Rodos 2015
Trampki, sex-shop i joannici
(Niepodpisane na stronie zdjęcia po kliknięciu otworzą się w oddzielnym oknie)
21 czerwca
2015, niedziela
Tsampika do 13-tej z minutami. Jak co dzień, przed
południem pojawia się w zatoce statek kąpielowy. Zatrzymuje się może
Mamy dziś w planie dokończenie „południa”, a więc
przede wszystkim wycieczkę do Lindos. Z poprzedniego pobytu zapamiętałem przede
wszystkim upał, okropne zmęczenie i żal, że jesteśmy tak krótko. Byliśmy wtedy
niemal w samo południe, temperatura wynosiła 40 stopni w cieniu, ale cienia było
tyle co nic. Dziś więc postanawiamy pojechać do Lindos tak, żeby zdobywać
Akropol późnym popołudniem. Okazało się to kiepskim pomysłem.
Ale na razie jedziemy do zamku Feraklos, niedaleko
miejscowości Charaki (Χάρακι), na wschodnim wybrzeżu, w połowie drogi do Lindos. Byliśmy
tu, ale na sam zamek nie weszliśmy, zwiedzając tylko jaskinię u jego podnóża.
Zaglądamy do niej i teraz, ale zniechęcają nas potężne pajęczyny i okropna
duchota. Wąską ścieżką po kamieniach idziemy więc na zamek. Jest gorąco, kłują
nas osty, ja się wlokę pomalućku, ale daję radę, Michał poleciał już
przodem i jest pewno od dawna na szczycie, Renatka z poczucia obowiązku
zawodowego jako służba zdrowia idzie przede mną i pociesza, że już niedaleko.
Oczywiście, przypomina mi się ubiegłoroczna wspinaczka na zamek katarów w Montségur… Tu jest
jednak o wiele niżej.
W końcu wchodzimy na górę. Nazywa się
ona, tak jak i sam zamek – Feraklos
(Feraklos),
co ma pochodzić od greckiego słowa
falakros – łysy, że niby góra jest
pozbawiona roślinności. Zamek ma pochodzenie bizantyjskie i był twierdzą,
broniącą tego regionu przed atakami piratów. W 1306 r. opanowali go joannici, a
w przeszło sto lat później (1470) wielki mistrz Giovanni Battista Orsini
przekształcił twierdzę w jedną z najpotężniejszych fortec na Rodos. Z dawnej
świetności zostały jednak tylko zewnętrzne mury i kwadratowa cysterna na deszczówkę.
Widok wspaniały. Niemal u podnóża widzimy złoty piasek plaży św. Agaty, na prawo – ciemny żwir plaży w Charaki,
a daleko bieleje akropol w Lindos – cel
naszej dzisiejszej wycieczki.
Ale najpierw obiad. Pamiętamy, że plażę w Charaki
trzeba omijać szerokim łukiem, ale są tam zachęcająco wyglądające tawerny z
wygodnym parkingiem. Korzystamy z jednego i drugiego. Położona opodal plaża
wykorzystywana
jest głównie przez Rodyjczyków, których samochody dość tłumnie
wypełniły parking, kilka stolików w tawernie zajętych jest także przez Greków –
najwyraźniej znajomych gospodarza. Jest niedziela, więc okazja do korzystania z
uroków wyspy, których na co dzień pewno się nie dostrzega.
