JOCKER
Choć z trudem przyznałby się do tego nawet samemu sobie – po prostu zazdrościł Kapitanowi Jackowi. Ta brunetka, wjeżdżająca w bramę koszar i oddawana potem pod jego opiekę, była rewelacyjna. Kilkadziesiąt panienek, przewijających się przez ekran, w strojach niby to komandoskich, ale w gruncie rzeczy niesłychanie seksownych, byłoby ozdobą każdej prywatki. Grubawy Murzyn w białym mundurze i czerwonej czapce niby to na nie wszystkie pokrzykiwał, ale tak naprawdę umiał korzystać z życia. Lepiły się do niego grupowo i było to niesłychanie sympatyczne.
Oczywiście zdawał sobie, że to tylko videoklip, że naprawdę to wszystko na pewno wygląda inaczej, ale choć na parę minut chciałby się tam znaleźć na jego miejscu.
Zaczęło się przed laty, od pasji kinowej. Chodził na wszystkie filmy na jakie go wpuszczano i na większość tych, na które wpuścić go nie chciano. Chłonął ruchome obrazy całym sobą, utożsamiał się z bohaterami głównymi i drugoplanowymi i tak strasznie chciał być tam, w środku. Marzył nawet przez pewien czas o karierze aktorskiej, ale tak mu się życie ułożyło, że nie został aktorem, tylko elektronikiem. Po studiach wrócił do swego małego miasteczka – jedynego miejsca, gdzie miał mieszkanie i rodzinę, gdzie zapewniono mu także całkiem dobrą pracę. Był jedynym liczącym się specjalistą od naprawiania sprzętu elektronicznego, więc nie narzekał ani na brak roboty, ani na brak pieniędzy. Jedyne, czego naprawdę mu brakowało, to miejsce, bo całe niezbyt duże mieszkanie w willi – bliźniaku na skraju miasta zajmowały mu albo narzędzia, albo sprzęty, czekające na naprawę. Nawet myślał już o zatrudnieniu pracownika, ale w miasteczku nie było nikogo, nadającego się choćby do przyuczenia, a z odległej o kilkadziesiąt kilometrów stolicy nikt dojeżdżać nie chciał. Tam rynek w tej branży był jeszcze lepszy.
Parę lat temu został sierotą – rodzice zginęli w tragicznym wypadku, gdy ich jadący na pielgrzymkę do Włoch autobus nagle zsunął się ze skarpy, kilkadziesiąt metrów w dół. Odziedziczył wtedy ten dom i jeszcze niemałe oszczędności staruszków. Nie ożenił się dotychczas – narzeczona z okresu studiów nie chciała przenieść się do miasteczka, wokół nie widział nikogo interesującego, a na wyjazdy do Warszawy i szukanie tam kandydatki na żonę nie miał czasu. Myślał nawet o ogłoszeniu matrymonialnym, ale bał się przypadkowości i związanego z nią ryzyka.
Codziennie wstawał po ósmej, szedł do sklepu po świeże pieczywo, golił się i ubierał starannie i o 10-tej podnosił żaluzje w pokoiku od strony ulicy, gdzie miał swój warsztat. Tam dłubał w telewizorach, aparatach video, wieżach Hi-Fi, odtwarzaczach, rzadziej monitorach komputerowych. Ostatnio doszły do tego kompaktowe aparaty fotograficzne i notesy elektroniczne. Nie zajmował się tylko komputerami, zresztą w miasteczku było ich niewiele i w większości w rękach osób, które same potrafiły zająć się tak softwarem, jak i hardwarem.
O 6 po południu zamykał firmę, spuszczał żaluzje, starannie zamykał okiennice, włączał alarm i szedł na obiad do pobliskiej restauracji, gdzie miał stałe miejsce i stałe względy u właścicieli, którym za darmo lub po kosztach naprawiał całą domową elektronikę. Po obiedzie brał do torebki gotową, przyszykowaną przez restauratorkę kolację i szedł do domu. O 7 wieczór włączał telewizor i wstawał z fotela koło 2 w nocy, czasem później.
Jako jeden z pierwszych mieszkańców miasteczka sprawił sobie antenę satelitarną. Całe wieczory spędzał z pilotem w ręku, szukając najciekawszych filmów czy videoklipów. Potem na biurku w jego prywatnej pracowni stanął komputer.
Prywatna pracownia był to pokój na piętrze, odizolowany od reszty domu dźwiękochłonnymi płytami, mały i przytulny, w którym nigdy nie naprawiał cudzego sprzętu, tylko zajmował się projektowaniem i budową układów scalonych, ciekawych rozwiązań technicznych poprawiających, czy optymalizujących odbiór programu. Do tego właśnie celu sprawił sobie komputer. Potem wszedł w długą fazę gier, w czasie której potrafił całymi dniami wędrować przez pełne niebezpieczeństw labirynty, odkrywać nowe niespodzianki, walczyć z potworami. Wydawało mu się, że ten rodzaj zabawy zaspokaja jego potrzebę bycia bohaterem ekranu, stwarzając jednocześnie możliwość współkreowania rzeczywistości. To od niego zależały losy ekranowych postaci, to jego ruch joystickiem w prawo lub lewo decydował o życiu lub nieistnieniu małego ludzika na ekranie, z którym się utożsamiał. Ale potem zauważył, że choć fantazja autorów programów była niesłychana, to jednak ograniczona programem właśnie. Spośród rozmaitych możliwości wybierał jedną, która mu akurat odpowiadała, ale przecież już wcześniej była przewidziana przez programistę. I na jego określoną decyzję komputerowy przeciwnik mógł zareagować tylko w jeden sposób. Którego on, być może, nie znał, na który nie miał wpływu, ale przy następnym rozegraniu tej sceny już to wiedział. A życie przecież było bardziej skomplikowane. Tak więc gry komputerowe stały się dlań niebawem jak bajka, opowiadana przedszkolakowi przed zaśnięciem: dziecko wiedziało, że wilk wypytawszy Kapturka o Babcię popędzi tam, by przygotować sobie dwuosobową kolację.
