MONSIEUR Z. JEDZIE DO ANDORRY
Orientację, gdzie jest, miał bardzo ogólną, jeśli w ogóle. To znaczy, wiedział gdzie jedzie, ale nie bardzo wiedział, gdzie chce dojechać. Wczoraj, a może już dzisiaj? – stawiał sobie jako cel Andorrę. Tak jakoś mu się wydawało, że w Andorze jeszcze nikt z jego znajomych nie był, a już na pewno się nie wspinał. Z głównej autostrady zjechał w Lyonie, dopchał się do Tuluzy, tam zaparkował przy Placu Wilsona, co go rozśmieszyło, przez skojarzenia z miejscem, gdzie najczęściej w Warszawie robił zakupy. Ivette wysiadła wcześniej, na Alei Jaurésa i pewno dlatego nie chciała z nim zjeść petite déjeuner, że ją z głupia frant zapytał, czy wie, kto to był Jaurés. Obraziła się nie dlatego, że nie wiedziała, w końcu kogo dziś obchodził komuch sprzed pierwszej wojny, ale o to, że ją zapytał, czy wie. Była nauczycielką geografii i chyba jednak powinna wiedzieć. A może wiedziała? Wysiadła w każdym razie przy postoju taksówek i powiedziała, że mieszka tu niedaleko i już jest spóźniona, dziękuje bardzo, życzy dobrej podróży i tak dalej.
Spojrzał w lusterko i stwierdził, że jednak powinien był w tej kawiarni na Placu Wilsona przynajmniej się ogolić. Poprzednią noc jechał bez przerwy, przedtem spał u przyjaciół w Feldkirch, na granicy Austrii, Lichtensteinu i Szwajcarii. Był w drodze już trzecią dobę i stanowczo należał mu się odpoczynek.
W centrum Tuluzy uważnie ominął zjazd w stronę Carcassonne, ale pewno w Pinsaguel zamiast odjechać w lewo, pojechał prosto, zwiedziony tym, że, jak zapamiętał z mapy, ma mieć po lewej stronie rzekę. No i miał rzekę, tyle że była to Garonna, a nie Ariège. Zorientował się dopiero gdy minął śmieszne miasteczko Noé i zaczął jeden po drugim wyprzedzać cztery autokary obwieszone obrazkami Matki Boskiej. W dwóch jechały same zakonnice, w trzecim dzieci, czwarty miał znaczek inwalidzki. Wszystkie jechały do Lourdes, a więc szosą na Tarbes, która potem przechodzi w pirenejską autostradę do Bayonne. Najbliższy odjazd, w Carbonne, zaprowadził go na podrzędną szosę, która, jak mu się wydawało, powinna potem spotkać się z drogą do Andorry.
Tyle, że się nie spotkała. Znów pojechał prosto i koło ruin jakiegoś zamku zatrzymał auto na parkingu. Słońce stało wysoko nad górami, zamek z pewnością był resztówką po katarach i pomyślał sobie, że właściwie, to wcale nie musi jechać do tej całej Andorry. A w każdym razie nie dziś, nie teraz, może nawet nie jutro. Pireneje miał przed sobą jak na dłoni, w końcu nie musiał nigdzie podpisywać listy obecności.
Na zamku powiewała flaga francuska i chyba jakiegoś tutejszego hrabstwa, ale ruiny nie były widać wielką atrakcją, bo na parkingu stały jeszcze tylko trzy samochody, dwa francuskie i jeden hiszpański. I tylko jego auto było tak strasznie brudne. No, ale to on miał najdalej do swojej ulubionej myjni. Wysiadając sięgnął po mapę, leżącą na tylnym siedzeniu. Koło atlasu leżała tekturowa kolorowa teczka, której przedtem nie było. Musiała zostawić ją Ivette, dość pośpiesznie wysiadając w Tuluzie. W środku były jakieś kwestionariusze, karta kredytowa Banku Lyońskiego i paszport. „Muszę zadzwonić” – przeciągnął się leniwie, wzrokiem poszukał jakiegoś telefonu, ale na parkingu nie było, a do zamku nie chciało mu się iść. „W ostateczności wrócę przez Tuluzę i zostawię na policji” – pomyślał, siadając na ławeczce z widokiem na panoramę gór. Miał gdzieś kartkę z jej nazwiskiem i numerem telefonu, o ile oczywiście były prawdziwe, czego nie był pewien. Inna rzecz, że dała mu je wtedy, gdy między nimi było bardzo wiele sympatii.
