LUTECJA
Samolot podchodził do lądowania na Orly i Paryża jeszcze ciągle nie było widać. Pasów oczywiście nie zapiął, a na zwróconą uwagę uśmiechnął się tylko przepraszająco do stewardessy i przełożył klamrę z prawej na lewą stronę. Pochyliła się nad nim i wczepiła klamerkę do uchwytu w fotelu. Poczuł delikatny zapach perfum i kosmyk jej włosów na swojej twarzy. Ukradkiem pogłaskał ją po ręku.
– Oh, monsieur, s’il vous plaît...
Był w Paryżu, wymarzonym, wyśnionym Paryżu, mieście pięknych kobiet, najpiękniejszych muzeów i wspaniałych zabytków. Dla niego – mieście z piosenek Ivesa Montanda i Juliette Greco.
Koła lekko dotknęły ziemi i wyjrzawszy przez okno zobaczył mnóstwo kolorowych samolotów, niektóre wyglądały jak dziecinne zabawki – dwuosobowe cesny, trochę większe dakoty, inne, których nie rozpoznawał, przeważnie z arabskimi i hinduskimi napisami. Na Orly lądował trzeci świat. Poważniejsi przewoźnicy kierowani byli na Le Bourget. Samolot kołował do rękawa. Pasażerowie odpinali pasy, sięgali po podręczne bagaże, wyglądali przez okna. Spojrzał na zegarek – dochodziła czwarta. Za godzinę zobaczy Tour Eiffel. Przechodziła ta ładna stewardessa i gestem pokazał jej na klamrę pasa. Podeszła i z zawodowym uśmiechem delikatnie go rozpięła. Przytrzymał ją za rękę i pocałował w policzek. Nie broniła się.
– Merci, ma belle. Vous etez très joli.
– Merci, monsieur. Vous aussi.
– J’espere de vous rencontrer encore.
– Peut être, monsieur. J’espere aussi.
Skrzywił się w środku. Odruch zawodowy dobrej stewardessy – być miłą nawet dla takich lowelasów. Inna rzecz, że on też odruchowo ją uwodził. Z obu stron bez konsekwencji – w końcu, w Air France lata setki dziewcząt, a on następnym razem zapewne poleci do Paryża na święty nigdy.
Pasażerowie zaczęli wychodzić, gdy z głośnika rozległ się głos:
– Attention, s’il vous plaît. Monsieur Adam Ciechowski est demandé á la porte numero dix, repetons, monsieur Adam Ciechowski...
W pierwszej chwili pomyślał sobie, że coś się stało w domu. Że będzie musiał najbliższym samolotem wracać do Polski i ten jego wymarzony Paryż skończy się na Orly i flircie ze stewardessą. Chwycił kurtkę z siedzenia i ruszył do rękawa. Na zewnątrz błyszczał dziesiąty numer bramki.
– Pan Ciechowski?
Kobieta w mundurze LOT-u zatrzymała go tuż przy wyjściu.
– Co się stało?
– Dwie osoby czekają na pana na lotnisku. Kierowca przy wyjściu „B” i pewna młoda dama przy odbiorze bagaży. Oboje poprosili obsługę lotniska, żeby pana zawiadomić. Musi być pan kimś ważnym. Prawda?
To dodała już tonem pozasłużbowym, taksując go wzrokiem. Mogła mieć 35-40 lat i na pewno nie była stewardessą. Podziękował odruchowo i nie pytając nikogo o drogę wraz z rzeką podróżnych ruszył do punktu odbioru bagaży. Zaprzyjaźniona już dziewczyna z Air France uśmiechnęła się do niego i – czy mu się wydawało – złożyła umalowane usta do całusa. „Erotoman!” – skarcił się w myślach i po chwili został zatrzymany przez postawną Murzynkę.
– Votre passeport, s’il vous plaît.
„Pierwsza prawdziwa Paryżanka” – pomyślał ironicznie, podał paszport i po chwili już był w hali bagażowej. Stanął przy taśmociągu i rozejrzał się dokoła.
– To chyba twój plecak, jeśli dobrze pamiętam...
Stała po drugiej stronie przesuwającej się taśmy i trzymała w ręku jego czerwony plecak. Pewnie, że dobrze pamiętała – tyle razy przesuwała go na tylnym siedzeniu samochodu, by pomieścić tam swoją torebkę. To był taki rutynowy gest, zanim pozbywszy się bagaży obejmowała go mocno za szyję, nie zapomniawszy na wszelki wypadek sprawdzić, czy za nimi nie jedzie jakiś znajomy samochód.
– Uszczypnij mnie.