W życiu bywało inaczej. W życiu wilk mógł wrąbać Kapturka na dzień dobry, nie interesując się kościstą przekąską w postaci Babci, mógł też uciec przestraszywszy się czerwonego koloru. Mogło go wreszcie w ogóle nie być, bo w tym lesie ostatnie wilki widziano przed I wojną światową. A Kapturek mógł sam spałaszować wszystkie prezenty dla babci, urżnąć się kroplami waleriana i pójść zgwałcić Gajowego. Który zresztą mógł się okazać Gejowym i nic z tego wszystkiego i tak by nie wyszło.
Doszedł też do wniosku, że figurka, którą steruje na ekranie nie jest żadną miarą nim, tylko co najwyżej jego służącym, lub robotem. Mógł nim sterować, ale nie mógł z nim wspólnie przeżywać ludzkich emocji. A więc bólu, strachu, satysfakcji, radości i poczucia spokoju.
Wrócił więc przed telewizor i wszedł w okres fascynacji muzyką. Nie to, żeby oglądał koncerty czy słuchał wykładów Petera Ustinowa o Mozarcie – tego typu statyczne formy nudziły go i po całym dniu skupiania uwagi na drobnych elementach elektronicznych łatwo zasypiał już na początku transmisji. Jego nową pasją stała się muzyka, ilustrowana obrazem, czyli videoklipy. Całymi godzinami potrafił wpatrywać się w produkcje MTV czy Vivy, obserwując z podziwem tak pomysły, techniczną biegłość realizacji, jak i piękne dziewczyny: białe i czarne, zawsze niesłychanie zgrabne, w krótkich spódniczkach i bez spódniczek, prawie zawsze z długimi włosami i pięknymi piersiami. Kilkusekundowe sekwencje zapadały mu w pamięć jak stopklatki na filmie i sprawiały, że w marzeniach i snach coraz częściej budował swoje fantazje właśnie na wzór videoklipów. Także technicznie: budził się rano z pretensjami do siebie, że nawet nie spróbował wyśnić sobie jakiejś bardziej intymnej chwili z najpiękniejszymi nawet dziewczynami, oglądanymi w teledyskach – jak, w końcu, można osiągnąć satysfakcję, podczas ośmiosekundowej sekwencji!
Popołudniami, wracając z obiadu, chodził czasem dłuższą drogą, starając się wymyślić wzorowaną na którymś z klipów akcję w jego miasteczku. Okolica nawet mogłaby być – pofałdowany, lesisty teren, malownicze zakola rzeki, liściaste lasy, jesienią płonące niezliczonymi odcieniami czerwieni i brązu. Tylko zupełnie nie mógł znaleźć bohaterek takiego filmu. Naturalnie, nie znał wszystkich 12 tysięcy mieszkańców. Ale, rzecz jasna, zwracał uwagę na dziewczyny. I jego zdaniem, w miasteczku były dwie-trzy panny o ładnej, niekiedy nawet bardzo ładnej budzi, ale niestety ich figura, łagodnie mówiąc, pozostawiała sporo do życzenia. I była jedna dziewczyna niebywale zgrabna, ale o przeciętnej urodzie, w dodatku uchodząca za głupią, zamkniętą w sobie i stroniącą od towarzystwa. Nie umiał wyobrazić jej sobie w świecie videoklipów.
Mimo wszystko jednak postanowił się z nią poznać. Spotkał ją kiedyś w sklepie spożywczym, wychodziła z torbą zakupów, akurat padał deszcz, a on miał parasol. Podszedł do niej szybkim krokiem, osłonił parasolem i powiedział:
– Odprowadzę cię, bo wszystko ci zmoknie. Mam na imię Paweł i jestem twoim dalekim sąsiadem. Idę w tę samą stronę.
Poszli razem. Mieszkała dwie ulice dalej, nie zaprosiła go do środka, nie zaproponowała przedłużenia rozmowy, tylko niezręcznie przekładając wszystkie siatki z zakupami do jednej ręki, podała mu drugą i powiedziała:
– Zadzwoń kiedyś do mnie. Dziękuję jeszcze raz.
Odwróciła się, otworzyła furtkę i nie patrząc już na niego, weszła do domu.
Wrócił do siebie, myśląc, że rzeczywiście chyba jest głupia – ani nie przedstawiła się, ani nie podała mu numeru telefonu. Ale na drugi dzień, zabierając się do kolejnego zepsutego magnetowidu, w którym trzeba było wymienić tę samą część, co we wszystkich ostatnio naprawianych – spojrzał na sprawę inaczej.
Po pierwsze, w ogóle nie była brzydka. Miała ciekawe rysy, sympatyczną, ciemną oprawę brązowych oczu. Nie malowała się, nosiła fatalną fryzurę, jej nos był duży i lekko garbaty. Wszystkie sprawy łatwe do zatuszowania dla dziewczyny, dbającej o siebie. A ona o siebie zdecydowanie nie dbała. Nie przedstawiła mu się, no bo sam powiedział, że jest jej sąsiadem, starał się sprawić wrażenie, że jest jej znajomym. Numer telefonu powinien zatem sam umieć znaleźć. „A może – pomyślał – powiedziała tak tylko na odczepnego, lub odruchowo, żeby jakoś zakończyć niespodziewane spotkanie?”
Jeszcze tego samego dnia znalazł jej numer telefonu – zapamiętał adres i według niego wyszukał odpowiedni zapis w komputerze, do którego już dawno wskanował książkę telefoniczną. Pod tym adresem figurował jakiś mężczyzna – nie wiedział czy ojciec, czy może mąż Elżbiety. Zadzwonił. Odebrała właśnie ona.
Była mężatką od trzech lat. Pracowała w miejscowej filii banku, skończyła Liceum Ekonomiczne w tym samym miasteczku i teraz studiowała zaocznie na Akademii Handlowej. Miała czteroletnią córkę, którą pod jej nieobecność zajmowali się jej rodzice, od kilku lat będący już na emeryturze. Mąż pracował w Warszawie w prywatnym biznesie i do domu przyjeżdżał tylko na weekendy. Interesował się najwięcej własnym samochodem, nowiutkim audi oraz psem bullterierem. Samochód dostępny był tylko dla niego, podobnie jak pies. Z tym, że psem zajmował się częściej, bo psa można wyprowadzać po pijanemu, a samochodu nie.
