MIĘDZYNARODOWE PRAWO JAZDY
Nie znoszę czekać. To jest coś, co mnie
wykańcza nie tylko psychicznie, wręcz fizycznie. Oczywiście,
jeśli czekam tak naprawdę, to znaczy kiedy nie uda mi się
znaleźć jakiegoś zajęcia, co by mi oderwało myśli od tego
czekania. Narasta we mnie złość, potem poczucie bezsiły,
potem rezygnacja, wreszcie bezrozumna wściekłość. To, że
wtedy nie odjechałem i nie zostawiłem jej samej tych sto
kilkadziesiąt kilometrów od granicy, było dziwnym przypadkiem.
A może i nie tak dziwnym. Z nudów gmerając po skali
samochodowego radia, złapałem lokalną stację, która
nadawała kapitalny jazz, przeplatany od czasu do czasu ze starym
rockiem lat 60-tych. Sygnał był bardzo silny, bo po prostu
stałem dwa domy dalej od rozgłośni. Ale, zaraz, jakie to
mogło mieć znaczenie, skoro nadajnik i tak był w pobliskich
górach, a stąd tylko szła radiolinia? Nieważne, muzyka była
super, więc słuchałem. Agnieszka wpadła "tylko na chwilę" do tego biura,
żeby omówić z dyrektorką jakąś drobną sprawę, związaną
ze współpracą obu firm. Po 15 minutach wyszła i przeprosiła
mnie, że to jeszcze chwilę potrwa, bo są takie ważne sprawy i
może bym wszedł i ja na chwilę, dadzą mi herbatę.
Podziękowałem uprzejmie i powiedziałem, że poczekam. Owszem,
nawet się ucieszyła, że nie poszedłem i pobiegła z powrotem.
Muszę powiedzieć, że chętnie patrzyłem, jak odbiegała:
ciemne rajstopy, dżinsowa, króciutka spódniczka, jasna bluzka,
wysoka, zgrabna sylwetka - pomyślałem sobie, że to wszystko
jest jakby moim udziałem, więc może warto poczekać... Było późne, letnie popołudnie i senny upał zatrzymał w domu
większość mieszkańców tej pustawej, podmiejskiej dzielnicy.
Z rzadka przejeżdżał jakiś samochód, na sporym parkingu
prócz mojego stały jeszcze chyba ze dwa auta. Sąsiednie
blokowisko było nowe, wybudowane specjalnie na biurowce i
najbliższe domy mieszkalne mieściły się z pół kilometra
dalej, po drugiej stronie autostrady. Otworzyłem drzwi,
puściłem radio na cały regulator i wyszedłszy na zewnątrz,
wystawiłem twarz do słońca. Gary Moore grał bluesa ze
wspaniałym solo gitarowym, a ja przypomniałem sobie, że
właśnie pierwszy raz ten utwór usłyszałem tu, kiedy
zwiedzałem tutejsze radio. Fakt, że potem ten blues przyczepił
się do mnie i towarzyszył mi przez parę tygodni w samochodzie
i na wyjazdach, nie zatarł w mojej pamięci wrażenia z tego
pierwszego kontaktu. To radio, tak w środku, było całkowicie odczłowieczone. Byli
filią jakiejś stacji europejskiej, wiadomości brali
wyłącznie z agencji zagranicznych, lokalne sprawy interesowały
ich tylko raz na dobę, z wyjątkiem serwisu dla kierowców, ten
był całkiem niezły i podawany do godzinę. Muzykę robił im
centralny komputer w stolicy. Codziennie w nocy dostawali
play-listę na cały następny dzień. Odbywało się to w ten
sposób, że mieli dokładną bazę danych wszystkich swoich
kompaktów, każdy utwór miał swój kod określający charakter
muzyki, to czy piosenka krajowa czy zagraniczna, no i numer
katalogowy. Komputer wybierał według zadanego programu tak,
żeby żadna piosenka nie powtórzyła się częściej niż raz
na dwa dni, żeby było 40 procent krajowych, no i żeby
charakter muzyki nie był zbyt jednolity. Didżej miał swobodę
zapowiedzi tylko taką: teraz, proszę Państwa, Elvis
Presley zaśpiewa It's now or never, albo: Piosenkę
It's now or never zaśpiewa Elvis, albo ostatecznie: posłuchacie
państwo piosenki It's now or never, którą zaśpiewa... Słuchałem tego i podobało mi się coraz bardziej. Ale ile
