Wszystkie zawarte tu teksty mogą być wykorzystywane jedynie za zgodą właściciela strony!
© Copyright by Maciej Pinkwart
1 listopada 2012
Święto świętych...
W
przeddzień Wszystkich Świętych musieliśmy kopnąć się aż
do Krosna, bo w tamtejszym Sądzie Rejonowym rozpatrywane
było zażalenie Renaty na decyzję prokuratury w Lesku,
która nie wszczęła postępowania przeciwko Wydawnictwu
BOSZ. Wydawnictwo to, jak wiadomo, wykorzystało w
jednym ze swoich przewodników (osobno wydanych w wersji
polskiej i angielskiej) 12 fotografii Renaty bez jej
wiedzy i zgody, no i oczywiście bez zapłaty. Wobec braku
skutecznej reakcji na jej skargę przesłaną do Wydawcy -
Renata złożyła zawiadomienie o przestępstwie, a
prokuratura potwierdziwszy fakt nieprawnego
wykorzystania zdjęć - umorzyła postępowanie za powodu
"niewielkiej szkodliwości czynu" oraz... dotychczasowej
niekaralności pana prezesa dyrektora. Ponieważ zaś
dodatkowo uzasadnienie tego umorzenia było zdaniem
Renaty obciążone poważnymi wadami prawnymi - złożyła
zażalenie, które rozpatrywał sąd nie w Lesku (tam jest
siedziba firmy), a w Krośnie. No i wygrała! Sąd
uwzględnił zażalenie i nakazał prokuraturze ponowne
zajęcie się sprawą.
Potem pojechaliśmy do niedalekiego stamtąd Brzozowa, żeby kupić kwiaty i zapalić znicze na grobie dziadków Michała, który tam właśnie są pochowani. Pogoda była jesienna, chłodno ale słonecznie i bardzo kolorowo. No, a że z Brzozowa jest tylko około 50 km do Rzeszowa - postanowiliśmy odwiedzić Mamę i Dziadka Renaty. Dla mnie spotkania za nim są zawsze bardzo krzepiące, gdy widzę jak przy swoich skończonych 98 latach i naturalniej w tym wieku pewnej słabości fizycznej zachowuje dobrą prezencję i szykowną elegancję, a przede wszystkim znakomitą formę psychiczną i świetną pamięć. W wielkiej mierze to zasługa Mamy Renatki, która opiekuje się Ojcem z nadzwyczajnym poświęceniem i oddaniem.
Byliśmy tam krótko, bo spodziewaliśmy się tłoku w drodze powrotnej z powodów zaduszkowych i związanego z tym długiego weekendu. Mieliśmy rację. Już sam wyjazd z Rzeszowa był niełatwy. Potem z Wojnicza pojechaliśmy na Sącz i tam dopiero utknęliśmy na kilkadziesiąt minut. Wróciliśmy po 6, czyli byliśmy w drodze ponad 13 godzin. Mój kręgosłup stanowczo tego nie lubi...
*
A dziś Wszystkich Świętych. Moi bliscy są zbyt daleko, żebym mógł im
zapalić lampkę, więc może tutaj ten znicz będz
ie
dla Mamy i dla Taty w Warszawie, dla wujków Otka i Tadzia, dla ciotek
Lidki i Marysi w Krakowie, dla stryja Huberta w Sieradzu, dla Tali i
Jurka w Gliwicach... Babcia po Mamie - w Krakowie, dziadek po Tacie - w
Warszawie. Krakowskiego dziadka Lublina nie wiem, gdzie bym miał szukać,
w Krakowie? we Lwowie? W Wiedniu?, w Powstaniu zaginęła też warszawska
babcia Pinkwartowa. A przyjaciele? koledzy? Z mojej półki ubyła w tym
roku niezapomniana i bliska Ewa Pajączkowska-Bilewicz i miły, zawsze
uśmiechnięty Zbyszek Kryszyn. To Ewa niejako w moim zastępstwie bywała
niekiedy na grobie Mamy w warszawskiej Wólce. Zbyszek podrzucał przez
Internet zabawne historyjki, żebym się czasem oderwał od poważnych
opusów... Tu, w Nowym Targu, nie mam nikogo bliskiego do odwiedzenia, w
Zakopanem pewno zapalę świeczkę u moich mistrzów - Zofii i Witolda
Paryskich, Henryka Josta, Kazka Dziuba, Tadeusza Brzozowskiego, odwiedzę
grób nieznanych mi członków mojej rodziny: prababci Kasi Lublin i wujka
Jurka Michalika...
Ech, niech to... Mija się. Ale świat wciąż przed nami, póki my żyjemy...