Elżbieta bała się psa, bała się samochodu, nie umiała prowadzić, była pełna kompleksów, zastraszona i znudzona zarazem. Jej świat ograniczał się do pracy, zakupów, gotowania obiadów, zabawy z dzieckiem i oglądania telewizji. Raz na miesiąc miała sesję studencką, ale nauki w tym było niewiele. W zasadzie tylko to ją interesowało i tylko o tym potrafiła mówić. Na ogół zresztą mówiła niewiele, wolała słuchać. Zapewne miała świadomość niedostatków swojej urody i intelektu, ale wiedziała też, co ma najlepszego. Jej mini-spódniczki mogły spokojnie trafić do videoklipów.
Ich romans rozwijał się spokojnie, bez gwałtownych wzlotów, zapewne w dużej mierze z powodu męża Elżbiety – nieobliczalnego alkoholika, o niejasnych powiązaniach z mafią, praktycznie nie interesującego się nią zupełnie, ale bardzo zazdrosnego. Dwa-trzy razy w tygodniu widywali się albo u Pawła w domu, albo na spacerach za miastem. Jego tryb życia zmienił się w niewielkim stopniu – zaczął trochę częściej sprzątać.
Mniej więcej w tym samym czasie coraz modniejsze zaczęło być pojęcie „rzeczywistości wirtualnej”. Technika komputerowa, w ślad za coraz większymi pamięciami i coraz szybszymi procesorami, potrafiła wykorzystywać coraz większą ilość danych, co pozwalało na osiąganie coraz większych iluzji. Będąc któregoś dnia w Warszawie na zakupach, Paweł zobaczył nowo otwarty salon gier wirtualnych. Wyszedł stamtąd po godzinie z mętlikiem w głowie. To jeszcze nie było całkiem to, o co mu chodziło, ale już coś bardzo zbliżonego. Po paru dniach sprowadził sobie taką aparaturę z Niemiec, wydając na to majątek, po czym rozebrał ją na części i złożył z powrotem. Obłożył się książkami i na parę dni wyłączył telewizor. Elżbieta przychodziła teraz codziennie – mąż już drugi tydzień siedział na Ukrainie załatwiając jakąś grubszą transakcję, babcia zabrała dziecko nad morze, w banku kończyła pracę o 4 po południu. Nie specjalnie to go cieszyło – lubił z nią rozmawiać, miał wrażenie, że z każdym spotkaniem są sobie coraz bliżsi, ale teraz na rozmowy szkoda mu było czasu. Skrócił godziny pracy warsztatu, robiły mu się zaległości, raz w tygodniu próbował wykonywać remanent zaległych spraw, ale nie na wiele to starczało.
Aparatura rzeczywistości wirtualnej działała znakomicie. Co wieczór ubierał specjalny kask, gogle i rękawice i wyruszał na wędrówkę po labiryntach przeszkód, nawiedzonych zamkach, bajkowych czy historycznych krainach. Złudzenie rzeczywistości było ogromne i co wieczór przeistaczał się w wyimaginowane postacie, wykreowane przez autorów. Bawił się tym znakomicie. Do czasu, aż zaproponował zabawę Elżbiecie. Posłusznie ubrała co trzeba, wysłuchała instrukcji i przez pół godziny emocjonowała się grą. Po czym zdjęła gogle i hełm, ściągnęła rękawiczki i powiedziała:
– Fajna zabawa. Ale nie dałam się nabrać. Niby biegłam spory kawał, ale ani się nie zadyszałam, ani nogi mnie nie bolą. A przecież buty mnie cisną i lewy zrzuciłam. I cały czas czułam, że jest mi w lewą nogę chłodno. Więc pamiętałam, że to tylko zabawa.
Obraził się trochę, jakby to jego skrytykowała i zaczął tłumaczyć, jak to wszystko działa. Słuchała przez chwilę uważnie, potem powiedziała:
– Mówiłeś, że to jest wirtualna, czyli jakby sztuczna rzeczywistość. Ale to nie jest rzeczywistość, to cały czas jest najwyżej złudzenie. W życiu częściej się zdarza, że to ono wpływa na ciebie, a tutaj ty masz luksus wpływania na bieg wydarzeń. Poza tym złudzenie jest tylko częściowe. Jak skręcasz, na przykład, samochodem w lewo, to nie tylko słyszysz pisk opon i widzisz zmieniający się obraz, ale także siła odśrodkowa popycha cię w prawo i, bo ja wiem, wbija ci się w udo drążek zmiany biegów. Mnie przy zakrętach jeszcze robi się niedobrze. A tu nic z tego. Obraz, dźwięk i tyle. A co mówić o jakichś większych wrażeniach? Ból, strach, emocje, podniecenie? Jak z tym?
Poszli potem do łóżka i kochali się zupełnie realistycznie, a on myślał, że jeszcze niedawno uważał ją za głupią i bezwolną kurę domową. Zewnętrznie też się zmieniła. Zależało jej, więc i potrafiła się umalować, i ubierała się bardziej interesująco, w tym zresztą miał swój udział, pokazując jej w magazynach i na klipach stroje, które mu się podobały. Wciąż była dość małomówna i w zasadzie nie odzywała się nie pytana, ale dla niego przynajmniej stała się atrakcyjną kobietą. Żałował tylko, że ich związek nie ma szans na dalszy rozwój i musi go starannie ukrywać.
Na drugi dzień odłożył wszystkie książki, pootwierał okna i zabrał się do pracy od nowa. Najpierw określił, do czego zamierza dążyć i co osiągnąć. Chciał stworzyć pełne złudzenie rzeczywistości, to znaczy taką sytuację, w której i on mógłby wpływać na to co się dzieje, i to, co się dzieje, mogłoby wpływać na niego, na to co on widzi, słyszy i czuje. Jedynym miejscem, gdzie spotykają się sygnały wejścia i wyjścia, jest mózg. Ponieważ widziane na ekranie wiązki elektronów, rysujące obraz najdzielniejszych bohaterów czy najpiękniejszych dziewcząt, nie mają mózgu, zatem wszystko musiałoby odbywać się u odbiorcy. Czyli w jego mózgu.