Ale jest też pierwszy dzień lata – najdłuższy dzień
w roku. O tym, że najdłuższy dzień jest zarazem najgorętszym, przekonujemy się
na własnej skórze parę kilometrów dalej, kiedy na kolejnym „rondzie
zwalniającym” skręcamy z 95-ki w lewo, w stronę coraz bliższego wzgórza, na
którym bieleją marmurowe kolumny dawnej świątyni Ateny. Wydaje się ogromnie
wysokie…
Mimo popołudnia – na ulicach bardzo
dużo samochodów. Parkujemy spory kawał od akropolu, na jednym z parkingów
plażowych, co też nie jest łatwe, bo i tu zajęte prawie wszystko. Człapiemy
potem powoli pod górę do centralnego placyku (plac Wolności,
plateia Eleutherias,
Πλατεία Ελευθερίας),
ocienionego wspaniałym fikusem (chyba… Na pewno nie jest to platan, jak kiedyś
pisałem), koło dawnej studni miejskiej. Wokół są ławki, na których przesiadują
miejscowi staruszkowie, z politowaniem zapewne przyglądający się niekończącym
się tłumom, które wciąż przybywają, by pogańskiej Atenie lindyjskiej składać
ofiary ze swego zmęczenia…
To tutaj zaczyna się podejście na akropol.
Dokładniej – zaczynają się "Krupówki", zajmujące całe podzamcze i – by tak rzec –
pierwsze
piętro góry.
Lindos
(Λίνδος) to miasto, które jest kwintesencją
Rodos. Dziś liczy ok. 3600 mieszkańców i jest po stolicy drugą co do
popularności miejscowością wyspy. Turyści podziwiają tutejsze zabytki, robią
pamiątkowe zakupy na place, korzystają
z uroków niezwykle malowniczej plaży. Nie wszyscy pewno mają świadomość, że są w
miejscu, gdzie – prawdopodobnie – zaczęła się historia Rodosu.
Jak wiemy, obok Ialyssos i Kamiros to właśnie Lindos
jest najstarszą miejscowością wyspy. A prawdopodobnie jest pierwszą, sądząc po
nazwie, która wywodzi się z czasów przedgreckich – zapewne fenickich – i oznacza
wysoką górę. Miasto leży na wschodnim krańcu malowniczego półwyspu, śmiało
wcinającego się w wody Morza Śródziemnego, a dzięki wyniesieniu nad poziom morza
na wysokość ponad
Kiedy i kto osiedlił się tu jako pierwszy? Na to
pytanie nie ma dobrej odpowiedzi, bo historia, archeologia, literatura i
mitologia proponują różne czasy i różne imiona. Naukowcy datują początki
osadnictwa na pewno na czasy minojskie (3000-1550 r. p.n.e.), a może i
wcześniej, sądząc po (nielicznych co prawda) znaleziskach z neolitu. Najwięcej
artefaktów znalezionych na Rodos z czasów starożytnych pochodzi z epoki
achajskiej (1600-1200 p.n.e.), a między mitem a prawdą historyczną lokują się
informacje, że miasto założył król Tlepolemos z Rodos (wyspy), sprawujący władzą
nad przybyłymi tu plemionami doryckimi.
No to sięgnijmy do literatury, a zarazem mitologii.
Nieoceniony Homer stwierdza, że Lindos założył już syn boga Heliosa i nimfy Rode
o imieniu Cercaphus (jego starszy brat Ochimus był królem całego Rodos), który
ożenił się z córką Ochimusa – Cydippą i miał z nią trzech synów, o znanych nam
już imionach: Lindos, Ialissos i Kameiros. Na cześć najstarszego z nich nazwano
miasto, w którym teraz jesteśmy.
Inni, może bardziej realistyczni pisarze i historycy
przesuwają początki Lindos na czasy późniejsze, bliższe realiom historycznym.
Choć również nie pozbawione mitologicznego kostiumu. Otóż założycielem miasta
miałby być syn Heraklesa Tlepolemos, który na czele wojsk doryckich przybył na
Rodos i tu poznał swoją przyszłą żonę, Rodyjkę Polikso. Dla zapewnienia sobie i
miastu powodzenia, wzniósł na wzgórzu świątynię Ateny. Szczęście małżeńskie
trwało jednak krótko, bo niebawem na wezwanie króla Myken Agamemnona Tlepolemos
musiał wyruszyć na wojnę z pewnym miastem nad rzeką Skamander… Syn Heraklesa
miał osobiste powody do zemsty nad Parysem, synem trojańskiego króla Priama,
choć nie miał powodów, żeby wspierać Menelaosa, fajtłapowatego męża pięknej
Heleny: Tlepolemos w młodości także starał się uwieść córkę Tyndareosa, ale
związany przysięgą sojusznika Sparty na czele rodyjskiej floty wyruszył na
wojnę. I nieszczęśliwie zginął pierwszego dnia bitwy.
