Maciej Pinkwart
24
września 2018 r. przedpołudnie spędzamy w okolicach „naszej” plaży, a kiedy
tradycyjnie
przychodzą chmury, zbieramy się, żeby odwiedzić stare kąty i utrwalić dawne,
dobre wrażenia. Jedziemy początkowo w kierunku Kissamos, ale w Kolimvari
skręcamy na południowy zachód, mijamy dużą miejscowość Drapanias i dojeżdżamy do
parkingu nad niezwykle malowniczym wąwozem Topolia. To jeden z najpiękniejszych,
a zarazem – najkrótszych wąwozów w tej części wyspy – ma zaledwie półtora
kilometra długości, pięć do pięćdziesięciu metrów szerokości, ale jest dość
głęboki (do 300 metrów), a widok postrzępionych skał jest imponujący. Przez
kanion przepływa rzeka Tyflos. W dolnej części jest niewielka (30 x 70 m)
jaskinia Agia Sofia, w której znajduje się kościółek, poświęcony Mądrości Bożej.
Parking jest oczywiście przy
punkcie
widokowym, przy parkingu coś w rodzaju
Księstwa Góralskiego, więc napatrzywszy się na miejscowe widoki można skupić
się na kupowaniu miejscowych miodów, miejscowej oliwy, miejscowej raki i
miejscowych owoców. Tym razem obywamy się smakiem, przejeżdżamy przez
romantyczny tunel w skałach i trochę przyspieszamy, bo robi się popołudnie, a my
chcemy jeszcze chwycić trochę słońca na podobno najpiękniejszej plaży Krety.
Podobno – piszę – bo tych najpiękniejszych widzieliśmy już co najmniej
kilkanaście. Niemniej jednak trzeba przyznać, że Elafonisi – które stanowi cel
naszej wycieczki – już kiedy zrobiło na nas wielkie wrażenie i liczymy na jego
powtórkę. Mamy nadzieję na ciszę i spokój, bo jest po sezonie, bo jest
popołudnie, no i w zasadzie powinniśmy być tu prawie sami. Tymczasem mijamy na
razie malowniczą miejscowość Elos i wjeżdżamy w góry, droga powoli się zwęża – i
stajemy w korku. Co prawda tylko chwilowym – ci wyjeżdżają, ci wjeżdżają – ale
zawsze tracimy na to trochę czasu. Im bliżej morza, tym tłoczniej, prawie
wszystkie miejsca na parkingach zajęte, wreszcie udaje się nam wcisnąć auto
niemal na końcu przylądka.
Ale tak naprawdę Elafonisi to wyspa (nisi),
na której pewno kiedyś żyły jelenie (elafi).
Od stałego lądu
oddzielona
jest płytką laguną, przez którą brną, zanurzając się do kolan, dziesiątki
turystów. Sama wysepka jest rezerwatem przyrody, zaglądają tu m.in. żółwie
morskie, rosną piękne białe lilie plażowe, ale główną atrakcją jest piasek,
którym pokryte są plaże Elafonisi, przybierający niekiedy przepięknie różowy
kolor. Przyrodnicy utrzymują, że efekt ten jest wywołany przez napływające tu
podczas przypływu różowe glony morskie, ale miejscowa legenda głosi, że plaża
przybrała taki kolor po tym, jak
w Wielką Sobotę 24 kwietnia 1824 r. Turcy
wymordowali szukających tu schronienia sześćset kobiet i dzieci. Piasek i morze
spłynęły krwią i odtąd Elafonisi ma taką niezwykłą barwę.