Mąż Elżbiety wrócił z Ukrainy mocno zmarnowany i przez dobrych kilkanaście dni nie opuszczał domu, stąd też ich spotkania mocno się zredukowały. Elżbieta powróciła do dawnego, nieefektownego wyglądu, była wymizerowana, o sytuacji domowej nie chciała mówić. Prawdę powiedziawszy, i wcześniej temat ten w ich rozmowach pojawiał się nader rzadko – była wobec męża niesłychanie lojalna i zawsze uważała, że jej osobiste problemy ani nie są przyczyną, ani nie powinny być tłem ich romansu. Podzielał ten pogląd.
Odszukał na Akademii Medycznej dawnego kolegę z liceum, który był jednym z wybitniejszych neurologów. Przez parę dni uczył się o rytmie alfa, beta i theta, o aktywności kory mózgowej, o mechanicznych i farmakologicznych sposobach pobudzania ośrodków poszczególnych zmysłów wprost w mózgu, po czym wrócił do domu i rozpoczął projektowanie małego urządzenia nadawczo-odbiorczego, które miało rozpoznawać sygnały, zwykle docierające do wszystkich zmysłów i przekazywać je po odpowiedniej modulacji wprost do mózgu. Drugą częścią aparatury były wszystkie tradycyjne dla gier wirtualnych czujniki sterujące obrazem. Dodał jeszcze możliwości przekazywania dźwięku i sterowania nim w obie strony i uznał, że to wszystko, co można przewidzieć teoretycznie. Potem zaczęło się mozolne gromadzenie części, dobieranie parametrów i montaż.
Mijały tygodnie, a on, mogąc poświęcić na swoje hobby tylko kilka godzin dziennie, ciągle był daleko od celu. U Elżbiety działo się nie najlepiej. Jej mąż, co prawda, odreagował już Ukrainę i wrócił do cotygodniowych wyjazdów, ale często dzwonił, zlecał jej jakieś dziwne zadania i sprawiało to wrażenie, jakby koniecznie chciał i ją wplątać w swoje niejasne interesy. Paweł spytał ją kiedyś wprost:
– Nie próbowałaś dowiedzieć się, o co chodzi?
– Nie. Jeszcze nie zgłupiałam. Za dużo wiedzieć w tej branży to prosta droga do kicia. Albo do ziemi.
– Słuchaj, a może spróbowałabyś zmienić to wszystko, radykalnie? W końcu, nie chodzi tu tylko o ciebie, także o dziecko. O mnie też.
– No, a jak to sobie wyobrażasz? On wraca do domu, a ja mu mówię: proszę cię, kochanie, usiądź, zrobię ci kawy, musimy porozmawiać. Widzisz, jest taka sprawa – mam kogoś innego, więc bądź uprzejmy się wyprowadzić i dać mi rozwód?
– No, na przykład.
– Nigdy tego nie zrobię.
Poczuł się głupio. Jasne, że to trudne, ale ile to razy zapewniali się wzajemnie, że to właśnie będzie ich cel, że chcą zostać razem? Na pewno nie mógł jej zapewnić takiego standardu życiowego, jak tamten, ale za to z nim nie groziłyby jej nocne wizyty policji czy pilne zostanie wdową z powodu nierozliczonych rachunków. Domyślał się, że w grę wchodziły też czynniki psychologiczne: co powiedzieliby jej rodzice, co powiedzieliby ludzie w miasteczku? On miał to gdzieś, ostatecznie mogli sobie wyjechać gdziekolwiek – i on, i ona mieli pracę, którą można wykonywać wszędzie. Wzruszył ramionami.
– Dobrze, rozumiem. W końcu, taki status, jaki mamy, już się sprawdził i nie wymaga niczego, poza odrobiną ryzyka. OK, nie mówmy o tym.
Odwróciła się, podeszła do okna, za którym szumiał wiosenny deszcz.
– Nic nie rozumiesz. Chciałabym rzucić to wszystko w diabły i zostać z tobą. Ale po prostu nie mogę.
– A jak on sam to zrobi?
– Nie zrobi. Ale jakby on chciał odejść – na pewno nie będę go zatrzymywała.
Gdzieś koło maja urządzenie było prawie gotowe. To znaczy, nie miało jeszcze odpowiedniej estetyki, po prostu kupa złomu elektronicznego, połączonego metrami kabli, bez żadnego kształtu. Nad tym, jeśli wszystko zadziała prawidłowo, będzie się zastanawiał potem.
Czytnik zrobił w postaci nakładki na ekran, przypominającej filtr monitora komputerowego. By można było odczytywać elektroniczne „doznania” głównego bohatera, czy po prostu jednej, wybranej postaci, dorobił coś w rodzaju pióra świetlnego, które po dotknięciu sylwetki na ekranie wzmacniało jej sygnały w stosunku do tła dwudziestokrotnie.
Pierwsze próby zaplanował na czwartek. Elżbieta wyjechała z mężem do stolicy, podobno na większe zakupy do jednej z dużych hurtowni, w której jej mąż miał udziały. Pracę skończył koło piątej, z obiadu zrezygnował, więc koło szóstej po południu zaczął wszystko montować. Zaciągnął story, bo zachodzące słońce świeciło prosto w ekran i usiadł na fotelu przed telewizorem. Wszystkie urządzenia miał pod ręką na stoliku.
W ostatniej chwili postanowił przeprowadzić próbę na czymś mniejszym i będącym pod kontrolą. Znalazł na półce taśmę video, którą kilka dni temu nakręcili z Elżbietą podczas spaceru nad rzeką. Wiosenna zieleń, płynąca szybko woda i oni oboje – dość zachłannie zapamiętujący na taśmie własne zachowania, odczucia i gesty. Mieli z sobą statyw i sporo filmowali się razem, ale przeważnie ona trzymała kamerę, nie chcąc znaleźć się sama na taśmie. Twierdziła, że źle wychodzi na zdjęciach, w czym zresztą nie miała racji, nieraz myślał, że po prostu bała się materialnych dowodów ich związku.