W Lindos pozostała młoda wdowa, skądinąd
przyjaciółka Heleny jeszcze z czasów, gdy Polikso była panną i przebywała na
dworze króla Argos, Agamemnona.
Przechodzimy przez
plakę. Tutejsze Krupówki są wąskie, duszne i w zasadzie oferują to
co zawsze, choć jest wi
ęcej pamiątek lokalnych, głównie wyrobów ceramicznych.
Idzie się stale pod górę i choć promienie słońca tu nie dochodzą, gdyż osłaniają
nas od niego dachy straganów, jednak duchota
powoduje, że szybko się męczę.
Renata żartuje, że wynajmie mi osła, na którym bez wysiłku powędruję na górę.
Pomijając już to, że musiałby to być osioł pancerny z siłą co najmniej 30 osłów
mechanicznych – jakże by to wyglądało! Zdjęcia trzeba by podpisywać bardzo
dokładnie, żeby stwierdzić kto jest kto, a poza tym już widzę te artykuły
miłośników koni znad Morskiego Oka!
Na szczęście problem rozwiązuje się poniekąd sam, bo
osłów (nazywanych tu dowcipnie "Lindos Taxi"), które zwykle woziły co majętniejszych i słabszych turystów na górę – po
prostu nie ma. Albo interweniowała Unia Europejska, albo w niedzielę nie
pracują, albo jest już po godzinach pracy, albo zostały przerobione na salami i
pergamin… Zeszłym razem do dyspozycji było ich kilkanaście, drugie tyle było w
drodze, śmierdziało na kilometr, kosztowało 5 € od grzbietu. Teraz jest pusto.
Powoli podchodzimy na górę i chwilę po wyjściu (nareszcie!) z
plaki na coś w rodzaju świeżego
powietrza zatrzymujemy się koło płytkiej niszy z małym ołtarzem ofiarnym, gdzie
pielgrzymi w drodze na szczyt (w starożytności też trzeba było pokonać sto
metrów i prawie tysiąc schodów pod górę!) mogli chwilę odpocząć w cieniu. Jest
tam też wycięta w ciemnej skale płaskorzeźba z II w. p.n.e. przedstawiając rufę
pełnomorskiego statku, na którym podobno znajduje się figura sternika -
admirała Hagesandra, syna Mikiona – dzieło autorstwa
rzeźbiarza Pythocritosa, upamiętniającego dowódcę zwycięskiej floty rodyjskiej.
Dziś sternika mimo wysiłków nie potrafię zidentyfikować: przedstawia go tylko
plansza umieszczona obok płaskorzeźby. Słyszałem, jak jakiś zapalony fan
apostolski tłumaczył swojej wycieczce, że jest to wizerunek statku, na którym
święty Paweł przypłynął na Rodos. Pomyłka o prawie 300 lat… A może prorocza
wizja?
Podchodzimy coraz wyżej. Jedyne co mnie podtrzymuje
na duchu w tym wściekłym upale to świadomość, że przede mną męczyły się tak miliony
ludzi przez tysiące lat. Cudze nieszczęście zawsze pociesza. Jednym z
pierwszych, opisanych w mitologii pielgrzymów do świątyni Ateny w Lindos był
Kadmos – brat porwanej przez Zeusa Europy, który tu właśnie szukał siostry –
albo wskazówki, gdzie ją znaleźć. Atena pewno nie bardzo pomogła, może nie
chciała wsypać tatuśka, który w międzyczasie z byczą siłą uwiózł i uwiódł Europę
(jak sama nazwa wskazuje – azjatycką księżniczkę) na nieodległą Kretę. Kadmos po
krótkim pobycie na Rodos wylądował w Grecji kontynentalnej i jak to już
mówiliśmy, stał się tam protoplastą nieszczęsnego Edypa i Antygony.