można słuchać muzyki? No, wiem, można długo, ale czas biegł sobie leniwie, a we mnie
narastała wściekłość. Przedtem miałem nadzieję, że jak
Agnieszka załatwi te swoje interesy, to pojedziemy do
pobliskiego Parku Narodowego, gdzie było piękne jezioro w
górach, obok świetna trasa spacerowa brzegiem urwistej rzeki,
która w tym właśnie miejscu przełamywała się przez
dolomitowe bramki. Ale robiło się coraz później, słońce
chyliło się ku zachodowi, a konferencja się nie kończyła. Nie do końca wiedziałem, czego dotyczy właściwie ta
współpraca między firmami, kierowanymi po dwóch stronach
granicy przez dwie dość atrakcyjne dziewczyny, które poznały
się przypadkiem na górskiej wycieczce i dogadały się na temat
wymiany handlowej. Młody kapitalizm obu państw patrzył przez
palce na rozmaitego rodzaju próby działania na skróty w
gospodarce i współpracę, balansującą na granicy
istniejących przepisów. To znaczy, działania, w moim odczuciu,
były w porządku, a przepisy nie. Formalnie, to tylko Agnieszka
była dyrektorką, Katja miała jeszcze jakiegoś szefa z dawnej
nomenklatury, ale chyba to właśnie ona zajmowała się handlem
tymi materiałami papierniczymi, czy coś takiego. Prawdę
powiedziawszy, niewiele wiedziałem o tych kontaktach konkretnego
i niewiele mnie to obchodziło: jeździliśmy razem, czasem
spotykaliśmy się wspólnie, żeby wypić piwo i to wszystko. A
wtedy czułem się tak trochę jak kierowca jakiegoś partyjnego
dygnitarza (przypuszczam, że antypartyjni dygnitarze też mają
takich kierowców), którego praca składa się z jeżdżenia i
czekania. No więc teraz, skoro nie jeździłem, to czekałem. Po godzinie zobaczyłem po drugiej stronie autostrady czynny
jeszcze sklep spożywczy i podjąłem dość ryzykowną
wędrówkę w celach, by tak rzec, zaopatrzeniowych. Wychodząc z
założenia, że jeżeli nawet Agnieszka skończy konferencję i
nie zastanie mnie przy aucie, to, nie mając wyboru, i tak na
mnie poczeka, najwyżej będzie trochę zła, że czekała. A co
ja mam powiedzieć? Niebezpieczeństwo przechodzenia przez autostradę (do
najbliższego legalnego przejścia podziemnego było chyba pół
kilometra) nie polegało bynajmniej na zagrożeniu drogowym:
samochody, zwłaszcza o tej porze, pojawiały się tu rzadko.
Głównie chodziło o to, że mógł mnie wypatrzyć patrol
policyjny, a to groziło już poważnymi konsekwencjami -
zdecydowanie wolałem wydać swoje pieniądze na zakupy niż
mandat. Tak czy inaczej, przelazłem pod barierką i rozejrzawszy
się, przebiegłem do środkowego pasa zieleni, i pokonawszy
kolejne dwie przeszkody, częścią górą, częścią dołem,
wylądowałem na podwórku sklepu. Wróciłem po chwili tą samą
drogą, z ciężkim plecakiem, w którym obiecująco grzechotały
butelki. Bezpiecznie wrzuciłem bagaż na tylne siedzenie,
wyjąłem piwo i w ostatnich promieniach zachodzącego za górami
słońca wysuszyłem do kropelki. Po dwóch godzinach wreszcie
nie wytrzymałem i poszedłem na portiernię, skąd zadzwoniłem
do gabinetu pani dyrektor. Sekretarki nie było, po dłuższej
chwili odebrała sama Katja i zdyszanym głosem przeprosiła
mnie, że właśnie kończą, żebym się nie denerwował, że
Agnieszka już wychodzi. Powiedziałem, że jeśli za chwilę nie
skończą tej konferencji, pojadę sam do domu. Katja
roześmiała się i powiedziała, żebym nie był okrutny. Agnieszka wyszła po dziesięciu minutach, jeszcze ciągle
rozmawiając z Katją. Stały przez dłuższą chwilę na skraju
parkingu to trzymając się za ręce, to gestykulując.
