BAL U GUBERNATORA
Prowadzę już drugą godzinę, a dwójka Anglików grajda się powoli w coraz bardziej sypkim śniegu, którego wbrew logice zaczyna przybywać w miarę wzrostu stromizny i wysokości. Właściwie już dawno, powyżej 3 tysięcy metrów, powinno być twardo i skalisto, a tymczasem czekan w zasadzie jest bezużyteczny, raki też ledwo znajdują punkty zaczepienia. Oceniam, że do samego szczytu mamy jeszcze z pół godziny, ale w zasadzie nie warto się tam pchać – wiatr na grani musiał wywiać śnieg na drugą stronę, jako że wspinamy się po nawietrznej. Pod szczytem widzę lekko pochyłą płasienkę, stamtąd można będzie zacząć zjazd. Śnieg nie robi najlepszego wrażenia, ale poza kilkunastometrowymi ześlizgami, możliwe, że nieprzewidzianymi, nie powinien sprawić kłopotów. Musimy przewinąć się na drugi, ocieniony stok, bo zamierzamy dojechać do miasteczka po francuskiej stronie grani. Nie wiem, jak tam będzie, konfigurację terenu znam tylko z letniej wspinaczki. No, ale nikt nie powiedział, że będzie łatwo, zresztą narciarstwo ekstremalne, zwłaszcza w Alpach, nie jest rozrywką dla grzecznych dziewczynek.
Tych dwoje Angoli stanowczo jest za starych i na moje oko zbyt mało doświadczonych, jak na ten teren. Zgłosili się do mnie w Wiedniu, poleceni przez mojego przyjaciela Juraja z ambasady Słowacji, więc zupełnie mi nie wypadało odmówić, zwłaszcza, że powołali się na jakąś dawną reklamę mojej firmy, w której zrozumieli tylko jeden slogan: Nie ma trudnych dróg – są tylko kiepscy przewodnicy. My zaprowadzimy cię wszędzie. No więc, kiedy zażądali zorganizowania im zjazdu z tej samotnej iglicy, nie mogłem się wycofać. Nie mogłem jednak powstrzymać się od złośliwości:
– A nie myślałeś o Matterhornie, żeby stamtąd wykonać jakiś mały szusik?
Peter, bo tak miał na imię, kiwnął głową i powiedział:
– Mieliśmy i taki pomysł, ale Cynthia stwierdziła, że może zrobimy to w przyszłym sezonie. O tobie mówią, że zjechałbyś nawet z Wieży Eiffla, gdyby było tam dość śniegu, czy to prawda?
Wzruszyłem ramionami, chyba jednak wyspiarskie poczucie humoru różni się nieco od kontynentalnego, i zabrałem się do obmyślania trasy. No i teraz dochodzimy do tej płasienki. Peter zamyka nasz tramwaj, niosąc dwie pary nart, jakieś dziwnie składane kijki i wielki plecak. Nie dał się namówić, żeby ciężar równomiernie rozłożyć i dać coś do niesienia kobiecie. Na poprzednim postoju, kiedy wróciłem do tego tematu, stwierdził krótko, że Cynthia jest w ciąży i nie może się przemęczać. Podchodziliśmy właśnie na 3500 metrów, czekał nas kilkunastokilometrowy zjazd, częściowo w terenie ekstremalnie trudnym, w żlebach czaiły się lawiny, kilkadziesiąt metrów musieliśmy pokonać w kamienistym, niemal pionowym kuluarze – a ten mi teraz mówi, że kobitka jest w ciąży. O, really? Congratulations! – powiedziałem, podziękował, a ja pomyślałem sobie, że może ona jest w ciąży od wczoraj.
Gramolę się na śnieżny trawnik, na szczęście nie ma nawisów ani lodowych wąsów i tracąc ich z oczu odchodzę jak najdalej od krawędzi. Pod ścianą szczytową porywisty wiatr nieco cichnie. Usiłuję wbić czekan w osypujący się śnieg, udaje mi się to za trzecim razem, asekuruję ich starannie, bo już parę razy udało się im stracić równowagę, na szczęście bez złych następstw ugrzęźli w zaspach, ale pociągnęli mnie zdrowo, ledwo ustałem. Pełnego słońca nie ma, mgły na szczęście też, rzadkie chmury przemykają na wysokości szczytu, ale i tak światło odbite od śniegu razi w oczy. Po kilkunastu minutach czekania jestem zziębnięty na kość. Wyciągam termos z herbatą.
Cynthia dochodzi pierwsza, bez słowa sięga po kubek i pije niemal duszkiem. Ze zdziwieniem zauważam, że ma plecak i przytroczone do niego narty, w dodatku nie wygląda wcale na zmęczoną. Zwija linę i siada na plecaku, starannie wbijając czekan od strony stoku. Ciągu dalszego „tramwaju” nie ma – lina kończy się na Cynthii.
