Wszystkie zawarte tu teksty mogą być wykorzystywane jedynie za zgodą właściciela strony!

 

 © Copyright by Maciej Pinkwart

 

Nowinki 

21 października 2012

Piękna jesień

 

Jesień w Nowym TarguPrognozy tym razem się sprawdziły, a pogoda się utrzymała piękna - bezchmurne niebo było przez cały tydzień, w dzień ponad 20 stopni, nad ranem zero. Warto było się poruszać trochę na spacerach, co też czyniłem. Korzystając z pięknej pogody wysprzątaliśmy elegancko Korolcię, tak że wyglądała jak nowa. Niestety, potem trochę trzeba było skrobać zamarzające świtkiem szyby, liście się do środka sypały, no i efektu już takiego nie ma. A propos - lancia dalej czeka na nabywcę... A w wolnych chwilach czytałem, o czym napiszę gdzie indziej. Oczywiście były też wyjazdy: do Krakowa i Krzeszowic, do Zakopanego kilka razy, i w okolice.

Lutosławski QuartetW piątek szkoła, a w sobotę byłem na jubileuszowym koncercie z okazji XV-lecia Zakopiańskiej Akademii Sztuki. Od razu powiem, że podobał mi się bardzo, zarówno jeśli chodzi o program (ciekawy), jak i wykonanie, które było na najwyższym poziomie. Kursy mistrzowskie, które są istotą ZAS funkcjonują od 1997 r. (inauguracja: 18 października 1997), a ich inicjatorem był skrzypek Robert Szreder oraz nieżyjący już kontrabasista i organizator życia muzycznego, krakowianin Marek Markowicz, który zjednał dla tej idei profesora Andrzeja Parczewskiego, chemika, kuzyna i podówczas doradcę burmistrza Adama Bachledy-Curusia. Miasto wsparło pomysł organizacyjnie i finansowo, a rzecz całą przedstawiano w mediach jako pierwszą w dziejach Zakopanego próbę integracji sztuk i prawdziwą szkołę doskonałości artystycznej. A przecież tę "odkrywczą" zasadę miały i mają wszystkie kursy i warsztaty organizowane w Zakopane, poczynając od goszczących tu przez kilkanaście lat kursów dla młodzieży uzdolnionej dyr. Rakowskiego, po majsterszulę Wandy Wiłkomirskiej. Nie mówiąc już o tym, że wówczas już pięć lat działała pod Giewontem Szkoła Artystyczna, kształcąca młodzież właśnie w myśl zasady integracji sztuk. Nie lubiłem więc tej Akademii i nie życzyłem jej najlepiej, zresztą nie wróżyłem jej długiego żywota. Bardzo się cieszę, że się pomyliłem. Towarzyszące kursom koncerty, organizowane wKuba Jakowicz BWA, u Hasiora i w Atmie były interesujące i gromadziły wielu ludzi. Przekonałem więc - najpierw siebie, potem innych - że geneza tej idei nie jest ważna, a lokalne konteksty polityczne istotne są jeszcze mniej, najważniejsza jest możliwość słuchania dobrej muzyki. Bywało to jednak dość irytujące, że na koncerty "akademijne" równym rządkiem szorowali burmistrzowie i urzędnicy miejscy, których jako żywo nigdy nie dawało się uświadczyć na innych spotkaniach muzycznych. Dawano nam dosyć wyraźnie do zrozumienia, że są imprezy "nasze" i "nie nasze", co zresztą nie było dla mnie niczym nowym, brałem to w gabinecie towarzysza Gustka, kiedy to ówczesny pierwszy sekretarz zakopiański odmówił poparcia miasta dla festiwalu Szymanowskiego, bowiem Zakopane - jego zdaniem - ma już "swój festiwal" i wystarczy. Tym "swoim" był oczywiście festiwal folkloru ziem górskich...

W 1998 r. opisywałem jeden z takich mocno frekwentowanych koncertów tak:


Nieoczekiwani miłośnicy klawesynu

Nader rzadko zdarza się w Zakopanem okazja słuchania muzyki klawesynowej - instrument to rzadki, cichy i melodyjny, w dodatku opanowanie go w stopniu upoważniającym do występów publicznych nie jest sztuką małą ani łatwą. Stąd wielkie zainteresowanie niedzielnym (9 sierpnia) koncertem w BWA było spore i w przestronnej sali zgromadziło się pewnie ze 150 melomanów, co w Zakopanem nie jest zjawiskiem częstym.