– Może pieszczoty odłożymy na później, a w każdym razie na moment po tym jak odbierzesz ode mnie ten plecak. Ciężki jest jak licho.
Korzystając z niewielkich schodków przeskoczył przez taśmociąg, odebrał plecak i cisnąwszy go na ziemię, przytulił ją z całej siły. Wyrwała się.
– Witaj w Paryżu.
– Skąd ty tutaj?
– Ktoś inny najpierw by się ucieszył. Idziemy.
Zarzucił plecak i poszli do wyjścia „B”. Kierowca ambasady nie poznał go oczywiście, ale miał tabliczkę z jego nazwiskiem, więc zaczepił go pierwszy. Wysoki mężczyzna w średnim wieku najpierw rozebrał wzrokiem Anię, potem z lekką niechęcią spojrzał na niego.
– Nic mi nie powiedziano, że będzie pan w towarzystwie. Tylko pana Ciechowskiego miałem odwieźć do Instytutu.
– Pani przyszła mi pomóc nieść bagaże.
Kierowca słusznie uznał to za kiepski dowcip, już bez komentarzy podszedł do niebieskiego renaulta i otworzył swoje drzwi, potem ze środka sięgnął do pozostałych klamek. „Jak na kierowcę ambasady mało grzeczny” – pomyślał i otworzył przednie drzwi, wskazując Ani gestem miejsce koło kierowcy. Przeszła obok i ulokowała się z tyłu, przesuwając się w lewo. Położył koło niej plecak, sam usiadł z przodu. Nie odezwała się.
Już po chwili minęli Nowe Hale i jechali do centrum od strony, jak przypuszczał, Gare Montparnasse. Mimo tłoku utrzymywali niezłą prędkość.
– To pewno Tour Montparnasse? – przerwał niezręczną ciszę.
– Pan naprawdę pierwszy raz w Paryżu?
– Dużo czytam.
Kątem oka dostrzegł uśmiech na twarzy Ani. Lubiła takie przeskoki myśli – trzy zdania pozornie nie związane, połączone logicznie tylko dla ludzi z wysokim ilorazem. „W końcu – pomyślał o kierowcy – do takiej służby nie przyjmują prowincjonalnych prostaczków”. Minęli końcowy przystanek lotniskowych autobusów na Placu Inwalidów i skręcili w prawo, w St. Dominique, przejeżdżając przez żelazną bramę z napisem „Ambassade de Pologne”.
– Poczekajcie państwo, zaraz wracam i pojedziemy do Instytutu, muszę tylko coś kupić, nasz sklep zaraz zamykają.
Kierowca trzasnął drzwiami. Odwrócił się do Ani. Siedziała wciśnięta w kąt samochodu, patrzyła w okno, a po twarzy ciekły jej łzy. Za oknem szumiał Paryż.
– Nie rycz, Paryż to miasto światła i uśmiechu.
– To czemu ty się nie śmiejesz? Czemu się nie cieszysz? Czemu się, do cholery, nie cieszysz? Czemu cię, do cholery, nie obchodzi, że ja tu jestem!
Wysiadł z samochodu, obszedł auto dookoła i szarpnął za klamkę od jej strony. Wysiadła i rzuciła się na niego z pięściami.
– Kocham cię, jesteś podły, kocham cię! Nie znoszę cię, nie chcę cię znać, kocham cię! Świnia!
Przytulił ją mocno. Z sąsiedniego samochodu wychyliła się jakaś blond głowa, stali bez słowa, więc okno się po chwili zamknęło.
– Za dużo naraz. Szok. Tyle czasu o tym marzyliśmy i nic. Tak to planowaliśmy – i trzeba było się rozstać w Polsce, żeby teraz stać razem pod Wieżą Eiffla.
– No tak właściwie do Wieży to jeszcze mamy dość kawałek... – uśmiechnęła się przez łzy.
– Ale jak...
– Zwyczajnie, przypadkiem.
Kierowca dalej nie wracał. Wziął ją za rękę, oparli się o samochód, wystawiając twarze do zachodzącego za Pałacem Inwalidów słońca. Wieża przecinała tarczę słoneczną. Ania była w Paryżu od dwóch dni z zespołem studenckim, szykowali się do jakiegoś występu, przypadkiem w programie imprez, wydawanym przez Ambasadę znalazła jego odczyt, zadzwoniła do Instytutu i dowiedziała się, kiedy przyjeżdża. Dojechała stopem na Orly i wszystko.
Po chwili przejeżdżali już Sekwanę Mostem Aleksandra i zostawiając po prawej stronie Grand i Petit Palais skręcili na Plac Kanady i zaraz wjechali w wąską uliczkę Jeana Goujon. Kierowca wysiadł pierwszy, otworzył Ani drzwi, Adam wziął plecak.