– Where’s Peter? – krzyczę, chyba trochę histerycznie.
Rozkłada ręce.
– He’s gone. Down, I suppose.
Pokłócili się parę minut temu. Nie mówi o co. Peter cisnął w śnieg jej narty, założył swoje, wyjął z plecaka drugą parę rękawiczek i przenośną radiostację, pomógł jej zapiąć pasy i bez słowa odjechał. Rzucam się do krawędzi tarasu, patrzę w dół, ale poza niknącym za lewą krawędzią filaru ciągiem śladów nie widzę nikogo. Szybko pakuję plecak, przypinam narty i mówię Cynthii, żeby się pospieszyła – jedziemy za nim. Kręci głową. Spokojnie dopija herbatę, oddaje mi kubek i pokazuje kierunek wcześniej zaplanowanego zjazdu. Peter pojechał, jego sprawa, Bóg z nim. Ona wynajęła przewodnika na trasę do Francji, więc będziemy teraz zjeżdżać na drugą stronę. A poza tym czy nie poczuwam się do odpowiedzialności za nią, nie tylko jako klientkę, ale jako kobietę? Wstaje, niepewnie podchodzi do mnie w osuwającym się śniegu i całuje mnie w policzek. Uśmiecha się i radzi mi, żebym o Peterze już nie myślał, bo na pewno da sobie radę – jest wojskowym instruktorem narciarstwa. Nie lubię brytyjskiego humoru.
Jeszcze raz pokazuję Cynthii planowaną trasę i teoretycznie najbardziej niebezpieczne miejsca. Zastanawiamy się, czy zjeżdżać z asekuracją, stumetrowymi zakosami, przypuszczam, że tak będzie pewniej, ale dziewczyna protestuje, twierdząc nie bez racji, że w razie moich kłopotów ona i tak mnie nie utrzyma, a co do niej, to wystarczy, żebym po prostu jechał pierwszy i czekał na nią na każdym etapie. Na wszelki wypadek w początkowej fazie zjazdu nie będziemy jechać razem, a odcinki będą krótkie.
Pakuję rzeczy do plecaka, mimo protestów biorę od niej część bambetli, jeszcze raz sprawdzam zapięcie w jej nartach i ruszam pierwszy. Zatrzymuje mnie, niezgrabnie się przytula, w kilku warstwach goretexu nie jest to specjalnie ekscytujące i pyta, czy się nie boję.
Jasne, że się boję. Boję się, co z tego wszystkiego wyniknie, zarówno w czasie samego zjazdu, jak i potem. Mam nadzieję, że Peter zjedzie szczęśliwie i szybko nas odnajdzie. Nie ma się nad czym zastanawiać. Macham ręką i mówię, że czas jechać, bo i tak zacznie się zmierzchać jeszcze zanim dojedziemy do schroniska. Ruszam pierwszy, Cynthia oparta na kijkach z napięciem wpatruje się we mnie. Jadę, na drugim zakosie lekko hamuję i czuję, że wyjeżdża spode mnie deska śnieżna. Rzucam się rozpaczliwie w lewą stronę, na nietknięty jeszcze stok, bezpieczniki wypinają mi narty, jedna z desek odjeżdża w szalonym pędzie w dół, szoruję twarzą po śniegu, wcale nie jest to miękki puch, tracę rękawiczki, gołymi rękami staram się zatrzymać upadek, udaje mi się po kilku długich jak wieczność sekundach. Słabo widzę, słuch mam nadwrażliwy, nie mogę się poruszyć. Z pewnością mam złamaną rękę, z nogą chyba też nie najlepiej. Huk poniżej mnie informuje, że zrzucona przeze mnie lawina z wielką prędkością dotarła do kuluaru i runęła w jego czeluść. Podnoszę głowę i mętnie widzę, że Cynthia schodzi do mnie bez nart, starannie wybierając trasę, z czekanem w ręku. Podchodzi, delikatnie dotyka mojej twarzy, podnosi leżący obok mnie plecak i wyjmuje swoje rzeczy, przekładając je do własnego plecaka. Znajduje moją radiostację i odrzuca ją kilkanaście metrów niżej. Absurdalnie wyraźnie widzę, jak czarne radyjko turla się przez chwilę, po czym zatrzymuje na wielkiej grudzie śniegu.