Patrzył na góry. Wyglądały jak wielki wieloryb, który położył się na granicy Francji z Hiszpanią, pyskiem w stronę Morza Śródziemnego, a ogonem do Atlantyku. Były poczciwe, jak Beskidy pod Nowym Sączem, ale wiedział, że taka Aneta na przykład ma o tysiąc metrów więcej od Rysów i blisko dwa tysiące wysokości względnej. Był już blisko – na oko od głównej grani 30 – 50 km. To oczywiście nic nie znaczyło: droga mogła mieć ze trzy razy tyle.
Ivette. Musiała być wściekła, gdy zobaczyła, że nie wzięła tej teczki! Na ogół nie zabierał autostopowiczów, zresztą jak tu zabierać do malucha! Miała strasznie śmieszną minę, kiedy zahamował przed nią i zapytał, dokąd chce jechać. Machała z taką determinacją na tym zjeździe z lyońskiej autostrady, że był niemal pewien, że gdzieś zdarzył się wypadek. Ale w gruncie rzeczy zatrzymał się dla czegoś innego. Jechał jeszcze dość wolno i zdążył się jej przyjrzeć. Wypisz-wymaluj przypominała Ewę za jej najlepszych czasów, to znaczy z okresu, kiedy się poznali. Wielka burza ciemno-złotych włosów, spadających w nieładzie poniżej ramion, krótka, letnia sukienka, opalone, zgrabne nogi, niezbyt wysoka, ale bardzo proporcjonalna, torebka podróżna i teczka w ręku sugerowały, że może być studentką, wracającą na wakacje do domu. Gdy wsiadła do auta, podobieństwo jeszcze się pogłębiło: dostrzegł wielkie, niebieskie oczy i naburmuszone, pełne usta Bardotki z pierwszych filmów.
Więc bardzo go rozbawiła jej mina, kiedy nagle w strumieniu pojazdów pod Lyonem zatrzymał się przed nią brudny szary maluch z polską rejestracją. Widział, że w pierwszej chwili chciała go odprawić w dalszą drogę. Ale pewno pomyślała sobie, że weźmie ją za łowczynię facetów z lepszymi autami, więc z oporami wsiadła. Przekonał ją swoją dobrą francuszczyzną i tym, że na drodze maluszek szybkością nie ustępował wielu większym kolegom. Mówiła z mocnym akcentem południowym, wtrącając niekiedy słówka hiszpańskie – jak mu powiedziała, pochodziła z mieszanej rodziny i wakacje zazwyczaj spędzała za Pirenejami. Uważała się za góralkę i gdy jej powiedział, że jedzie wspinać się do Andorry – pogłaskała go po ręku i powiedziała Bravuro garçon! Ewa, tak jak i on studiując w swoim czasie romanistykę, na trzecim roku zaczęła specjalizować się w hiszpańskim. Tę mieszaninę miał w domu przez półtora roku, przez cały czas kiedy razem mieszkali. Ivette wspinała się od kilku lat w Pirenejskim Klubie, bez większych sukcesów. Co do Ewy – miała na swoim koncie nawet Matterhorn, kilka dróg w Dolomitach, a w czasie, gdy się rozstali – wybierała się na Annapurnę. Wspinali się razem jednak tylko raz, na skałkach. Była dobra, ale i tak szukał u niej czegoś innego.
Zapadła noc. Ivette, nie przyzwyczajona do niewygody malucha, kręciła się na przednim siedzeniu, a rozmawiało się też kiepsko, przekrzykując silnik. Widząc znak, zapowiadający motel, zaproponował nocleg. Przestraszyła się i prawie wykrzyknęła Non! Potem, jakby się usprawiedliwiając, stwierdziła, że rano musi być w Tuluzie, że bardzo przeprasza i prosi, żeby się nie gniewał. Wzruszył ramionami i docisnął gaz. Ivette położyła mu dłoń na ramieniu i powiedziała, że jeśli jest zmęczony, to przecież mogą stanąć na jakimś parkingu i przespać się godzinę-dwie.
Udawał chojraka jeszcze przez kilkadziesiąt kilometrów, wreszcie zjechał na leśny parking. Wysiadł z auta, poszukał toalety, potem stanął koło kranu z wodą. Mył ręce i patrzył w gwiazdy.