Inną z pątniczek była piękna Helena, więc wypada
powrócić do tego wątku. Mijamy kolejne fazy historyczne wracając poniekąd do
źródeł, tak jak Helena wracała do Lindos. A było tak: kiedy w Troi zaczynało się
robić niewesoło, zginął Hektor, który na nią nigdy ani nie spojrzał, śmiertelnie
zakochany we własnej żonie o szorstkim imieniu Andromacha, zginął Parys, jej
porywacz, kochanek i mąż w końcu, Helena ubrała piękne szaty (z piersiami na
wierzchu, bo zwykle nosiła się topless) i skrycie wymknęła się z oblężonej
twierdzy, by stanąć przed zdradzonym mężem, prosząc go o sprawiedliwą karę. Ale
wzniesiony miecz Menelaosa nie opadł na obnażoną szyję, wraz
z okolicami: Helena
wciąż była tak samo piękna jak w momencie, gdy odjeżdżał na Kretę na pogrzeb
dziada, a ona została w domu z przeniewierczym Parysem. Była nadal
najpiękniejszą kobietą na świecie – jedna tylko ich córka Hermiona mogła się z
nią porównywać w urodzie.
Odrzucił miecz, przytulił Helenę i postanowił złożyć
ją w ofierze Atenie, gdy ta – zgodnie z zapowiedzią Odyseusza – pozwoli Achajom
wygrać wojnę. Wojnę wygrali, ale krew pięknej Heleny nie splamiła ołtarza
Pallady w zdobytej Troi. Menelaos wsiadł z żoną na statek i popłynął w stronę
domu. Jednak burza uniosła łódź i zagnała w spokojne okolice wyspy Rodos. Grecy
wylądo
wali w porcie Lindos – no, a tam także była świątynia Ateny. Menelaos z
trudem – bo nie był postury Achillesa, Hektora czy swego brata Agamemnona –
wniósł Helenę na szczyt Akropolu, zemdloną naturalnie, położył na ofiarnym
ołtarzu i podniósł do ciosu tępy kamienny nóż, by wreszcie ukarać niewierną. Ale
Atena wytrąciła mu narzędzie z ręki, bowiem na lindyjskim Akropolu nigdy nie
składano krwawych ofiar – nawet ze zwierząt, a co dopiero z ludzi. Odstąpił od
niej i zapatrzył się znów na jej piękno, a ona wstała, zerwała gałąź z drzewa
oliwkowego rosnącego nieopodal i złożyła zamiast siebie na ołtarzu.
W tej samej
chwili liście zapłonęły żywym ogniem – Atena przyjęła ofiarę na znak, że Helenie
wybacza.