Wybrał fragment, w którym szedł przez łąkę prosto w stronę wody. Nałożył hełm i gogle, czerwona dioda zasilania świeciła jasno na pulpicie, nacisnął klawisz „start”.
Prawa noga wjechała mu w jakąś błotnista maź, zaklął po angielsku:
– O, shit!
Elżbieta zaśmiała się.
– Naprawdę? A ja myślałam, że to tylko błoto. Idź prosto w stronę rzeki. I uśmiechnij się do mnie trochę.
Czuł wiatr na twarzy, słońce pomału zachodziło, dyskretnie spojrzał na zegarek – za dwadzieścia siódma, musieli już wracać, Ela obiecała matce odebrać dziecko przed dobranocką. Pomachał do niej ręką, zawołała:
– Czekaj tam, gdzie jesteś, nie ruszaj się. Biegnę do ciebie!
Zostawiła kamerę na statywie, zdjęła buty i boso pobiegła przez łąkę. Rozłożył szeroko ręce i już po chwili miał ją przy sobie. Poczuł na wargach gorący smak jej ust, objęła go mocno za szyję i już po chwili leżeli na mokrym piasku, bo nie utrzymał ciężaru ich obojga. Złapali oddech i zaczęli się śmiać, Elżbieta podniosła się pierwsza otrzepując wilgotny piach – na jasnej sukience zostały mokre ślady. Chwyciła jego rękę, przekręciła sięgając do zegarka.
– Musimy lecieć do domu. Wyłącz kamerę!
Wytrząsnął piasek z butów, podszedł do statywu, nacisnął czerwony guzik. Na ekranie pojawiły się szare pasy, potem wszystko znikło. Zdjął hełm i gogle, przetarł oczy.
Złudzenie było pełne. Nie, więcej – złudzenia w ogóle nie było. Ani przez moment nie miał świadomości, że uczestniczy w jakiejś grze. Po prostu był tam, czuł wszystko, widział i słyszał. Właśnie, słyszał?
Poodłączał wszystkie kable, cofnął magnetowid do wyzerowanego wcześniej punktu, od którego zaczął transmisję i tradycyjnie nacisnął „play”. Zobaczył swoją sylwetkę na łące, widział, jak się potknął na błotnistym kretowisku, jak zatrzymał się nad rzeką i pomachał do Elżbiety, jak jej sylwetka dopiero po chwili pojawiła się w kadrze. Ani słowa – mikrofon był wyłączony, zwykle zresztą filmowali na cicho. A przecież przed chwilą słyszał wszystko! Więcej – widział, jak Elżbieta ściągała lekkie pantofelki, nie chcąc ich zamoczyć na łące, jak rzucała je obok statywu – a to wszystko działo się poza obrębem widzenia kamery!
Oczywiście, sam fakt, że to on był postacią pierwszoplanową na filmie, który posłużył teraz do eksperymentu, uniemożliwiał zobiektywizowanie wyników: mógł zapamiętać w podświadomości słowa, które wówczas padały, mógł zapamiętać też ten pozakamerowy gest Elżbiety, a teraz sobie to wszystko uświadomić i niejako dorysować do widzianego obrazka.
Ubrał marynarkę i nie zamykając drzwi przeszedł do sąsiada z drugiej części domu. Wiedział, że mają kamerę i sporo jeżdżą.
– Panie Zubek, niech pan mi łaskawie na moment pożyczy jakąkolwiek taśmę. Ale nie może to być nagranie kupne, tylko zrobione amatorsko, najlepiej przez pana.
– A co się stało, panie Pawełku, magnetowid wysiadł?
– No, coś w tym rodzaju, muszę zrobić pewien test. Za dziesięć minut oddam.
Sąsiad podreptał do salonu, wyciągnął taśmę ze sterty innych.
– Masz pan, panie Pawełku, możesz pan sobie nawet skasować, nie zależy mi. Parę lat temu byłem z córką w Krakowie i trochę na Wawelu filmowaliśmy, ale pogoda była nie najlepsza, a w środku nie dali robić zdjęć, znaczy za droga była opłata, więc zrezygnowaliśmy.
Wziął taśmę, zmontował aparaturę i już chciał ubierać swoje manele, ale uświadomił sobie, czego w tym wszystkim brakuje. Złudzenie przeniesienia na drugą stronę ekranu było tak potężne, że ani przez moment nie pamiętał, że naprawdę jest tu, a nie tam. Więc sam nie miał kontroli nad aparaturą. Nie wiedział, jak zachowa się w nieznanej sytuacji, nie wiedział też, jakie mogłyby być skutki ewentualnej awarii aparatury. Szybko znalazł w szufladzie jakiś sterownik czasowy, podłączył zasilanie za jego pośrednictwem i nastawił wyłącznik na automatyczne odłączenie prądu od aparatury wirtualizującej za pięć minut. Włączył video. Na ekranie zobaczył pana Zubka z 12-letnią wówczas Kasią, wędrujących stromą, brukowaną ulicą. Filmowała zapewne pani Zubkowa, bo niewprawna ręka nieco się trzęsła i obraz lekko drgał. Sięgnął po wskaźnik i poprzez czytnik z metalowej siatki dotknął na ekranie zażywnej postaci sąsiada. Na stoliku z aparaturą nacisnął„start”.
Było stromiej, niż myślał. Kaśka naprawdę powinna iść wolniej, jeszcze się zgrzeje, a matka nic nie mówi, pewno sama chciałaby, żeby on się przed córką skompromitował. W końcu przestał się przejmować, stanął pod murem i ciężko dysząc, patrzył w perspektywę Stradomia. Po prawej zielono-wiśniowa winorośl porastała całą ścianę. Kaśka doszła już do matki, która odwróciła kamerę w stronę, w której, jak przypuszczał, była Wisła. Po chwili i on dołączył do nich, oddech jakoś mu się uspokoił, pewno dlatego, że zrobiło się płasko.
