Maciej Pinkwart
Minojczycy
Odcinek 3
Fascynacja zachodem
Jest
15 września 2018 r. Dziś stanowczo postanawiamy ulec fascynacji
najpiękniejszym zachodem słońca na
świecie i podziwiać go w tłumie innych turystów w położonej najbardziej na
północ miejscowości Santorini, o wdzięcznej nazwie Oja. Spoglądamy z niepokojem
na niebo – na razie pełzają na nim malownicze, niewielkie chmurki, które dodają
pogodzie uroku, ale jak taka chmurka znajdzie się w niewłaściwym czasie w
niewłaściwym miejscu, to serwus lody, cały pogrzeb na nic. Ale myślimy
pozytywnie: będzie dobrze, dzień się dopiero zaczyna, gorąco jest bardzo, lekki
wiaterek umila życie, jedziemy zwiedzać
stolycę.
To spore miasto i zupełnie nowe – wybudowane praktycznie od zera po fatalnym
trzęsieniu ziemi, które zniszczyło Thirę w 1956 r. Ale i wcześniejsza historia
Firy – bo i tak się tu mówi – nie
jest zbyt długa. Ludzie zaczęli się tu osiedlać w połowie XVIII w., kiedy to
kataklizm zrujnował poprzednią stolicę, usytuowaną w dzisiejszym miasteczku
Imerovigli, wokół weneckiego zamku Skaros – w najwyższym punkcie wyspy,
wznoszącym się 300 m ponad poziomem morza. Arystokracja wenecka i cała
społeczność Skaros, przeważnie katolicka, przeniosła się wtedy niżej i na
wysokości 250 m założyła miejscowość, którą z braku lepszego pomysłu nazwano
tak, jak całą wyspę – Thira. Niecałe
sto lat później, w 1835 r. miasto stało się stolicą. Dziś mieszka tu stale
niewiele ponad półtora tysiąca osób, ale wydaje się nam, że ludzi jest co
najmniej dziesięć razy tyle: mimo, że sezon skończył się formalnie dwa tygodnie
temu – codziennie kilkanaście olbrzymich promów i dziesiątki mniejszych statków
wypluwa na nabrzeża dwóch portów tysiące osób. Dodajmy do tego jeszcze tysiące
osób, które dostają się tu samolotami – lotnisko jest w miejscowości Kamari
(niesamowity widok przylatujących maszyn, oglądanych
z góry z drogi prowadzącej do Starej
Thery!) i obsługuje niebywałe liczby samolotów: teraz, pod koniec października,
odlatuje stąd dziennie około 30 maszyn linii lokalnych (do Aten i Salonik) oraz
samoloty do Rzymu, Amsterdamu, Londynu, Paryża, Manchesteru i Genewy. W sezonie
dochodzą też połączenia czarterowe i weekendowe z dziesiątków miast Grecji i
Europy. Także sporadycznie z Polski. Daje to ponad półtora miliona pasażerów
rocznie.
I
zdaje się nam, że wszyscy ci ludzie są właśnie tutaj, kiedy z niewielkiego
parkingu w północnej dzielnicy Firostefani koło kościoła św. Stefana idziemy w
górę. Urocze autobusy miejskie reklamują olejek do opalania, zapytując na
burtach w
dobrej angielszczyźnie Jakie historie
opowie twoja opalenizna tego lata?, czemu towarzyszy ładne zdjęcie użytego
olejku. Przesmykami na pół osła, poprzerywanymi wąziutkimi i stromymi schodami
podchodzimy do głównej uliczki, prowadzącej równolegle do plaży – tylko plaża
jest 200 metrów niżej… Hotele, pensjonaty, restauracje… Jak tu dociera samochód
z zaopatrzeniem, jak dojechać z bagażami? Nijak. Samochody zostają na dole, a
rzeczy wnosi nosilszczyk. Co chwila
mijają nas tęgie chłopy z brodami, niosący na barkach 20-kilowe walizki, za
którymi truchtem podążają malutcy Japończycy, przysadziste Niemki, rozgadane
Szwedki… Przy każdym domu jest maciupkie podwórko, trawnik, ogródek z kwitnącymi
w różnych kolorach oleandrami i bugenwillami i obowiązkowo basen, niewiele
większy od tego w szpitalu, znanego z powiedzenia
siostro, basen! Jak ci ludzie się tu
kąpią,
o metr od płotu, za którym uliczką przechodzi cały świat?