Koncertowała jedna z najwybitniejszych współczesnych klawesynistek - Elżbieta Stefańska. Przywiozła z sobą z Krakowa piękną kopię XVIII-wiecznego instrumentu i właśnie muzyka z tego okresu była przez artystkę prezentowana. Koncert zorganizowała tzw. Zakopiańska Akademia Sztuki, istniejąca od ub.r. pod patronatem burmistrza miasta i przedtem zajmująca się tylko urządzaniem odpłatnych kursów interpretacyjnych. W tym roku do sfery jej zainteresowań doszły widać koncerty gwiazd - czyli to, co melomanów najbardziej interesuje. Zapowiadał prezes Akademii Marek Markowicz, ale krynica jego wiedzy wyschła w fatalnej dla tubalnych głosów akustyce sali BWA - w dalszych rzędach nic nie było słychać. Potem głos zabrała koncertantka, która dźwięcznym głosem (było słychać prawie wszystko!) ciekawie i kompetentnie opowiadała o klawesynie i o prezentowanych kompozycjach.

W pierwszej części słuchaliśmy muzyki francuskiej, w tym przede wszystkim utworów paryskich twórców, wręcz utożsamianych z klawesynistyką XVIII stulecia: François Couperina i Jeana Philippe'a Rameau. W drugiej - pojawił się "żelazny punkt" repertuaru Elżbiety Stefańskiej - piękny, salonowy polonez Tadeusza Kościuszki (tak!), poza tym słuchaliśmy jeszcze m.in. Bacha i Solera. Artystkę pożegnano owacją na stojącą, za co na bis otrzymaliśmy poloneza Ogińskiego Pożegnanie Ojczyzny.

Klawesyn doskonale brzmi w pogłosowej akustyce sali BWA, a muzyka XVIII-wiecznych mistrzów wspaniale harmonizowała z eksponowanymi właśnie dziełami współczesnych plastyków zakopiańskich. O mistrzostwie Elżbiety Stefańskiej nie wypada nawet mówić - jest ono absolutne. Ani jeden dźwięk nie był chybiony, ani jedna fraza nie brzmiała niewłaściwie. Niezwykle ciekawe i twórcze było potraktowanie temp w niektórych utworach - Bach grany z interesującymi rubatami stwarzał wrażenie czegoś zupełnie nowoczesnego.

Niech żałują ci, co nie byli. Tym razem na sali dało się zaobserwować gościa, na świeckich koncertach raczej nie bywającego - burmistrza Zakopanego Adama Curusia-Bachledę z żoną (niestety wyszli w przerwie...), był też jego zastępca, bardzo popularny w Zakopanem, szczególnie na Krupówkach, Krzysztof Owczarek (wręczał kwiaty!) z rodziną, kilku dziennikarzy i sporo gości przyjezdnych - wśród nich inny wybitny klawesynista - Władysław Kłosiewicz.

Czy obecność władz Zakopanego na koncertach Akademii Sztuki i nieobecność na jakichkolwiek innych wynika z jakichś przesłanek typu "nasze-nie nasze"? Może po prostu lubią muzykę klawesynową? Czemu dziwić się nie sposób, bo to muzyka bardzo piękna.

 

Czas minął i nieodwołalnie przekonałem się do tej imprezy, choć oczywiście jej wartość pedagogiczna i owa integracja sztuk pozostały dla mnie tajemnicą, bowiem uczestniczyć mogłem tylko w koncertach i to oczywiście tylko jako słuchacz. Nie wszystkie były udane, a ich program bywał mocno przypadkowy, wynikający z istoty kursu. Na przykład w 2009 roku pisałem tak:

 

Starsi panowie i seksowne panie

 

Początki zawsze bywają trudne, o czym mogliśmy się przekonać, uczestnicząc w koncercie inaugurującym XIII warsztaty mistrzowskie Zakopiańskiej Akademii Sztuki – imprezęMarcin Markowicz otwierała najpierw dyrektorka Miejskiej Galerii Sztuki Anna Zadziorko, potem prezes Zakopiańskiego Stowarzyszenia Kulturalnego Jarosław Jach, potem Barbara Markowicz – dyrektorka Akademii, potem burmistrz Zakopanego Janusz Majcher, potem Zbigniew Czop, partnerujący Barbarze Markowicz, a wreszcie aktor warszawski Maciej Makowski, który koncert zapowiadał.

