Rodos 2015
Trampki, sex-shop i joannici
19 czerwca
2015, piątek

Po prostu nie wierzę, kiedy pod balkonem rano widzę
sporą kałużę, a pozostawiony do wyschnięcia ręcznik kąpielowy jest prawie
całkiem mokry. W nocy rzeczywiście padało i pewno trafiliśmy na jeden z tych
pięciu dni – poza porą deszczową – kiedy nie świeci słońce. Jest pochmurno,
wieje i nie wygląda na to, że szybko wróci pogoda. Po śniadaniu Renata decyduje,
że na razie rezygnujemy z plażingu i wyruszamy na zachodnie wybrzeże. Już się cieszę na dzień
odpoczynku. Ale nie należy ani chwalić dnia przed zachodem słońca, ani liczyć na
odpoczynek w czasie wyjazdu z Renatą.
Michał przeciska się toyotą koło rodyjskiego Kasyna i
bulwarem nadbrzeżnym jedziemy na południowy-zachód. Dość zatłoczoną szosą
dojeżdżamy do Triandy (Τριάντα), a
potem do jej bliźniaczego miasta Ialyssos
(Ιαλυσός). W przeciwieństwie do zwiedzanego wczoraj Kamiros, miasto rozwijało
się nieprzerwanie od starożytności, choć jego centrum przeniosło się ze wzgórz
nad morze. Za drogowskazami kierujemy się do Filerimos.
Droga nieźle oznaczona, a i najbardziej
charakterystyczny punkt – wielki betonowy krzyż nad urwiskiem – jest doskonale
widoczny z głównej szosy. Dojeżdżamy do parkingu (niestety, zacieniona część
jest już mimo wczesnej pory zajęta, a słońce już wychodzi spomiędzy rzadkich
chmurek), wysiadamy – i od razu wita nas odgłos, zapamiętany z poprzedniej
wizyty: przejmujący wrzask dziesiątków pawi, przechadzających się, a nawet
fruwających po całej okolicy.
Zaraz za kasą (po lewej stronie, dorośli 3 €,
dziennikarze – free) zaczynamy podcho
dzić aleją cyprysów i bugenwilli na teren
klasztoru. W zasadzie mało kto próbuje zwiedzać wzgórze
Filerimos (Φιλέρημοs,
w literaturze polskich czy angielskiej spotyka
się także zapis Filerimo - Φιλέρημο, ale
prawidłowo po grecku jest to przypadek zależny, biernik od słowa Φιλέρημοs, np.
Ο Σταυρός στη Φιλέρημο, Krzyż z Filerimosu) jakoś systematycznie, zgodnie z
chronologią, bo ta jest tu wyjątkowo wymieszana, a czas w tej przestrzeni jest
wręcz po einsteinowsku względny. Więc po prostu najlepiej usiąść sobie na
ławeczce pod figowcem, albo w cieniu bugenwilli na dziedzińcu klasztornym, który
wygląda jak przeniesiony z czasów średniowiecznych, ale i to jest złudzeniem –
klasztor i kościół wybudowali w tym miejscu włoscy okupanci w latach
międzywojennych, w stylu nazywanym przez nich „joannickim”.
I wtedy warto się zastanowić nad tym, jak było od
początku. Doskonałe położenie, pozwalające na kontrolowanie sytuacji na lądzie i
na morzu przyciągnęło tu pierwszych zdobywców. Podobno byli nimi Fenicjanie, a
pierwszym dowódcą warowni na wzgórzu miał być bogaty i przedsiębiorczy Falantus.
I to jego zaatakowali greccy najeźdźcy pod wodzą Ifiklusa. Oblężenie trwało
długo, ale Fenicjanie byli spokojni o jego wynik, bo wyrocznia w Delfach
(dlaczego Fenicjanie mieli zapytywać się o swoje losy greckiej wyroczni
nie wiadomo...) zapewniła ich, że twierdza nie padnie tak długo, aż pojawią się nad nią białe
kruki, a w winie będą pływać ryby. Ale cwani Grecy poznali tę tajemnicę albo
przez przekupstwo, albo dzięki zakochanej w greckim wodzu córce fenickiego
dowódcy. Tak czy inaczej Ifiklus któregoś dnia wrzucił parę niewielkich rybek do
dzbana z winem, niesionym dla Falantusa, a potem kazał schwytać kilka kruków,
pomalować je gipsem na biało i wypuścić nad twierdzą.
Najpierw więc przeprowadził atak psychologiczny, potem
szybko twierdza się poddała. Nowy dowódca okazał łaskawość, pozwolił Fenicjanom
odpłynąć wolno, choć bez broni i bez zdobyczy, pozwalając im przedtem dowoli
napełnić brzuchy. Ba, ofiarował im nawet kilka statków. Chytrzy Fenicjanie
zaszlachtowali kilka wołów, niby to na ucztę, a w rzeczywistości by po
wypatroszeniu napełnić ich brzuchy zagrabionymi kosztownościami. Oczywiście
Grecy poznali się na podstępie, ale pozwolili załadować łup – rzekomą żywność –
na statki, które stały na środku zatoki. I tamże zostały – bowiem chytry Ifiklus
tak jak obiecał dostarczył Fenicjanom statki – ale bez wioseł i żagli…
Po Fenicjanach została pierwsza nazwa miejscowości –
Ialyssos, wywodzące się od fenickiego słowa
yelsin, określającego teren o bujnej
roślinności. I rzeczywiście, to jedno z najstarszych miast wyspy zawdzięczało
swoje bogactwo przede wszystkim płodom rolnym, które w żyźniejszej, północnej
części Rodosu udawały się znakomicie, a nadwyżki żywności sprzedawane były nie
tylko w okolicy, ale nawet w Grecji kontynentalnej i na wybrzeżu azjatyckim. W
nadmorskiej części miasta archeolodzy odkryli ślady osady minojskiej z ok. XV w.