Przy tym dziwactwie scenograficznym, którego tłem jest wulkaniczna kaldera, a
oprawą biało-niebieskie domki i kolorowe stoliki w restauracjach, widać sporo
ciekawych i dowcipnych rozwiązań. Wszechobecne reklamy zachodu słońca sąsiadują
z zachętami do kupowania lokalnego piwa z osłem na etykiecie i… wspomnieniami o
Homerze oraz żeglarskiej przeszłości mieszkańców Thery. Łapiemy trochę cienia w
kawiarni z widokiem na morze i domki – przyszła pora na drugie śniadanie, lunch
i obiad w jednym.
![]() |
![]() |
![]() |

Wracamy
na parking i zupełnie niezłą drogą zjeżdżamy na wschodni kraniec wyspy, najpierw
na plażę w Yalos (także: Gialos), ładna okolica i tłoku specjalnie nie ma, ale
też i plaża nie nadzwyczajna, przynajmniej dla mnie, bo składa się z grubo
siekanego żwirku i kamieni. Ale niecały kilometr dalej na południowy wschód,
mając za plecami lotnisko, docieramy do znacznie przyjemniejszego miejsca. Na
plaży drobniutki piasek, ale podejrzanie przypomina mi popiół z popielnika,
rozglądam się ostrożnie, czy gdzieś tu na Wojtusia iskiereczka nie mruga…
Wchodzimy do morza, ale tylko na chwilę, a wracając zbieramy garść kamieni
pumeksowych. A więc mamy przed sobą ewidentne pozostałości po wybuchu Thery. Za
plecami wznosi się niewysoki klif także wulkanicznego pochodzenia, wyrzeźbiony
przez erozję w fantazyjne formy. Miejsce nazywa się Monolithos, nazwa dość
popularna na wyspach greckich, ale żadnych pojedynczych, charakterystycznych
kamieni tu nie widzimy – tak jak na przykład na Rodos, gdzie w Monolithos na
skale o kształcie gigantycznego kciuka wznosi się, oczywiście, zamek joannitów.
Jasne, wyżej są spore skały i malownicze bramy kamienne, ale słońce już dawno
przechyliło się na stronę zachodu, więc Renatka wykonuje serię skoków i
powoli wracamy. Na wieczorną uroczystość pożegnania Boga Słońca trzeba się
przebrać, przedtem wykąpać się w basenie i odpocząć.
Wyjeżdżamy dość wcześnie na północ, obawiając się, że ciężko będzie znaleźć
wolne miejsce do parkowania, i w ogóle przebić się przez drogi pełne samochodów
wiozących innych wielbicieli sansetu.
Ale Renata kieruje nas czymś w
rodzaju
obwodnicy, omijającej centrum wyspy, droga jest podobno jeszcze w budowie, ale
jedzie się nią znakomicie, w efekcie docieramy do Oji dość szybko, znajdujemy
miejsce na parkingu bez problemów (ale już kilka minut później, gdy z niego
wychodzimy, inne samochody się nie mieszczą i zawracają) i podchodzimy dość
stromo do głównej uliczki, będącej niemal kopią tej, którą przeciskaliśmy się
przez górne partie Firy. Oczywiście po drodze mijamy kolejne Krupówki – stragany
z pamiątkami, restauracje, pensjonaty… Coraz tłoczniej – ale jeszcze jest na
tyle wcześnie, że możemy nawet wybrać sobie miejsce, skąd będziemy dobrze
widzieć zachodzące słońce. Wszystkie restauracje mają porezerwowane stoliki,
tłum oblepia ruiny zamku, zajmujące wysuniętą nieco w stronę morza skałę,
osły wywożą na górę pasażerów łodzi, które lądują w maleńkim porcie, od wschodu
nadciąga kawalkada większych czy mniejszych statków, które zamierzają oglądać
widowisko z poziomu morza.