– Daj, Haniu, kamerę. Odejdźcie kawałek w tamtą stronę, tam musi być wejście.
– Tylko pospiesz się, tato, zaraz zacznie padać.
Po chwili doszli do kasy, kupili trzy bilety.
– A kamera? – spytała kasjerka – Chce pan filmować?
Spojrzał na obie kobiety. Patrzyły na niego wyczekująco.
– Dobrze, zapłacę, będzie przynajmniej pamiątka.
Wziął cztery kwitki i odeszli w stronę dziedzińca.
– A mówiłeś, że szkoda ci pieniędzy?
– Dla was nie szkoda.
Zrobiło się ciemno, poczuł, że jest mu duszno w hełmie. Ściągnął go, aparatura była wyłączona, na ekranie przewijały się obrazki z komnat królewskich.
Cofnął taśmę, obejrzał jeszcze raz, tym razem bez wirtualizacji. Pan Zubek dzielnie podchodził ulicą Zamkową, po chwili pani Hania i Kasia dreptały w stronę dziedzińca. Nikt nic nie mówił. Sceny przed kasą nie było – od razu widać było dziedziniec, potem komnaty.
Zastopował, cofnął jeszcze raz, włożył hełm i gogle i włączył aparaturę, nie zapominając o wyłączniku czasowym. Szedł znacznie lepiej niż poprzednim razem, choć nadal pot zalewał mu oczy. Zatrzymał się przy murku, ale tylko na chwilę, rzucił okiem na winorośl, przejął kamerę, podeszli do kasy, poprosił o trzy bilety do komnat.
– A kamera? – spytała kasjerka – Chce pan filmować?
Spojrzał na obie kobiety. Patrzyły na niego wyczekująco.
– A ile to kosztuje?
Kasjerka wymieniła sumę, zawahał się.
– A może tylko do skarbca i zbrojowni, czy to będzie taniej?
– Tak, proszę pana – w głosie kasjerki wyczuł drwinę – O połowę.
– To poproszę.
Wydało mu się, że córka wzruszyła ramionami i popatrzyła na niego niechętnie.
– Szkoda ci na nas pieniędzy?
Automat wyłączył wirtualizację. Na ekranie pani Hania i Kasia pokazywały ręką Szczerbiec. Jeszcze raz cofnął taśmę. Wyglądało na to, że wstecznie jest w stanie wpłynąć na bieg wydarzeń, utrwalanych na taśmie. Postanowił rozstrzygnąć sprawę, proponując zupełnie inny przebieg wydarzeń.
Włączył „start”. Tym razem w ogóle się nie zatrzymał przy murku nad Stradomiem, podszedł do pani Hani, minął kamerę i wziąwszy Kasię za rękę, zatrzymał się przed widokiem na Wisłę, koło Smoczej Jamy.
– Chcesz tam wejść?
– Pewnie, tatusiu.
Podeszli do wejścia, ale okazało się, że dziś nieczynne. Przy kasie zapytał:
– Czy będę mógł filmować we wnętrzu?
– Niestety, proszę pana, tylko na dziedzińcu. W środku filmowanie jest zabronione.
– Nawet za osobną opłatą?
– Niestety, tak. Bardzo mi przykro. Trzy bilety?
Wyglądało na to, że to było to, o co chodzi. Oddał kasetę sąsiadowi, wrócił do domu, zrobił sobie kolację i jedząc kanapki, zaczął oglądać „Wiadomości”. Z głupia frant założył aparaturę, nastawił wyłącznik i dotknął wskaźnikiem sylwetki lektora.
Było okropnie gorąco. Dokończył czytane zdanie, na monitorze przed nim pojawił się filmowy reportaż, w słuchawce, która cisnęła go w uchu usłyszał:
– Dwie minuty setka. I popraw sobie krawat, przekrzywił się.
Odwrócił się do spikerki.
– Marta, popraw mi krawat.
Pochyliła się do niego, poprawiła węzeł, pogłaskała go po ręce.
– Już dobrze.
– Uwaga, 15 sekund. Marta wchodzi!
Światełko na kamerze przed Martą zaświeciło się na czerwono, zaczęła czytać. Pod kamerą tekst przewijał się na prompterze, widział go niewyraźnie, bo pod kątem, rozejrzał się po studio: było pełno ludzi, duszno, za szybą migały światła monitorów. Spojrzał na zegarek. Jeszcze parę informacji, sport i będzie mógł jechać do domu. Ciekawe, czy Elżbieta już wróciła z Warszawy?
Pstryk. Wyłącznik czasowy zadziałał. Zdjął aparaturę, wyłączył telewizor. Musiał to sobie przemyśleć.
Wyglądało na to, że pokonawszy wszystkie bariery techniczne natknął się na pewien problem psychologiczny. Otóż niespodziewanie następowała interakcja między jego mózgiem a czymś, co w postaci wiązki elektronów udawało człowieka na ekranie. Odnosił wrażenie, że przenosił się realnie do tamtej rzeczywistości, że stawał się tamtym kimś. Ale nie całkiem – no bo przecież jako spiker myślał w wolnej chwili o Elżbiecie. Czy jest możliwe, żeby facet w telewizorze też romansował z kimś o tym samym imieniu? Niemożliwe, bo pamiętał, że chodziło o Elżbietę, która ma wrócić z Warszawy. A spiker przecież był w Warszawie! Czyli, że zachowywał tam, po drugiej stronie, część własnej świadomości. To otwierało wielkie możliwości.
Naturalnie, mogło być i tak, że mu się to wszystko wydawało. Albo, że zwariował.
Wykręcił numer do Elżbiety. Odebrała natychmiast.
– Przyjdź do mnie, jest coś bardzo ważnego.
– Nie mogę, nie wróciłam sama. Nie mogę rozmawiać, mąż jest w łazience.
– To jutro. Czy możesz przynieść jakąś taśmę video, na której jesteś razem ze swoim mężem?
– On nie lubi się filmować. Ale jedną mam. Przyniosę. Do jutra.