Odnosiłem wrażenie, że cały czas mówią obie jednocześnie,
więc zupełnie nie wiedziałem, jak mogą się w ogóle
porozumieć, i to jeszcze w sprawach handlowych, pomijając już
to, że w różnych językach. Przypomniał mi się stary kawał
o więźniarkach, co przesiedziawszy w jednej celi 5 lat, razem
zostały zwolnione i zaraz potem poszły do kawiarni, żeby sobie
pogadać. Nawet fajnie było na nie popatrzeć: jedna brunetka,
druga blondynka, podobnie ostrzyżone, dobrze ubrane, eleganckie.
Wreszcie ucałowały się, Katja machnęła mi z daleka ręką i
wsiadła do swojej trochę nowobogackiej lancii. Agnieszka
podbiegła do mnie, wskoczyła na siedzenie i pocałowała dla
odmiany mnie, przepraszając szalenie, na zmianę z robieniem mi
awantury, że z nią nie poszedłem. Doszedłem do wniosku, że
zarówno tłumaczenie się, jak i atakowanie nie ma sensu, bo po
pierwsze nie zmieni sytuacji i nie cofnie straconego czasu, a po
drugie jedyne co mogę osiągnąć, to zepsucie całego wieczoru.
Więc powiedziałem coś takiego, że szkoda, że chciałem
pojechać jeszcze na wycieczkę, ale przynajmniej zrobiłem
zakupy i zapraszam ją na miły wieczór, jak już dojedziemy do
domu. Tego właśnie się nie spodziewała, więc zrobiło się
cicho i zacząłem się zbierać z powrotem. Ponieważ już wcześniej przyjrzałem się mapie i nauczyłem
się drogi, więc tylko raz wpakowałem się ulicą
jednokierunkową pod prąd, ale na szczęście dość szybko się
zorientowałem, dałem nura w przecznicę i już byłem tam gdzie
trzeba. Po chwili minęliśmy rogatki, potem ostatnią stację
trolejbusową, gdzie wszystkie latarnie były pomalowane na
żółto, czteropasmówka przeszła w zwykłą szosę i
wjechaliśmy w zarośnięte lasem góry. Od razu zrobiło się
ciemno, choć do zachodu słońca zostało jeszcze parę godzin -
w połowie sierpnia zdaje się zachodzi po ósmej. Szosa była
pusta, ale mimo wszystko wymagała uwagi, bo biegła cały czas
skrajem przepaści. Dokładnie - stanowiła stopień na
opadającej stromo ścianie górskiej: z lewej piętrzyła się
niemal pionowa ściana wapienna, z prawej - daleko w dole
srebrzyła się nitka potoku. Z drogowskazu i mapy wynikało, że przez najbliższych
dwadzieścia, no, może trzydzieści kilometrów trzeba będzie
zdawać egzamin na górskie prawo jazdy. Późno popołudniowa
pora gwarantowała na szczęście niemal w 100 procentach pustą
szosę, w dodatku pod koniec wakacji mało kto tu jeździł.
Przez chwilę przyzwyczajałem siebie i samochód do starannego
trzymania się swojego pasa, jako że perspektywa, w której
widać było drogę, rzadko kiedy przekraczała sto metrów.
Stromo nawet specjalnie nie było - dawało się jechać
czwórką, przy umiarkowanej szybkości 60 km. Zakręty nie były
bardzo ostre. Spojrzałem na nią kątem oka, bo ściągnęła mnie wzrokiem.
Patrzyła na mnie dość uważnie, zastanawiałem się przez
chwilę, czy się aby nie boi tej drogi, ale nie, bo przecież
jeździliśmy razem tyle czasu i po tak różnych drogach, że na
pewno miała do mnie zaufanie. Inna rzecz, że droga była dość
niezwykła, ale o tym miałem się przekonać dopiero później.