Oja – ta Oja, bo była jeszcze dolna
Oja, w miejscu dzisiejszego Kamari, gdzie był egipski port za czasów Starej
Thery – nazywana była początkowo Apanomeria (także: Pano Meria), górna strona.
Obecną nazwę (wymawianą jako Ia)
miasto otrzymało w II połowie XIX wieku. Osada istniała tu już w X wieku, ale
rozwinęła się szczególnie za panowania Wenecjan i od 1207 r. podlegała Księstwu
Naksos. W Oji mieściła się wenecka cytadela, z której pozostały ruiny obronnego
bastionu w najwyższej części miasta. Dokładnie przed sobą widzimy ruiny dawnego
zamku weneckiego, wzniesionego przez rodzinę Argyri, dziś nazywanego Fortem
Londsa. W rękach Wenecji miasto pozostawało do 1566 r., potem stało się częścią
Imperium Otomańskiego. Po przejęciu władzy nad Cykladami przez Grecję, w połowie
XIX w. Oja stała się ważnym portem handlowym, leżącym na trasie szlaku morskiego
między Rosją a egipską Aleksandrią. Miała własną flotę, liczącą około 130
żaglowców, dobrze wyposażone nabrzeże w zatoce Armeni, a mieszkało tu ponad 2500
osób, z których części zajmowała się produkcją doskonałego wina, eksportowanego
nawet do Francji.
Okres
prosperity skończył się wraz z rozwojem żeglugi parowej i rozbudową portu w
Pireusie, który stał się głównym ośrodkiem morskim Grecji. Mieszkańcy Oji
zaczęli emigrować, a potężne trzęsienie ziemi w 1956 r. (o magnitudzie 7,8 w
skali Richtera) spowodowało, że miasto straciło swoją rolę handlową i pozostało
w nim nie więcej niż 300 osób. Dopiero w ostatnich latach rozkwitło ponownie,
tym razem jako ważny ośrodek turystyczny, słynący z ładnej architektury,
przyjaznego klimatu i… pięknego zachodu słońca. Te cechy nie tylko przyciągają
tu tysiące gości, ale sprawiają też, że miasteczko wielokrotnie bywało już
wykorzystywane jako plan filmowy. Realizowano tu część zdjęć do dwóch edycji
Stowarzyszenia wędrujących dżinsów,
kręcono także początkowe sceny słynnego filmu
Lara Croft – Tomb Raider. Kolebka
życia z Angeliną Jolie w roli głównej. Uroda Oji sprawia, że niekiedy jest
ona nazywana najpiękniejszym miastem Grecji, co wydaje mi się lekką przesadą.
Ale nie mogę stwierdzić tego na pewno, bo samego miasta teraz prawie nie widzę,
bo wszystko na czym można usiąść, gdzie można stanąć i wyciągnąć aparat
fotograficzne jest już zajęte przez tysiące ludzi. Krzyżują się dziesiątki
języków, widzimy wszystkie kolory skóry i wszystkie fasony letnich ubrań – a
atmosfera staje się pełna napięcia, jak przed premierą renomowanej sztuki, którą
wszyscy dobrze znamy i która wciąż nas ciekawi.
Ile już widziałem zachodów słońca, które właśnie nad morzem zachodzi
najbardziej, by tak rzec, znikając za linią horyzontu, a nie za domami, drzewami
czy górami! Pierwsze były naturalnie nad Bałtykiem, choć prawdę powiedziawszy
rzadko kiedy udało mi się zobaczyć tarczę słoneczną
tonącą w wodzie, bo jakoś tak się
składało, że zawsze w okolicy zachodniego horyzontu pełzały choć drobne chmurki.
Potem były zachody śródziemnomorskie –
na
Lazurowym Wybrzeżu, w Zatoce Lwiej, na Rodos, na Krecie – w Iraklionie czy nad
Morzem Libijskim, na Elafonisos, na Kitherze… No i wreszcie Atlantyk – najpierw
marokański, potem szczególnie piękny na Gran Canarii… Po lekturze zapomnianej
powieści Verne’a Zielony promień
szukałem miejsca, w którym gasnące w morzu słońce wyśle ostatni blask – właśnie
zielony. Nie znalazłem, ale nie tracę nadziei, która jak wiadomo też ma kolor
zielony.