– Pani zatrzymuje się u nas?
– Nie, mieszkam gdzieś na obrzeżu, Metro Balard.
– Daleko. Ale bezpośrednia linia z Concorde.
Nie chciała wejść. Rozpakował się w niewielkim pokoiku na drugim piętrze, zmienił kurtkę i zszedł z powrotem do holu. Pięć minut później stali już, przy zapadającym zmroku, w miejscu, gdzie kończyła się aleja Selves, pod tabliczką z napisem „Avenue des Champs Elysées”. Poczuł gulę w gardle i spojrzał w lewo. Panoramę ulicy zamykał Łuk Triumfalny. Nareszcie.
– Łuk czy Concorde?
– Boże, czy muszę wciąż wybierać? Chcę mieć wszystko! – znów była bliska płaczu i nie wiedzieć czemu tak go to rozśmieszyło, że omal znów nie zepsuł wszystkiego. Paryż najwyraźniej rozkleił ją całkowicie i konkretna, zdecydowana i często niegdyś decydująca za niego dziewczyna była bezradna jak dziecko. Objął ją delikatnie przez plecy, poczuł jej głowę na ramieniu. Delikatnie pocałował jej włosy. Minąwszy Rond Point, lewą stroną Champs Élysées doszli do Étoile. Łuk był jasno oświetlony, w górnej części jakieś rusztowania wskazywały na trwające w dzień roboty, ale mimo późnej pory turystów było pełno. Przeważali, jak wszędzie, Japończycy. Stanęli w świetle reflektorów.
– No i jesteśmy razem, na największej scenie świata.
– Nie myślałam, że to się kiedykolwiek uda. Wyglądało na to, że do Wilanowa nie da rady razem wyjechać, a tu masz – Paryż...
– I spacer na Polach Elizejskich w piękny, kwietniowy wieczór. April in Paris... A wiesz, jak Amerykanie to wymawiają? Czemps Elajzys. Coś okropnego!
Północną stroną Champs Élysées poszli z powrotem. Weszli do jasno oświetlonego Prises Uniques kupić jakieś soki i starannie unikali odzywania się, gdy przy którymś z regałów usłyszeli kłócących się Polaków. Na Rond Point przy dźwiękach muzyki stanęli w grupce gapiów. Pod jasno oświetloną witryną zamkniętego już sklepu, grał długowłosy chłopak na flecie i drobna dziewczyna na bębenku. Między garstką Murzynów, Arabów i Białych, wprost w nurt Pól Elizejskich wpływało leniwym, ale stale narastającym rytmem Bolero Ravela. Stali naprzeciw siebie na odległość wyciągniętych ramion, nie widząc ludzi, nie widząc świateł Paryża, tylko coraz bardziej jaśniejące światło w swoich oczach. Razem z muzyką odpływało od nich wszystko złe, co przez ostatnie lata między nimi narosło. I nic nie powiedzieli, nawet się nie pocałowali, tylko nie wiedzieć jak znaleźli się na Placu Zgody, trzymając się za ręce lekko i delikatnie, jakby bali się uszkodzić to coś niezwykle delikatnego, co połączyło ich znowu na Champs Élysées. Obeszli dookoła Obelisk, nie przyglądając się specjalnie hieroglifom sławiącym Ramzesa II, schodkami zeszli z bulwaru i koło ciemnego stateczku przysiedli nad brzegiem Sekwany. Po drugiej stronie jaśniała Esplanada Inwalidów, z prawej tysiące świateł wydobywało z mroku Wieżę. Zanurzyli dłonie w Sekwanie.
– Święta rzeka świata... Może i nas uleczy? – dotknęła go mokrą dłonią.
– Może nie całego świata, naszego na pewno tak. Sto lat temu, kiedy cały Zachód był „be”, tylko na Francję patrzono z sympatią, a towarzysz Ives Montand śpiewał w całej Warszawie o Sekwanie. Et elle coule, coule, coule... Tutaj wszędzie prowadzą mnie piosenki.
– Kochasz mnie? – zapytała, jakby to był komentarz do jego słów.
– Kocham Paryż i wszystko co w nim jest. Jesteś w Paryżu – kocham cię.
– Jeśli mnie kochasz, to nie śpiewaj.
To była cała Ania, i to było to, dla czego ze sobą zerwali. Nie potrafił dostosować się do jej zmiennych nastrojów i tego, że nie przepuszczała żadnej okazji, żeby mu dopiec. Wzruszył ramionami.
– Nie będę śpiewał, chyba nie mam powodu.
