest dość dziwnej konstrukcji. I stał w kałuży wody. Aha, to nie doktorek hałasował poprzedniej nocy, tak przynajmniej mówi i zwala podejrzenie na oficera. Ale na jego miejscu też bym się nie przyznał.

Jak widzisz, rozrywek mi nie brakuje. Ale już chciałbym być w domu i wszystko to ci opowiedzieć. Tylko nie wiem, czy więcej ci jednak nie powiem w tych listach, niż przy naszym stole. Kiedy to ostatnio siedzieliśmy razem dłużej niż przy kolacji? Stary jestem, nie pamiętam.

A propos – na kolację zapowiadają dziś zapiekany ryż z jabłkami. Piątek, a oni tu tego bardzo przestrzegają. Bardzo was kocham, tęsknię - S.

*

Sobota. Witaj, kochana. Pilnie chciałem się z tobą skontaktować, bo – niestety – nie umiem sobie zupełnie przypomnieć pewnej rzeczy. Otóż dobrze wiem, że tutaj w okolicy był taki murowany kościółek, a obok niego cmentarz, prawda? Ale szło się do niego przez dość spory kawał drogi. A ja tu znalazłem kościółek rzeczywiście dość daleko, ale drewniany, natomiast cmentarz bardzo blisko, prawie zaraz za naszym płotem, w lesie. Tamten cmentarz był zakonny, prawda? I służył siostrzyczkom z pobliskiego klasztoru, przy którym był ten kościół. Otóż teraz cmentarz jest wyłącznie męski, a klasztoru w ogóle nie ma. Zapytałem o to dziś podającej przy stole, tej co to niby mnie pamięta. Najpierw inżynier, potem oficer (już wiem kto to jest, ale tak mi łatwiej pisać) powiedzieli, że nigdy tu nie było klasztoru, a znają ten teren od dawna. Doktor nie podniósł głowy znad talerza, a ta podająca (podobno ma na imię Lucynka) – popatrzyła na mnie i powiedziała, że oczywiście mam rację, był taki cmentarz i klasztor, ale został przeniesiony. Gdzie – ona nie wie. A harpie się tylko śmiały.

Więc chciałbym, żebyś mi prędko odpisała, jak nazywał się ten klasztor i dokładnie gdzie był. I może nasz proboszcz będzie wiedział, czy rzeczywiście go przenieśli? Doktorek zaprosił mnie na kawę i powiedział, że mi wszystko wyjaśni, on – powiada – wie o co chodzi. Chciałem do ciebie zatelefonować, ale okazało się – wyobraź sobie! – kierowniczka mi powiedziała, że oni tutaj nie mają telefonu. Był kiedyś, ale ciągle się psuł, a że trzeba było płacić drogi abonament, więc go zlikwidowali. Zaniepokoiłem się, co by było gdyby ktoś zachorował, ale uspokoiła mnie, że tu nikt nie choruje, a poza tym, to mają łączność radiową ze specjalnymi służbami.

A z tym oficerem to było tak. Jak siedliśmy wczoraj do brydża, to on nas wszystkich przeprosił za wczorajsze zachowanie i powiedział, że doktor mimowolnie go uraził, mówiąc o królobójstwie, tym spod impasu. On to wziął do siebie, ale zaraz zrozumiał, że doktor ani nikt z nas nie wie o niczym, więc na pewno to było nieumyślnie. Tu zaciekawił nas ogromnie, długo go prosiliśmy, aż wreszcie wyznał nam, że jest Brytyjczykiem z pochodzenia, wywodzi z rodziny królewskiej i gdy zmarła królowa, przed wielu laty, został przez prasę oskarżony o przyspieszenie jej zgonu. Był co prawda, tylko bardzo ubogim księciem z nieprawego łoża, mieszkał w odległym zameczku w Szkocji i ze śmierci królowej nie miał nic, ale bulwarowe gazety przytoczyły jakąś klauzulę głoszącą, że jeśli ktokolwiek z rodziny królewskiej dostarczy pewien dokument z epoki wiktoriańskiej, znajdujący się w jakimś zamku we wschodniej Europie, to ma być uczyniony przynajmniej regentem Szkocji. A że tylko on w rodzinie królewskiej miał dobra we wschodniej Europie – padło na niego. On to, oczywiście, wszystko uważa za bujdę, ale na wszelki wypadek wyjechał. Kłopot w tym, że jego zamek został przejęty przez państwo, potem sprzedany i tak musi się tułać po świecie, bezdomny i opuszczony, choć, na szczęście, nie biedny.