Byliśmy na wysepce za poprzednim pobytem – w sezonie i w środku dnia – i tłoku,
przy dzisiejszym, w zasadzie w ogóle nie było. Teraz, żeby się tam dostać,
trzeba przeciskać się przez kilka nowo powstałych obiektów plażowych, z leżakami
i parasolkami, mi
ędzy
sklepami z
pamiątkami
i setkami rozłożonych ręczników, grającymi w piłkę dziećmi i parkującymi tuż nad
wodą samochodami. Ryzykowną wędrówkę podejmuje tylko Michał, my z Renatą siadamy
na czarnej bazaltowej skale wysuniętej w morze i udajemy, że nam się to bardzo
podoba, w końcu jesteśmy na słynnym Elafonisi, musi się podobać.
Niemniej jednak nie na tyle, żeby tu szukać tawerny i katować się obiadem między
tymi dzikimi i hałaśliwymi stadami. Przepychamy się z powrotem do parkingu i
wracamy do Elos. Siadamy pod wielkim platanem w tawernie Kamares, zamawiamy
spore conieco, po którym rozleniwia
nas tutejsza tra
dycja:
jak zjemy i poprosimy o rachunek, to najpierw przynoszą nam deser – owoce
(jabłka z cynamonem) i ćwiartuchnę raki. Cóż… Renatka nie pije mocnego alkoholu,
Michał jest za drajwera, więc znów odpowiedzialność za przestrzeganie tej
gościnnej
tradycji spada na mnie. Znów muszę się poświęcić dla ogółu, a zwłaszcza
przyjaźni polsko-greckiej, ze szczególnym uwzględnieniem polsko-eloskiej. Ale
bohatersko rezygnuję z jabłek i cynamonu.
Pewno mi to w niebie zostanie zapisane jako zasługa, to poświęcenie się, ale na wszelki wypadek idziemy załatwić tę sprawę za pośrednictwem świętego Jana Teologa, jak tu nazywa się św. Jana Apostoła i Ewangelistę, ulubionego ucznia Jezusa. Jego kościół, wybudowany w XIV wieku wznosi się na niewielkiej skarpie po drugiej stronie szosy. Po schodach dochodzimy do placyku przed świątynią, wita nas ładna i skromna dzwonnica, w środku są dość zniszczone freski – mocno prymitywne w stosunku do tych wymuskanych malowideł, które zwykle widuje się w nowoczesnych greckich kościołach. Obok kościoła można obejrzeć fragmentu tureckiego akweduktu i pozostałości starego młyna. A wszystko to w otoczeniu pięknych drzew cytrusowych.
Wracamy tą samą drogą. Renatka decyduje, że trzeba jeszcze raz odwiedzić
piramidy w Potamida – parę dni temu, gdy tu byliśm

Wieczór w Agia Marina. Po drodze widzimy, że morze z powrotem zaczyna być
niespokojne, chyba znów będzie wiało, ale mimo to idziemy na plażę. W naszym
Kato Stalos Beach fale ledwo muskają ciemniejący już piasek, a nad
nami świeci księżyc kolejnej greckiej pełni. Pierwszy raz tak wielki księżyc
odbijający się w stalowej wodzie Morza Śródziemnego widzieliśmy w pamiętnym 2007
roku na Rodos. Dziś może nie jest aż tak malowniczo i romantycznie, ale zawsze
widok ten robi spore wrażenie. Tym większe, że to nasza przedostatnia noc na
Krecie.
I następnego dnia, 25 września, żegnamy się z morzem. Opalać się nie bardzo jest
jak, bo chmurzy się coraz szybciej, wzmaga się wiatr i fale są jeszcze większe,
niż wtedy, gdy przyjechaliśmy. A prognozy są jeszcze gorsze. Może tak jest,
żebyśmy mniej żałowali, że wyjeżdżamy.
Wkrótce po południu wsiadamy do samochodu, kierujemy się na wschód, mijamy
Chanię, naprzeciw strategicznej zatoki Souda skręcamy za wyraźnymi drogowskazami
w kierunku Aptery i po pokonaniu kilku stromych zakrętów zatrzymujemy się na
parkingu przed rozległym stanowiskiem archeologicznym, przeszło dwieście metrów
nad poziomem morza. Przed wejściem kasa, kupujemy bilet dla Michała za 2 €
(ulgowe są po 1 €), pokazujemy swoje legitymacje prasowe i wchodzimy. Teraz mamy
sporo czasu; za poprzedniej naszej wizyty przyjechaliśmy za późno i musieliśmy
się spieszyć – Apterę można zwiedzać codziennie z wyjątkiem poniedziałków od
9.00 do 15.00.