– Och, przepraszam cię, nie chciałam. Niech już będzie między nami zgoda. W końcu – jesteśmy przy placu Concorde, nie?
– Piękny, symboliczny plac wspaniałej zgody. Tu, gdzie jest teraz obelisk stała słynna Piękna Panna – gilotyna, obsługiwana przez mistrza Sansona. Tędy właśnie, gdzie siedzimy, spływała do Sekwany krew Ludwika XVI, Marii Antoniny, Charlotty Corday, Dantona, Lavoisiera, Robespierre’a, Saint-Justa... Przeszło 1100 osób pojednało się wtedy z Rewolucją w ten specyficzny sposób...
Zerwała się już po pierwszych jego słowach, zacisnęła pięści. Zupełnie nie á propos zauważył, że ma cieniutką sukienkę z krótkimi rękawami, na tym tylko lekki sweterek i musi jej być zimno.
– Chyba nie będziesz ich wszystkich wyliczał w ramach tego romantycznego wieczoru, naszego pierwszego i pewno ostatniego wieczoru w Paryżu? Zresztą – uśmiechnęła się w sposób, którego nie lubił i rozluźniwszy pięści, zarzuciła mu ręce na szyję – pewno nie wiesz, nieuku, że Placem Zgody nazwano to świństwo dopiero w 1795 r. Czyli już po tych wszystkich egzekucjach.
Po prostu wziął ją na ręce i zaniósł znad Sekwany na bulwar. Zdjął kurtkę i otulił jej chude ramiona. W jego grubej, czerwonej kurtce była mała, bezbronna i jakby stała się częścią jego. Milcząc doszli do Instytutu. Zaspany cieć otworzył im drzwi i choć przypomniał ich sobie, odezwał się do Ani:
– Przepraszam, ale pani nie jest tu zameldowana, nie może pani zostać.
– A czy mogę zatelefonować?
– No, ostatecznie...
Wygrzebała w torebce numer telefonu i poprosiła o sprowadzenie szefa zespołu, w którym występowała:
– Jasiek, słuchaj, nie wrócę na noc, spotkałam znajomych... Dobra, jutro o 11-tej na próbie. Zawiadom Dankę, żeby na mnie nie czekała... Dziękuję.
Odłożyła słuchawkę i zwróciła się do portiera:
– Jeszcze mnie pan będzie wyrzucał, czy mam prosić o pomoc mojego przyjaciela ambasadora?
– Wie pani, taki ciekawy program w telewizji, nie mogę się oderwać.
Z zapasów, przywiezionych z kraju, zrobili kolację. Za oknem widać było tylko plątaninę dachów instytutowego pałacyku, a w tle, daleko oświetloną drabinę Wieży. Ania odniosła naczynia do zmywaka w kuchni i widząc, że patrzy przez okno, wolno, z premedytacją zrzuciła ubranie i stanęła między nim a Paryżem.
– Nie wiem, czy pan wie, monsieur, że jest tu pewna madame, która naraziła swoją reputację wobec tutejszego concierge’a dla pana, monsieur?
Po chwili było słychać tylko szum prysznica. W łazience włączyła radio, lokalny Paryż nadawał amerykańskie przeboje. Skrzywił się. Wyciągnął z tapczanu nowiutką pościel i cisnął na fotel. Sięgnął do plecaka po przybory toaletowe i pomyślał, że zupełnie niepotrzebnie woził ciężki ręcznik – w łazience wisiały trzy nowiutkie, pachnące. Razem z ręcznikiem wyciągnął przewodnik po Paryżu, którego przez parę miesięcy, gdy tylko przyszło zaproszenie na ten wykład, uczył się niemal na pamięć.
Ania wyszła z łazienki, z błyszczącymi kroplami wody na opalonym ciele, z ręcznikiem w ręku. Jakby wraz z kąpielą spłynęła z niej cała agresywność i złość, a została serdeczność i delikatność. Zapaliła boczne światło, zgasiła górne, pochyliła się nad nim i lekko pocałowała.
– Wróć szybko, czekam.
Był z powrotem w kilka minut. Otworzyła w międzyczasie sok brzoskwiniowy i nalała do dwóch wysokich szklanek. Siedziała pod lampą i trzymała w ręku przewodnik:
– Pamiętasz, jak nasz Paryż nazywał się za młodu?
Nasz Paryż. To brzmiało już znacznie lepiej. Przypadkiem pamiętał.
– Lutecja się nazywał. Ale już nie pamiętam dlaczego i kiedy.