– Zbyszek?
Usłyszał i zobaczył Ewę. Oczywiście, zaraz się zorientował, że Ivette nauczyła się wymawiać po polsku jego imię, ale złudzenie było tak wielkie, że zanim wrócił na właściwy tor myślenia, już objął ją mocno i przytulił do siebie. Poczuł, że drży.
– Mille pardons, Ivette, tu me quelqu’un ressamble, et...
– Il ny’a pas besoin d’excuse. J’ai froid, Zbyszek. Embrasse moi encore...
Pocałował ją bardzo delikatnie i zaprowadził z powrotem do samochodu. Wyciągnął z bałaganu na tylnym siedzeniu koc i przykrył starannie. Wywikłała się spod koca natychmiast i przykryła też jego. Wsadziła mu ręce pod koszulę i przytuliła głowę do piersi. Wszystko to w maluchu było okropnie niewygodne. Przyciągnęła go do siebie, stuknęła potrącona dźwignia zmiany biegów, całowali się coraz szybciej, Ivette wypowiadała jakieś słowa w zupełnie już niezrozumiałym dialekcie, położył siedzenia, ale nie na wiele to pomogło. W pewnym momencie mocno przycisnęła jego rękę do swojego uda, zatrzymując jednocześnie jej ruch ku górze.
– Cesse, Zbyszek, je te pris... Je suis... Non aujourdh’ui. Peut-être prochain fois... Ce tous est trop fantastique...
Czy mu się wydawało, że usłyszał po hiszpańsku:
– Lo siento... Perdóname...
– Il ny’a pas besoin d’excuse, tu a dit. Tú estás si bella...
Przytuliła się do niego całym ciałem i bardziej stwierdziła niż zapytała:
– ¿Tú hablas espagnol?
Odruchowo odpowiedział:
– Non, yo non. Pero Eva habla et yo...
– Eva... Ta femme?
– Mais non! Ma soeur.
Nie uwierzyła. Nikt by nie uwierzył. Ale za słabo znał nawet francuski, żeby jej wytłumaczyć. Po polsku też by było trudno, skoro on sam nie rozumiał, co się stało, że się z Ewą rozeszli. Przytulił ją jednak i usiłował zasnąć. Drzemał tylko, co chwila podnosząc głowę. Widział wtedy jej szeroko otwarte oczy, wpatrzone w gwiazdy za oknem. Jej palce delikatnie głaskały jego włosy. Noc zawisła wysoko nad Masywem Centralnym. Stali gdzieś w rejonie Plateau, a wyniosłe cielsko Mont Lozère zasłaniało część południowego nieba. Przejeżdżające samochody wydobywały jej twarz z ciemności. Była bardzo blada.
Doczekali do świtu i z pierwszym brzaskiem ostrożnie ruszyli naprzód. W promieniach wschodzącego słońca napisała na kawałku kartki z kalendarza swój adres, telefon i nazwisko, prosząc, by wracając zadzwonił. Obiecał. Im bliżej byli Tuluzy, tym było im do siebie dalej. No i przez Jaurésa nawet się nie pocałowali na pożegnanie.
Rozłożył mapę i usiłował się zorientować, gdzie jest i gdzie ma jechać. Nie pamiętał, jakie miejscowości ostatnio mijał, ale w końcu gdzieś powinna być napisana nazwa tych całych ruin. Podniósł się, ale po chwili machnął ręką. Za wysoko, za daleko. Mógł się wspinać choćby na Anetę, ale podejść kilkaset metrów do drogowskazu mu się nie chciało. Założył, że ostatnio minął St. Girons. W takim razie trzymając się głównej szosy mógł za pół godziny dojechać do zgubionej drogi szybkiego ruchu z Tuluzy do Andorry. Ale nie musiał. Spojrzał na góry. Z mapy wychodziło, że na wprost wznosił się Valier, nieco w prawo Maubermé, za którym w chmurach ukrywał się najwyższy szczyt Pirenejów, Pico de Aneto. Nieco w lewo, doskonale widoczny, pysznił się w grani głównej Mont Rouch, wznoszący się powyżej 2800 metrów. Tutaj, w głębi doliny podchodzącej niemal pod sam szczyt, kończyła się najdalej idąca droga, która nie przechodziła przez granicę. I tam postanowił pojechać.