Zaciekawia
już sama nazwa – a ptera, bez piór.
Tłumaczy ją legenda, według której właśnie tutaj umówiły się na pojedynek
śpiewaczy kuzynki-tytanidy: Syreny i Muzy. Syreny były istotami wodnymi mającymi
postać wielkich ptaków z głowami kobiet, zaś Muzy – początkowo było ich tylko
trzy – były córkami Uranosa i opiekowały się różnymi dziedzinami twórczości:
Aoide zajmowała się śpiewem i poezją, Melete – nauką, pracą i ćwiczeniami w tych
dziedzinach, Mneme była muzą pamięci i wspomnień. Później, jak wiadomo,
opowiadano o dziewięciu Muzach, córkach lub towarzyszkach Apollina, patronującym
naukom i sztukom: Kaliope (poezja epicka, filozofia i retoryka), Klio
(historia), Erato (poezja miłosna, pewno też opiekunka
eratomanów),
Euterpe (poezja liryczna i gra na flecie), Melpomene (tragedia, śpiew),
Polihymnia (pieśń chóralna i pantomima), Talia (komedia), Terpsychora (taniec) i
Urania (geometria i astronomia). O tym, które muzy podjęły rywalizację z
Syrenami w dziedzinie śpiewu – legenda milczy. Tak czy inaczej – były raczej
skazane na porażkę, bo jak wiadomo śpiew był specjalnością owych pierzastych
boginek, które za jego pomocą oczarowywały przepływających obok nich żeglarzy
(lokalizowano ich siedziby zwykle gdzieś na wyspach Morza Jońskiego), po czym
rabowały ich dobytek, a ich samych pożerały. Ale tam gdzie argumenty
merytoryczne zawodzą, wchodzą do akcji argumenty siły: widać Muz było więcej,
albo były lepiej wspierane przez bogów, bo najpierw kuzynki się pokłóciły, potem
Muzy zaczęły się z Syren wyśmiewać
twierdząc,
że owi wpadający w ich pułapkę żeglarze nie są przyciągani syrenim śpiewem,
tylko, przeciwnie – usiłując od tego wrzasku uciekać wpadają na skały i giną,
czym sprowokowały ptaszydła do bójki, w efekcie której Muzy powyrywały Syrenom
pióra, a te, bezpióre (a ptera) nie
mogąc latać wpadły do zatoki Souda. Pewno im potem poodrastało, bo w czasach
opisywanych przez Homera, miały się już całkiem nieźle i dalej stanowiły jedno z
największych zagrożeń dla żeglugi. A może te, którym pióra nie odrosły,
zamieniły się w panienki z ładnymi biustami i rybią figurą poniżej pasa?
Ta wywodząca się z legendy – pewno będącej jakąś tam literacką ilustracją bitew
między
Minojczykami
a Achajami – nazwa działa niewątpliwie na wyobraźnię, jednak uczeni wywodzą ją
raczej z kultu bogini Artemidy Bezskrzydłej,
Artemis Aptera, choć jak się wydaje
jest to anachronizm: na glinianych tabliczkach, zapisanych pismem linearnym B,
występuje nazwa miasta jako A-pa-ta-wa. Zapis ten datowany jest na XIV-XII w.
p.n.e. Czy istniał już wtedy kult Artemidy, czy wprowadzony został później?
Należy wątpić – raczej wprowadzili go dopiero Dorowie kilka stuleci później.