Podała mu szklankę i ułożyła się wygodnie pod lampą, kładąc głowę na jego udzie. Odsunęła trochę książkę od oczu – nadal nie chciała nosić do czytania okularów:
– W 52 roku przed Chrystusem wódz rzymski Labienus wysłał raport o zdobyciu małej osady Lutecji, zamieszkałej przez Celtów z plemienia Parizów. Lutecja rozwijała się dalej jako osada rybacka, położona na wyspie na środku Sekwany. Ten główny ośrodek dziś nazywa się Cité. Rzymianie uczynili z Lutecji ważny ośrodek handlowy, a niebawem główne miasto Galii. Potem była tu siedziba biskupstwa. Nazwa Lutecja utrzymała się do V wieku, potem, od dawnych mieszkańców zaczęto ją nazywać Paris.
Rzuciła książkę na podłogę, zgasiła światło i przytuliła się do niego z całej siły.
– Mój miły...
– Jesteś śliczna. Jestem szczęśliwy, że tu jesteśmy.
– Paryż wart jest – czego?
– Paryż z tobą jest wart wszystkiego.
Za oknem migotały lotnicze światła na Wieży.
*
Rano wyszli bez śniadania. Portier udał, że ich nie widzi i nie odpowiedział na dzień dobry. Gdzieś przy ulicy Roosevelta znaleźli otwarty sklepik spożywczy. W środku młoda, pulchna i wesoła panienka podśpiewując układała towar.
– Bonjour, mademoiselle. C’est très joli jour, n’est pas?
– B’jour m’sieur’dame. Oui, très joli.
– Demi de baguette, s’il vous plaît.
– Oui, m’sieur.
Połówka bagietki była wystarczająca dla ich dwojga. Wzięli kawę z automatu i poszli przywitać się z Polami Elizejskimi. Gdzieś, daleko nad Marais przez chmury przebijało słońce. Kupił „Figaro” bardziej z chęci „bycia Paryżaninem” niż potrzeby lektury. W końcu – co go obchodziło to, co znajdzie na łamach?
– Muszę jechać. Na pewno nie chcesz mnie odwieźć, czekaj, jak ty to powiedziałeś - aha, n’est pas? Tak, zdaje się, po francusku mówią w angielskich powieściach?
– Nie we wszystkich, tylko u Agaty Christie. Nie, kochanie. Ty jedziesz do pracy, a ja mam tylko dziś na mój Paryż.
– Jasne, nasz Paryż był wczoraj.
– I jeszcze będzie. Teraz chcę być z nim sam na sam.
Trochę niespodziewanie dla niego pogłaskała go po policzku.
– Ty dzieciaku! Twój Paryż! Paryż d’Artagnana, hrabiego Monte Christo, doktora Ravica, Arsena Lupina, Juliette Greco i Ivesa Montanda. Voilá! C’est ça Paris!
– Touché. To jest mój Paryż. I chcę, żeby takim pozostał. Przyjedziesz po koncercie?
– Jasne! Kocham pana, panie d’Artagnan.
Doszli właśnie do przystanku metra Clemenceau. Zjechali na dół, kupili na spółkę 10 biletów. Wsiadła w jedynkę i już jej nie było. Jego trzynastka nadjechała na drugi peron za chwilę. Po paru minutach wysiadł na Place Blanche. Moulin Rouge wcale nie był czerwony, było nadal rano i cały Montmartre był mocno zaspany. Przeszedł na Pigalle i był cały dumny, że żaden z handlujących tam Arabów nie zaproponował mu porno-fotek. Faktycznie zresztą nie wyglądał na cudzoziemca. Wrócił pod cmentarz Montmartre i zupełnie przypadkiem wszedł na rue Lepic, która pewnie tylko jemu się „kojarzyła” – śpiewał o niej zupełnie nieznaną dziś piosenkę Ives Montand. Ulica Lepic doprowadziła go do Placu Tertre, naturalnie pełnego malarzy, którzy korzystając z pięknego słońca robili kokosowe interesy na Japończykach. Przed dwunastą w południe stanął na dziedzińcu katedry Sacré Coeur. Do środka wszedł tylko na chwilę, nie było na co patrzeć, potem usiadł na schodach i patrzył na Paryż.
Miał go u stóp. Mijali go cudzoziemcy i Francuzi z prowincji, kilka razy wydało mu się, że usłyszał język polski, ale nawet nie odwrócił głowy. Delikatny welon mgły unosił się gdzieś daleko, nad Laskiem Bulońskim, wstążka Sekwany lśniła pośrodku, w centrum panoramy piętrzyła się Wieża Montparnasse, nieco z prawej – Tour Eiffel. Kolejka linowa co chwilę dowoziła na górę nowych gości. Robiło się gorąco.