Słońce zniża się bardzo powoli. Na wody zatoki Ammoudi, między Thirą a Thirasią,
zza wysepki Nea Kameni
wypływają mniejsze i większe statki, kilkuosobowe łódki, żaglówki i motorówki,
ustawiając się w rzędach, jak widzowie w teatrze. My, zajmujący w tym teatrze
miejsca balkonowe, szykujemy aparaty, telefony, urządzenia do robienia selfie… Z
ostatnich minut gasnącego dnia nagrywamy z Renatą relację, mnie trochę rozprasza
efektowna Murzynka z króciutkimi włosami w jaskrawo pomarańczowej sukience mini,
na którą ma narzucony na ramiona długi, także pomarańczowy ni to szal, ni to
płaszcz. Słońce dotyka tarczą wody, wszystko wokół robi się czerwono-fioletowe,
ludzie krzyczą i biją brawo, jak polscy pasażerowie, kiedy pilot wyląduje i uda
mu się nie rozbić samolotu.
Zachód
jak zachód, wydał mi się całkiem zwyczajny, zielonego promienia nie było. Renata
twierdzi jednak, że koloryt był zupełnie inny niż zazwyczaj i że zmierzch zapadł
tak szybko jak w Afryce, podczas gdy normalnie na Morzu Śródziemnym taka pora
przejściowa między dniem a wieczorem trwa długo. Nie wiem – mężczyźni, jak
wiadomo, gorzej rozróżniają kolory, zresztą od tego pomarańczowego mi się długo
jeszcze mieni w oczach. Statki i łódki zmieniają szyk i powoli odpływają w różne
strony – do Naksos czy Pireusu na północ, do Thiry czy na Kretę na południe. My
włączamy się do procesji tysięcy ludzi, którzy pielgrzymują teraz przez ulicę
główną noszącą imię Nikolaou Nomikou (nie znalazłem, mimo starań, informacji kim
był pan NN, a raczej znalazłem kilku, ale chyba nie pasujących: koszykarz,
informatyk, kolarz, inżynier…). Trwa to długo, a mnie przypomina się milenijny
sylwester w Paryżu i taka sama powolna pielgrzymka zadowolonych ludzi, idących
spod Wieży Eiffla na Champs Elysées.
Nie, to na pewno nie był zwykły zachód słońca – ale dla mnie jego niezwykłość
polegała nie na kolorach czy innym wyglądzie naszej życiodajnej gwiazdy, tylko
na atmosferze, jaką wytwarzali ci wszyscy przyglądający się jej ludzie, którzy
przyjechali tu z często odległych stron po to, by wraz z innymi, z nami,
zobaczyć to samo, cieszyć się tym samym i zachwycać się mniej więcej tak samo.
Takie sytuacje są krzepiące, zwłaszcza dla nas – możemy być tak bardzo różni, a
odczuwać i reagować podobnie…
Jeszcze mała przechadzka po dolnych Krupówkach, wsiadamy do samochodu i po
odczekaniu dobrej chwili na możliwość wykaraskania się z parkingu w Oji –
objeżdżamy pół wyspy, żeby wrócić do naszego „Koroniosu”. Ostatnia noc na
Santorinie.
Wstajemy dość wcześnie, bo czeka nas jeszcze ważna wizyta. Najpierw trochę
włóczymy się po tej części Thiry, którą dotąd tylko szybko mijaliśmy, wracając z
wycieczek, a przed południem lądujemy w największym muzeum Santorinu – Muzeum
Prehistorii Thery. Wstęp kosztuje 6 € (ulgowy bilet 3), prasa wstęp wolny,
podobnie jak młodzież do 18 roku życia i studenci z Unii Europejskiej. Na
początku serwują nam małą lekcję geologii i wulkanologii. Okazuje się, że swój
początkowo niemal okrągły kształt Thera zawdzięczała wylewom lawy z wulkanów z
czasów sięgających miliona lat przed naszą erą. Ale jeszcze wcześniej – półtora
miliona lat temu – przejawiająca się tu aktywność wulkaniczna posklejała niejako
lawą istniejące wcześniej wysepki, zbudowane ze starszych skał – wapienia w
rejonie dzisiejszego Monolithos, Profitis Ilias i Mesa Vouno oraz łupków
krystalicznych koło Athinios. Nie było jednego wulkanu, który jak Etna górowałby
nad Therą – poza tym głównym, były też kratery na Akrotiri i w rejonie Skaros.