Samo słowo aptera w tej właśnie
formie ma też pochodzenie doryckie. Owszem, dwa lata temu odnaleziono w ruinach
Aptery półmetrowy posążek bogini Artemidy - Wiecznej Dziewicy, patronującej
polowaniom i nienawidzącej miłości damsko-męskiej (obok był podobnej wielkości,
ale marmurowy posąg jej brata, Apolla), ale to świadczy tylko o tym, że
uprawiano tu kult Artemidy, którą może dlatego nazywano
Aptera, że tu właśnie była czczona?
Tak czy inaczej, praktyczni Grecy mają na podorędziu inną, mniej poetycką nazwę,
określając wzgórze apteryjskie po prostu
Paliocastro, stary zamek. Mieszczące się tu niegdyś miasto niewątpliwie
miało charakter strategiczny: panowało nad leżącą na północy zatoką Souda i
żyzną równi
ną
Apokóronas od wschodu, a od południa było bronione przez potężny masyw
Lefka Ori, Gór Białych. U podnóża
płynie rzeka Kiliaris (starożytne Pyktos), zapewniająca okolicy wodę, dzięki
czemu miasto-państwo Aptera miało zapewnione stałe dostawy żywności. Ale na
górze wody nie ma – stąd też jednymi z najważniejszych budowli, jakie ocalały do
dziś są wielkie cysterny na deszczówkę, budowane przez wszystkie ekipy, rządzące
Apterą, przede wszystkim przez Rzymian.
Miasto,
to może za dużo powiedziane: co prawda, cały wierzchołek pagórka otoczony był
murem o długości prawie 3,5 kilometra, ale pierwotnie było tu zaledwie kilka
budowli o rozmaitym przeznaczeniu. Najstarsze ślady osadnictwa w okolicy
pochodzą z późnego okresu minojskiego (ok. 1300 r. p.n.e.) i wiążą się z
przemysłem górniczym, rozwijającym się na stokach Gór Białych. Mity, które
tłumaczą wszystko jak leci, próbują wiązać wzgórze apteryjskie z Daktylami -
demonami czy bogami, patronującymi metalurgii. Powstali oni w Jaskini Idajskiej
w momencie, gdy rodząca tam Zeusa Rea, klęcząc, przycisnęła z bólu do ziemi
palce (daktila) obu rąk. Okres
największego rozwoju Aptery przyp
adał
w czasach inwazji spartańskich Dorów, po VI w. p. n. e. Do IV wieku p. n. e.
Aptera słynęła ze swoich łuczników, których wynajmowano do udziału w różnych
wojnach, a także do ochrony statków przed piratami. Rozwijała się dalej
metalurgia, a miasto było tak bogate, że biło własne srebrne monety, większość z
wizerunkiem Artemidy na inwersie i napisemAptaraion
na rewersie, ale także z postaciami Zeusa, Hery i Apolla. Na wzgórzu i w siedmiu
przedmieściach u jego stóp mieszkało ponoć ok. 20 tysięcy osób, w tym zaledwie 4
tysiące miejscowych obywateli – resztę stanowili niewolnicy. W późniejszych
czasach Aptera miała swoich konsulów w innych miastach Krety: Knossos, z którym
była związana sojuszami, Malii, Ierapetrze, ale także w miastach Peloponezu, na
wyspach egejskich, w Azji Mniejszej i na wybrzeżu Adriatyku. Potem dzieliła losy
całej Krety: po kolei przychodzili okupanci: dominacja macedońska, egipska i
wreszcie od -63 r. - rzymska. Te epokę niejako symbolicznie kończy potężne
trzęsienie ziemi w 365 r., po czym władzę
nad
Apterą obejmuje Bizancjum. Kolejny kataklizm ma miejsce w siódmym wieku – i po
serii trzęsień ziemi miasto zostaje niemal opuszoszałe. Pamiątką okresu
panowania Bizancjum jest wybudowany przed 1182 r. niewielki klasztor św. Jana
Teologa, który widzimy zaraz po minięciu bramy. Na północno-wschodnim krańcu
Aptery wznosi się zaś potężna i doskonale zachowana twierdza, wybudowana w
1866
roku przez tureckich okupantów na ruinach XVI-wiecznego zamku weneckiego,
zniszczonego przez piratów w 1583 r. Dziś należy do greckiego ministerstwa
obrony i można ją zwiedzać tylko z zewnątrz. Forteca stanowi drugą flankę
obronną wzniesioną nad drogą prowadzącą z Chani do Iraklionu. Jej „bliźniaczką”
jest twierdza Itzedin nad zatoką Souda, którą oglądaliśmy trzy dni wcześniej.