p.n.e., zniszczonej przez wybuch wulkanu na Santorynie, odrodzonej w epoce
mykeńskiej – którą w gruzy obróciło trzęsienie ziemi w kilkadziesiąt lat
później. Kolejne miasteczko zburzyli Achajowie w czasie najazdu w 1350 r. p.n.e.
Zapewne wtedy rozkwitła sąsiednia osada, także
zaliczana do metropolii Ialyssos, usytuowana na wznoszącym się na
wzgórzu. Osadnicy minojscy byli tu już zapewne w II tysiącleciu
p.n.e., w XII w. przed naszą erą zapanowali tu Achajowie i wznieśli panującą nad
okolicą fortecę. Najstarszym zabytkiem z tego okresu, zachowanym (w stanie ruiny
oczywiście) do naszych czasów jest pochodząca z VI w. p.n.e. świątynia Ateny
Miejskiej (Atena Polias), której kult w tym miejscu był jeszcze wcześniejszy o
jakieś 4 stulecia. Opodal było też miejsce kultu miejskiego Zeusa.
Ale to właśnie materiał z rozbiórki świątyni Ateny
posłużył do wzniesienia w tym miejscu w V wieku naszej ery pierwszej świątyni
chrześcijańskiej, o kształcie niewielkiej trójnawowej bazyliki. Prawie tysiąc
lat później – w pierwszej połowie XIV w. – Kawalerowie Rodyjscy rozpoczęli
opodal budowę kościoła Panny Marii. Rozbudował go na przełomie XV i XVI sławny
rycerz i budowniczy, wielki mistrz Piotr z Aubusson. W takim kształcie kościół
przetrwał do lat międzywojennych, kiedy to okupanci włoscy w czasie
rekonstrukcji nieco go zmienili. W czasie II wojny został mocno uszkodzony
podczas bombardowań niemieckich. Najcenniejszym zabytkiem we wnętrzu w dawnych
czasach była „cudowna” ikona Panagii,
czyli Matki Boskiej, która według legendy, pojawiła się na Rodos wskutek
nadprzyrodzonej interwencji patronki kościoła.
Otóż dawno, dawno temu pewien bogacz rodyjski wskutek złego postępowania
stracił prawie cały majątek i postanowił popełnić samobójstwo. Wspiął się na
strome wzgórze i kiedy zamierzał skoczyć – pojawiła się przed nim Matka Boska i
nie przebierając w słowach zrugała go za ten grzeszny plan. Wymyślił więc, że
fizycznie pozostanie przy życiu, ale ucieknie od świata w sferę duchową,
zostając pustelnikiem. Pojechał do Ziemi Świętej i w Jerozolimie wydał ostatnie
pieniądze na zakup ikony, namalowanej osobiście przez świętego Łukasza, któremu
pozowała Matka Boska. Z ikoną powrócił na Rodos, w pobliżu miejsca gdzie chciał
popełnić samobójstwo wybudował pustelnię i kościółek, w którym umieścił
wizerunek patronki. A nazwano go Filerimos – miłośnik samotności.
Ikona nie była całkiem bezpieczną inwestycją.
Pielgrzymowali do niej ludzie z okolicy, mający rozmaite problemy, a Matka Boska
czasem im pomagała, a czasem – tak jak kiedyś Fil
erimosa – ostro beształa za ich
grzechy. Bywało i gorzej: kiedyś przed cudowną ikoną pojawili się zrozpaczeni
narzeczeni, którym rodzice nie dawali zgody na ślub. I postanowili o to
błogosławieństwo prosić Panagię, by
ona udzieliła im ślubu. I wtedy z cudownej ikony wypadł piorun, zabijając
narzeczonych w środku kościoła… A nazwa Filerimos ma pochodzić od słów
filia erima – bezdomna miłość…
Ale tak naprawdę ikonę przywieźli z sobą na Rodos
joannici i oni też wywieźli ją z sobą najpierw na Kretę, potem na Maltę, gdzie
Napoleon ograbił ją z kosztowności, a w 1799 r. rosyjski car Paweł (będący
tytularnym wielkim mistrzem Kawalerów Maltańskich) zabrał ją do Petersburga. Po
rewolucji październikowej znalazła się w Jugosławii, a w 2002 – umieszczono ją w
Muzeum Narodowym w Czarnogórze. Na Filerimos Włosi umieścili zaś kopię ikony,
którą oglądamy do dziś.