Uchwyciwszy mój wzrok uśmiechnęła się lekko i położyła mi
rękę na dłoni. Zdjąłem prawą rękę z kierownicy i jej
ręką zredukowałem bieg do trójki - zbliżaliśmy się do
kolejnego zakrętu. Agnieszka powiedziała, że lubi patrzeć na
mnie, jak prowadzę, zrobiło się sympatycznie. Zrzuciła
sandałki i oparła stopy niemal na przedniej szybie.
Spódniczka, i tak krótka, pojechała jej już wcześniej do
góry. Warunki drogowe robiły się coraz bardziej skomplikowane
i na coraz więcej parametrów trzeba było uważać. Im wyżej wjeżdżaliśmy, tym las robił się rzadszy i
gdzieniegdzie pojawiało się czyste niebo. Przyzwyczajałem się
do drogi, zdecydowanie nie można było powiedzieć, że
prowadziła prosto jak strzelił, ale zabłądzić się na niej
nie dało, jako że przez co najmniej 20 kilometrów nie było z
niej żadnych odjazdów. Skoncentrowałem się na prowadzeniu
lewą ręką, kładąc jednocześnie prawą rękę na jej udzie.
Miała ciepłą, gładką skórę. Zdjęła nogi z szyby i
przysuwając się nieco do mnie, ułatwiła mi zadanie, mam na
myśli kierowanie zarówno autem, jak i swoją ręką. Lubiła
takie gesty w czasie jazdy, wiedzieliśmy dobrze, że jest to
frajda dla nas obydwojga, więc i w tamtą stronę znaczną
część drogi przejechałem, prowadząc jedną ręką. Inna
rzecz, że tam droga była bez zakrętów i niemal po płaskim.
No i w tamtą stronę miała na sobie rajstopy z lycry, też
milutkie w dotyku, ale jednak zawsze trochę dystansujące. Teraz dopiero uświadomiłem sobie, że ma gołe nogi. Spytałem,
czy jej nie zimno i czy nie zgubiła rajstop. Powiedziała, że
jestem bardzo spostrzegawczy i już po godzinie to zauważyłem.
Że poszło jej oczko i musiała zdjąć jeszcze tam, w biurowcu,
a w ogóle to jest lato i służbowa elegancja już jej nie
obowiązuje. No i spytała jeszcze, czy mi to bardzo przeszkadza.
Cała Agnieszka - zadasz jej jedno krótkie i konkretne pytanie,
a ona, może wyczuwając w tym jakąś krytykę czy naganę,
odpala w twoim kierunku całą serię kąśliwych odpowiedzi, no
i już żałujesz, żeś się odezwał. Powiedziałem, że mi
bardzo odpowiada, no i pogłaskałem ją po tym braku rajstop,
uśmiechnęła się i jakby lekko zarumieniła. Zmniejszyłem szybkość, bo zakręty robiły się coraz bardziej
gęste, na szczęście przestaliśmy jechać pod górę.
Wyjeżdżaliśmy właśnie na przełęcz, kiedy pojawił się
przed nami samochód. Była to stara, pyrkocąca nieco niebieska
skoda 105, z tych co to jeszcze jeżdżą z przyzwyczajenia i
dzięki majsterkowiczowskim umiejętnościom kierowcy. Była
zapakowana po brzegi jakąś kilkupokoleniową rodziną,
bagażami i dwoma psami, więc jechała może 30 na godzinę, na
zakrętach redukując prędkość do 20-tu. Ciągnąłem się za
nią na dwójce, zachowując dość spory dystans, no bo nigdy
nie wiedziałem, czy przypadkiem motor nie zdechnie jej całkiem
i nie zacznie się cofać na mnie, poza tym chyba nie miałem
ochoty, żeby teściowa, a może babcia z wnukiem na tylnym
siedzeniu miały taki darmowy film dozwolony od 18 lat, jaki
pomalutku im mogliśmy zaprezentować za szybą naszego auta.