Podparł głowę rękami. Jego Paryż. Jego Ania. Czy nie za dużo szczęścia naraz? Problem wydawał się trudny, ale do przejścia. Ani na razie nie było. Był Paryż. Luwr, Cité, Wyspa Świętego Ludwika. Ania. Ogrody Luksemburskie, Panteon, Cartier Latin, Saint Germain de Prés, Montparnasse. Ania. Bukiniści. Esplanada, Pole Marsowe, Wieża. Trocadero. Mosty na Sekwanie. Marais i Muzeum Picassa. Ania... .
Niestety, Paryż nie dawał się wziąć żywcem sam. A Ani nie było. Pożegnał ją przed godziną i już zaczynał tęsknić. W Warszawie nie widział jej parę lat. Paryż był trudniejszy. Ale to był ich, wymarzony Paryż. Czy mogło być przypadkiem, że akurat w tym samym czasie właśnie oni znaleźli się nad Sekwaną służbowo – z różnych powodów? Cóż, jeśli przyjąć, że przypadkami nie kieruje przypadkowy traf...
Wstał, przeciągnął się, przetarł oczy. Półtorej godziny dość nerwowego snu na nowym miejscu już mu najwyraźniej nie starczało. Zaczepił jakiegoś młodego Japończyka, który obok niego znęcał się nad kamerą video.
– Would you be so kind and make me foto?
Japończyk uśmiechnął się promiennie, kiwnął głową ryzykując spadnięcie okularów, wziął jego zorkę i pstryknął. Oddając aparat kłaniał się, jakby został obdarowany złotym smokiem, a fakt zrobienia zdjęcia był największą frajdą jego życia.
– Thank you.
– It’s pleasure. Very interesting – Japończyk z prawdziwym szacunkiem wskazał na zorkę – Very old one. Très ancien – dodał, na wypadek, gdyby rozmówca nie zrozumiał.
– Yes, sir. L’anné soixante huit, avant Christ. Archeological object from Roman period. Merci beaucoup. Sayonara.
Japończyk zamarł w ukłonie z grymasem na twarzy. Chyba jednak nie był taki młody.
Wsadził aparat do kieszeni i zaczął zbiegać po dwa schody. Zatrzymał się dopiero koło przystanku metra na Bulwarze Rochechouart. Spojrzał na zegarek – pierwsza. Mnóstwo czasu. Ania miała występ o siódmej wieczór. Jak na paryskie stosunki wcześnie, ale ich zespół był tylko forpocztą głównej atrakcji – jakichś ruskich czy kozaków. Nie zamierzał być na koncercie. Nie znosił folkloru, każdego z chłopaków z jej zespołu podejrzewał, że tylko patrzą, jak by tu się z nią przespać. Nie rozumiał, jak ona może jeszcze teraz, dobrych parę lat po studiach, jeździć na próby, ćwiczyć i tańczyć poleczki. Choć, z drugiej strony – gdyby nie ten zespół, nie byłoby jej tutaj.
Minął rozłożysty budynek Liceum Decoura i wąską uliczką Rodiera zaczął iść w dół, w stronę Sekwany. Nigdy tu nie był, ale ani razu nie zatrzymał się by spytać o drogę, czy sprawdzić położenia na planie miasta. Kierując się intuicją, trafiał zawsze bezbłędnie. Gdy zaczynał kombinować – błądził. W jednym z bocznych pasaży usłyszał dźwięki akordeonu. Myśląc, że to sklep z płytami – skręcił w prawo i przed witryną rzeźnika zobaczył siedzącego na rozkładanym krzesełku grubego mężczyznę w szelkach i berecie, który wygrywał na starym instrumencie stare melodie. Sądził przedtem, że to już można zobaczyć tylko na archiwalnych filmach René Claire’a. W ulokowanym po sąsiedzku arabskim barze zamówił kus-kus ze szklanką wina i teraz stojąc z tacą w ręku, słuchał muzyki. Pozwalał, żeby Paryż płynął koło niego – szumiący, wielojęzyczny, rozgrzany wiosennym słońcem, kolorowy jak frutti di mare na nicejskim targu.
Stary przestał grać i sięgnął po szklaneczkę, ustawioną koło niego na niskim stoliku. Według wszelkich reguł gry powinien to być calvados, ale nie był. Akordeonista podsunął szklankę grubej sklepikarce, która chlusnęła do środka coca-colę.