Z murów otaczających zabudowania klasztorne rozciąga
się piękny widok na miasto Ialyssos i jego okolicę. Na wschód widać ruiny
twierdzy, będącej świadkiem niemal wszystkich batalii rozgrywanych w okolicy. O
to miejsce w 1248 r. walczyli z Bizantyjczykami Genueńczycy, tutaj w 1306 r.
pojawili się joannici, tworząc swój pierwszy przyczółek na wyspie, a w 1522
r. Sulejman Wspaniały stąd rozpoczął swój zwycięski pochód w walce z Kawalerami
Rodyjskimi. Włosi w czasie II wojny ulokowali tu baterię armat, a Niemcy ją
zbombardowali…
Jeszcze parę fotografii wnętrza joannickiego kościoła,
w którym dość hałaśliwie manifestuje swoją pobożność wycieczka rosyjska. Opodal,
między kamieniami świątyni Ateny, spacerują pawie. Jeden, jak na
zawołanie,
demonstruje rozłożony ogon, który i z przodu i z tyłu wygląda
imponująco.
Od terenu klasztornego na zachód ciągnie się elegancka
aleja wysadzana cyprysami i piniami (pawie czasem siedzą na gałęziach nad drogą,
przechodząc pod nimi trzeba uważać na głowę!), wytyczona przez Włochów w latach
30. Jest to dość nowoczesna Droga Krzyżowa, która mijając 14 kapliczek ze
stacjami doprowadza do 16-metrowego, betonowego krzyża, wznoszącego się od 1934
r. nad urwiskiem Filerimos. Nocą oświetlony, jest doskonale widoczny z drogi,
prowadzącej z lotniska do miasta Rodos. W środku krzyża znajdują się schody, po
których można wejść na jego szczyt, skąd roztacza się piękny widok na okolicę. U
podnóża, po stronie urwiska widać ruiny doryckiej fontanny z IV w. p.n.e.
Wracamy na parking, przy którym znajduje się niewielka
tawerna (drogo!), stoisko z pamiątkami (małe i ładne ikony) i toaleta (0,50 €).
Zjeżdżamy do Ialyssos-Triandy i kręcimy się trochę po okolicy, bezskutecznie
próbując dopytać się o drogę do stanowiska archeologicznego w dolnej części
starożytnego miasta. Wszyscy (jeśli w ogóle rozumieją, o co po angielsku pytamy)
kierują nas do Filerimos. Poddajemy ten temat (trzeba będzie wrócić i to obadać,
oczywiście, następnym razem…) i jedziemy dalej wzdłuż wybrzeża na
południowy-zachód.
Najpierw przebijamy się w korku przez
Kremasti (Kremasti)
– prawie pięciotysięczne
miasteczko z rozległą plażą (ale wietrzną i żwirkowo-
kamienną). Zaraz przy
wjeździe mijamy wybudowany w latach międzywojennych kościół, podobno jeden z
największych i najpiękniejszych na Rodos, poświęcony lokalnej Matce Boskiej (Panagia
Kremasti), z podwórzem starannie wyłożonym
chochlakami i ocienionym cyprysami. Kościół ma charakterystyczną,
wysoką na
W centrum mijamy romantyczny plac, którego głównym
akcentem architektonicznym jest neoklasycystyczny gmach lokalnej biblioteki,
ufundowany w 1927 r. przez amerykańskich emigrantów z Kremasti. Wokół wśród
drzew cytrynowych usytuowane są malownicze kafeniony, w których – jak w krajach
arabskich – widzi się samych mężczyzn, rozmawiających, oczywiście, o polityce i
sporcie, popijających kawę i grających w tryktraka.
W Kremasti są też do zwiedzania ruiny zamku joannitów,
wzniesionego w II połowie XV w. na ruinach XIII-wiecznej twierdzy weneckiej.
Ocalały do dziś średniowieczne mury obronne, brama wejściowa i dwa
pomieszczenia, nakryte kopułami, a także znajdujący się wewnątrz mały klasztor
św. Mikołaja.
i
Paradisi (Paradeisi),
będącej dziś właściwie przysiółkiem jedynego rodyjskiego lotniska im. Diagorasa.
Otwarte w 1977 r., jest jednym z najważniejszych w Grecji (po Atenach i
kreteńskim Iraklionie) i z podziwem patrzymy, jakie jest w sumie niewielkie i
jak mieszczą się w nim te wszystkie samoloty, które w ciągu letniego sezonu
lądują tu dosłownie co kilka minut. Najbardziej obciążona jest pora wieczorna,
między
Komunikacja z miastem Rodos jest znakomita – w sezonie
(V-IX) jeździ na lotnisko kilka autobusów na godzinę. Gorzej z połączeniami z
innymi miejscowościami, zwłaszcza na południu.
Przed powstaniem lotniska
miejscowość Paradisi swoje chwile chwały miała w I połowie XIV w., kiedy to za
czasów wielkiego mistrza joannitów Heliona z Villeneuve wzniesiono tu zamek, a
jego podgrodzie nazwano – podlizując się mistrzowi – Villeneuve. Ale ponieważ
wybudowane wokół piękne domy ozdabiano wspaniale ukwieconymi ogrodami, wkrótce
miasteczko zyskało miano osady rajskich ogrodów, co potem skrócono do słowa Raj
– Paradisi. Tak samo nazywa się okoliczne wzgórze. Dziś w zasadzie największą
atrakcją owego „Raju” jest dostęp do kamienisto-żwirowej plaży, która ciągnie
się na przestrzeni
Przejeżdżamy tylko skrajem miejscowości, nazwanej tak
na cześć św. Jana Teologa. Ruiny jeszcze mykeńskie pochodzące z IV-III w. to
przede wszystkim resztki świątyni Apolla Erethimiosa, który wówczas opiekował
się rolnikami i plonami. Opodal – pozostałości jeszcze starszego teatru. W
centrum wsi jest ładny kościół św. Spirydona, dość mało historyczny, bo
pochodzący z 1936 r., z czerwoną kopułą i wysoką, białą dzwonnicą. Sąsiadujące z
nim uliczki są znacznie starsze i swoim brukiem oraz rynsztokiem, poprowadzonym
przez środek przypominają o średniowieczu. Współcześnie największą atrakcją
miejscowości jest wietrzna, żwirowa plaża, wykorzystywana chętnie przez
windsurferów. Zamku joannitów na szczęście tu nie ma, więc
spokojnie jedziemy
dalej.