 

W sali Galerii Miejskiej trwa wystawa z okazji 100-lecia TOPR-u, pełna przestrzennych instalacji, wśród których na czoło wybija się motocykl Harley-Davidson i skośnie powieszone płachty, nawiązujące do białych przestrzeni zaśnieżonych stoków górskich. W tych przestrzeniach nieco zginął piękny głos Urszuli Kryger, śpiewającej pieśni Karłowicza, których w tym roku nauczyło się na pamięć wszystkich sześcioro zakopiańskich melomanów. Nie jest Karłowicz dobrym kompozytorem na Zakopane, bo najlepsze jego utwory wymagają wielkiej orkiestry symfonicznej, a jedynym miejscem, gdzie mogłaby ona swobodnie się pomieścić, jest kolejka do kolejki na Kasprowy Wierch w Kuźnicach. Z braku innych możliwości czcimy lawiniasto wspominanego kompozytora w kółko, z przeproszeniem, Macieju śpiewanymi pieśniami, a na domiar złego nudną serenadą na skrzypce z czasów jego studiów berlińskich, którą rozpoczął swój występ skrzypek Marcin Markowicz (przy fortepianie - austriacki pianista Paul Goulda). Chcąc utrzymać nastrój sennej nostalgii, dobił nas najnudniejszym utworem Szymanowskiego – Kołysanką Bretońską, a finałowa sonata Mozarta nie mogła już niczego poprawić. Na koniec przecież rozbudził nas świetnie brzmiący duet: Anna Markowicz – śpiew i Paul Goulda – fortepian i vocal, wykonujący wdzięcznie kilka evergreenów z Kabaretu Starszych Panów. Starsi panowie obecni na sali, podpisanego nie wyłączając, kiwali ze zrozumieniem głowami, gdy artystka śpiewała Bo we mnie jest seks, gdy namawiała Kazia – Gouldę, żeby się zakochał, czy wreszcie gdy na koniec żegnała się piosenką Już czas na sen, co mogłoby być złośliwą pointą koncertu, który jednak skończył się znaczne żwawiej niż zaczął, co dowodzi, że muzyka oraz seks, starsi panowie i piosenka są dobrzy na wszystko.

Potem zaczęły się dni warsztatów, pointowane koncertami, spośród których dane mi było usłyszeć tylko dwa, prezentowane w Muzeum Karola Szymanowskiego w „Atmie”. W piątek, 23 października 2009 występowali uczniowie Urszuli Kryger, Tomasza Strahla, Roberta Szredera i Marcina Markowicza. W programie znalazły się przeważnie utwory kameralne, w wykonaniu duetów, kwartetu smyczkowego i fortepianowego. Między częściami sonat Beethovena i innych klasyków przemknął Karłowicz (pieśń Zaczarowana Królewna) i Szymanowski (pieśń Łabędź). Mimo dość niespójnego programu – co oczywiste wobec faktu, iż powstawał on na gorąco, niejako wskutek pracy na ćwiczeniach – wszystko brzmiało dobrze, wykonanie było precyzyjne, a publiczność – złożona w znacznej części z samych uczestników kursu – klaskała gorąco. W sobotę na koncercie było jeszcze tłoczniej, a program był jeszcze bardziej urozmaicony. Szymanowski reprezentowany był przez jedną z części skrzypcowych „Mitów” op. 30 (Narcyz), w wykonaniu Marty Wiśniowskiej z klasy prof. Roberta Szredera. Poza tym dał się słyszeć m.in. Brahms, Fauré, Kreisler i Boccherini, a największe oklaski, szczególnie od pań, zbierał akompaniujący profesor Paul Goulda, występujący w szamerowanej mereżką białej koszuli, która przypominała ruską rubaszkę. Najpiękniejsze wśród kursantek były jak zwykle wiolonczelistki, wśród wykładowców tytuł miss należy się Urszuli Kryger, która na szczęście siedziała w pierwszej sali Atmy, dzięki czemu mogłem na nią od czasu do czasu z uczuciem spoglądać, jak to zwykle czynią starsi panowie na koncertach, bo wrażenia wizualne są dla nich dostępniejsze, jako że wspomagany okularami wzrok mają lepszy od słuchu.