Odłożyła słuchawkę. Pomyślał sobie, że skoro zmieniona na skutek jego postępowania tamta, taśmowa rzeczywistość pozostawała na nagraniu (pan Zubek naprawdę nie filmował komnat, a na filmie komnaty były jak byk w pierwszej wersji), to może i jakieś przekazy myślowe dadzą się utrwalić, i potem przenieść do czyjegoś mózgu. A więc, czy nie byłaby to jakaś metoda na tego gangstera?
Na razie eksperymentował z wirtualizowaniem, by tak rzec, rzeczywistej rzeczywistości. I na taśmach, i w „Wiadomościach” wcielał się w żywych ludzi. Nie potrafił przewidzieć, czy taki sam eksperyment uda się w przypadku filmów. Czy wcieli się w postać, czy w aktora? Czy w Kmicica, czy w Olbrychskiego? A kim byłby w kreskówkach? Kaczorem Donaldem, czy Waltem Disneyem?
Włączył telewizor i nastawił na Vivę. Coraz lepiej szło mu uruchamianie sprzętu, nie zapomniał o czasowym wyłączniku, wziął do ręki wskaźnik. Piosenka Maxi Priesta i Shaggiego „That girl” wydawała się zupełnie obiecująca.
Dziewczyna, z którą tańczył, była znakomita, ale zupełnie nieobecna. Przytulała się do niego, głaskała go po uchu, ale jakimś cudem widział, że za jego plecami patrzy na zegarek, czekając na zakończenie ujęcia. Pogłaskał ją po głowie i zaraz znalazł się w szpalerze jednakowo ubranych, czy może raczej – rozebranych modelek. Śpiewał i maszerował przez chwilę, wreszcie zszedł z planu, kamera przeniosła się na wysoką blondynkę w długim płaszczu, rozrzucającą towary po supermarkecie. Zabrzmiały końcowe akordy, klip się skończył. Wypatrzył w grupie tańczących dziewcząt zgrabną brunetkę z szopą kręconych włosów i podszedł do niej, trzymając w ręku marynarkę.
– Wychodzisz już?
– A co mam tu jeszcze robić? Chcesz mi postawić drinka?
– Bingo.
– Zaraz schodzę, tylko nie mogę znaleźć torebki – grzebała w stosie ciuchów.
– Czekam w barku przy dolnym studiu. A jak ci na imię?
– A co, nie znasz mnie? Dla ciebie może być Janet.
Odwrócił się i odszedł. Wszystko znikło. Wyłącznik.
Wyglądało na to, że dostawszy się „na drugą stronę” zyskiwał pewną, ograniczoną samodzielność – działał tam dalej, po zakończeniu emisji teledysku. Sytuacja wyglądała na skomplikowaną, bo realizował naraz trzy role: postaci kreowanej, aktora i siebie samego. „A co by było, gdyby wyłącznik nie zadziałał?” – zaczął się zastanawiać. „Czy poszedłbym z Janet do łóżka?”.
Elżbieta przyszła następnego dnia wczesnym popołudniem, właśnie wtedy, gdy próbował upakować całą aparaturę do obudowy hełmu. Zastanawiał się cały dzień, czy zrobić wielki szum, czy zachować odkrycie dla siebie. Miał przeświadczenie, że sprawa jeszcze wymaga długich badań, na które nie miał pieniędzy. Trzeba było ją przetestować wśród innych ludzi, których także nie miał.
Elżbieta przyniosła taśmę. Nie powiedział jej o swoich zamiarach, tylko zaproponował, żeby pod jego okiem „przejechała się” w wirtualną rzeczywistość. Tym razem najpierw wspólnie, jakby komisyjnie obejrzeli kilkuminutowe nagranie. Kręcił ktoś z rodziny – szła z mężem przez rynek Starego Miasta, mąż rzucał gołębiom okruchy, ona trzymała dziecko za rękę, poprawiała na głowie duży kapelusz i wyglądali jak wycieczka z prowincji zwiedzająca stolicę. W pewnym momencie w kadrze znalazł się wysoki mężczyzna, mąż odwrócił się do kamery i zamachał ręką, obraz się urwał. Potem leciały już widoczki znad Wisły, z małą Alą na pierwszym planie, bez udziału dorosłych – filmowane przez samą Elżbietę. Kilkakrotnie przez kadr przewinęła się jej siostra, męża już nie było. Cofnął taśmę.
Włożył jej hełm, poinstruował szczegółowo na co ma zwracać uwagę, włączył stoper. Elżbieta dotknęła na ekranie swojej sylwetki, nacisnął „start”.
Obserwował jednocześnie ekran i ją. Siedziała na fotelu bez najmniejszego ruchu, wyglądała na śpiącą lub zemdloną. Na ekranie zauważył od razu różnicę – więcej widać było jej męża i córkę, mniej ją. W pewnym momencie zdjęła kapelusz. Włosy rozsypały się jej na plecach, pochyliła się nad dziewczynką i założyła jej kapelusz na głowę. Przestraszone nagłym ruchem dziecko szarpnęło się do tyłu i upadło, widać było, że płacze, mąż podniósł małą i wymachiwał rękami do Elżbiety, stadko gołębi poderwało się z ziemi, pojawił się wysoki mężczyzna. Zadziałał wyłącznik.
Elżbieta otworzyła oczy, zdjęła hełm, odruchowo poprawiła włosy.
– To jest coś niesamowitego. Po prostu byłam tam. Częściowo ja tym sterowałam, częściowo działo się samo, a może nawet wbrew mnie – przecież nie chciałabym, żeby Ala się przewróciła. I pamiętam świetnie – nic takiego nigdy nie miało miejsca.
– Może kiedy indziej, w innych okolicznościach? Może zapamiętałaś to i teraz wyciągnęłaś z podświadomości.
– Nie, nigdy. Wymyśliłam to sobie, ale też nie do końca.
Cofnęli taśmę, obejrzeli oboje. Utrwalone było to, co ostatnio widział. Przeprosił Elżbietę, usiadł na jej miejscu, założył hełm, nastawił wyłącznik.
– Przesiadam się w twojego męża. Może coś poprawię.
– Słuchaj, Paweł, daj spokój, przecież on tę taśmę może kiedyś obejrzeć i...