Z Theologos jest tylko
Jeszcze więcej pamiątek po
średniowiecznej przeszłości jest w sąsiedniej wiosce, ładnie nazywającej się
Soroni (Soroni),
co się tłumaczy jako dąbrowa… Ale wcale nie dęby, tylko pinie otaczają
wczesnochrześcijańską bazylikę św. Siliasa, obok której znajduje się „cudowne”
źródło (Włosi ujęli je w malowniczą fontannę), z którego woda od wieków uważana
była za lekarstwo na trąd. Jest tu też XVIII-wieczny klasztor św. Łukasza.
Zbliża się południe i naszemu kierowcy
zaczyna trochę brakować energii (w naszym samochodzie określa się to syndromem
spadku poziomu cukru…), więc przemykamy tylko skrajem kolejnej miejscowości o
nazwie Kalavarda (Kalabarda),
skąd można dojechać do ruin starożytnego Kamiros. Już tam byliśmy wczoraj, więc
skręcamy w przeciwną stronę, w stronę kamienistej plaży, gdzie kusi nas
malownicza tawerna.
Wieje od morza. Wiatr niesie drobniutkie kropelki
wody, niestety zmieszane z piaskiem. Ale spory parasol chroni nas dość dobrze,
więc zarówno frappé, jak i sok pomarańczowy smakują jak zawsze. Nabieramy sił
przed kolejnymi wyzwaniami, które nas dziś czekają.
Trzy kilometry dalej znów zjeżdżamy w
stronę morza, w miejscowości Skala Kamirou (Skala
Kameirou), gdzie w czasach
antycznych był spory port, obsługujący starożytne Kamiros i jego rolnicze
zaplecze. Niewiele zostało z dawnej świetności – dziś jest to mała osada
rybacka, której jedyną atrakcją są odpływające stąd promy przewożące
turystów na pobliskie malownicze wyspy Chalki i Alimia. Tuż przy parkingu
znajduje się wykuty w skale zarys grobowca, jaki zaczęli tu budować
hellenistyczni osadnicy z
azjatyckiej Licji, w kształcie domostwa ze sporym tympanonem i dwiema niszami
grobowymi. Przy betonowym nabrzeżu cumują kutry rybackie, dostarczające efekt
połowów do kilku okolicznych tawern. Wczesnochrześcijański kościół koło
kamienistej plaży jest niemal całkiem zniszczony. W sumie – niezbyt sympatyczne
wrażenie dawno minionej świetności.
Jedziemy dwa kilometry dalej w kierunku miejscowości
Kritinia i nie dojeżdżając do niej skręcamy w prawo, w stronę widocznego dobrze
z drogi zamku. Drogowskaz określa go jako
Kastrou Kritinias
(Κάστρο Κρητηνίας),
choć jeszcze do niedawna popularna była nazwa włoska, trochę wywodząca się z
joannickiej przeszłości tego miejsca: Castello Kamiros.
Na
parkingu spory tłok. Remont, który przed laty utrudniał nam zwiedzanie zamku –
zasadniczo się zakończył, a jego dodatkowym efektem jest wybudowanie przy
parkingu
malowniczej
tawerny. Na razie jednak wspinamy się niezbyt stromą ścieżką w stronę wejścia,
koło którego na murze widać herby budowniczych – wielkich mistrzów zakonu
Kawalerów Rodyjskich. Zamek prawdopodobnie powstał na ruinach wcześniejszej
twierdzy bizantyjskiej w połowie XV w., kiedy to główną część umocnień wzniósł
wielki mistrz, Włoch Giovanni Batista
Orsini, a jego dzieło kontynuowali następcy:
Piotr z Aubusson, Emeryk z Amboise i Fabrizio z Carretto. Stąd być może
niejednorodność stylowa zamku: obronne baszty są prostokątne, ośmiokątne i
okrągłe, co oczywiście przydaje budowli malowniczości.
Podchodzimy najpierw po niepięknych betonowych
schodach, potem już wę
ższą ścieżką, wreszcie po kamiennych stopniach. Michał,
jak zwykle, prawie biegiem pokonuje wzniesienie bez najmniejszej zadyszki i już
po chwili macha nam ręką sprzed portalu wejściowego. Wyburzone wnętrze
Castello porośnięte jest
makią, krzakami podobnymi do jałowca i
pachnącymi ziołami. Mury zewnętrzne są w dobrym stanie, a widok z nich w stronę
morza, z widocznymi pobliskimi wyspami, jest niezwykle malowniczy. Podobno za
czasów joannickich zamek był wyposażony w telegraf optyczny, za pomocą którego
wyniki obserwacji morza, jakie tu prowadzono, przekazywane były do innych zamków
na
Rodos, na pobliskie wyspy, a nawet na Symi, dzięki czemu można było ostrzec ich
mieszkańców przed zagrażającym w tej okolicy ciągle napadem piratów.