Helena i Menelaos

Niezadowolony był Posejdon, ale on zawsze się
czepiał ludzi. Gdy więc odpłynęli z Lindos w pełnej harmonii i miłości, ich
statek tułał się przez siedem lat po morzu, lądując na Cyprze, w Fenicji,
Egipcie – by wreszcie zawieść ich do rodzinnej Sparty. Tam Menelaos dokonał
żywota, a jego synowie z nieprawego łoża wygnali macochę na poniewierkę. Wsiadła
wówczas na statek i wróciła tam, gdzie Atena wybaczyła jej wszystkie grzechy –
do Lindos. Najpierw poszła na akropol i złożyła Atenie w darze dość oryginalne
wotum – bursztynową kopię swej pięknej prawej piersi… Atena i ten egocentryzm
jej wybaczyła…
<== Helena i Menelaos
Ale tylko bogowie wybaczają, ludzie – nigdy. Helena
zwróciła się o pomoc i gościnę do swojej dawnej przyjaciółki Polikso, a ta
oczywiście przyjęła ją pod swój dach. Nigdy jednak nie zapomniała, przez kogo
zginął król Rodos – Tlepolemos i kto ją uczynił wdową. Więc po kilku dniach,
kiedy Helena uznała, że nic jej nie grozi i przestała chodzić nawet po domu ze
sztyletem w ręku – przystąpiła do dzieła zemsty. Helena pewnego wieczoru poszła do
kąpieli, a Polikso przebrała swoje niewolnice za Furie, każda z nich wzięła do
ręki węża i wtargnęły do łazienki, po czym wywlokły nieszczęsną na dwór i
powiesiły na okazałym drzewie, rosnącym przy drodze na akropol. Helena po śmierci zmieniła się w
hamadriadę – nimfę drzewną i jeszcze
długo potem mieszkańcy
Lindos oddawali jej cześć. A o Polikso zapomniano aż do
końca XIX w. kiedy to jej imieniem nazwano sporą asteroidę, mającą przeszło
Podchodzimy powoli w górę nowymi i wygodnymi
schodami – stare i na pewno mniej wygodne widać obok, pod skałami. Te „nowe”
pochodzą sprzed siedmiu stuleci i prowadzą do portalu, wybudowanego za czasów
pierwszych krucjat.
Dochodzimy do miejsca, gdzie trzeba kupić bilet.
Oszczędzamy znów oboje z Renatą po 6 €, bo respektują bez problemów nasze
legitymacje dziennikarskie. Pani w okienku pyta tylko skąd jesteśmy – słowo
„Poland” wywołuje na twarzy uśmiech, to miłe. Pewno jakbyśmy powiedzieli
„Holland”, albo „Bangladesh” uśmiech byłby równie miły… Ci, co nie chcą wydawać
6 € na wejście, mogą zostać w usytuowanej obok małej tawernie i kupić sok
pomarańczowy (mała szklanka) za 5 €.
Niedaleko za kasą
mijamy tzw. Dom Kapitana, gdzie rezydował najpierw bizantyjski, a potem
joannicki dowódca zamkowego garnizonu. Nad oknem widać herby wielkich mistrzów
Fluviana z Riviere i Piotra z Aubusson,
wielkich budowniczych zamków, znane nam już z innych fortec. Ale najpierw zaczął
rozbudowywać (także – rekonstruować) fortyfikacje na Lindos już pierwszy
rodyjski mistrz joannitów – Fulko z Villaretu.
Cóż to była za postać! Już z samego imienia widzimy,
że to nasz dobry znajomy – pochodził z Langwedocji, z miejscowości usytuowanej
na północ od Carcassonne, między tym miastem a Castres, przy drodze do Albi.
Wielkim Mistrzem został z nadania swego poprzednika, którym był jego stryj
Wilhelm z Villaretu. Wybrany w 1305 r., trzy lata później poprowadził rycerzy
św. Jana do walki o Rodos. To za jego czasów wyspa została opanowana, a
szpitalnicy odziedziczyli (prawem kaduka zresztą) majątek templariuszy po
rozwiązaniu ich zakonu. Nie wzbogacili się na tym zresztą zbytnio, bo jak się
okazało słynne skarby Rycerzy Świątyni były albo mitem, albo zostały dobrze
zabezpieczone. A wojna, nawet o małe Rodos, była kosztowna i długi joannitów
wciąż rosły.
<== Wielki Mistrz joannitów, Fulko z Villaretu
Fulko się nimi nie kłopotał, wydawał, zarabianiem się
nie przejmował, a że miał dość ciężki charakter – w łonie zakonu zaczął wzbierać
przeciw niemu bunt. Zarzucano mu arogancję, skłonność do tyranii, prostactwo –
i, jak zwykle w takich wypadkach, sodomską nieobyczajność. Doprowadziło to w
1317 r. do wewnętrznego zamachu stanu. A że w tamtych czasach takie kwestie
rozwiązywano zazwyczaj stanowczo i definitywnie – do rezydencji Fulka w zamku
Rodini udała się grupa rycerzy, by Wielkiego Mistrza skrócić o głowę.