 

Wykonawcy Kwartetu fortepianowego d-moll Mozarta

Na wczorajszym koncercie zdecydowanie nie miałem się czego czepiać. To znaczy, jeśli chodzi oPaul Goulda program i wykonawstwo. Bowiem zarówno III Kwartet Marcina Markowicza, jak i IV Kwartet Grażyny Bacewicz oraz dwa utwory Astora Piazzoli w wykonaniu Kwartetu im. Lutosławskiego (z Kubą Jakowiczem jako pierwszym skrzypkiem, ukłony dla Rodziców i Siostry!), jak i przepiękny i fantastycznie zagrany Kwartet Fortepianowy g-moll Mozarta, z rewelacyjnym Paulem Gouldą przy fortepianie, i przezabawne Wariacje na temat piosenki Happy Birthday Petera Heidricha, zagrane przez skrzypka Szymona Krzeszowca z członkami Kwartetu Lutosławskiego (Marcin Markowicz II skrzypce, Artur Rozmysłowicz altówka i Maciej Młodawski wiolonczela) - wszystko to była muzyka najwyższej próby. Natomiast na koncercie nie pojawił się nikt z oficjalnych przedstawicieli Zakopanego, ani z władz, ani z opozycji, ani z urzędu miejskiego, ani z Biura Promocji. A podobno burmistrz Janusz Majcher był patronem honorowym tegorocznej Akademii, współorganizatorem zaś był Urząd Miejski i Biuro Promocji! Nawiasowo dodam, że spośród partnerów Akademii nie było nikogo z zakopiańskiej Szkoły Muzycznej, ani z Teatru Witkacego, a Miejska Galeria Sztuki reprezentowana była przez personel techniczny. Na szczęście Muzeum Tatrzańskie w osobie dyrektorki-elektki Anny Surmiak dało się zauważyć.

Szymon KrzeszowiecWięc wcale się nie dziwię irytacji dyrektora programowego Akademii, prof. Zbigniewa Czopa, który otwierając oficjalnie tegoroczną edycję powiedział, że to przecież naprawdę to nie on powinien był ten koncert inaugurować. Nie dodał nic więcej, ale intencja była jasna.

Ja oczywiście wiem, że przyczyny tego stanu rzeczy są obiektywne - w tym samym czasie był koncert na Kalatówkach, gdzie występowała Tatrzańska Orkiestra Klimatyczna i sam miałem dylemat, gdzie pójść. Ale ja jestem sam, zaś pan burmistrz ma dwóch zastępców, w tym jednego od spraw kultury, ma też kilkuosobowy Wydział Kultury i Popularyzacji Zakopanego, dwie osoby pracują w dziale kontaktów z mediami, już nawet nie wiem ile w Biurze Promocji... Dziwnym trafem koncert z okazji XV-lecia Zakopiańskiej Akademii Sztuki, inaugurujący kolejną edycję międzynarodowych kursów, w których Zakopane jest co roku odwiedzane przez licznych artystów z całego świata nie zasłużył nawet na to, by wymieniono go wśród zapowiedzi imprez, jakie miasto proponowało tego dnia... Ani organizatorom nikt nie podziękował, ani muzycy nie dostali nawet po kwiatku... Wstyd mi było - gdybym wiedział, wyjechałbym z domu wcześniej i kupił tych parę róż sam. Ale przez myśl mi nie przeszło, że będę świadkiem takiej manifestacji braku poszanowania dla kultury i promocji zakopiańskiego testimonium pauperitatis. Albo lepiej to przetłumaczyć na nasze - manifestacji dziadostwa.

 

 

Poprzedni zapis

Powrót do strony głównej