Włóczymy się trochę po blankach, ale upał się zrobił
okropny, a gorąco powiększają jeszcze nagrzane kamienie i brak
przewiewu między
murami. Powoli schodzimy i chronimy się w cieniu sporego platanu w podzamkowej
tawernie. To sympatyczny, rodzinny, żeby nie powiedzieć – przydomowy interes.
Właściciel, sprzedawca i kucharz w jednej osobie oferuje kilka prostych potraw,
zimne napoje i przede wszystkim owoce i warzywa z własnego ogrodu. Widzimy
ofertę soku ze świeżych
pomidorów i rezygnujemy z tradycyjnego
fresh orange juice, na rzecz
tomato juice. Sprzedawca kiwa głową,
bierze metalową miskę i znika na chwilę w usytuowanym poniżej warzywniaku, po
czym wraca ze świeżo zerwanymi, wielkimi pomidorami. Wrzuca je do sokowirówki i
po chwili stawia przed nami lekko pieniący się napój. Doradza ostrożne
przyprawienie gruboziarnistą morską solą i kilkoma kroplami tabasco – efekt jest
znakomity. Smakuje jak aperitif - wspaniale pobudza apetyt, ale na obiad jeszcze nie zasłużyliśmy.
Jedziemy dalej na południe.
Mijamy znaną nam już dobrze Kritinię i
po kilkunastu kilometrach dojeżdżamy do Siany (Siana)
- małej wioski, (120 osób),
usytuowanej pomiędzy stokami gór Akramytis i Attavyros. Pozornie nie ma tu zbyt
wielu atrakcji, ale trudno nawet zaparkować - przy jedynej uliczce jest pełno
samochodów osobowych i autokarów, a ciągnące się rzędem kramy i stoiska sklepowe
są ciasno oblegane przez tłum kupujących. To wszystko za s
prawą dwóch tutejszych
specialités de la maison – miodu tymiankowo-sosnowego i mocnej wódki
souma. Tę ostatnią produkuje się z wytłoczyn winogron, a więc tak samo jak
prowansalski marc, kreteńską
raki, portugalską
bagaceirę,
hiszpańską
aguardiente czy włoską grappę.
Czym się rodyjska berbelucha różni od
tamtych – nie umiem powiedzieć, ale nie jestem
znawcą ani smakoszem czystej
wódki. Spośród wymienionych smakowała mi tylko grappa, ale to może efekt
okoliczności towarzyszących spożyciu: piłem ją z Leszkiem Brodowskim, w samym
środku upalnego majowego dnia w miejscowości Roseto degli Abruzzi nad
Adriatykiem, knajpka była na plaży, obok szumiało morze, kąpały się w nim piękne,
młode i znane nam dziewczyny, a świat wydawał się taki piękny…
Mimo, że Michał jest wielkim amatorem miodu, jakoś nie
podchodzi do żadnego ze straganów, może dlatego, że jest gorąco i tłoczno.
Idziemy do centrum, gdzie rosyjskojęzyczne tłumy turystów? pielgrzymów? wędrują
do masywnego, dwuwieżowego kościoła św. Pantalejmona (w polskiej tradycji:
Pantaleona).
To pochodzący z III w. święty męczennik, lekarz i uzdrowiciel,
patron lekarzy, pielęgniarek i ludzi samotnych. We wnętrzu przepiękna (choć
nadal nie mogę się opędzić od skojarzeń z komiksami…), bajecznie kolorowa
polichromia, z każdego miejsca sufitu i ścian przyglądają się nam czujnie
wielkie oczy dziesiątków świętych, apostołów, aniołów... Ikonostas drewniany,
wykładany srebrem, wygląda przy tym bardzo skromnie. Ale ogromne żyrandole wprost kapią złotem.
Wracamy przez wieś do zaparkowanego kawałek dalej
samochodu. Siana położona jest dość wysoko – ponad
utworzony koło miejscowości Appolakia, to
najdalszy cel naszej dzisiejszej wycieczki.
Ale na razie nie będzie lekko. Podjeżdżamy jeszcze
Zamek usytuowany jest na
samotnej skale (monos lithos), na
wysokości
z najpiękniejszych miejsc na Rodos. Zapewne myśli tak
większość zwiedzających, bo przy ścieżce, prowadzącej do zamku, jak również na
jego wewnętrznym dziedzińcu widać mnóstwo maleńkich kopczyków kamiennych,
mających być symbolem chęci powrotu do tego niezwykłego miejsca. Wewnątrz
zamkowych murów jest niewielka cerkiewka świętych Pantelejmona i Jerzego. Imię
św. Jerzego nosi też cały przylądek, na którym stoi zamkowa skała, wysunięty
prawie
Schodzimy do podzamcza,
gdzie w lasku piniowym usytuowana jest mała knajpka – ale stwierdzamy, że za
tłoczno, za gorąco i za drogo. Szczególnie zniechęca stojąca przez pół lokalu
kolejka do jednooczkowej toalety… Zjeżdżamy do miasteczka i zatrzymujemy się
przy tawernie o wdzięcznej nazwie „Panorama”. Wypatrzyła ją
Renatka, gdy
jechaliśmy w górę do zamku, a teraz wiem dlaczego: przy budynku suszy się na
haku sporej wielkości ośmiornica, jedno z jej ulubionych dań… Doskonały parking,
widok rzeczywiście panoramiczny, choć tylko w głąb wyspy w stronę Apolakkii,
menu doskonałe. Nie ma tłoku, wszystkie potrzebne urządzenia sanitarne dostępne
bez kłopotu i w dobrej jakości… Odpoczywamy.