Wyprzedzić ich i tak nie mogłem, bo nie tylko, że cały czas
mieliśmy podwójną ciągłą, ale jeszcze w dodatku dziwnym
trafem zaczął się z drugiej strony spory ruch. No, spory, jak
na to odludzie - samochody przejeżdżały co 2-3 minuty. No,
wiec i my jechaliśmy wolno. Fakt, żeśmy się nie nudzili. Ten facet przed nami od czasu do czasu jednak próbował
przyspieszać i wtedy można było wrzucić trójkę, niekiedy
nawet czwórkę. Ułatwiała to droga, w której zakręty już
przestały być tak ostre, że się widziało własny tylny numer
rejestracyjny. Zmiana biegów wyglądała dość śmiesznie: nie
zdejmowałem ręki z uda Agnieszki, tylko wciskałem sprzęgło i
kciukiem przesuwałem dźwignię. Ona zresztą przysunęła się
na sam skraj swojego fotela, ten od mojej strony, więc nie było
to bardzo trudne. Obejmowała mnie lewą ręką za szyję, prawą
od czasu do czasu głaszcząc mój policzek. Czasami zasłaniała
mi widok, a czasami nie. Droga powoli wyprostowywała się, ale za to szła coraz ostrzej
w dół. Gość w skodzie jechał cały czas na hamulcu. Jeżeli
coś mnie irytuje u innych kierowców, to właśnie to: zero
umiejętności hamowania silnikiem, jazda na nieodpowiednim biegu
i ciągłe wciskanie hamulca. Nolens volens musiałem robić to
samo i kątem oka zauważyłem, że wskaźnik temperatury płynu
w chłodnicy podpełzł mi wolno pod czerwony znacznik.
Mruknąłem coś na przeprosiny do Agnieszki, zasugerowałem,
żeby się trzymała i chwilowo przeniosłem prawą rękę na
kierownicę. Na pierwszym jako tako prostym odcinku docisnąłem
gaz i zbliżywszy się do skody, dałem kierunkowskaz w lewo.
Nadal była podwójna ciągła. Facet w skodzie zorientował
się, że chcę go wyprzedzić i też dał kierunkowskaz w lewo.
Lekko przyhamowałem, a on zjechał prawie na środek i zwolnił. Co miałem robić? Zjechałem w prawo, ale już trzymałem się
go z bliska. Na następnej prostej, mając może 150 metrów
widoczności już bez kierunkowskazu zjechałem na lewy pas i
docisnąłem gaz. Tamten autobus z przeciwka miał refleks, nie mogę powiedzieć.
Stanął prawie w miejscu, usuwając się na skraj drogi tak, że
niemal opadł się prawym lusterkiem o skałę. Minąłem w
pełnym pędzie faceta w skodzie i zjechałem na jego pas niemal
go zawadzając tyłem. Widziałem w lusterku jego głupią i
wściekłą zarazem minę. Hamował tak ostro, że z górnego
bagażnika spadła mu walizka i przeleciawszy przed szybą
wylądowała na szosie, rozwalając na wszystkie strony
zawartość. Dałem po gazie, wchodząc blisko 90-ką w lewy
skręt i nie wiem, co było głośniejsze - pisk moich opon na
asfalcie czy ich wściekłe klaksony. Na następnym prostym
odcinku uporządkowałem jazdę, wyrównałem do 80-ciu i po raz
pierwszy od dłuższej chwili popatrzyłem na Agnieszkę. Uśmiechała się do mnie, nie patrząc w ogóle na szosę. Tylko
ręce miała mocno zaciśnięte - jedną na siedzeniu, drugą na
moim ramieniu, czego zresztą do tej pory nie czułem.
Zastanowiłem się, czy mają szansę mnie dogonić. Skoda na
pewno nie, autobus na tej drodze też nie zawróci. Może,
naturalnie, zdarzyć się tak, że za nami jechało, powiedzmy,
BMW, które zechce pogonić za piratem, czyli mną. Miałem też
nadzieję, że nikt nie da znać przez CB lub telefonicznie na
policję lub przejście graniczne. No, ale na to już nic nie
mogłem poradzić. Wzruszyłem ramionami i znów zacząłem
prowadzić jedną ręką. Agnieszka siedziała bliziutko,
głaskała mnie po ręku i po karku, potem rozpięła mi
koszulę, no i zaraz incydent na szosie odpłynął gdzieś
daleko.