Inżynier wysłuchał tego wszystkiego z powagą, doktorek puszczał do mnie oko, a w pewnym momencie wyraźnie narysował kółko na czole, ale ja nie wiem, co o tym myśleć. W nocy znów ktoś się tłukł po korytarzu, wyjrzałem nawet, ale nic nie zobaczyłem, bo ciemno było choć oko wykol. Doktorek zaś wcześniej mi wyjaśnił, co do tych moich wspomnień, że przez dwadzieścia lat wszystko się diametralnie zmieniło, nawet moja pamięć, co jest oczywiste, bo wszystkie komórki ulegają wymianie, więc niby jak ja mogę pamiętać tak dokładnie. I poradził, żebym dał sobie spokój ze spacerami, bo jeszcze się przeziębię. A ja myślę, że on mnie trochę buja, bo przypadkiem akurat wiem, że neurony pamięci się nie starzeją i nie podlegają wymianie, tylko co najwyżej obumierają. On jako lekarz chyba to wie, co?

Zupełnie nie wiem, co o tym myśleć. Czekam na twój list. S.

*

Niedziela. Byłem w tym kościele. Jest zamknięty na głucho, informacja na tabliczce, że msze odprawiają o 11-tej okazała się nieprawdziwa. Chciałem zapytać jakiejś miejscowej osoby o msze święte, ale nikt się nie pojawił. Może jutro pojadę do miasta i znajdę jakiś telefon, bo niepokoi mnie twoje milczenie. Już tydzień tu jestem, powinienem właściwie dawno otrzymać jakiś list od ciebie. A może coś się stało, że nie piszesz? Bardzo się martwię.

W ogóle tak sobie pomyślałem po twoim ostatnim wyjeździe, kiedy to nie było cię przeszło miesiąc, że prowadzenie korespondencji należy do sztuk wymierających. Prawdopodobnie winien wszystkiemu jest brak czasu i wieczny pośpiech. Wszystkie sprawy załatwia się przez telefon, no i tak „załatwia się” nieraz bliskie więzy ludzkie. Wiem, to moja wina, telefonowałem tam do ciebie dwa razy dziennie, czasem częściej, no więc po co było ci pisać listy, skoro i tak wszystko wiedziałem na bieżąco? Ale przecież list służy nie tylko do przekazu informacji o tym, „co słychać”, o faktach. Może nie przede wszystkim do tego. List jest czymś, co przede wszystkim dowodzi jakiegoś uczucia – trzeba usiąść, poświęcić kilka chwil na znalezienie papieru, pióra, koperty, trzeba mieć coś do przekazania – w liście nie da się milczeć lub tylko słuchać, przez telefon można – jakiegoś wysiłku wymaga kupienie znaczka, znalezienie skrzynki pocztowej i cierpliwe oczekiwanie na odpowiedź. A telefon – szast prast, co słychać, jak minął dzień, zdrowa jesteś, to fajnie, cześć, zadzwonię jutro. To jakaś taka kontynuacja domowej pobieżności, kiedy to po prostu trzeba się komunikować, a nie trzeba rozmawiać. Z listem inaczej.

Wyjaśniła się zagadka nocnych hałasów. Otóż nasz zameczek to właśnie ten zamek naszego brytyjskiego księcia-bastarda. Naturalnie, według jego słów, znów kwitowanych przez doktora znaczącym uśmiechem. Nasz książę wieczorami szuka tej skrytki, w której ukryty jest wiktoriański dokument. Specjalnie tu przyjechał i ponoć nie ustąpi, aż znajdzie. Poprosiliśmy go wszyscy (harpie dopuściliśmy do tajemnicy, bardzo się przejęły), żeby się nie krępował i szukał w dzień, a w nocy pozwolił nam spać. Zgodził się, więc będzie może spokojniej.