Cynthia chwyta oburącz czekan, wbija go nade mną i obsuwa na mnie zwał śniegu, który przykrywa mnie prawie całego, z wyjątkiem twarzy. Mało widzę, ale wyraźnie słyszę, że ktoś woła z góry. Cynthia podnosi głowę i macha ręką, potem całuje mnie delikatnie w usta i mówi, że jej jest bardzo przykro, że wolałaby uciec ze mną, ale musi być posłuszna. Więc sorry oraz, być może, so long, jeśli jestem wierzący.
Mógłbym spuścić ją w dół razem z lawiną, bo pochyla się nade mną całkiem blisko, a plecak ma ciężki i równowagę całkiem niestabilną. Ale tam na górze jest najwyraźniej Peter, więc on dokończyłby mnie spokojnie. Na wszelki wypadek udaję nieprzytomnego, zamykam oczy, słyszę tylko, jak dziewczyna podchodzi do góry. Absurdalnie życzę jej powodzenia, czuję, że nie jest ze mną tak źle, ale jedyną nadzieję pokładam w tym, że zostanę sam i będę mógł próbować sobie pomóc. Po chwili widzę przez pół przymknięte oczy, jak Peter klęka na brzegu płasienki, rozkręca kijek narciarski i mierzy do mnie z czegoś, co wyciągnął z aluminiowej rurki. Słyszę strzał, staram się rzucić ciałem w powietrze, nie żeby uniknąć pocisku, tylko żeby udać trafionego, o mało nie zsuwam się w dół po stoku, przekręcam się na bok. Drugiego strzału już nie ma. Czekam długie minuty bez ruchu i myślę, że jeśli czegoś nie zacznę zaraz robić, to zamarznę. Leżę niewygodnie na boku, złamaną rękę mam na szczęście na wierzchu, ale uszkodzona noga jest pod spodem i boli mnie jak cholera. Wraca mi ostrość wzroku, ponoszę delikatnie głowę i zauważam, jak oboje Anglicy znikają po drugiej stronie zbocza. Zabieram się do roboty.
Nie mogę wstać, więc tylko lekko ześlizguję się do plecaka, który leży parę metrów niżej. Jedną ręką odczepiam przytroczony do niego czekan i używając go jako hamulca, dojeżdżam do wyrzuconej przez Cynthię radiostacji, znajduję ją bez kłopotu i uruchamiam. Wołam posterunek żandarmerii. Robi się zimno, słońce przeszło na drugą stronę stoku, zaczynam się martwić, czy mnie znajdą. Nie mogę się ruszać, a długo nie uleżę na śniegu bez ruchu.
*
Stary Smokowiec pełen był gości. Co prawda we wrześniu sezon był już nieco przywiędły, co przejawiało się głównie wielką liczbą emerytów, snujących się po spacerowych ścieżkach uzdrowiska, ale wciąż było ciepło, a rododendrony przed gazonem Hotelu „Grand” nadal stanowiły tło, na którym fotografowali się różnojęzyczni turyści. Dnie były tak piękne, słoneczne i ciepłe, jakich w czasie całego deszczowego lata próżno było szukać. Na szczycie Siodełka codziennie było tłoczno i rozstawione do słońca leżaki okupował tłum osób różnej płci i w różnym wieku. Większe hotele jednak świeciły pustkami, jako że emeryci wybierali raczej tańsze kwatery prywatne, sanatoria lub nawet pensjonaty w odleglejszych miejscowościach. Koło tablicy informacyjnej, opatrzonej herbem uzdrowiska w postaci żółtego garnuszka na czerwonym tle, skręcamy w lewo pod górę i po chwili zatrzymujemy się na parkingu Hotelu „Bellevue” w Górnym Smokowcu. Wyłączam stacyjkę i rozglądam się dokoła. Kilka samochodów ze znakami niemieckimi, paru Węgrów, kilka aut słowackich. Nie widać na razie nikogo o znajomej rejestracji, oddycham z ulgą, choć wiem, że spotkanie jest nieuniknione. Czuję twoją rękę we włosach.
– Nareszcie, po tylu miesiącach. Cieszysz się?
– Boję się.
– Czego?
– Nie wiem. Albo wiem. Boję się powrotu.
Marzyliśmy o tym prawie od samego początku. Nazywaliśmy to Balem u Gubernatora – wyobrażając sobie, że kiedyś przeniesiemy się w dalekie strony i niejako po raz pierwszy zaprezentujemy się światu, na jakiejś wielkiej uroczystości. Tam dopiero, z dala od naszych codziennych spraw i zobowiązań, ujawnimy naszą wspólność. I wtedy dopiero spędzimy razem pierwszą całą noc. Co nie znaczy, że nie szliśmy do łóżka, przy każdej nadarzającej się sposobności, ale to nie było tak symboliczne i w tak pięknej oprawie, jak by się należało. Okazja do Balu u Gubernatora zdarzyła się dopiero teraz.