Po obiedzie kierujemy się na południe. Oferta
spożywcza nas jednak nie opuszcza i po drodze zatrzymujemy się przy straganie z
owocami, które sprzedaje miły staruszek. Pewno ma z 10 lat mniej niż ja. W
ofercie – miód, oliwa, melony i arbuzy.
Wódeczność zdaje się też jest. Melona i
arbuza spod Monolithos będziemy jedli niemal do końca pobytu.
Niebawem przez góry dojeżdżamy do odległej zaledwie o
typowe dla
południa biało-niebieskie, niskie domki, z dachami pokrytymi ceramicznymi
dachówkami, co upodabnia okolicę do Prowansji. W pobliżu jest kilka kościółków z
pierwszych wieków chrześcijaństwa, w tym w północnej części miejscowości
wzruszająca świątynka św. Ireny z VI wieku, w kształcie przypominającym
piwniczkę na wino. W centrum jest międzywojenny kościół św. Mariny, a obok niego
– ruiny zamku z okresu krucjat, a więc sprzed 1000 lat… Ale miejscowość nosi
ślady kolonizacji znacznie wcześniejszej – z czasów hellenistycznych, a nawet z
epoki mykeńskiej.
Dla wielu osób jednak największą atrakcją jest
usytuowana na północ od miejscowości wielka tama i utworzone za nią sztuczne
jezioro. Inwestycja powstawała w latach 1987-1989 po to, by
należycie
wykorzystać położenie Apolakki: nazwa miejscowości bierze się stąd, że
usytuowana jest ona w zagłębieniu terenowym (lakko), a z sąsiednich gór spływają liczne potoki, które do tej pory
bezproduktywnie wysychały na rozgrzanych kamieniach. 30-metrowa tama zatrzymała
wodę z małych rzeczek i podziemnych źródeł, a okolica zmieniła się w prawdziwe
zagłębie rolnicze. To stąd pochodzi większość pysznych arbuzów, sprzedawanych na
Rodos. Jezioro ma średnio 5 mln m3 pojemności, prawie dwa kilometry
długości i
Jedziemy jakieś dwa kilometry na północ, za
drogowskazem Apolakkia Dam, po czym o
mało nie przegapiamy drogi w lewo, która właśnie prowadzi nad jezioro. Tabliczka
tym razem ma tylko skromny napis Dam, ale obok jest spora reklama centrum sportów wodnych. Skoro są
sporty wodne, to i woda musi być – myślimy i skręcamy w wąską i nie najlepiej
utrzymaną drogę.
Po kilkuset metrach mijamy niewielki bizantyjski
kościółek św. Jerzego, pochodzący z 1289 r., dojeżdżamy do zapory i parkujemy na
jej koronie. Rzeczywiście, jest imponująca. A mnie zaraz przypominają się
odniesienia literacko-filmowe. Najpierw, oczywiście,
Komu bije dzwon Hemingwaya ze sceną
wysadzania mostu, ale zaraz potem powieść Alistaira MacLeana, a także
zrealizowany na jej podstawie film
Komandosi z Nawarony, gdzie co prawda akcja toczy się w Jugosławii, ale
sceneria jest bardzo podobna. A wysadzenie w powietrze przez komandosów wielkiej
tamy na górskiej rzece spowodowało zniszczenie mostu i zatrzymanie ofensywy
niemieckiej.
Tu nam nic nie grozi. Cicho, pusto, spokojnie.
Oglądamy okolicę, w tym czasie przejeżdża przez tamę jeden samochód, drugi
zatrzymuje się w pobliżu, wysiada z niego facet w bojówkach, wysokich butach i z
wędką. Po chwili znika za przybrzeżnymi krzakami. Nie widać ani łodzi, ani
motorówek. Gdzieś daleko majaczy niewielka żaglówka.
Ten reklamowany wcześniej ośrodek sportów wodnych to
kilka zamkniętych na głucho domków kempingowych, obok których na samym brzegu
stoki parę piknikowych stolików z ławkami. Wśród trzcin zdezelowana, pusta
łódka, gęste zarośla bambusowe. Mnóstwo ptaków, sielankowego obrazu dopełniają
liczne motyle.
Wracamy. Jakoś nie udaje się nam odnaleźć małego
<-- kościółka Wniebowzięcia Marii Panny, który stoi podobno na samym brzegu, jest
nieczynny i przy wyższym stanie wody – a jak wiadomo, sztuczne jeziora mają
zazwyczaj mocno niestabilną linie brzegową – dojść do niego można tylko po
wodzie. No, jak wiadomo, to się już kiedyś, dawno, zdarzało… My jednak, chyba
już zmęczeni długim dniem, poddajemy się, przejeżdżamy przez zaporę i skręcamy w
szutrową drogę, kierującą się na południe ufając, że doprowadzi nas z powrotem
do Apolakkii. Faktycznie tak się dzieje, ale te prawie
Jednak Michał jest świetnym
kierowcą i ostrożnie dojeżdża między polami do bardziej cywilizowanej szosy,
jeszcze raz przejeżdżamy przez senną Apolakkię i kierujemy się na wschód, w
stronę stolicy południowej prowincji, Gennadi. Droga prowadzi przez góry, między
gajami oliwnymi, równolegle do suchego teraz koryta rzeki, widocznego po lewej
stronie drogi. Po niespełna
W centrum osady, jak wszędzie w interiorze, jest
niewielki, ocieniony platanami plac, otoczony kafenionami i rodzinnymi
tawernami. W powszedni dzień zagląda tu niewiele osób – w weekendy przyjeżdżają
miejscowi, którzy na co dzień pracują i nocują w Rodos, ale w piątkowy wieczór
zjeżdżają do rodzin, by spędzić tu czas w atmosferze niewymuszonej swobody i
zabawy. Zapewne także, by napełnić „słoiki”… Koło placu wznosi się XIX-wieczny
kościół św. Jana Teologa, a w okolicy są ruiny kilku świątyń bizantyjskich
sprzed XIV w.