Podsumowałem sobie nasze dotychczasowe robry. Jestem ciągle wygrany dobrych kilkaset punktów. Nie ustaliliśmy, niestety, po ile ma być rozliczany punkt i co będzie, jeśli ktoś z nas pierwszy wyjedzie. Ale formę brydżową trzymam niezłą i już myślę, czy w domu znajdziemy stosownych partnerów do grania. W końcu teraz, na starość, należą się nam jakieś rozrywki, prawda?

Napisz, proszę, co w domu. Jak nasza córka, czy nie kłóci się z Alicją? Kto chodzi z chłopakami na spacery? Ty czy ich rodzice? Tęsknię za tobą bardzo - twój S.

*

Poniedziałek. Nie pojechałem, niestety, do miasta, bo, wyobraź sobie – nie zdołałem uruchomić samochodu. Musi być coś z akumulatorem, ale nie znam się na tym zupełnie, jutro ma się tym zająć tutejszy konserwator. Zresztą, trzeba dopompować powietrza – w lewym przednim kole chyba zepsuł się wentyl, bo powietrze uszło całkiem, choć opona nie jest uszkodzona. Inna rzecz, że i to wgniecenie w masce jest głębsze niż myślałem, ale nie będzie na pewno przeszkadzać w jeździe, bo już z nim przejechałem dobre kilkadziesiąt kilometrów i nic się nie stało. Dobrze, że ta ciężarówka wyjechała z tej bocznej drogi jednak dość wolno, bo choć odrzuciło mnie dobrych parę metrów, to jednak silnik nawet nie zgasł i spokojnie pojechałem dalej. Bo, zdaje się, nie mówiłem ci, że taki drobny incydent spotkał mnie w drodze tutaj, nie warto się martwić, byle blacharz wyklepie to w parę minut. Mnie, poza drobnym otarciem skóry na głowie, nic nie było i nawet się nie zatrzymałem, no bo po co, jeszcze by trzeba było czekać na policję, a ja śpieszyłem się na te wczasy w nasze stare strony.

Już coraz lepiej orientuję się w tej nowej topografii i tak mi się wydaje, że jest tu lepiej, niż było kiedyś. Nie wiem, jak będzie z naszym rozliczeniem brydżowym, bo z tego co się zorientowałem, nikt poza mną nie wybiera się jeszcze wracać do domu. Ale w końcu nie będzie mi wypadało naciskać na to podsumowanie, bo nadal jestem na plusie. Doktorek mówi, że jak tylko się tu przyjedzie, to się ma protekcyjne szczęście nowicjusza, jak pobędę dłużej, to szanse się wyrównają. W dostatecznie długim okresie jednak wyrównuje się wszystko – powiada – bowiem w tej grze nie ma faworytów i po odpowiednio długim okresie wszyscy będą mieli po równo i bilans ogólny będzie równał się zero. Tak samo jest w życiu. Wywód jest matematycznie ścisły, ale ja nie zamierzam czekać przez „odpowiednio długi okres”, bo po pierwsze jestem wygrany, a po drugie – tęsknię do was i chyba już niebawem będę wyruszał do domu. Dziś przy kolacji zamierzam poprosić kierowniczkę o konserwatora do tego auta, no i o przygotowanie rachunku. Będę chyba jechał we środę lub czwartek.

Już się nie mogę doczekać. Jasne, że odpocząłem, ale w zasadzie żałuję, że tu przyjechałem. W ogóle bez ciebie to cały ten przyjazd był bez sensu. Całuję - S.