Na szczęście dla niego, byli z nim ci nieobyczajni
towarzysze, którzy umieli nie tylko pić wino i zabawiać się, ale także się bić.
Zdołali ujść z zasadzki i popędzili co koń wyskoczy do Lindos, gdzie
zabarykadowali się w zamku, oblegani przez własnych towarzyszy zakonnych. Ci
zdetronizowali Fulka i wybrali nowego mistrza – Maurice z Pagnac, o którym wiemy
tylko to, że zanim wstąpił do zakonu, był bławatnikiem, że był dość stary i
jeszcze w dodatku chorowity. Papież Jan XXII wyboru nie zatwierdził i wezwał obu – Fulka i
Maurice’a – do Avignonu, gdzie wówczas rezydowało papiestwo. Jan XXII – syn
szewca, miłośnik wina (to on założył słynne plantacje w Châteauneuf-du-Pape koło
Awininu) i też człowiek mocno leciwy najpierw przywrócił do funkcji Fulka, po czym
zmusił go do złożenia rezygnacji. W międzyczasie Maurice zmarł, a papież powołał
na nowego mistrza Heliona z Villeneuve, zaś nieobyczajny i prostacki Fulko
został mianowany przeorem w klasztorze w Kapui, a potem w Rzymie – co nie
rozwiązało problemów, bo były już Kawaler Rodyjski wciąż przysparzał Kościołowi
problemów. W końcu papież odesłał go na emeryturę do Langwedocji i w
1325 r. Fulko, zdegradowany do prostego braciszka zakonnego, dokonał żywota w
domu swojej siostry koło Montpellier.
Podchodzimy dalej, droga się nieco zwęża, a my mijamy
fragmenty hellenistycznej, a wyżej – doryckiej stoy, która zapewne zgodnie ze
swym charakterem była ocienionym sztucznie miejscem, gdzie odpoczywano między
kolumnami, pod dachem chroniącym od słońca. Być może było to też miejsce handlu.
Dziś w okolicy jest tylko mizerne drzewo oliwkowe, które daje jakąś złudę
cienia. 
Ale już nam upał nie straszny, bo widzimy, że jeszcze
tylko jeden poziom podejścia i będziemy na szczycie. Zresztą, słoneczko zniżyło
się już dość znacznie i ściany po prawej stronie dają trochę cienia. Mijamy
ruiny XIII-wiecznego, bizantyjskiego kościoła św. Jana, w czasach tureckich
przekształconego na meczet, z którego dziś został tylko
mihrab – nisza, gdzie mufti
wygłaszał kazania. Obok – fundamenty wczesnochrześcijańskiej bazyliki, być może
nawet z V w.
Wychodzimy na najwyższy poziom akropolu –
Mówi się, że autorem całościowej koncepcji
sanktuarium Ateny Lindyjskiej (wcześniej, w czasach mykeńskich podobno świątynia
poświęcona była lokalnej bogini Lyndii, z którą Atena została utożsamiona) był
żyjący na przełomie VII i VI w. p.n.e. filozof, poeta i władca Lindos –
Kleobulos, który rządził tu mądrze i sprawiedliwie przez 40 lat i zmarł w 560 r.
otoczony uznaniem i szacunkiem – co w Grecji nie było przypadkiem częstym. Dwa
wieki później został zaliczony przez Platona do grona najwybitniejszych Greków,
nazywanych Siedmioma Mędrcami (obok m.in. Solona, Talesa z Miletu i Chilona ze
Sparty). Zasłynął krótkimi i celnymi powiedzonkami, które funkcjonują w obiegu
publicznym nawet do dziś – podobnie zresztą jak niektórych innych Mędrców.