Już jej nie słuchał. Wybrał na ekranie postać męża Elżbiety, nacisnął „start”.
Słońce było jasne, za jasne, jak na jego samopoczucie. Głowa pękała mu po wczorajszym bankiecie, żałował teraz mocno, że dał się namówić na tę rodzinną wycieczkę. Elżbieta szła obok, trzymając dziecko za rękę i wszystko to wyglądało dość obrzydliwie. Stanowczo nie nadawał się do roli poczciwego tatusia. Żona zdjęła kapelusz, zaczęła się wachlować nim z gorąca. Odszedł parę kroków, wyciągnął z kieszeni kawałek bułki, którego mała nie zjadła na drugie śniadanie, pokruszył, rozsypał. Gołębie zleciały się wielką chmarą. Monika zawzięcie filmowała jego żonę z córką, po chwili skierowała kamerę na gołębie, on popatrzył na Elżbietę. Coś trzeba będzie z tym zrobić, takie życie zupełnie nie ma sensu. Nagle zirytowało go szalenie to, że dziś jest czwartek, a on, zamiast wracać od razu do swego warszawskiego domu, o którym naturalnie jego żona nie miała pojęcia, będzie musiał ich odwozić do miasteczka. I nie wiadomo, czy zdąży wrócić na kolację – a Grażyna obiecała na wieczór wspaniałe przyjęcie w niewielkim, ale sympatycznym gronie. „Elżbieta w życiu nie da mi rozwodu, albo wyżyłuje mnie do ostatniej złotówki” – pomyślał – „najgorsze, że adwokaci musieliby określić stan majątku do podziału, a tego kumple by już nie tolerowali. Gdyby i ona miała kogoś na boku, jej by zależało i poszłaby na ustępstwa. Ktoś mówił, co prawda, że widział ją z jednym takim, ale kto by ją chciał...”.
Mariana dostrzegł od razu, jak tylko pojawił się na płycie rynku. Zamachał do niego, dając mu do zrozumienia, że podejdzie do niego za chwilę, ale on, jak zakochana pensjonarka niemal podbiegł, wpadając dokładnie w obiektyw kamery. Człowiek, którego twarz była największą tajemnicą w rejonach na zachód od Warszawy!
– Wyłącz kamerę! – syknął do Moniki.
Zdjął hełm, wyciągnął nogi.
– Znakomicie, chyba poprawiłeś wszystko. Zdaje się tylko, że mąż nie odchodził tak daleko do tych gołębi, ale tego już na pewno nie pamięta. To jest znakomita sprawa. I co dalej z tym?
Na to pytanie już nie umiał odpowiedzieć. Sprawa była nadal skomplikowana i chyba nie nadawała się do upowszechniania. Najpierw jednak trzeba dokończyć prywatnego eksperymentu.
– Przy jakiejś okazji zorganizuj, żeby mąż obejrzał tę taśmę. Może to pomoże w naszych sprawach.
Machnęła ręką.
– Teraz prawie nigdy go nie ma. Ja myślę, że on ma mnie dość. Ale nie rozwiedzie się w życiu, z powodów biznesowych.
Przełączył telewizor na program muzyczny. Odruchowo założył hełm, nastawił wyłącznik, spojrzał na ekran. Znakomita muzyka zespołu Bone Thugs-n-Harmony ekscytowała go od momentu, gdy pierwszy raz zobaczył klip „Tha Crossroads”. Wizerunek człowieka, niosącego śmierć, Murzyna w ciemnych okularach i czarnym skórzanym płaszczu był fascynujący. Jego droga przez miasto, w czasie której niejako „sprząta” dusze zmarłych czy przyspiesza śmierć słabych kończyła się długim pochodem biało ubranych duszyczek na szczyt góry o dziwnym kształcie, skąd mężczyzna z duszą dziecka na ręku odlatywał w przestworza. Na ekranie wysoki Murzyn o kamiennej twarzy podchodził właśnie do dwóch starszych ludzi, grających w karty. Pochylił się i dotknął wskaźnikiem ekranu. Włączając „start” spojrzał na Elżbietę. Obraz mignął i w tym samym momencie zmieniła się sekwencja. Nie zauważył tego, bo patrzył na nią. Trzymała rękę przy ustach, widział przerażenie w jej twarzy.
Miał w ręku trzy karty: dziesiątkę, piątkę i szóstkę, którą właśnie dokupił. Był pewien, że wygra. Stawka nie była wysoka, ale zasiłek socjalny, jaki dostawał był także niewielki i każda suma pomagała przetrwać. W dodatku czuł się ostatnio nie najlepiej i sporo kosztowały lekarstwa.
– Sprawdzam – niepewnie powiedział Jammie, z którym niemal co popołudnie spotykali się tu właśnie, na słonecznej stronie jednej z ulic Harlemu. I właśnie wtedy na stolik padł cień.
Już wcześniej widział, jak wysoki mężczyzna w ciemnych okularach i skórzanym płaszczu przechodzi mostem nad ulicą. Teraz wyraźnie zbliżał się ku nim. Poczuł niepokój koło serca. Nie znał człowieka, nie miał powodu bać się obcych, mimo tego bał się coraz bardziej. Dookoła narastała dziwna muzyka, której źródła nie potrafił zlokalizować. Na pewno nie grali jej w knajpce, przed którą siedzieli.
– No, dalej, Murphy, pochwal się, co tam masz, nie bój się! – zachęcał go Jammie.
Położył karty na stole, ale ani on, ani Jammie nawet na nie nie spojrzał. Wysoki Murzyn stanął przy nim, wyciągnął rękę i bez słowa popchnął go dwoma palcami w czoło. Odchylił się razem z krzesłem do tyłu, poczuł piekący ból za mostkiem, oczy zasłoniła mu ciemna mgła.
Usłyszał, jak Elżbieta wyłącza wszystko, hełm spadł na podłogę i leżał obok niego, krzyczała coś do telefonu, ale słów nie rozumiał, bo mówiła w jakimś nieznanym mu języku. Po chwili za oknem rozległa się syrena karetki pogotowia.