Między tym klasztorem a fortecą rozciąga się pofałdowany teren, pełen ruin,
porzuconych kolumn, kamieni ułożonych jeden na drugim bez zaprawy – w większości
stanowiących fragmenty zniszczonych domów, świątyń i budynków użyteczności
publicznej,
o czym informują szczegółowo tabliczki w języku greckim i angielskim,
Gdzieniegdzie nadal trwają prace wykopaliskowe. Wielkie wrażenie wciąż robią
imponujące cysterny zbierające deszczówkę, ruiny świątyń kilku bogów (poza
Artemidą czczono tu m.in. Demeter i Persefonę, Afrodytę i egipską Izydę oraz
Apolla i Hermesa), termy rzymskie czy – położony nieco z boku –
kameralny
teatr z okresu hellenistycznego, budowany od -250 roku, a następnie przerobiony
na rzymską modłę ok. 100 r. n.e. Są naturalnie także pozostałości bizantyjskie
oraz ślady okupacji weneckiej i tureckiej.
Największym obiektem jest rzymska cysterna w kształcie litery gamma, mająca ponad
55 m długości i 25 szerokości, mogąca pomieścić do 3050 metrów sześciennych
wody, przykryta niegdyś sklepionym dachem, dziś zniszczonym. Druga cysterna jest
nieco mniejsza, o pojemności 2.900 metrów sześciennych. Składa się z trzech
części – pierwszą wykuto w skale, pozostałe stanowią konstrukcje murowane. Tutaj
zachowały się sklepione dachy. Cysterny przy pomocy systemu akweduktów
zaopatrywały w wodę przede wszystkim miejscowe łaźnie. Po opuszczeniu miasta
zniszczonego w siódmym wieku przez trzęsienie ziemi, pozostali tu tylko mnisi z
klasztoru i za ich sprawą ta cysterna została zamieniona na spichlerz.
Chmurzy się, a my mamy w planie jeszcze jedną wizytę, podobnie jak w Apterze –
powtórną. Wracamy do Nowej Drogi Narodowej i jedziemy jeszcze nieco dalej na
wschód, do uzdrowiska Georgioupoli, gdzie skręcamy w stronę południową do
największego naturalnego słodkowodnego jeziora Krety, o
wdzięcznej
nazwie Kourna. Nazwa podobno wywodzi się z czasów arabskich i oznacza – nigdy
bym się tego nie spodziewał! – jezioro. Jest to akwen poniekąd malowniczy i
romantyczny i gdyby nie Krupówki na jego północnym brzegu można by je uważać za
piękny zakątek. Ma prawie okrągły kształt (1000 x 800 m), o obwodzie ok. 3,5 km
i głębokości dochodzącej do 45 m. Leży u stóp Gór Białych, których piarżyste
stoki schodzą wprost do wody, co entuzjastom polskich Tatr natychmiast
przypomina Morskie Oko. Tyle że Kourna leży na wysokości 20 m n. p. m… Zasilane
jest nie tylko przez spływające z gór strumienie powstające po opadach deszczu i
śniegu (tak, tak –
Góry
Białe bywają niekiedy białe od śniegu), ale także przez dwa źródła, znajdujące
się na dnie jeziora. Niegdyś miała się tu znajdować miejscowość Korissia ze
świątynią Ateny, której mieszkańcy żyli tak nieobyczajnie, że dobrzy bogowie
przestali być dobrzy i spuścili na ziemię deszcz, a potop zatopił tę kreteńską
Sodomę. Ocalała tylko jedyna córka miejscowego kapłana, która choć
niewiarygodnie piękna, zachowała dziewictwo. No i co jej z tego przyszło?