Do Andorry miał jeszcze 100 kilometrów. Do końca drogi pod Rouchem tylko ze trzydzieści. Akurat powinien zdążyć na obiad.
Odpalił samochód. Robiło się gorąco. Termometr w samochodzie wskazywał plus 50, ale po chwili, gdy odjechał z nasłonecznionego parkingu, było już tylko 35. Droga powoli pięła się pod górę, dolina robiła się coraz węższa, szczyty przybliżały się – już zupełnie nie przypominały Beskidów. Na wierzchołkach srebrzył się śnieg. Przejechał przez centrum miasteczka Salau – ostatniego na trasie. Odczytał na ręcznym altimetrze wysokość 850 metrów nad poziomem morza i zmienił bieg na niższy. Pchał się coraz bardziej na południe planując dojechać jak najbliżej gór. Droga nadal biegła w górę wśród świerkowego lasu, w którym od czasu do czasu pokazywały się modrzewie i dęby. Tak jak przypuszczał, po pół godzinie wjechał w głąb doliny i przeczytał na tablicy, że droga prowadzi do schroniska Rouch. Po chwili zajechał na spory parking przed obszernym, płaskodachym budynkiem. Z trudem znalazł miejsce na zaparkowanie. Wbrew swoim oczekiwaniom, nie znajdował się na końcu świata.
Recepcjonista na jego widok rozłożył bezradnie ręce i z przesadną gestykulacją poinformował, że wszystko jest, niestety, zajęte, ale jeśli monsieur poczeka do zmierzchu, to może się coś znajdzie, bo nie wszyscy dojeżdżają na czas. Podziękował za nocleg, poprosił tylko o możliwość zostawienia auta na parkingu i skorzystania z telefonu.
Odebrała prawie natychmiast.
– Ivette? Bonjour, ma cheri....
– Bonjour, Zbyszek. J’attandais ton téléphone.
Miała świetny głos przez telefon. Poznała go od razu i najwyraźniej się ucieszyła. Sądził, że chodzi o teczkę, ale jak po chwili się okazało – zupełnie o niej zapomniała i dotychczas nie zauważyła jej braku. Powiedział, gdzie jest i jakie ma plany – dojście pod północną ścianę Roucha, tam biwak, potem wyszuka jakiś niezbyt trudny kominek i poćwiczy, dokąd da się dojść. Jak wróci, pojedzie do Girons i stamtąd będzie się przebijał do Andorry. Za jakiś tydzień powinien być z powrotem w Tuluzie, więc... Przerwała mu, pytając gdzie dokładnie zamierza się wspinać. Wzruszył ramionami. Skąd ma wiedzieć? Ogólnie, chciałby wejść na Roucha, ale jak i którędy – nie miał pojęcia. Poprosiła, żeby precyzyjnie określił trasę, dowiadując się o szczegóły na miejscowym posterunku żandarmerii. A wiadomość gdzie idzie, niech zostawi na recepcji w schronisku.
I w tym momencie zrozumiał na raz dwie rzeczy. Że Ivette dobrze zna Salau. I że chce przyjechać. Wydawało mu się też, że zrozumiał jeszcze coś trzeciego.
– Ivette?
– Oui?
– Tu arriveras?
– Peut-être.
– Veux-tu rester avec moi?
– Peut-être.
– Est-ce que tu...
– Peut-être.
Odłożyła słuchawkę. Recepcjonista, przysłuchujący się rozmowie, pokręcił głową. Wyciągnął mapę okolicy i pokazał mu, jak dojść pod ścianę. Podejście prowadziło do górnej granicy lasu, potem po skałach i piarżyskach można było jako tako wygodnie dotrzeć na prawie 1800 metrów. Dalej teren wznosił się stromiej, i wreszcie zaczynała się ściana. Podobno dość krucha, w kilku miejscach przewieszona, po 300 metrach kładła się lekko i wreszcie wyprowadzała w partie podszczytowe stromymi, ale bezpiecznymi trawniczkami. Sam szczyt był trudny, ale do osiągnięcia bez kłopotu. Przy dobrej pogodzie jeden dzień. Był oczywiście także szlak turystyczny, no i graniowy szlak pirenejski, ale te go nie interesowały.