Burmistrz Smokowca wydaje dziś właśnie przyjęcie z okazji 200-lecia uzdrowiska. Jego rzecznik prasowy Ludovit Gaborsky rozesłał wiele zaproszeń, w tym do Austrii. Namówiony przeze mnie, wysłał też do ciebie. Umówiłem się, że po ciebie podjadę, bo akurat mam trochę wolnego miejsca w samochodzie. To, że mam cały wolny samochód, nie zostało ujawnione do końca. Wyjechaliśmy z Wiednia bladym świtem i jesteśmy.
Jest sobotnie przedpołudnie, na 11-tą jesteśmy umówieni na tlačovkę, czyli konferencję prasową w willi „Flora” w Smokowcu. Nie rozpakowujemy się więc i zjeżdżamy do Starego Smokowca. Pojawiamy się na konferencji razem, wywołując na razie tylko lekkie zdziwienie, przedstawiam cię burmistrzowi, widzę śmieszną minę Gaborskiego. O 12-tej burmistrz wydaje obiad, nie jest świetny, po czym jedziemy się zakwaterować w hotelu „Bellevue”. Okazuje się, że kilkoro dziennikarzy po konferencji już pojechało do domu, część osób jeszcze nie przyjechała, reszty gości nie znamy. Bierzemy dwuosobowy pokój, ale jeszcze z niego nie korzystamy. Czekamy na noc.
Nieco zdenerwowani urządzamy się i przebieramy w stroje sportowe. Fajnie jest patrzeć, jak bez skrępowania zrzucasz wszystko z siebie, idziesz się kąpać i przebierasz w dżinsy i lekką bluzkę T-shirt. Ja wkładam dres i jedziemy szybciutko na Siodełko, żeby jeszcze przez chwilę się poopalać na Smokowieckiej patelni. Patrzymy na piękną panoramę, siedzimy na leżakach blisko koło siebie, trzymamy się za ręce, pijemy piwo i dżusy. Obok nas jakaś miła para anglojęzyczna, rozmawiamy trochę i czujemy się jak w wielkim świecie. Tak zawsze marzyliśmy o takich wspólnych rzeczach... Anglicy znają Słowację i Austrię, kochają Alpy, gdzie jeżdżą na narty oraz na wspinaczkę, ostatnio zakochali się w Tatrach, potrafią nawet trochę mówić po niemiecku, ale jednak decydujemy się na angielski. Obojętna rozmowa o pogodzie, sytuacji gospodarczej i politycznej Słowacji, którą od dwóch lat odwiedzają często. Z przyjemnością zauważamy, że wiedzą o tym kraju nie mniej, niż my. Po zachodzie słońca żegnamy się z nimi, zjeżdżamy na dół, wsiadamy do samochodu i wracamy do hotelu, żeby się przebrać do kolacji.
Czujemy, jak pomału narasta w nas trema, zdenerwowanie czy po prostu strach. Jednocześnie coś jak magnes przyciąga nas do siebie i tylko resztką silnej woli odkładamy na potem nasz – tylko nasz – wieczór. Trochę niespodziewanie każesz mi wyjść z pokoju na czas, kiedy masz się przebierać. Chcesz mnie zaskoczyć swoim wyglądem. Wołasz mnie po chwili i widzę cię taką, jaka mi się zawsze śniłaś: długa, obcisła suknia z dużym dekoltem, na ramiączkach, czerwona oczywiście, pantofelki czerwone na wysokich obcasach, przepaska we włosach. Czasem myślę, zwłaszcza gdy jesteś opalona, że mogłaby być biała suknia. Albo srebrna. Jestem porażony, nie mogę od ciebie oczu oderwać i tylko boję się, że podbijesz serca wszystkich na tej kolacji, a ja będę wściekle zazdrosny, zwłaszcza, że nie będę mógł demonstrować swoich praw do ciebie. Ty widzisz tę moją schizofrenię i mówisz:
- Dla ciebie przecież tak wyglądam. Nikt poza tobą nie będzie miał z tego nic.