Parę kilometrów dalej, bynajmniej nie w lesie, tylko w
szczerym polu, o mało nie mamy wypadku: na drogę wyskakuje niewielka, ale na oko
dobrze umięśniona sarna, którą dopiero po chwili identyfikujemy jako łanię
daniela. Michał ostro hamuje, Renata łapie za aparat, ale nie po to, żeby zrobić
zdjęcie, tylko by chronić go przed skutkami ewentualnego zderzenia. Na szczęście
do niego nie dochodzi, zwierzę z – jak mi się wydaje - mocno obrażoną miną,
nawet niezbyt spiesznie przedostaje się na drugą stronę szosy i znika między
wzgórzami. Ruch na drodze jest tu znikomy, nic nie jechało z
przeciwka i daniel – oraz nasza toyota – wychodzą z tego spotkania z przyrodą
bez szwanku.
Jak już wiemy, daniel od czasów włoskiej okupacji, a
więc z lat międzywojennych, jest symbolem wyspy. To wtedy u wejścia do portu
Mandraki w Rodos ustawiono na postumentach figury pary danieli i do dziś
stanowią one najczęściej fotografowany przez turystów motyw ze stolicy. Uważa
się, że daniele zostały tu sprowadzone w czasach fenickich z Azji Mniejszej. Ale
możliwe, że żyły tu już wcześniej. Od jeleni i saren różnią się bardziej krępą
budową ciała, są mniejsze, a latem tylnią część tułowia pokrywają (choć nie
zawsze) jaśniejsze cętki, wzdłuż grzbietu biegnie ciemna pręga. Ale najbardziej
wyróżniają się… nazwą gatunkową: jeleń to po łacinie
Cervus elaphus,
zaś daniel – dama dama. A daniel europejski – nawet dama dama dama.
Musi mi się podobać!
Południowa część wyspy jest ewidentnie nieprzeinwestowana, mniej nastawiona na
turystykę i przez to o wiele sympatyczniejsza. Ale klimat jest tu ostrzejszy:
jest o wiele bardziej gorąco niż na północy i nierzadko wybuchają pożary. Ich
przyczyną najczęściej jest nieostrożność człowieka, choć są też liczne przypadki
samozapłonów: w lasach dominują pinie i sosny, a ich olejki eteryczne,
szczególnie obficie wydzielane w gorące dni, mogą zapalić się od słońca. Efekty
pożarów towarzyszą nam przez kilka kilometrów: po obu stronach drogi sterczą
kikuty osmolonych drzew, z których część zaczyna odżywać, inne już nigdy nie
odzyskają zielonych koron…
Dojeżdżamy do Gennadi (Γεννάδι) – stolicy prowincji południowej. Jest to
największy powiat w całym Dodekanezie, obejmujący teren od Apolakkii na
zachodzie po Katawię na południu, Kiotari na wschodzie i Istrios na północy.
Okolica jest górzysta, zielona i
w dużej mierze
rolnicza. Jak na tak ważną
metropolię, Gennadi (czasem w zapisie: Jennadi, chyba z francuskiego) jest
całkiem małe: liczy niespełna 700 mieszkańców, życie skupia się w dwu ośrodkach:
centralnym placu (wokół kilka niewielkich kościołów) i plaży. Między nimi – parę
hoteli, które mają podobno więcej karaluchów niż urządzeń sanitarnych i nie cieszą się
najlepszą opinią. Ale my nie wjeżdżamy do centrum, tylko na skraju miejscowości
dojeżdżamy do „główniejszej” drogi, którą pomykamy na północ, omijając Kiotari i
Lardos, gdzie wskakujemy na centralną arterię nr 95 i jedziemy w stronę
Rodos. Trudno w to uwierzyć, ale jeżdżąc przez cały dzień, oddaliliśmy się
zaledwie o
Do domu mamy więc niewiele ponad
godzinę (wliczając korki na stołecznych ulicach), a dzień jeszcze młody. Mijamy
zatem „naszą” Tsampikę i miejscowość Afandu (także Afantu) i skręcamy w kierunku
plaży Ladiko (Ladikó),
a dokładniej – tej jej części, która nosi nazwę
Zatoka Anthony'ego
Quinna. Za pierwszym razem miejsce wydawało się
zupełnie bajkowe, jak z greckiej reklamówki: niebiesko-szmaragdowa woda,
czarno-zielone skały, wysokie, budzące grozę góry otaczające zatokę, niewielu
ludzi, prymitywna, ale sympatyczna tawerna… Dziś góry zmalały, ludzi przybyło,
woda zachowała swój kolor, ale po południu już nie widać słońca i robi się
trochę ponuro.