Potem utworzyła się gleba, ustabilizował się klimat śródziemnomorski, a jakieś
37 tysięcy lat temu pojawiły się rośliny – palmy, oliwki, pistacje, potem owady.
Już na długo przed „słynną” erupcją Thery w północnej części wyspy istniała
wypełniona wodą kaldera,
połączona
z morzem w okolicach dzisiejszej latarni morskiej na Akrotiri. Dwa następne
otwarcia kaldery na morze – na północ i na południe od dzisiejszej wyspy
Therasia powstały w czasie erupcji w późnej epoce brązu.
Ekspozycję w muzeum otwierają niewielkie marmurowe prymitywne figurki kobiet,
zaliczane do drugiego okresu kultury cykladzkiej. Te prymitywne rzeźby, nazywane
idolami cykladzkimi, w zasadzie przypominają wszystkie dzieła z wczesnej epoki
brązu i pochodzą z okresu 2700-2300 p.n.e. A potem nagle, jak za dotknięciem
czarodziejskiej różdżki pojawiają się młodsze zaledwie o 2-3 stulecia prawdziwie
artystyczne dzieła sztuki, należące do kultury minojskiej. Odczuwam podobne
wrażenie, co przy obserwowaniu pierwszych stuleci dziejów Egiptu: sztuka
pierwszej dynastii (np. paleta Narmera) pojawia się nagle, nie wiadomo jak i
skąd, bez żadnych etapów przejściowych – poprzednie, nazywane kulturą Nagada (od
miejsca, gdzie znaleziono obiekty z tego okresu) – to tylko prymitywne figurki,
ceramika zdobiona dość topornie i pochówki bez żadnych ceregieli, w pozycji
embrionalnej, niczym nie przypominające choćby pierwotnych egipskich mastab.
Tylko daty są od minojskiej epoki brązu wcześniejsze: Narmer panował w latach
3150-3125 (lub, wg innego datowania – 3032-3000), okres starszych pałaców na
Krecie i najlepsze czasy Thery to czasy mniej więcej o tysiąc lat późniejsze.
I jeszcze jeden drobiazg: Narmer to było imię tronowe. Tak naprawdę pierwszy
faraon nazywał się M-n-s. Egipcjanie nie zapisywali samogłosek, ale Grecy po
paru tysiącleciach zapisali to jako Menes. Władca Krety nazywał się M-n-s. Co
Grecy zapisali jako Minos.

W starszych miejscach Akrotiri znaleziono stada wotywnych figurek świętych byków, co pokazuje, że i tu panował ten sam kult, co na minojskiej Krecie. Notabene, warto zwrócić uwagę na dolną część palety Narmera...
![]() |
![]() |
![]() |
Mnóstwo
tu ozdobionych pięknymi rysunkami naczyń ceramicznych, można także obejrzeć
wiele starannie zre
konstruowanych
fresków, wedle opisów pochodzących głównie z końca XVIII czy początków XVII w.
p.n.e. Są i małe rzeźby, a wśród nich
szczególnie
piękna figurka kozy, wykonana ze złota, metodą „traconego wosku”, która w naszej
części Europy rozpowszechniła się dużo później. Polegała ona na tym, że najpierw
wykonywano model w skali 1:1 z łatwo dającego się obrabiać wosku pszczelego,
potem model ten oklejano gliną lub specjalnie przygotowanym gipsem pozostawiając
w niej niewielki otwór, następnie dzieło podgrzewano (np. gorącą wodą), skutkiem
czego wosk się topił i był wylewany, a w jego miejsce wlewano roztopiony metal.