Chmurzyło się. Słońce już wcześniej schowało się za górami, zaczynało być zimno. Opisał planowaną trasę, pokazał recepcjoniście i poprosił o oddanie Ivette, gdyby przypadkiem go szukała. Zapytał też o to, czy ma jeszcze meldować się na żandarmerii. Felippe – takie imię miał wypisane na identyfikatorze – stanowczo mu odradził twierdząc, że nikt tego nie robi. Żandarmi zresztą niechętnie patrzą na turystów, zwłaszcza obcych – kilka dni temu w okolicy zaginęła taka etranżerka, nie wiadomo czy był wypadek, ale do schroniska nie wróciła. Może po prostu przeszła na hiszpańską stronę, nikt nie wie, w każdym razie żandarmi są wściekli, bo im dodała roboty. A podobno to właśnie oni wskazali jej drogę, z której nie wróciła. Chyba, że monsieur chce, to oczywiście on, Felippe, nie ma nic przeciwko temu. Monsieur nie chciał.
Wyjął z malucha plecak wspinaczkowy ze sprzętem, śpiwór i karimatę. Sweter przewiązał w pasie, ciepłą kurtkę narzucił na siebie i ruszył we wskazanym kierunku. Po półtorej godzinie był już na granicy piargów. Wyrównał jako tako miejsce na biwak, napiął płachtę i wyciągnąwszy z plecaka lornetkę i aparat fotograficzny poszedł przyjrzeć się ścianie. Wyglądała poważnie, ale nie strasznie. Najgroźniejszy wydawał się okap w górnej partii, ale w razie potrzeby dawał się obejść prawą stroną. Kłopoty mogły być też w środkowej części, gdzie nieliczne półeczki były całkiem zasypane skalnym rumoszem, co mogło dowodzić kruchości skały. Zachodzące słońce dało jeszcze dość światła, żeby zrobić dwie fotografie. Chowając aparat stwierdził, że nie używał go ani razu od pobytu w Feldkirch. Stanowczo nie nadawał się na turystę krajoznawcę. Ivette też nie poświęcił ani jednej klatki. No, ale gdzie miał ją fotografować – w maluchu? Czy może w czasie nocnych niespełnionych igraszek na plateau Masywu Centralnego? Albo, gdy w pełnym słońcu uciekała od niego w Tuluzie?
Poczuł się nagle zmęczony, stary i śpiący. Wrócił na biwak, na palniku spirytusowym ugotował chińską zupę, popił piwem z puszki i wsunął się do śpiwora. Wiatr przeganiał gwiazdy przez zachmurzone niebo.
*
Kłopoty zaczęły się w momencie, kiedy stracił już z oczu miejsce, gdzie biwakował. Dokładniej – przewidywana już wczoraj kruchość ściany powodowała, że musiał koncentrować uwagę na sprawach absolutnie podstawowych. Stopni było, owszem, sporo, ale praktycznie każdy trzeba było oczyszczać z piargu, zanim można było postawić nogę. Opóźniało to wspinaczkę i pochłaniało mnóstwo energii. Raz już poślizgnął się parszywie na jakimś kamyku, zawisnął na jednej ręce i długo potem dochodził do równego oddechu. Chciał tę część pokonać bez ubezpieczeń, ale się bał. Miejsc do wbijania haków było niewiele, a i te, które dało się jako tako ulokować, trzymały tylko na słowo honoru.
Słońce powoli zaczęło przechodzić na drugą stronę grani i przygrzewało mu w plecy. Nad nim piętrzył się coraz bliżej okap przewieszki. Podciągając się do następnego chwytu zauważył, że buty odjeżdżają mu ze stopieńka – ściana odpychała go coraz mocniej. Przetrawersował do niezbyt głębokiego żlebu po prawej stronie, który jeszcze wczoraj wypatrzył jako miejsce obejścia okapu i przyczepiwszy się starannie, odpoczywał, ciężko dysząc. Musiał już być dość wysoko, bo potok na dole lśnił jak srebrna nitka, ale w ogóle nie słyszał jego szumu. Daleko na północy ciemniała w lesie dolina, która doprowadzała do schroniska, gdzie stał jego maluszek. Gdzie – miał nadzieję – wieczorem spotka Ivette.