I ja się przebieram, w jakiś elegancki garnitur (który kiedyś razem kupiliśmy, w jakimś sklepiku na obrzeżach Wiednia, pamiętasz, jak dziwiła się sprzedawczyni, że to ty wybierasz, a nie ja....) i lekko spóźnieni, schodzimy razem do restauracji. Wita nas w holu Gaborsky w towarzystwie mera Smokowca, przedstawia nas jako prijatelia z Rakuska, nie wiadomo czy jesteśmy zaprzyjaźnieni z nim, czy ze sobą, a maître prowadzi nas do stolika. Mieści się on po lewej stronie sali, na niewielkim podwyższeniu, jest czteroosobowy i w kształcie elipsy. Trzymasz mnie pod rękę, ja prowadzę cię do stolika, odsuwam ci krzesło i zauważamy, że przy stoliku już ktoś siedzi. To właśnie poznana wcześniej na Hrebienioku para Anglików. Na stoliku w głębokiej porcelanowej wazie stoją piękne, pąsowe róże. Siadamy, kelner zaczyna rozstawiać przystawki. Kilka stolików dalej siedzi grupka z Austrii – m.in. Lautsch i Liza Memling. Oboje podchodzą do nas, żeby się przywitać, ja wstaję, ty siedzisz, podajesz Herbertowi rękę, on mamrocze jakieś zdawkowe komplementy, Liza patrzy na mnie i powiada:
– No, teraz dopiero wszystko rozumiem. Nie mogłeś powiedzieć wcześniej?
– O czym? – udaję, że nie wiem o co chodzi.
– Nie, nic.
Rozmowa cichnie, bo zaczyna przemawiać burmistrz, witając prezydenta republiki i kilku innych ważniaków. Ale nic nie słyszę, nie mogę po prostu od ciebie oderwać oczu. Ty uśmiechasz się do mnie, ale odwracasz wzrok, patrzysz na stół „oficjalny”, i tylko widzę, jak na atłasowej serwecie twoja ręka zbliża się do mojej i mocno ją obejmuje.
I potem zaczynamy jeść, bośmy zgłodnieli. Ty, jak to ty, nie pijesz alkoholu, ja wychylam toast za zdrowie Republiki i za pomyślność Smokowca. Angole, ku mojemu zdziwieniu, podnoszą kieliszki z wódką, mówią do nas Prosit i wypijają, krzywiąc się umiarkowanie. Pytam, czy są dziennikarzami, okazuje się, że nie, że zaprosił ich Gaborski, z którym kiedyś poznali się przypadkowo na nartach w Szczyrbskim Jeziorze. Ciekawe, że ja poznałem słowackiego rzecznika też na nartach, ale pod Salsburgiem. Śmiejemy się z tego zbiegu okoliczności, ale gra orkiestra, więc idziemy tańczyć.
To pierwszy nasz wspólny taniec. Znamy się tyle czasu, oboje lubimy tańczyć i jeszcze nigdy tego nie robiliśmy. Specjalnie zaaranżowałem kiedyś spotkanie towarzyskie w tzw. naszym środowisku, przytaszczyłem mnóstwo płyt, ale okazało się, że wszyscy poza nami mają ochotę tylko na gadanie i picie, więc nawet cię nie przytuliłem. Teraz grają walca cesarskiego, nie umiem go tańczyć, ale mi wybaczasz. Wszyscy tutaj lubią wiedeńskie rytmy, ja jako wiedeńczyk pewno najmniej, może mają sentymenty z czasów cesarsko-królewskich? Potem zmiana rytmu, jakieś tango, czardasz... Po trzech-czterech kawałkach wracamy do stolika. Przechodząc obok prezydenta zwyczajowo się kłaniamy, zatrzymuje nas burmistrz i przedstawia głowie państwa.
Prezydent podaje mi rękę i zupełnie mnie zadziwia, mówiąc:
– Za všetko vam velmi peknie diakujem. Vetie za čo! A vaša priatieľka je perfektne pekná.
Wracamy do stolika, widzę jaka jesteś dumna, ja też, bo ta pochwała była zupełnie nie wymuszona. Więc się nawet nie gniewam, jak Herbert prosi cię do tańca. Do mnie przysiada się Liza.
– Jesteś z nią? Domyślałam się tego od dawna. Teraz rozumiem, dlaczego tak się między nami ułożyło. Nie bój się, nie zdekonspiruję was.
– Nie ma czego dekonspirować. Po prostu współpracujemy.
– Tak, tak, ja wiem. Ale ze mną nie chciałeś współpracować.
– Ją znam znacznie dłużej.
– I znacznie lepiej, co? No, ja się nie dziwię. Już dobrze, nic nie powiedziałam. Pewno nie zatańczysz ze mną?
– Pewno nie.
Odchodzi. Nagle w okolicy pojawia się niespodziewanie Margitte, z którą kiedyś pracowałem. Ją proszę do tańca.
– Znowu taniec na linie?
– Ale nie z wilkami.
– Raz wilk miał takie piękne oczy...
– To była babcia i nie piękne, a duże.
– Tylko jedno ci powiem, stary przyjacielu. Jakbym była facetem, to też bym nie umiała przejść obojętnie obok takiej dziewczyny. Tylko jest to niebezpieczne.
– Ale o co ty mnie podejrzewasz?
– Niczego nie podejrzewam, ja wiem. Mnie dużo nie trzeba. Czy już z nią zostaniesz na zawsze?