Podobno teraz każdej nocy podczas księżycowej pełni wyłania się z toni jeziora w
charakterze Świtezianki, siedzi na skale i rozczesuje swoje długie włosy. Potem
znika, aż do następnej pełni i czeka na okazję, która nigdy nie przychodzi.
Jezioro można obejść dookoła (popołudniowej stronie jest dość trudno, a po
większych opadach jest to
zgoła niemożliwe), podziwiając – o ile to słowo jest tu na miejscu – dzikie gęsi
pływające przy brzegu w oczekiwaniu na datek, spore ryby, a nawet podobno
słodkowodne żółwie. Oczywiście, znacznie więcej niż zwierząt jest urządzeń
rozrywkowych, głównie rowerów wodnych, które przybierają tu niekiedy dość
zaskakujące formy.
Po północnej stronie, dokąd można dojechać samochodem, parkując wprost przy
drodze, wybudowano kilka sąsiadujących z sobą tawern ze standardowym menu, z
którego coś dla siebie zamierzamy wybrać. Idziemy tam, gdzie kusi nas reklama
widokowej restauracji stojącej nieco powyżej brzegu jeziora, która zaprasza nas
iście hipsterskim hasłem: Peace, Love &
Ice Cream… Jezioro jest mimo sporej liczby turystów dość ciche, tylko
przewodnik rosyjskiej wycieczki okropnie chce się zaprzyjaźniać z miejscowymi
kelnerkami, zajmując gestykulacją mnóstwo miejsca, a na próby rozmów
wykorzystując mnóstwo decybeli.
Powoli wracamy do Świętej Maryny. Po drodze widzimy coraz większe fale,
rozbijające się o brzeg, czerwone flagi na wszystkich plażach i nerwową
krzątaninę obsługi, odsuwającej od linii wodnej leżaki i wszystkie ruchome
części wyposażenia. Zbliża się sztorm, mówi się nawet o huraganie. Podobno
lotnisko w Chani już nie odprawia samolotów, ale my lecimy z Iraklionu, o wiele
dalej na wschód, ale wciąż na północnym wybrzeżu, gdzie wiatr jest największy.
Nie wiemy, czy polecimy. Pakujemy się i idziemy wcześnie spać, bo musimy
wyjechać przed ósmą. Mamy nadzieję, że nie na próżno.
Rano, 26 września 2018 roku, czeka na nas – z pożegnalnym prezentem! – nasz
gazda Sofokles, sprzątająca Marysia smutno się uśmiecha, nawet rudy kot zagląda
na nasz balkon. Spoglądamy na morze – fale dochodzą do połowy plaży, ale dobrze
zabezpieczone leżaki i parasole są wciąż na miejscu. Zdaje się, że tylko my się
przejmujemy pogodą. Ale też spośród gości Kato Stalos Beach tylko my musimy
stalowym ptakiem wznieść się ponad wiatr i chmury, pokonać huragan i nie tracąc
piór wylądować szczęśliwie w Katowicach.
Sto
pięćdziesiąt kilometrów z Agia Mariny do Iraklionu Michał pokonuje Drogą
Narodową w niespełna dwie godziny. Spoglądamy niespokojnie w lewo, gdzie
doskonale widać wielkie fale przyboju, rozbijające się o brzeg. Wieje nadal. Ale
w stolicy wyspy jest słonecznie i wydaje się spokojnie. Mamy jeszcze tyle czasu,
żeby podjechać do mieszczącego się na wschód od Iraklionu oceanarium, które tu
nazywa się CretAquarium.