Szkoda, że tak mało pamięta się o tym, ile zawdzięczamy mądrym Grekom, a tak
dużo, ile szkody narobili tamtejsi głupcy…
To po Kleobulasie powtarzamy
nie rób niczego na siłę, czy
bogactwa wszyscy zazdroszczą, sławy – nikt,
raczej słuchaj niż przemawiaj, z przyjemności
korzystaj powoli…. Mnie najbardziej podoba się
przewrotne: z rodzicami można wygrać tylko
cierpliwością…
Inna rzecz, że bardziej popularne są złote myśli innych, które weszły do
świadomości zbiorowej w wersji łacińskiej jak np. maksyma Chilona De mortuis
nihil nisi bene – „o zmarłych albo wcale albo dobrze”, czy Omnia mea
mecum porto – „wszystko co mam, noszę ze sobą” Biasa z Prieny.
Kleobulos ==>
Kleobulos jest pewnie pierwszym cwaniakiem, który
stworzył publiczne dzieło przy pomocy prywatnych pieniędzy: opowiadają, że
przystępując do odbudowy świątyni Ateny zorganizował w -550 r. uliczną zbiórkę
pieniędzy w Lindos (a miało ono wówczas kilkanaście tysięcy stałych mieszkańców
i mnóstwo przyjezdnych): napisał wzruszającą
Pieśń jaskółki, nauczył jej kilkanaście zespołów dziecięcych i
puścił je na ulice z puszkami na pieniądze. Warto dodać, że za czasów Kleobulosa
miasto biło własną monetę z wizerunkiem głowy lwa. Lindyjska drachma była
wymienialna z walutą ogólnogrecką, z monetami Kamiros i Ialyssos, a także ze
środkami płatniczymi Fenicji i Egiptu.
Z Lindos wywodziło się ogółem kilkunastu pisarzy,
filozofów i wynalazców, słynnych w całej Grecji. Mnie najbardziej podoba się
postać Timachidasa, filologa i historyka,
autora napisanej w 99 r. p.n.e. Kroniki
Świątyni Ateny w Lindos (to z niej wiemy m.in. o perypetiach Pięknej Heleny
i Polikso), a także specjalistycznego słownika, zawierającego nazewnictwo
żywności, o wdzięcznym tytule Obiady
(Deipna).
Z Lindos wywodził się
nieszczęsny Chares, twórca pomnika Kolosa Rodyjskiego, który przy jego budowie
zbankrutował (źle obliczywszy koszty inwestycji) i popełnił samobójstwo…
Lidyjska prosperity, przerywana kolejnymi
zniszczeniami spowodowanymi przez pożary i trzęsienia ziemi, trwała mniej więcej
do VI w., kiedy to osada została niemal zniszczona przez powtarzające się napady
piratów. Nieliczna pozostała ludność przeniosła się wówczas na wzgórze, gdzie
pod świątynią Ateny powstawały obiekty wczesnochrześcijańskie i bizantyjskie.
Miasto powoli odbudowywało się niejako schodząc od góry w stronę wybrzeża, ale
raczej trzymając się terenów niewidocznych od strony morza, bo zasłoniętych
przez akropol. Jak już wiemy, w czasach joannitów zbudowano tu fortyfikacje,
mające wielkie znaczenie w systemie obronnym całej wyspy. Po zajęciu Rodosu
przez Turków, dzięki restrykcjom, nałożonym na mieszkańców stolicy, znacz
enie Lindos, przede wszystkim jako portu pełnomorskiego, bardzo wzrosło, a wraz z
nim bogactwo mieszkańców, których znaczna część zajmowała się nawigacją i
handlem morskim. Z tego okresu pochodzi malownicza dzielnica Domów Kapitańskich,
położona na północ od akropolu. Z góry pięknie wygląda całe Lindos – miasteczko,
przypominające klatki pszczół w ulu, jednak nie złoto-miodowe, tylko lśniąco
białe, gdzieniegdzie tylko połyskujące złotem lub przebijającym biel błękitem.