– Och, Margitte...
– Rozumiem. Życie w ogóle jest skomplikowane. No więc już mnie odprowadź do stolika i wracaj do swojej najpiękniejszej na świecie przyjaciółki, bo ci ją Lautsch poderwie. Żartowałam – widziałam, jak ona na ciebie patrzy, może z nią tańczyć sam Kevin Kostner, nie masz się czego bać.
I już cię nie oddaję nikomu. Tańczymy, rozmawiamy. Po kilku tańcach wychodzimy na taras. Z prawej strony piętrzy się czarny, groźny masyw Tatr, przed nami dalekie światła Słowacji. W górze jasne, jak nigdzie, gwiazdy. Migocący Syriusz. Drżysz z zimna, zdejmuję marynarkę, okrywam cię.
– O co chodziło prezydentowi?
– O to, że jesteś piękna. Piękna w sposób doskonały – tak by brzmiał niezbyt poetycki, ale dosłowny przekład.
Głaszczesz mnie po ręce.
– Jaki jesteś kochany. Ale wiesz, łobuzie, że nie o to pytałam. Za co on ci dziękował?
Wiem, że na długo tego przed tobą nie ukryję. Dwa lata temu prezydenckiego syna naszpikowali narkotykami i przerzuciwszy przez granicę do Austrii, zadenuncjowali policji. Byłem wtedy, przypadkiem, w tym samym hotelu, gdzie to wszystko miało miejsce i wróciwszy do Wiednia, gdy zaczęła się afera, wyrąbałem artykuł na 24 fajerki, przedrukowywany potem przez wszystkie większe gazety, słowackie i austriackie. Przymuszony poniekąd przeze mnie właściciel hotelu potwierdził moje słowa, więc cała afera, rozpętana przez przeciwników prezydenta, obróciła się w efekcie przeciwko nim samym. Prezydent pozostał przy władzy, a służby, które zorganizowały całą sprawę, zostały skompromitowane. Kilka dni przed publikacją dostałem telefon, w którym ostrzegano mnie, a jakże, po niemiecku, żebym się nie mieszał do spraw obcego kraju. Nie posłuchałem, ale przez kilka miesięcy nie jeździłem na drugą stronę Dunaju.
Stanowczo nie powinnaś tego wszystkiego wiedzieć. Więc mówię ci, że sam nie wiem, pewno prezydent dziękuje mi za moje pisanie na temat jego kraju, prawie zawsze entuzjastyczne. Chyba mi nie wierzysz, ale już o tym nie mówisz.
– Przytul mnie. Przytul i pocałuj. I nic mnie nie obchodzi, czy nas ktoś zobaczy, czy nie. Najwyżej pomyślą, że się upiłam.
Przytulam cię i całuję. Czuję cię całym ciałem. Wcale nie drżysz już z zimna.
– Wszyscy już wszystko wiedzą. Pobłogosławił nas sam prezydent.
Przyjęcie się kończy. Gdzieś zniknęli nasi znajomi, tylko Ludi Gaborsky trwa na posterunku coraz bardziej pijany.
– Drahý priatieľ, dla tebie už nema záchrany. Musite ostať na Slovensku, už vam ne ma načo jechať v Rakusko. Ty i ona musite ujsť na koniec sveta. I znajte, že dla vas tato noc v Smokovci bude tak významná ako žiadna v živote. Ale závistim vam, priatelia. Na zdar! – kończy po czesku i wypija kolejną szklaneczkę, a my już nikogo nie słyszymy i nic nie widzimy, tylko obejmujemy się na środku sali, muzyka gra, całujemy się i wyobejmowani wychodzimy z przyjęcia.
Już dobrze po północy. W pokoju ciemno, tylko na stoliku świeci nocna lampka, co ją przez zapomnienie zostawiliśmy. Jesteśmy na siódmym piętrze, a czujemy się, jakbyśmy byli w siódmym niebie. Za oknem – dalekie światła Popradu, na Kralowej Hali w Tatrach Niżnich migoce lotnicze światełko na przekaźniku telewizyjnym. Zamykamy drzwi, zapalasz górne światło.
– Chcę cię widzieć.
Jesteś poważna, jak nigdy dotąd. Podchodzę do ciebie i zsuwam twoją suknię z ramion. Delikatnie dotykam twojej skóry, ciemnej i błyszczącej. Bierzesz moją twarz w dłonie, delikatnie mnie całujesz.
– Mój kochany...
– Moja najpiękniejsza...
– Kocham cię.
– Kocham cię. Jestem szczęśliwy.
Takie proste słowa, tak rzadko ludzie sobie je mówią.