Zasnął wczoraj spokojnie, ani o niej nie pamiętając. W nocy nic mu się nie śniło, rano wypił tylko mleko z puszki, ale za to ogolił się w podgrzanej wodzie mineralnej. Szło mu nie najlepiej, bo dziwnym trafem lusterko zostało na dole. Traf zresztą – zreflektował się – wcale nie był dziwny, kto by zabierał lusterko na wspinaczkę? Jak to kto – przypomniał sobie – Ewa zabierała. Zabierała zresztą mnóstwo niepotrzebnych, a jej zdaniem absolutnie niezbędnych rzeczy, nie tylko zresztą na wspinaczkę. Każdy wspólny wyjazd był poprzedzanym koszmarem pakowania i wywoływanych tym awantur. On brał tylko tyle, ile dało się zmieścić w jeden plecak. Wszystko, co wydawało się zbędnym luksusem – bezlitośnie odrzucał. Zresztą, nie tylko to ich podzieliło.
Ivette pojawiła mu się w myślach gdzieś w połowie ściany, gdy zaczął wbijać pierwszy hak. „Może to wbijanie haka to projekcja niezrealizowanych marzeń seksualnych” – rozbawił się własnym dowcipem i postanowił go opowiedzieć znajomym po powrocie. Wspinał się do celu – celem nie miał być jednakże szczyt, przynajmniej nie Mt. Rouch. „Świntuszę” – skarcił się wtedy w myślach i skoncentrował na parszywych schodkach.
Burczało mu w brzuchu. Miał w plecaku jakąś konserwę i croissanta jeszcze z Tuluzy, ale po pierwsze zemdliło go na takie zestawienie, a po drugie miejsce stanowczo nie nadawało się na restaurację. Wisiał bardziej niż siedział w stromym żlebiku, środkiem którego sączyła się woda. Podstawił dłoń, chcąc się napić, ale zabrało się więcej błota niż wody, więc zrezygnował. Usłyszał warkot i zza grani wyleciała całkiem nisko ratownicza alouette. W pierwszej chwili pomyślał, że to Ivette, najwyraźniej mająca jakieś układy w tutejszej żandarmerii, wysłała mu śmigłowiec na pomoc i zirytowała go taka nadopiekuńczość. Ale przypomniał sobie o poszukiwaniach zaginionej w masywie Roucha turystki i na wszelki wypadek przypadł nisko do ziemi: nie miał ochoty być pomyłkowo wzięty za etranżerkę. A zresztą, wcale nie wiedział na pewno, że było to w tym samym masywie – alouette zatoczyła koło i poleciała na wschód, w stronę Mt. Valier. „Późno się robi” – skonstatował i odwróciwszy się do ściany, zaczął planować dalsze chwyty. Wyglądało na to, że główne trudności już ma za sobą.
Zrezygnował z ubezpieczania się i szybko doszedł do niewielkiego, lekko przewieszonego progu. Było ślisko, po kamieniach spływała brudna woda. Wyciągnął ręce, zacisnął na krawędzi progu i podciągając się, dysząc wydostał się na stopień. Na lewej ręce miał kilkucentymetrową ranę – nie wiedząc kiedy rozharatał sobie dłoń na ostrych kamieniach. Jedynym środkiem opatrunkowym była niezbyt czysta chustka. Wbił hak, prawą ręką przypiął karabinek i zajął się raną. Nie wyglądała groźnie, ale wyssał ją i przewiązał chustką. Krew ciekła umiarkowanie, nie bolało. Zdjął plecak, wyjął rękawiczki i lewą założył na zranioną ręką. Po namyśle założył też prawą. „Lepiej późno niż wcale” – pomyślał i rozejrzał się po okolicy. Żleb niespodziewanie zmienił się w dość głęboki, ale wąski kominek, znów przecięty progiem, który tym razem wyglądał nieco gorzej. Próg miał ze sześć metrów, strome boki nie dawały możliwości obejścia. „No, to się wrąbałem!” – pomyślał i po raz pierwszy spojrzał w dół. Odwrót jeszcze ciągle był możliwy, choć nie wyobrażał sobie, jak mógłby schodzić po tych zapiarżonych półeczkach poniżej poprzedniego progu.
Podszedł bliżej. Przez próg przechodziło ukosem małe zacięcie, które pozwalało na próbę wejścia „na tarcie”, z powodu wilgoci pewno dość iluzoryczne. W zacięciu, z pół metra pod krawędzią tkwił występ skalny, który wyglądał dość solidnie. Skośna półka pozwalała jednak tylko na raczej niepewne postawienie jednej stopy. Druga wisiała sobie w powietrzu i nie bardzo było co z nią zrobić. Podpełznął kilka metrów, znalazł szczelinę w ściance, wbił hak i z niepokojem stwierdził, że zostały mu jeszcze tylko dwa. Przypiął się, podciągnął i jedną ręką sięgnął do skalnego występu. Niestety, lewą.