Podjeżdżamy prawie autostradą do miejscowości Gournes, 15 km od Iraklionu,
trochę błądzimy pod koniec, bo dojazd jest dość tajemniczy: i nie dziwota, jako
że Thalassocosmos, Morski Świat,
mieści się w budynkach dawnej wojskowej bazy amerykańskiej. Akwarium jest czynne
od 9.30 do 16.00 (listopad – marzec) i do 19.00 latem. Tłok okropny – przeważają
rodziny z dziećmi, także takimi w wózkach, czemu dziwić się trudno, bo pogoda
raczej zachęca do oglądania morza w szklanych naczyniach i pod dachem, a poza
tym dzieci od zera do czterech lat,
jak piszą przy kasie, mają wstęp za dawno. Tu dziennikarzy mają gdzieś, ale może
jest zniżka dla rekinów biznesu? Myślę o Renatce – wydawczyni. Ale nie: Renata i
Michał płacą po 9 € (tak w
sezonie,
czyli od 1 maja do 30 września, potem tylko 6), ja korzystam z przywileju
senioralnego i płacę tylko sześć i cześć. Wesołe jest życie staruszka! W środku
ciemno, smrodliwie i wrzaskliwie. Dzieci, co nie płacą, mają najwięcej praw –
rodzice trzymają je tuż przy szybach, zasłaniając widok tym co płacą, a w całym
CretAquarium co chwila rozlega się wrzask młodych kandydatów na następców
Jacquesa Cousteau: O, mama, jiba! –
jako że najwięcej gości komentuje jiby
po polsku, słowacku, czesku i rosyjsku, ale wrzeszczy się też po grecku,
angielsku, niemiecku i francusku, po japońsku i mandaryńsku, jako że tu dzieci
mają głos w każdym języku i przy każdych rodzicach, no i nie wahają się go
użyć. Chwała Posejdonowi, że ryby głosu nadal nie mają. Ale chyba nie mają też
słuchu, bo inaczej musiałyby dawno zwariować.
CretAquarium, pomijając publiczność, jest dość dobrze i ciekawie urządzone, choć
sale wydają się nieco ciasne, a akwaria, nawet te z rekinami i tuńczykami też
nie imponują wielkością. No, ale po dawnej bazie wojskowej pozostały pewnie
głównie koszary, a te raczej na salony się nie nadają. Jest tu wszakże 60
szklanych basenów różnej
wielkości,
mieszczących 1.700.000 litrów wody i będących schronieniem dla 2 tysięcy
morskich stworzeń, reprezentujących 200 gatunków żyjących w Morzu Śródziemnym.
Jestem spod znaku Ryb, więc mi tu ciasno, jestem też dość głuchy, a jak wiadomo
– głuchym najbardziej przeszkadza, że inni tak wrzeszczą, jakby byli
głuszsi niż my… Wychodzę i szczelnie
zapinam kurtkę: wiatr jeszcze większy, nadciągnęły chmury,
pewno na domiar złego zaczyna padać.
Wracamy do Iraklionu, zwracamy samochód w wypożyczalni koło lotniska, czekamy na
odprawę, zastanawiając się, czy odlecimy.
Odlecieliśmy. Jeszcze w powietrzu, oglądając najpierw znikające z tyłu wybrzeże
i góry Krety, patrząc na Santorini z góry, poznając po kształcie Naksos
stwierdzamy, że znów byliśmy za krótko, niewiele widzieliśmy i pozostawiliśmy za
dużo pytań bez odpowiedzi i za wiele wątpliwości bez wyjaśnienia. Przelatujemy
nad Tatrami, które w międzyczasie pokrył pierwszy śnieg, pocieszając się tym, że
niedługo śnieg spadnie i na Lefka Ori, i na Psiloritis, może nawet na Apterę…
Ale wiosną, latem czy jesienią polecimy tam znowu. Kiedyś. Może.