Rozsuwam zamek w sukni i już po chwili delikatny materiał spada do twoich nóg. Stanika po prostu nie ubrałaś, majteczki po chwili podążają śladem sukni. Przesuwasz ręką po moim policzku, potem usiłujesz mi rozwiązać krawat. Pomagam ci, zdejmując marynarkę.
– Właściwie powinienem, jako elegancki mężczyzna, zapytać: czy panie pozwolą, że zdejmę marynarkę.
– No właśnie, zaniedbujesz podstawowe zasady grzeczności. Nawet nie zapytałeś, czy dama się czegoś nie napije.
W lodówce odnajdujemy sok pomarańczowy, nalewamy sobie i stajemy naprzeciwko siebie ze szklaneczkami soku w rękach. Wypijasz sporą część i powoli, nie patrząc, odstawiasz resztę.
Klękamy na dywanie. Całujemy się bardzo delikatnie, samym tylko muśnięciem warg. Biorę twoją rękę i zaznaczam pocałunkiem każdy z palców. Czerwony lakier wspaniale kontrastuje z ciemną skórą. Kładę twoją dłoń na twoim udzie i rozchylam pocałunkiem palce, całując skórę między palcami. Czuję twoją drugą rękę na swoich plecach, po chwili przyciągasz do siebie moją głowę, czuję, jak ciemne sutki powiększają się pod moim językiem. Wstaję, podchodzę do okna.
– Jak wspaniale, że mamy czas. Że nie jest to tylko kilka minut między kolejnymi przeszkodami, w strachu przed dekonspiracją.
Włączamy radio. Nastawione, jak niemal wszędzie na Słowacji, na Rock FM, daje właśnie wspaniałą muzykę bluesową. Uśmiechasz się.
– Pamiętasz, jak mi przywiozłeś kasetę z bluesami przed swoim wyjazdem do Stanów? Słuchałam jej na okrągło, to byłeś dla mnie cały ty.
Całujesz mnie w kark i nasady włosów, czuję na plecach twoje piersi, obejmuję rękami twoje kostki i wiem, że to właśnie jest ta chwila, na którą czekaliśmy – noc po balu u gubernatora..
Całuję wewnętrzną skórę twoich ud i policzkiem czuję, jak wspaniale mnie odbierasz. Dotykam cię najdelikatniej jak umiem wargami, całuję cię i czuję, jak ci się to podoba. I po chwili rewanżujesz mi się podobną pieszczotą, rozpala nas to ogromnie, twoje usta i dłonie czuję tak blisko, że już bliżej nie można. Kładziesz się na plecach na dywanie i przyciągasz mnie mocno do siebie, nie pozwalając jednak mi wejść w siebie. Pozwalasz się tylko pieścić ustami i dłońmi, sama delikatnie, samymi opuszkami palców i wargami doprowadzając mnie po kilku chwilach do szaleństwa.
Idziemy do łazienki, puszczamy prysznic i kąpiemy się. Pozwalasz mi samą pieszczotą i ciebie doprowadzić do ekstazy. Wracamy do pokoju, pijemy sok, noc trwa.
– Kochasz mnie?
Te stałe pytania. Nic się przecież nie zmieniło od ostatniej odpowiedzi, a jednak chce się wciąż słyszeć to samo.
– Kocham cię, jak nikt nigdy nikogo nie kochał. Jesteś jedynym sensem mojego życia i wszystkiego co w nim robię. Nawet jak odjeżdżam od ciebie, robię to dla ciebie.
– Kocham cię. Myślę o tobie w każdej chwili, w każdej sytuacji. Nawet gdy jestem z kimś innym – jestem z tobą. Nawet kiedy jestem z tobą – już tęsknię za tobą.
– Kocham cię.
– Kocham cię. I zakochuję się w tobie coraz bardziej...
I znów pieszczoty, które pomału zbliżają nas do siebie. Wreszcie łączymy się ze sobą, czule i nadzwyczajnie delikatnie, a potem szybciej i szybciej i trwa to i trwa, aż oboje czujemy, że jeszcze chwila i znikniemy w sobie nawzajem bez śladu, jak pożerające się wzajemnie węże. Czuję, że jestem w tobie i dokoła ciebie, czuję, że obejmujesz mnie całą sobą i jest tak, jakbyśmy płynęli, niesieni przez spieniony nurt rzeki i nikną gdzieś ściany pokoju, a my wznosimy się coraz wyżej i wyżej, na najwyższe szczyty tatrzańskie i jeszcze wyżej, na próg Nieba, gdzie już słychać zdumiony głos Pana Boga:
– No, no... Co się nie porobiło!