Gdy stwardniał – wierzchnią warstwę gliny czy gipsu rozbijano, drobne niedoróbki
poprawiano ręcznie i rzeźba, niekiedy o wielkiej liczbie szczegółów, była
gotowa.
Freski i malowidła na ceramice są niezwykle realistyczne, wykazują wielki artyzm
i doskonały zmysł obserwacyjny twórców, a twarze osób to przeważnie portrety.
Drapieżniki, antylopy, ptaki, ryby, delfiny i rośliny są niewątpliwie malowane z
natury. Pewne zdziwienie na tym tle budzi fresk, podpisany „Niebieskie małpy”.
Hasające po ścianach w kącie pokoju małpiszony są rzeczywiście niebiesko-szare,
ale czy nie poniosła tu artystę fantazja? Bynajmniej. Taki małpy istni
eją.
U nas mają nazwę koczkodan diademowy,
w krajach anglosaskich – blue monkey.
Oczywiście wiemy, że w naturze u ssaków kolor czysto niebieski (podobnie jak
czerwony) nie istnieje, więc i thereńskie koczkodany (importowane zapewne przez
marynarzy z Afryki Wschodniej lub Półwyspu Arabskiego) nie są błękitne, ale
szaro-niebieskie, niebieskawy odcień ma też siwe owłosienie pyska. Ale malarz
sprzed bez mała 40 stuleci był i tu realistą, pokazując nie tylko kolor sierści,
ale także chwytne ogony i ch
arakterystyczne
diademy z włosów, okalające głowy.
Stoimy właśnie przed małpami, tyłem do nich i nagrywamy na smartfonie relację
wideo, kiedy podbiega do nas strażnik i informuje, że w muzeum nie wolno robić
selfie. Można fotografować małpy, mogę sfotografować Renatkę z małpą, ale nie
mogę sfotografować siebie z małpą, mam na myśli koczkodana. Trudno pojąć tę
logikę.
Nie - to nie. Ale i tak swoje nagraliśmy, Zauważam jeszcze na jednej z tablic
objaśniających uwagę, że wykopaliska na Akrotiri nie potwierdziły teorii
profesora Marinatosa, dotyczącej przyczyn upadku cywilizacji minojskiej:
odkrywca zasypanego przez wulkan miasta twierdził, że ta formacja kulturowa,
rozkwitająca w tym samym czasie na Therze i na Krecie, została zniszczona w
wyniku wybuchu na Santorini. Inni uczeni podkreślają, że po wybuchu Minojczycy
jeszcze dzielnie się trzymali przez kilka stuleci. Moim zdaniem, nie ma tu zbyt
wielkiej sprzeczności: jeśli wybuchowi towarzyszyły zjawiska, znane nam i
obserwowane także współcześnie podczas wulkanicznych kataklizmów na o wiele
mniejszą skalę (gigantyczne tsunami, przysypanie miast popiołem, zablokowanie
morza grubą warstwą pumeksu, wulkaniczna zima) – to z wielkim
prawdopodobieństwem możemy stwierdzić, że w wyniku katastrofy na Therze uległa
zniszczeniu kreteńska flota, stanowiąca podstawę potęgi Minojczyków, że wyginęła
spora część populacji, zmarniały zbiory, znikły pod popiołem pastwiska,
zwierzęta częściowo wymarły, nastąpił długotrwały głód. Wiemy, że efekty wybuchu
z połowy XVII w. obserwuje się do dziś nawet w północnym Egipcie – więc co
musiało się wtedy dziać na Krecie, o samej Therze nie wspominając! Jasne, że na
Krecie ludzie przetrwali, a nawet podźwignęli swoje miasta-państwa z upadku, ale
już nie odzyskali dawnej potęgi militarnej, morskiej i handlowej. A potem
przybyli z północy Mykeńczycy i przejęli nad Kretą i jej dawnymi faktoriami
kontrolę. Nie, i oni nie zrównali Knossos i innych pałaców z ziemią i nie
wymordowali ceniących spokój, złoto, kulturę i sztukę Minojczyków. Po prostu
wymyślili nową historię, dawny kult starych bogów (Bogini z wężami, Wielki Byk)
został niejako podłączony do obowiązującej na północy religii (stąd mit
o
narodzinach Zeusa w jaskini na górze Ida czy później – o porwaniu przezeń, pod
postacią byka, azjatyckiej księżniczki Europy i przetransportowanie jej na
Kretę, gdzie ze związku greckiego najwyższego boga i kobiety, która tak jak
Minojczycy przybyła z Azji Mniejszej, urodził się Minos. Który zresztą według
Greków nie był wcale pierwszym królem Krety… Ba! W
Iliadzie Homera poznajemy króla Krety
Idomeneosa, który jest spowinowacony z Mykeńczykiem Menelaosem, a w czasie wojny
trojańskiej podlega królowi królów – Agamemnonowi z Myken. A po kilku kolejnych
stuleciach jako-takiej koegzystencji Achajów z Minojczykami, przychodzą na Therę
i Kretę Dorowie ze Sparty i zgodne współżycie na wyspach się kończy.