Zabolało jak licho, ale nie puścił. Natomiast puścił kamień. Zwietrzała skała urwała się i poleciał równo w dół, zatrzymując się na półce u podnóża progu. Pewno zsunąłby się niżej, gdyby nie solidna lina i wytrzymały hak.
Leżał długo, ciężko dysząc. Serce nie chciało się uspokoić, poczuł porządny ból za mostkiem, po chwili doszedł do siebie. Pozbierał się, sprawdził, że wszystkie kości ma całe i podszedł znów do załupy. W miejscu wystającej skały widniała teraz niewielka wyrwa o ostrych krawędziach. Skrócił na wszelki wypadek linę zabezpieczającą, podciągnął się i chwycił obiema już rękami za otwór. Trzymało mocno. Podpełzł wyżej, zaczepił prawą nogą za otwór, lewą ręką sięgnął na krawędź progu i mocnym wyrzutem wciągnął się na próg.
Zdołał zauważyć, że wyżej teren kładzie się w dość strome trawniczki, które prowadzą w partie podszczytowe. W ułamku sekundy można zobaczyć sporo. Lina zabezpieczająca trzymała mocno i niemal przecinając go w pasie zablokowała dalsze wspinanie się, gwałtownie ściągając go z powrotem. Zrobił wahadło, boleśnie uderzając się w prawy bark, powrotne wahnięcie wyhamowując rękami. „Dobrze, że założyłem rękawiczki” – pomyślał, uspokoił lot i zabrał się do wspinaczki po raz trzeci.
Wspiął się, ciężko dysząc, do otworu w załupie. Już nie miał tak ostrych krawędzi, ale też chwyt był mniej pewny. Prawą ręką wypiął karabinek, lina swobodnie opadła w dół, chwycił hak, podciągnął się i przeniósł w górę lewą nogę. Nie chwyciła oparcia. Wyrwany ze stanowiska hak poleciał z brzękiem po ścianie, a on sam nabierając szybkości poleciał w dół progu, już nie zabezpieczony niczym.
Kątem oka dostrzegł zwisającą w rynnie linę. Chwycił ją prawą ręką, wytrzymała ciężar, a on, omal nie wyrywając sobie ramienia ze stawu, zahamował upadek. Już łatwo wspiął się na drugą stronę i opadł na trawki za progiem.
Siedziała tam na jakimś kamieniu, skrzyżowawszy opalone nogi w króciutkich szortach. Lina była porządnie przełożona przez blok i zaasekurowana hakiem. Jak mu się wydawało, w jej oczach nie było widać wielkiego uznania.
– Ivette... Merci...
– Ładnie. Nigdy mnie tak nie nazywałeś. To jakieś pirenejskie zdrobnienie?
Przetarł oczy. Z czoła leciała mu krew. Ewa miała na głowie czerwoną chustkę, obandażowaną prawą rękę i dość umorusaną kurtkę. Uśmiechnęła się i pomogła mu wstać.
– No, nie bój się, wszystko już dobrze. Możesz iść?
– Spróbuję. A ty, skąd się tu wzięłaś?
– Wspinam się po okolicy od kilku dni. Usłyszałam łomot i podeszłam. Rzeczywiście, kiepskie miejsce. Wyżej jest już przyjemniej.
Wzięła go za rękę i poszli schyleni pod naporem wiatru w rejon podszczytowy. Siedli, osłonięci od wiatru, pod solidną skałą, skąd mieli jak na dłoni widok na wschodnie Pireneje i szerokie równiny, z białymi plamami miast. Górą znów leciała alouette, poczuli na twarzach uderzenie powietrza, w uszach hałas, po chwili wszystko ucichło.
– Zbyszku... Jak jest z nami?
– Już dobrze. Zostaniemy razem?
– Być może...
– Przyjechałaś tu dla mnie?
– Być może.
– Czy jeszcze...
– Być może.
Położyła mu głowę na ramieniu, pokazując jednocześnie ręką miasto na wschodzie.
– Widzisz? To Andorra. Jeśli odpocząłeś już po tej stronie, to chodźmy.