Jakoś dojechaliśmy do granicy, nikt nas nie gonił, nikt nas o
nas nic nie pytał. Nawet nie interesowała ich zawartość miło
bulgoczącego plecaka, który leżał sobie na widocznym miejscu
na tylnym siedzeniu. Celnicy patrzyli raczej na potargane włosy
i krótką spódnicę Agnieszki, życzyli dobrej nocy, no i za
chwilę byliśmy po drugiej stronie szlabanu. Agnieszka
zaproponowała, żebyśmy już się tak bardzo nie spieszyli.
Ponieważ radio od dłuższej chwili tylko trzeszczało -
wyjęła z torebki kasetę i po chwili samochód wypełnił się
dziwnym dźwiękiem muzyki fletowej, której towarzyszyły
jakieś wschodnie instrumenty. Powiedziała, że taką muzykę
relaksacyjną zalecają dla odprężenia na kursach dyrektorów,
na które chodziła jej koleżanka Katja i że to doskonale
pomoże nam odreagować stres podróży. Nie powiem, żebym odczuwał potrzebę odreagowywania
czegokolwiek. Miałem pietra, to jasne, ale nie z podróży,
tylko nie chciałem wchodzić w dyskusje z policją, zwłaszcza
zagraniczną. Kiedy już byliśmy u siebie, mogli mi nagwizdać.
A jeśli chodzi o leczenie stresów, to były na to
skuteczniejsze, moim zdaniem, sposoby. Więc zabrałem się za te
sposoby, ale Agnieszka odsunęła moją rękę, kazała mi
zająć się drogą, a jej pozwolić spokojnie odpocząć.
Trochę się zdziwiłem, ale ponieważ w międzyczasie zrobiło
się ciemno, zapaliłem światła mijania i przez chwilę
jechaliśmy w milczeniu. Serpentyny były o wiele mniej
niebezpieczne niż po tamtej stronie granicy, ale zawsze były to
góry, w dodatku co chwila trzeba było zmieniać światła z
długich na krótkie i odwrotnie, bo ruch był spory, więc
miałem co robić. Po kilkunastu minutach wyjechaliśmy na
otwartą przestrzeń i popatrzyłem na pasażerkę. W świetle,
rzucanym przez zegary tablicy rozdzielczej, wyglądała dość
dziwnie, ale nie powiem, że nie pociągająco. Prawie leżała
na swoim siedzeniu, ze spódnicą podsuniętą tak wysoko, jakby
jej prawie nie było, z rękami wciśniętymi między uda,
oddychała głęboko, była zaczerwieniona, miała otwarte usta i
bardzo błyszczące oczy. Zwolniłem i objąłem ją ramieniem. Otrząsnęła się, jakby z letargu, zupełnie przytomnie
spojrzała na mnie, jakby ze złością, klęknęła na siedzeniu
i objęła mnie z całej siły, po czym dość nerwowo zaczęła
rozpinać mi koszulę, którą tuż przed granicą jakoś
wcisnąłem w spodnie. Pomyślałem, że może tak odreagowuje w
końcu ten stres, a może tak działa na nią ta muzyka od Katji.
