Wszystkie zawarte tu teksty mogą być wykorzystywane jedynie za zgodą właściciela strony!
© Copyright by Maciej Pinkwart
© Copyright by Renata Piżanowska
1-1-2011
Sylwester
u mnie w domu, trochę smutny z powodu wiadomości o
śmierci Wolfganga. Ale wspominaliśmy go miło, bo był
świetnym facetem, zawsze było go dobrze mieć jako taki
stały punkt odniesienia. Szkoda, no ale trzeba to
zaakceptować. W nieuniknionych podsumowaniach
minionego roku na plus zaliczamy przede wszystkim
magisterskie zakończenie studiów Renaty, zamknięcie
pracy nad monograficznym przewodnikiem po polskim
Podtatrzu, podróże do Paryża i do Egiptu, względnie
dobre zdrowie, u mnie dodatkowo jakieś 100
opublikowanych felietonów, napisana książka o Egipcie,
przygotowany do druku nowy tom opowiadań i nowy tomik
poezji.
W skali ogólnej nie sposób nie zgodzić się z Piotrem Najsztubem, który określił, że miniony rok był po prostu bez sensu. Katastrofa smoleńska i wszystkie jej idiotyczne konsekwencje, wśród których najgłupsze wydają mi się podziały nie między zwolennikami Platformy i PISu, tylko między tymi, którzy w ocenie spraw publicznych kierują się choćby resztkami zdrowego rozsądku, a tą, wcale niemałą liczbą (25-30 %) osób, które dopuszczają w ogóle do dyskursu publicznego zagadnienia takie, jakby zrodziły się na posiedzeniach Klubu Płaskiej Ziemi. Jeszcze raz podkreślam - chodzi mi nie o prywatne poglądy czy spekulacje, czynione u cioci na imieninach, tylko o dyskurs publiczny. Nie powinno mnie właściwie to dziwić, jako że ponad połowa Amerykanów odrzuca na przykład teorię ewolucji i chce, aby ich dzieciom mówiono w szkole, że świat został stworzony jakieś 6 tysięcy lat temu, w takim kształcie jakim jest teraz, a wszystkie inne rzekome dowody, to nędzne fałszerstwa ateistów... A jednak mnie to dziwi.
To, rzecz jasna, efekt wszechobecnego, niekiedy
faryzejskiego religianctwa oraz nie tylko
klerykalizacji, ale wręcz klerokracji, panującej w
Polsce. A to jest możliwe tylko w społeczeństwie
odzwyczajonym albo lepiej - nieprzyzwyczajonym do
jakiejkolwiek refleksji, do spekulatywnego
myślenia
czy w ogóle do samodzielności intelektualnej. Jednym z
fatalnych elementów spuścizny pokomunistycznej i
pozaborczej jest poszukiwanie więzi społecznej za
wszelką cenę, a tę łatwiej zbudować wokół najbardziej
nawet niedorzecznej doktryny niż samodzielnej refleksji.
Łatwiej i bezpieczniej jest być wśród współwyznawców
(czegokolwiek), o czym wiedzą bywalcy stadionów
piłkarskich. Bowiem mentalność polityków działaczy
katolickich czy rzekomych polskich patriotów to
mentalność kibola.
Czy przyszły rok to zmieni? Niestety, raczej nie. Budowanie niezależności to proces na pokolenia, i znane nam z Pisma zalecenie, by nikt z uciekinierów z Egiptu nie wstąpił do Ziemi Obiecanej i by na straty trzeba było spisać dwa pokolenia, wymierające podczas wędrówek po pustyni, wydaje się i w naszym przypadku mieć zastosowanie - przy całej nieznajomości tego, czym, u licha, ma być ta Ziemia Obiecana...
Czy mam jakieś marzenia na przyszły rok? Cóż, najpierw trzeba by zdefiniować, czym są marzenia i jak je odróżnić od planów. Realizmem? Ja mam nadzieję na to, że "Podtatrze" ukaże się gdzieś tak w marcu-kwietniu, i że mnie nie za bardzo zjedzą tutejsi mądrale. Muszę jeszcze podjąć kilka decyzji autorskich, zawodowych i osobistych i mam nadzieję, że podejmę je mądrze. I żadnych postanowień noworocznych, których wartość zwykle do Trzech Króli bardzo się zmienia... No, i jeśli da radę, to chciałbym za rok pisać w tym miejscu o Sylwestrze 2011...
Pierwszy dzień Nowego Roku, 1-1-11, był u nas dość słoneczny i niezbyt zimny (-3-5), ale z dokuczliwym, silnym wiatrem zachodnim. W południe pojechaliśmy na spacer u podnóża Gorców, a konkretnie - z Harklowej do Kapliczki Świętej Kingi przed Łopuszną. Pusto, cicho, i bardzo zimowo. Ale, oczywiście już się cieszę z faktu, że dzisiejszy dzień był o całą minutę dłuższy od wczorajszego. Inna rzecz, że każda minuta wydłużającego się dnia przybliża nas nieuchronnie do kolejnej jesieni...