Spoglądamy jeszcze na zabudowania
usytuowane na półwyspie, zamykającym Zatokę Lindyjską od północy. Mieści się tam
tzw. Grób Kleobulosa, który jednak nigdy nie krył prochów władcy, bo w gruncie
rzeczy było tam mauzoleum bogatych lindyjczyków z czasów hellenistycznych, a
więc o kilkaset lat młodsze od władcy Lindos, potem przekształcone w kościół św.
Emiliana (ok. V-VI w.). Znów tam nie pójdziemy. Na place mijamy – byliśmy tu
zeszłym razem – XIV-wieczny kościół Marii Panny, wzniesiony przez joannitów na
miejscu świątyni bizantyjskiej. Nad wejściem herb wielkiego mistrza
Piotra z Aubusson,
obok – 20-metrowa dzwonnica. Na podwórzu pięknie ułożone chochlaki – zresztą,
prawie na każdym kroku w pasażu handlowym podziwiamy podobne ozdoby. Kościół był
przebudowywany w stylu neoklasycznym na przełomie XVIII i XIX w., i – jak zwykle
– przez Włochów, w 1927 r. Renata nie chce tu wchodzić także i dlatego, że
zeszłym razem obsługa wymuszała na wszystkich kobietach wkładanie brudnych
długich spódnic wielorazowego użytku. W tym roku wydaje mi się, że trochę te
restrykcje są złagodzone, ale i tak sobie darowujemy.
Schodzimy na plac Wolności – ostatnią oazę cienia i
ostatkiem sił schodzimy na parking. Na szczęście, z powrotem, pod górę, męczyć
się będzie nasza toyota. Renata – skąd ona ma tyle sił? – idzie jeszcze oglądać
jakiś cmentarz rzymski, i wreszcie, mocno zmęczeni, jedziemy do Zatoki świętego
Pawła. To wspaniałe krajobrazowo miejsce u stóp akropolu, po jego południowej
stronie, naturalny port obronny, gdzie ponoć w 57 r. wylądował statek z
apostołem, który właśnie płynął z Miletu do Syrii i trochę go
zniosło. Datę tę
uznaje się za oficjalny początek chrześcijaństwa na Rodos – i w całej Grecji.
Wcześniej do Europy nową religię przywiózł statek z trzema Mariami, Martą,
Łazarzem, Józefem z Arymatei, Maximinem i
Sydoniuszem, który wylądował w
prowansalskiej miejscowości Saintes-Maries-de-la-Mer. Ale piszę o tym obszerniej
gdzie indziej. Dziś w porcie św. Pawła jest wąska plaża, kościół i mnóstwo osób,
robiących fotografie tego malowniczego miejsca.
Żegnamy się, z nadzieją, że wrócimy tu na
dłużej, gdy upał będzie mniejszy i czas pozwoli na posiedzenie na placu
Wolności, gdzie wieczorami są koncerty, a akropol jest pięknie oświetlony.

<== Zielony promień
Wieczorem na północnym przylądku Rodos oglądamy zachód
słońca nad Turcją. Jest tam od kilku dni mój przyjaciel, Wojtek Salapski, więc
macham mu z daleka. Chyba jednak nie widzi mnie przez te 18 km… Słońce chowa się
szybko za górami, tak jakoś zwyczajnie, po prostu znika. Gdyby zachodziło nie za
góry, tylko znikało za horyzontem, utworzonym przez linię wody, byłaby szansa
zobaczyć „zielony promień”: rzadkie zjawisko załamywania się promieni
słonecznych jak w pryzmacie, skutkiem czego nad miejscem, gdzie tarcza słoneczna
właśnie się schowała, pojawia się na kilka sekund coś w rodzaju płomienia
zielonego koloru. Oczywiście, powietrze musi być zupełnie przejrzyste, żadnych
chmur i innych świateł na horyzoncie. Pojęcia bym o tym nie miał gdyby nie to,
że w dzieciństwie byłem wiernym czytelnikiem powieści Juliusza Verne’a, w tym –
powieści Zielony promień…