*

Wtorek. Muszę jakoś wrócić, a samochód wydaje się poważniej uszkodzony, niż myślałem. Zebrało się całe konsylium, z inżynierem na czele, i uważają, że w tutejszych warunkach nie da się wiele zrobić. Nikt nie wie, gdzie jest najbliższy warsztat, bo, okazuje się, wszyscy, włącznie z personelem, są nietutejsi i przybyli tutaj gdzieś z daleka. Przy czym – co ciekawe – nikt, poza księciem, nie chce specjalnie mówić skąd jest i jak tu trafił, czy przez zakład pracy, przez znajomych, czy przypadkiem. Książę zaś, jak już „puścił farbę”, to nie może przestać. Ostatnio wybrał się ze mną na spacer i przez całą drogę (chciałem mu pokazać naszą starą „Szkocję” w lesie, ale nie umiałem znaleźć) prezentował mi swoje plany, co też zrobi, jak już odnajdzie ten dokument i zostanie regentem Szkocji. W końcu – może nie zachowałem się jak dżentelmen – zapytałem go delikatnie, czy nie uważa, że to już trochę późno, na robienie jakichkolwiek planów. Popatrzył na mnie zupełnie jak na raroga i powiedział, że w tej sprawie, jak również w jakichkolwiek poważnych kwestiach ani czas, ani wiek nie mają żadnego znaczenia. No, chciałbym i ja tak myśleć.

Wymieniliśmy wspólnym wysiłkiem zdefektowane koło i myślę w czwartek wybrać się pomalutku w drogę. Samochód na pewno ruszy „na pych” (mam nadzieję, że te staruszki nie dostaną zawału przy pchaniu mnie na tej leśnej drodze), potem będę sobie jechał ostrożnie i pomału do najbliższego warsztatu, a może się jakoś podładuje, to i do domu zajadę – najlepiej byłoby, gdyby autem zajął się, jak zwykle, pan Januszek.

Dziś po południu zamierzamy, zamiast codziennego brydżyka, zabrać się wspólnie z księciem do przeszukania zamku. Może to rzeczywiście jest prawda, co on mówi? Doktor uważa, oczywiście, że to wariactwo, ale to może tylko takie jego zawodowe zboczenie? Sympatycznie byłoby znaleźć coś i potem mieć świadomość, że się pomogło do powrotu do swego królestwa regentowi Szkocji... Inżynier coś nie mówi o rozliczeniu, gdy go zagadnąłem o to, zbył mnie dziś tym, że nie wierzy, żebym stąd odjechał. Ciekawe! A on to zamierza tu pozostać przez wieczność?

Czekam jeszcze tylko na rachunek i wracam. Już nie piszę – no bo i tak będę szybciej niż dotrze list. Prawdę powiedziawszy nie wiem, co myśleć o twoim milczeniu. Do zobaczenia wkrótce – codziennie o tobie myślę i tęsknię, żałuję, że nie pojechaliśmy razem, ale na pewno trochę już ode mnie odpoczęłaś. W końcu, tyle lat byliśmy razem, że miałaś prawo mieć mnie dość. I nie mam żalu, że mnie namówiłaś na tę podróż – w końcu to moje strony i moja ulubiona okolica. Ale nie jestem pewien, czy chciałbym tu jeszcze wrócić. Choć wszyscy tu są bardzo sympatyczni i tak dalej, ale jakoś dziwnie jest tu nieswojo. Cóż, pewno dlatego, że nigdy przedtem nie wyjeżdżałem sam tak daleko i na tak długo. Wydaje mi się, jakbym wyjechał na całą wieczność.

Przed zmrokiem chcę się jeszcze przyjrzeć temu autu, może sam coś wymyślę, podejrzewam zresztą, że gdyby inżynier chciał, to na pewno by mi pomógł, ale tak naprawdę to nikt nie chce mi pomóc i chyba nikt nie wierzy w ten mój wyjazd. Tak czy inaczej, rano jadę, a teraz wrzucam ten list i będę się z nim ścigał, kto z nas przyjedzie pierwszy. Całuję cię już ostatni raz z tak daleka, do zobaczenia – zawsze twój S.

*

Szanowna pani, już po raz drugi informujemy panią, że mąż pani nie dojechał do naszego ośrodka i nie zajął zarezerwowanego pokoju. W tej sytuacji odsyłamy pani listy wraz z rachunkiem, opiewającym na kwotę 10 procent umownej sumy. Łączymy pozdrowienia – za kierownictwo ośrodka (podpis nieczytelny).


Następne opowiadanie
 Powrót do strony tytułowej