Dlaczego Quinn patronuje zatoce na Rodos? Podobno
kręcono tutaj kilka sekwencji słynnego filmu
Działa Navarony. Ale
Działami Navarony chwali się wiele
greckich wysp… Z pewnością w okolicznych skałach ulokowane były słynne armaty,
których zniszczenie jest główną osią filmu. Główna legenda tego miejsca głosi,
że po nakręceniu tego filmu (1961) rządząca w Atenach junta wojskowa podarowała
tę zatokę amerykańskiemu aktorowi w dowód wdzięczności za to, że swoją rolą (a
grał tam patriotycznego Greka) rozsławił Grecję, Rodos i zatokę. A potem, kiedy
do władzy doszli socjaliści, prezent Quinnowi odebrali, pozostawiając tylko
nazwę. Inni uważają, że Quinn niczego nie dostał w prezencie, tylko zatokę sobie
kupił, a potem go znacjonalizowano. Ale nie były to czasy, gdy Grecy
wyprzedawali wyspy, żeby dorobić sobie do renty, jaką w eurosach wypłaca ich
teraz Unia Europejska… Może po prostu zatoka się Quinnowi bardzo podobała i
upamiętniono to w nazwie, która notabene jest w zasadzie nieoficjalna?
Hm… tak myślałem jeszcze parę lat temu. Ale nie należy
wątpić w legendy tylko dlatego, że są zbyt romantyczne, jak na nasze czasy…
Porządne anglo-amerykańskie centrolewicowe pismo „The Guardian” piórem swej
greckiej korespondentki
Heleny Smith 3 lutego 2011 r. przedstawiło całą historię
dość szczegółowo. Była dokładnie 50. rocznica całej sprawy. Otóż amerykański
aktor Anthony Quinn (notabene nie mający żadnych faktycznych związków z Grecją: urodzony w Chihuahua w Meksyku, z matki Indianki i
ojca Metysa indiańsko-irlandzkiego…) jednak kupił posiadłość, a dokładniej –
trzy działki nad zatoką. Jeszcze dokładniej – dwie kupił od prywatnych
właścicieli, trzecia – w skład której wchodziła plaża i woda – należała do
państwa. I na tę trzecią nigdy nie dostał tytułu własności. Sprawa przeszła
przez wszystkie szczeble administracyjne i sądowe, aż po sąd najwyższy, ale
bezskutecznie. Quinn jednakże uważał, że skoro posiada własność do działek,
przez które można dojść na plażę, to i plaża jest w jego dyspozycji. Przez parę
lat tam inwestował – doprowadził do zatoki drogę jezdną, wybudował wodociąg i
jak mówi były burmistrz Kalithei – miasta, do którego należy zatoka – dla
zwykłej przyzwoitości powinno mu się sprzedać ten teren za symboliczną drachmę.
Jednak władze się zmieniły i Quinn został wywłaszczony.
Był tym bardzo rozgoryczony, czuł się po prostu
wykorzystany i oszukany. Przez lata był ambasadorem Rodos na świecie, spędzał tu
długie tygodnie, znał wszystkich i wszyscy – wydawałoby się – mu sprzyjali.
Chciał stworzyć tu międzynarodowe centrum dla aktorów i twórców filmowych, a
Rodos uczynić wielkim dostarczycielem plenerów dla przygodowych filmów.
Przedstawiciele władz greckich z tamtych czasów – chodzi o koniec lat 80. –
twierdzą, że bardzo chcieli Quinnowi pomóc w załatwieniu tych spraw, obiecywano
mu to solennie, ale… nie znaleźli żadnych dokumentów ani przepisów, które
pozwoliłyby to załatwić po myśli aktora. W końcu
Zorba zniechęcił się i przestał walczyć. Na kilka lat przed śmiercią
był nawet w Grecji, ale odwiedził tylko Kretę. Nie pozwalał przy sobie nawet
wspominać o Rodos.
A w 2011 r. wdowa po nim, Katherine Quinn, zwróciła
się ponownie do rządu greckiego do przyznanie jej prawa do zatoki. Interweniował
ambasador USA. W rozmowach z ówczesnym premierem George Papandreu miała temat
ten poruszyć ówczesna sekretarz stanu USA, Hilary Clinton.
Nie znalazłem ciągu dalszego sprawy. Jeśli był jakiś.
Innym miejscem upamiętniającym Anthony Quinna jako
Greka Zorbę jest mała miejscowość Stavros na Krecie, gdzie kręcono finałowy
taniec i gdzie w tawernie Mama’s Place Quinn jadł musakę i uczył się tańczyć sirtaki.
He, he… Czekając na odlot z Chani do Polski dwa lata
temu też jadłem tam musakę. I na tle góry w Stavros też udawałem, że tańczę
sirtaki. Ale tak naprawdę taniec Zorby wykonałem w Grecji raz: na bulwarze
nadbrzeżnym w Matali. Też na Krecie. Nie uwierzycie, ale jedyne co przedtem
wypiłem, to był sorbet limonkowy. Niedobry zresztą.
Zaglądamy jeszcze do Kalitei, ale robi się późno,
niedługo zamkną, więc zwiedzanie dawnych term rzymskich odkładamy na inny dzień.
Wieczorem jeszcze tylko spacer w okolicach północnego przylądka w mieście Rodos
– i odpoczynek po ciężkim dniu.