Poczuł się osobiście obrażony. Dopił swoje wino i zostawiając niedojedzone resztki na stoliku, ruszył w dół ulicy. Opera była w remoncie, zresztą i tak nie zamierzał jej zwiedzać. Snuł się leniwie ulicą Rivoli, by potem zatrzymać się przed Łukiem Karuzeli. Sprawdził, że widziana z tego miejsca perspektywa Pól Elizejskich, zakłócona asymetrycznymi zabudowaniami Concorde rzeczywiście zamyka się Łukiem Triumfalnym i skręcił w stronę Cité. Obojętnie przeszedł koło Luwru, bo w Paryżu muzea interesowały go najmniej – ciekawy był tylko żywego miasta. Nowym Mostem przeszedł przez prawe ramię Sekwany i stanął na samym cyplu wyspy, patrząc w dół rzeki. Wyobraził sobie płonący stos, zasnutą dymem, umęczoną twarz ostatniego wielkiego mistrza templariuszy, Jakuba de Molaya i zacierającego ręce pyszałkowatego Filipa Pięknego. Smród zbrodni z 1314 r. snuł się przez cztery i pół wieku, by dopiero zostać przytłumiony zbrodniami Rewolucji. Na frontonie Pałacu Sprawiedliwości znalazł wydrapane przez barbarzyńców słowa Liberté, Egalité, Fraternité. „Najgorzej wyszło z tym fraternité” – pomyślał gorzko o tym, jak Rewolucja pożerała kolejno swoje dzieci, najpierw ofiary, a potem katów, wywożąc je stąd właśnie, z Pałacu Sprawiedliwości, na ścięcie.
Stanął przed Notre Dame. Ominął wzrokiem zniszczoną niegdyś przez sankiulotów Galerię Królów, ale nie mógł oprzeć się, by jak wszyscy kłębiący się na placu przed katedrą turyści nie sfotografować 10-metrowej XII-wiecznej rozety, znanej ze wszystkich albumów gotyckiej architektury. We wnętrzu panował półmrok i hałas. Kłębili się Japończycy, Żydzi, Amerykanie, rozmawiali, żuli gumę i licytowali się zachwytami. Wyszedł prędko i znów stanął na wybrukowanym placyku. Pod nogami miał brązową tablicę, oznaczającą środek Paryża, środek Francji, miejsce, gdzie było centrum rzymskiej Lutecji. Dla niego od lat – środek świata.
Już miało się ku wieczorowi, kiedy na rogu Bulwaru St.Michel zobaczył tabliczkę, z napisem Boulevard St. Germain. To był jeszcze bardziej jego Paryż. Il est n’y a plus d’apres, á St.Germain-de-Prés... To właśnie tutaj nie było wczoraj, nie będzie jutra – jest tylko dziś. Drugi raz nie będzie ciebie, drugi raz nie będzie mnie. I nie będzie już nigdy więcej następnego razu. I to jest wieczność St.Germain-de-Prés. Tak śpiewała Juliette Greco i w to właśnie święcie wierzył. Wszedł do kościoła Świętego Germana, dość obojętnie odnotował usytuowaną w lewej nawie kaplicę, w której pochowano urnę z sercem opata St.Germain – Jana Kazimierza po jego abdykacji i zatrzymał się przez małą drewnianą rzeźbą patrona kościoła. Święty German miał może metr dwadzieścia, klocek obrobiony był dość prymitywnie i wyglądał na starożytność. Przypomniał sobie po chwili, że to sam święty żył w VI wieku, ale rzeźba jest z zupełnie współczesna, bodaj z lat 60-tych. „Jak na takie dziadostwo, to zupełnie niezłe” – starał się zdyskredytować w sobie wrażenie. W kościele poza nim nie było nikogo. Ostrożnie dotknął posążka. Nic się nie stało, tylko w kiepskim świetle lampki błysnęła bransoletka jego zegarka. Dochodziła siódma. Ania zaczynała występ.
Koło opactwa znalazł niewielki sklepik, gdzie zrobił zakupy. Do pieczywa i wędlin dorzucił soki i butelkę wina. Po namyśle dodał jeszcze drugą. Na przystanku metra zobaczył, że z St.Germain nie ma bezpośredniej linii ani do „swojego” przystanku Clemenceau, ani do Concorde. W miarę szybko, już czując zmęczenie, przeszedł na Rue Rennes i tu złapał dwunastkę do Concorde.
W hollu Instytutu portier znowu oglądał telewizję. W sali wystawowej tłukli się robotnicy, przygotowujące jutrzejszą wystawę, którą miał otwierać jego wykład. Wyciągnął klucz z kieszeni i zaczął wspinać się na strome schody.
– Pana żona dzwoniła – portier grzebał w kartkach na stoliku.
Zamarł z kluczem w jednej ręce a zakupami w drugiej. Przez głowę przeleciało mu tysiąc myśli – co mogło się stać tam, w Warszawie? Portier wygrzebał właściwą kartkę.
