Wszystkie zawarte tu teksty mogą być wykorzystywane jedynie za zgodą właściciela strony!

 

 © Copyright by Maciej Pinkwart

 

Nowinki 

21 maja 2012

Letni luzik...

 

Na szczęście, weekendowe szaleństwo pracy już za mną, a że nie ukazała się z tego żadna wzmianka na żadnym z portali, a ja nie mam ani jednego zdjęcia dokumentującego te wszystkie sprawy, to sądzę, że wszystko się udało i było powyżej przeciętnego poziomu, który wzbudza zainteresowanie lokalnych dziennikarzy i portalowców. O skali zainteresowań kulturą świadczy zapowiedź sobotniego koncertu w Galerii Miejskiej w Gazecie Krakowskiej, w której dziennikarz (otrzymał zaproszenie na imprezę) zapomniał podać kto występuje...

Mieliśmy dziś jechać na basen do Białki, ale nikt mnie nie obudził, bo wyłączyłem wszystkie budzili, a jak wstałem to zastałem na komuniktorze internetowym informację, żebym był gotów o 10-tej, jeśli chcę jechać, było 20 po 10-tej... Przypomniała mi się anegdotka o tym, jak w czasie małżeńskich "cichych dni" mąż pisze kartkę do żony, żeby obudziła go o siódmej, bo ma ważne spotkanie. Wstaje, patrzy na zegarek, jest dziewiąta, a koło łóżka leży kartka: "Wstawaj, już siódma!". Może zresztą i lepiej, bo w sumie kąpać się mam gdzie, masaże wodne na kręgosłup mi w ogóle nie pomagają, a opalanie się w moim wieku jest ryzykowne, bo można wyglądać jakby nieboszczyk, którego zamiast w formalinie przechowywano w kali hipermanganicum.

Wszystkie cztery imprezy  się odbyły, frekwencja przyszła nadzwyczajna, ja byłem w niezłej formie intelektualnej i nawet zdrowotnej, nie zachrypłem, zrealizowałem wszystko co sobie zamierzyłem, i czego zleceniodawcy oczekiwali.

Najpierw była wycieczka "Muzyczne Zakopane". Podjechałem do hotelu "Belvedere", gdzie stacjonowali uczestnicy sympozjum Współczesna Gospodarka i Administracja Publiczna, organizowanego przez prof. Jerzego Hausnera, Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie i Fundację Gospodarki i Administracji Publicznej, elegancko zaparkowałem w podziemiach hotelu i poszedłem do recepcji, gdzie okazało się, że na rundkę ze mną zapisał się (bo były zapisy...) nadkomplet publiczności, zresztą w różnym wieku, przeważnie starszym, profesorowie i docenci, kilkoro studentów, głównie studentek. A więc cały autobus.  Lansował mnie najpierw profesor Jacek Purchla, aż mi było głupio, bo chwalił mnie przed zachodem słońca, a nawet przed początkiem mojej dla nich pracy. No więc wywiozłem ich autokarem do Kuźnic, stamtąd piechotką przeszliśmy przez obszar dworski (świetnie wykonana rewitalizacja, doskonała informacja!) do domu Karłowicza "Fortunka", potem znów autokarem przez ul. Chałubińskiego na Sienkiewicza, mały przystanek przy Szkole Muzycznej i willi "Lutnia", potem wysiedliśmy na Równi Krupowej i przeszliśmy piechotą do Krupówek, oglądając i omawiając muzyczne aspekty Miejskiej Galerii Sztuki, Morskiego Oka i kina "Sokół", obejrzeliśmy "Atmę" przez krzaczki z widokiem na remont, potem przez Wilcznik, koło "Limby" do Dworca Tatrzańskiego, gdzie miałem wykładzik podsumowujący. Potem wróciliśmy do Belwederu na pyszny obiadek z profesorami, no i pierwsza część była jakby zaliczona. Aha, dostaliśmy tę moją książeczkę "Muzyczne Zakopane", sztuk autorskich trzy, z czego jedna okazała się felerna, z pustymi stronami, drugą drapnęła Teresa Jabłońska z Muzeum Tatrzańskiego, trzecia jest u Renatki, ja nie mam nic, nawet okładki do pokazania, chyba że z pdf-a...