A potem już nawet ciebie nie widzę, po prostu umieram i jest to tak wspaniałe, że chciałbym umierać bez końca i czuję, jak wypełniamy się sobą bez reszty i jesteśmy jednym ciałem, jedną myślą, jednym kochaniem i umieraniem ze szczęścia.
Potem kładziemy się do łóżka, gasimy światło, odsłaniamy okna. Daleko światła miasta, blisko światło gwiazd. Zasypiamy, oddychając wzajemnie swoim powietrzem.
Budzę się po godzinie. Świta. Hotel „Bellevue”, dzięki swojemu położeniu wysoko ponad Smokowcem, pozwala na oglądanie jaśniejącego coraz bardziej horyzontu. Nie na darmo dzielnica, w której się znajduje, nazywa się Pekna vyhliadka. Masz zamknięte oczy, równo oddychasz. Uśmiecham się do ciebie, tak niewinnie śpiącej. Przekręcam się na brzuch i podpierając brodę, usiłuję zobaczyć moment, w którym słońce wzniesie się spoza wzgórz ponad kotliną Popradu. Horyzont robi się coraz wyraźniejszy i coraz bardziej różowy. Nagle przechodzi mnie dreszcz i czuję na plecach twoją rękę, a twoje zęby na uchu. Chcę odwrócić się do ciebie, ale przytrzymujesz mnie mocno i szepczesz:
– Śpij dalej. Niech ci się to wszystko śni.
Delikatnie głaszczesz mnie po plecach, całujesz, po chwili zrzucasz kołdrę i czuję twoją twarz, uszy, włosy i już wiem, że nie będzie mi dane zobaczyć świtu nad Spiszem, bo już mnie nie obchodzi nic ani godzina, ani pora roku, ani w ogóle reszta świata. Widzę coraz wyraźniej, jak twoja twarz pojawia się i znika nad moją, twoje długie włosy głaszczą mi twarz, a twój oddech robi się coraz bardziej płytki i szybki. Chwytasz rękami moje dłonie i przyciskasz do piersi i płyniesz wraz ze mną na coraz bardziej unoszącej się fali. Jesteś, jak zwykle, niesłychanie delikatna, ale oddychasz coraz głośniej, twoje ręce opierają się na moich piersiach, wreszcie pochylasz się nade mną i z całej siły gryziesz mnie w ramię. Bronię się odruchowo, potem przyciągam cię do siebie mocno i resztką świadomości zastanawiam się, czy moje paznokcie nie rozorają ci pleców.
– Chodź, przyjdź już, daj mi wszystko! – krzyczysz szeptem – chcę tego, proszę!
I już jestem, i czuję jak i ty falujesz w środku, przyjmując całą sobą to, co mogę ci dać ze swojego wnętrza. Prężysz się jak kot, prostujesz, odchylasz głowę do tyłu i tylko widzę twoje wspaniałe piersi nad głową. Unoszę się i delikatnie cię całuję, dreszcz przez ciebie przechodzi, otwierasz oczy i mówisz:
– Jestem twoja. I ciebie nie oddam nikomu, nigdy. Kocham cię, kocham, kocham!
– Jesteś moja. Kocham cię. Wiesz, co się stało, gdy Faust powiedział: trwaj chwilo, jesteś piękna. Trwaj, chwilo. Choćby to miało mnie kosztować duszę.
– Jesteś wspaniały. W twoich oczach widzę się lepszą i ładniejszą niż jestem.
– Tylko ty nadajesz temu wszystkiemu sens, ciepło i światło.
I w tym momencie pierwszy zabłąkany znad Spisza promień słońca oświetla twoją twarz – zmęczoną, ale szczęśliwą.
A potem, już ubrani na sportowo, jemy śniadanie w hotelowej restauracji. Jest wcześnie, inni gości jeszcze śpią. I tylko Ludovit Gaborsky leczy kaca pierwszym piwem o świcie, rozmawiając cicho przez telefon komórkowy. Zabieramy swoje rzeczy i wsiadamy do samochodu. Słońce jeszcze nie wzeszło zza wysokich świerków.
Po kilku kilometrach mijają nas dwa ciemne passaty na bratysławskich znakach. W jednym, wydaje mi się, widzę Gaborskiego, obok dwoje Anglików. Gaborski macha ręką. Po chwili nikną nam z oczu, słyszymy tylko pisk opon na zakręcie.
Dojeżdżamy do rozwidlenia dróg. W prawo, pod górę drogowskaz informuje, że do Wiednia jest 410 kilometrów. W lewo prowadzi droga do Popradu, Koszyc, Budapesztu, Wenecji, Aten, Kairu. Zatrzymujemy się, uśmiechasz się, kładziesz dłoń na mojej ręce. Skręcam kierownicę w lewo, przyciskam gaz, ruszamy prosto w kierunku wschodzącego słońca.