Tam-tamy bębniły nadal swój rytm, ale nie kojarzył mi się
wcale erotycznie, tylko bardziej folklorystycznie, no ale to
kwestia odczuć. Przyznam szczerze, że wolałbym zmienić
kasetę na coś innego, jakiś ostry rock, no bo tamto było
dość usypiające. Ale w końcu, co mnie to obchodziło. Miałem
jechać, to jechałem. A że w dodatku Agnieszka dawała mi do
zrozumienia, że ją, nazwijmy to tak, interesuję, więc było
fajnie. Zastanowiłem się przez moment, czy właściwie nie
powinniśmy spokojnie jechać do domu, w końcu cały dzień
niemal byliśmy w samochodzie, ale dom mieliśmy za 100
kilometrów, w dodatku nie wiedzieliśmy, na ile będziemy tam
mieli czas dla siebie, więc nie jechaliśmy spokojnie. To znaczy, ja jechałem. W pewnym momencie Agnieszka zapytała,
czy nie przeszkadza mi prowadzić samochodu. Powiedziałem, że
nie, na co omal się nie obraziła. Ale po chwili stwierdziła,
że mandat za jechanie bez pasów bierze na siebie (swój pas
odpięła już dawno), rozpięła mi pas bezpieczeństwa, potem
pasek od spodni i suwak. Muszę powiedzieć, że kursy samochodowe są prowadzone bardzo
schematycznie i nie przewidują wielu istotnych czynników,
wpływających na jazdę. Zaciskałem zęby i jechałem
spokojnie, choć zupełnie już nie mogłem zmieniać biegów, bo
dostępu do dźwigni niemal nie miałem. Przed jakimś
miasteczkiem musiałem zredukować do trójki, więc uniosłem
ją trochę prawą ręką i zmieniwszy bieg, szybko rozpiąłem
jej guziki bluzki. Nerwowo zrzuciła ją z siebie, potem sama
już zsunęła stanik. Kątem oka dostrzegłem, że z przodu ten
stanik ma taką śmieszną różyczkę - nigdy takiego u niej nie
widziałem, naprawdę nie miałem pojęcia, kiedy zdążyła
sobie kupić. Minęliśmy miasteczko, dobrze że słabo
oświetlone, choć przez dłuższą chwilę jechaliśmy za
autobusem i zastanawiałem się, na ile pasażerowie,
oglądający się na nas zza tylnej szyby, widzą, co tu się
dzieje w środku. Sięgając ponad jej plecami, zmieniłem bieg
na czwórkę i jednocześnie wyłączyłem muzykę, której i tak
już niewiele słyszałem. Droga znów zaczęła się podnosić,
światła jadących z przeciwka samochodów z pewnością
wydobywały z mroku jej nagie plecy, po chwili samochód zaczął
zwalniać, bo czwórka była za słaba jak na to wzniesienie,
więc gdy tylko zobaczyłem usytuowany w starym zakolu słabo
oświetlony parking - wjechałem tam i wyłączyłem silnik. Agnieszka przesunęła się z powrotem na swoje siedzenie i
sięgnąwszy ręką za fotel, rozłożyła oparcie,
przyciągając mnie z całej siły do siebie. Zagrzechotały
butelki w potrąconym plecaku, ale nie zwróciliśmy na to uwagi.
Miała zamknięte oczy, oddychała ciężko i szybko. Od
głównej szosy oddzielały nas niskie krzaki, więc nie było
nas widać, ale staliśmy w pobliżu parkingowej latarni, która
rzucała słabe światło do wnętrza samochodu. Całowałem ją
coraz mocniej czując, że już za chwilę ta część naszej
podróży dobiegnie do końca. Zepchnęła mi głowę na piersi,
całowałem je i pieściłem, na zmianę jedną i drugą, bo
przekręcała się pod moimi ustami jak kot. Sięgnąłem ręką
do majteczek - spódniczka dała się już wcześniej rozpiąć i
zsunąć na podłogę - i natknąłem się na coś twardego: taka
sama satynowa różyczka, jak na staniku. Wsunąłem rękę pod
gumkę, uniosła się lekko, zapytałem, skąd ma taką ładną
bieliznę. Pochyliła lekko głowę, spojrzała, zakryła twarz
rękami, po czym niewyraźnie powiedziała, że nie zauważyła,
że za szybko się ubierała, bo zadzwoniłem. Wciągnąłem spodnie, zapiąłem koszulę, przekręciłem
kluczyk, sprzęgło, jedynka, zwolniłem hamulec ręczny,
sprzęgło, ruszyłem wolno, dwójka, kierunkowskaz. Wszystko jak
na kursie na prawo jazdy. I naprawdę nie wiem, panie sędzio,
dlaczego nie zatrzymałem auta przed włączeniem się do ruchu
na szosie. Myślę, że ten renault na pewno jechał za szybko. A
w szpitalu pierwsze pomyślałem sobie, że za łatwo u nas dają
prawo jazdy. I że mi szkoda tego wieczoru, co go mieliśmy mieć
w domu we dwójkę, w związku z tymi zakupami.