Potem pojechałem do Galerii Miejskiej na próbę generalną przed wieczornym koncertem, gdzie wyglądało, jakby wszystko było w rozsypce, więc byłem jak najgorszej myśli. Ja, co prawda, to tylko "zapowiadałem" i swoją lekcję odrobiłem starannie, ale jakby się oni posypali, orkiestra i chór, to by ten z przeproszeniem srom spadł i na mnie. Nie było jednak co się smęcić zawczasu, pojechałem do "Okszy" zostawić samochód i poszedłem na kawę i lody do "Gabi", no i przed piątą byłem z powrotem do Okszy, gdzie o 5 miałem wykład, a potem oprowadzanie po wystawie. Impreza - dwudniowa - była w ramach Małopolskich Dni Dziedzictwa Kulturowego. Pierwszego dnia przedstawiałem temat o Szymanowskim i jego kręgu towarzysko-artystycznym. Okazało się, że miejsca ludzie musieli przez Internet rezerwować aż w Krakowie - salka mała, zaledwie kilkadziesiąt miejsc, ludzie stali na korytarzu i na schodach. Więc gadałem nie za długo, potem ich przegoniłem przez wystawę sztuki XX wieku, no i było już z górki. Było trochę czasu, więc można było odbyć widokową przejażdżkę na Cyrhlę i Olczę, pogoda i widoki jak marzenie, można było sobie porobić piękne zdjęcia - i sprawdzić Korolcię w terenowych warunkach, na dziurawych dróżkach wschodnich obrzeży Zakopanego. Wypadło nieźle.

No i wreszcie na wieczór do Galerii na koncert, odbywający się w ramach Nocy Muzeów, pod chyba mało szczęśliwym tytułem "Grające Muzeum". Strasznie się ograniczyłem i nie wykorzystałem tego w zapowiedzi, ale mi nie wypadało, bo ja nie grałem, tylko gadałem... Na przeszło godzinę przed początkiem już był tłok, a potem zrobiło się tyle ludzi, że zaczęliśmy... kilka minut przed czasem, bo już nie było na co czekać. W programie były takie zabawne starocie, wygrzebane przez szefową Orkiestry Klimatycznej, Agnieszkę Kreiner w archiwum muzycznym Muzeum Tatrzańskiego i kilka nowszych rzeczy. Najbardziej podobały się takie quasi-wiedeńskie walczyki o szarotkach, albo uzdajane na orkiestrę lub chór  kawałki góralskie. Był też zabawny na swój sposób utwór Edwarda Burego Impresje sanatoryjne, opisujący muzyką pobyt i kurację przeciwgruźliczą w Sanatorium PCK. Zapowiadałem poszczególne części, takie jak np. Zakładanie odmy, Wysięk, Wynoszenie nieboszczyka, co publiczność bardzo bawiło. Na bis był przebój Czy pamiętasz tę noc w Zakopanem?, w czasie którego spontanicznie z Maestrą zaczęliśmy sobie tańczyć (dyrygowała w tym czasie Mirka Lubowicz), przy szalonym aplauzie publiczności. Po chwili pani Kreiner namówiła mnie, żebym zaprosił do tańca Zofię Karpiel-Bułeckę, co też uczyniłem, a ona sama wzięła w obroty wiceburmistrza Mariusza Koperskiego. Ale było szaleństwo! Publiczność śpiewała razem z chórem, myśmy z panią Bułeckulą wyczyniali różne szpryngle i figurowe pas-des-deux, śmiesznie było. A potem pewno wszyscy mówili, że temu Pinkwartowi na emeryturze to w głowie tylko tańce, hulanki i swawole.... Ale w sumie koncert był bardzo udany, jakoś tak się nadzwyczajnie zmoblizowali, i to co się rozłaziło na próbie, na imprezie wyszło super...

No i koło 23-ej byłem w domu, wypiłem piwo dla uczczenia sukcesu, spałem szybko, a w niedzielę pojechałem na 11 do Okszy z wykładem o Witkacym i jego kręgach towarzyskich i artystycznych, i z oprowadzaniem po wystawie. Ludzi też było sporo, choć może nieco mniej niż poprzedniego dnia, ale za to trwało dłużej, bo byli bardziej dociekliwi. 

Głównym atutem tego weekendu (w sobotę przebiegającego pod egidą Światowego Dnia Muzeów) była wszakże rewelacyjna pogoda, dzięki której może wszystko wyglądało lepiej niż było, z czego zapewne skorzystałem.

Ukazało się nowe - ósme już - wydanie książki Michała Jagiełły Wołanie w górach, które mi dziś przysłano pocztą. Znakomita okładka, książka o rozmiarze i wadze sporej cegły (844 strony), już od samego początku znakomity popis erudycji tatrzańskiej i świetne operowanie słowem, ciekawy układ, bo nie chronologiczny, tylko terytorialny. W najbliższy piątek, o 18-tej będzie jej promocja w Dworcu Tatrzańskim, wybieram się.

 

Poprzedni zapis

Powrót do strony głównej