– Prosiła panu powiedzieć, że będzie na pana czekać po swoim koncercie na Trocadero. Żeby pan przyszedł. Nie wiedziałem, że ona jest artystką, proszę pana.
On też nie wiedział, że ma żonę artystkę. Dopiero teraz wypuścił z płuc powietrze.
– Dziękuję, że mi pan powiedział. Mam tu coś dla pana.
Flaszka dobrego bordeaux stanęła koło telewizora. Nie wiedzieć czemu wyobraził sobie, że portier zagryza je kiełbasą i ogórkiem.
Poszedł szybko na górę, wziął prysznic i po chwili wybiegł z powrotem na ulicę. Zatrzymał taksówkę i już po pięciu minutach hamowali przed Palais de Chaillot. Dochodziła dziewiąta.
Widział ją z daleka, jak nadchodziła: szczupła, zgrabna, na wysokich obcasach, w czerwonym żakiecie i spódnicy poza kolana, ciemne włosy do ramion, ze sporą torbą na ramieniu. Wymijały ją dzieci, mimo późnej pory jeżdżące na wrotkach, przyglądali się ponuro Murzyni, sprzedający śmieszne, papierowe ptaki. Wstał z barierki schodów, schodzących w dół na Place Varsovie. Zobaczyła go i zaczęła biec. On pobiegł naprzeciwko, chwycił mocno i podniósł. Podkurczyła nogi i zawisła mu na szyi. Jej torba boleśnie uderzyła go w kolano. Syknął i postawił ją na ziemi.
– Pocałuj mnie, szybko. I to tak, żebym przestała widzieć tę okropną Wieżę.
– Co ci Wieża przeszkadza?
– Wstrętny symbol seksualny.
– Co ci przeszkadzają symbole seksualne?
Całowali się, nawet jak na Paryż, długo i ostentacyjnie. Objęci, zaczęli schodzić schodami do rzeki.
– Pójdziemy teraz do mnie, zrobimy sobie kolację, a potem będziemy się kochać z widokiem na Paryż. A jutro wstaniemy rano i pójdziemy wszędzie. Na Esplanadę i na Tour Montparnasse, do Dzielnicy Łacińskiej i do Ogrodów Luksemburskich, gdzie d’Artagnan pojedynkował się z muszkieterami, do Marais i Muzeum Picassa i do Tuileries, do impresjonistów w d’Orsay i do Luwru, do Centre Pompidou i na Plac Bastylii. I stamtąd Wielkimi Bulwarami do Madelaine, na Faubourg...
Weszli na Most Jeny. Wieża wyglądała, jakby z zaciekawieniem pochylała się nad nimi, słuchając, jakie mają plany. Ania wzięła jego twarz w dłonie i pocałowała go delikatnie.
– Mój miły... – tylko ona tak do niego mówiła i, prawdę powiedziawszy, od nikogo innego tego by nie tolerował – ja też znam plan Paryża i mam tę przewagę nad tobą, że jestem tu już trzeci raz. I, niestety, znam również pewne dodatkowe okoliczności. Otóż nie ma dla nas żadnego jutra. Jutro w południe odjeżdżamy do Polski, nasz zespół. Jest tylko dziś.
– W Paryżu jest zawsze tylko dziś. Podobno starożytni Paryzi nie znali słowa jutro, ani wczoraj. A na Saint Germain-de-Prés nie ma nawet pojęć przed czy po. Jest tylko teraz. I w ten sposób tam realizuje się wieczność.
– Jutro ja wracam do kraju, gdzie czeka mnie mój dom, mój mąż i moje sprawy. Jutro ty masz wykład, potem wsiadasz w samolot do Warszawy. Nie zapomnij kupić prezentów dla żony i dzieci, najtaniej podobno w strefie wolnocłowej na lotnisku. Dla nas jest tylko dziś. I tylko w Lutecji dziś może znaczyć zawsze.
– Jutro po prostu zostało unieważnione. Paryż wart jest jutra.
– Paryż to ty. Po prostu nigdzie nie wracamy. Chyba, że do Paryża. Przyjedziemy tu jeszcze następny raz?
– Nie będzie już nigdy następnego razu. Oczywiście, tak tylko śpiewa Juliette.
– Nie będzie. Jest tylko teraz i ono ma trwać wiecznie. Kochaj mnie, jak kochasz Paryż.
Objęci wpół weszli w cień pod Wieżą Eiffla. Na wprost przed nimi ciemniało Pole Marsowe. Niebo rozświetlały reflektory sprzed Pałacu Inwalidów.