Ale nas zniosło w odmęty historii i mitologii! Zostawmy te dygresje, bo przecież
za chwilę i my musimy pożegnać bajkowe, malownicze i otoczone legendami
Santorini. Dawną Atlantydę? No, właśnie. Ciekawe, że współcześnie na wyspie ten
fragment lokalnego mitu w zasadzie nie jest eksponowany i nie służy promocji
turystycznej. Owszem, odnajdujemy w Firze hotel „Atlantis”, ale w zasadzie to
wszystko „w tym temacie” – jakby powiedział wielki elektryk.
Pora na nas. Żegnamy się z gospodynią, zostawiamy jej kluczyki do wynajętego tu
nissana,
spakowane już wcześniej walizki trafiają do samochodu gazdy, który zwozi nas do
Nowego Portu, gdzie czekamy na nasz prom. Jest to ten sam „Minoan Palace”,
którym jechaliśmy cztery dni temu w przeciwną stronę. Lokujemy się na pokładzie
- niestety, zamkniętym – i usiłujemy przetrwać trwającą niecałe dwie godziny
podróż. Niestety – jeszcze raz to powtórzę – teraz jest piękna pogoda, morze
równe jak stół, o żadnym kołysaniu mowy nie ma. A więc nikt nie rzyga, a my
przeżywamy horror z terroryzującą innych pasażerów, a nawet załogę bandą
dzieciaków, które urządzają sobie poligon wrzasku i tupania między fotelami w
klasie ekonomicznej. Pisałem już o tym w
jednym z felietonów, więc nie będę tego powtarzał, tym bardziej że
wspomnienie jest niesympatyczne.
Podróż się dłuży, ale na szczęście wszystko –
także
to uciążliwe – się kończy, więc koniec końców wysiadamy na promowisku w
Iraklionie. Czeka już na nas przedstawiciel firmy, od której zwykle wynajmujemy
samochód w Grecji, a Michał, znający t.zw. Nową Drogę Krajową na odcinku między
Iraklionem a Chanią i dalej, do Agia Marina niemal jak ulicę Szaflarską w Nowym
Targu, dowozi nas fiatem punto na miejsce w niewiele ponad dwie godziny.
Parkujemy, wyciągamy bambetle i mijając rosnącą przy wejściu dobrze nam znaną
sprzed dwóch lat wspaniałą bugenwillę wchodzimy do pensjonatu Kato Stalos Beach.
Klucz czeka w pustej recepcji na kartce z imieniem Renaty. Z okna na parterze
widzimy ciemne chmury i wielkie fale, rozbijające się na brzegu. Wiatr prawie
sztormowy. Kreta wita nas bynajmniej nie sielankowo. Rozpakowujemy się i idziemy
na kolację do tej samej restauracji, w której żegnaliśmy miasteczko Agia Marina
dwa lata temu. Pierwsze wino lokalne w karafce – smakuje jak zawsze. Pustawo i
dość chłodno. Widać, że sezon się skończył, ale to akurat nam pasuje. W domu w
swetrach, bluzach i długich spodniach (ja – bo Michał zawsze w krótkich, a
Renatka, wiadomo) słuchamy wiatru i coraz głośniejszego szumu morza.