Maciej Pinkwart, Egipt dla początkujących
Krawężniki

Spacerowanie
ulicami Hurghady jest w zasadzie niemożliwe, a
co najmniej męczące i
bezproduktywne. Nowoczesne
i eleganckie dzielnice hotelowe są tak rozległe,
że nikt tam nie chodzi piechotą, a poszczególne
resorty
są samowystarczalne jak oazy na pustyni, z
którymi zresztą mają wiele wspólnego. Zaś
centrum (Sakalla) i stara Hurghada (Al Dahar) to
nieustanne przeciskanie się pomiędzy sklepowymi
naganiaczami i ulicznymi handlarzami, w zgiełku
ofert handlowych, rozmaitego rodzaju zaczepek i
przede wszystkim nieustannym hałasie klaksonów
milionów taksówek, nieomal zderzających się w
rywalizacji o klienta. Oczywiście, zdanie
klienta, a nawet jego wola korzystania z oferty
ma mniejsze znaczenie; odnosi się wrażenie, iż
to taka gra w kuku, której reguły
zmieniane są co chwilę. Zawsze zadziwia mnie to,
że w tym nieustannym rozbieganiu i rozgadaniu
miejscowej ludności nie ma czasu na jakąkolwiek
chwilę refleksji. Czy ktokolwiek zastanowił się
nad tym, że decyzję o skorzystaniu z taksówki
pasażer podejmie nie dlatego, że się mu ją
oferuje, tylko dlatego, że potrzebuje gdzieś
jechać? I że na pewno nie wsiądę do taksówki
tylko dlatego, że jej szofer się koło mnie
zatrzymał i z całej siły na mnie trąbi? Obrazem
tego nonsensu jest zatrzymywanie się taksówki
przy tobie w momencie, kiedy właśnie wchodzisz
do swojego hotelu, kończąc spacer czy gdy
ustawiasz się do zrobienia zdjęcia… Któregoś
wieczoru Renata rozstawiała statyw do nocnych
zdjęć i właśnie mocowała na nim aparat, kiedy
zatrzymała się jedna, potem druga taksówka i
trąbiąc wniebogłosy, usiłowała nas namówić do
jazdy. A zatem powinniśmy – zrezygnować z tego
co robimy, zdemontować statyw i podporządkować
się woli pana kierowcy… Nie mówię już o tym, że
stając przed obiektywem taksówka zepsuła cały
plan zdjęciowy.
Podobnie z zakupami. Zatrzymywanie się przed jakąkolwiek wystawą sklepową skutkuje natychmiast zagadywaniem przez niezliczonych naganiaczy, we wszystkich możliwych językach, którzy praktycznie uniemożliwiają nawet zorientowanie się w charakterze sklepu, nie mówiąc już o dokonaniu jakiegokolwiek wyboru. To rzecz jasna nie jest specyfika Hurghady, a nawet Egiptu – w ten sposób funkcjonuje cały Wschód. Efekt jest łatwy do przewidzenia – europejski klient jest samodzielny i jeśli nawet nie ma określonego z góry planu zakupów, to decyzję podejmuje na podstawie obejrzenia towaru, a nie opowiadania o nim przez sprzedawcę. Interesujące, że takie sukiennice usytuowane są także przy wszystkich państwowych przecież centrach zabytkowych, zwykle w obrębie tego samego budynku, w którym są kasy biletowe, toalety i siedziba policji turystycznej… W Karnaku czy Dolinie Królów wychodząc ze strefy zwiedzanych zabytków turyści, podróżujący przecież zwykle grupowo, muszą przeciskać się przez tłum handlarzy praktycznie uniemożliwiających nawet dojście do poszczególnych stoisk. Oczywiście, można się uprzeć i nie zwracając uwagi na zaczepki robić swoje. To przynosi efekty, ale zajmuje sporo czasu – a tego towaru w Egipcie turysta zwykle ma najmniej. Więc najczęściej spotykaną reakcją na takie działania jest irytacja i jak najszybsze wyjście z takiego mini-suku. Bez zrobienia jakichkolwiek zakupów, oczywiście.
Nieco inną sprawą jest słynna wschodnia pasja do targowania się, podobno będącego ulubionym hobby zarówno sprzedających, jak i kupujących. Dla niektórych Europejczyków to także świetna zabawa, zarazem ucząca odporności psychicznej, jak i ilustrująca podstawowe prawo kapitalizmu o wpływie balansu między podażą a popytem na wysokość ceny. Wejście do sklepu z – przypuśćmy – torebkami, rozejrzenie się po półkach, a potem wskazanie palcem na wybrany model i zapytanie Hał macz? kładzie cię od razu na łopatki. Otrzymujesz cenę zaporową, zwykle trzykrotnie przewyższającą wartość towaru. I teraz jest kilka możliwości. Uznajesz, że tu wszystko jest okropnie drogo, wzruszasz ramionami i wychodzisz. Nie było sprawy. Druga możliwość: pukasz się w głowę i mówisz: ar ju krejzi? dis szit hes tu bi fifti dollars? It’s med! To oczywiście skazuje całą transakcję na fiasko, bo twój sprzedawca przeważnie dysponuje bardzo ograniczonym zasobem słów angielskich, a zawiłości zarówno gramatyczne, jak semantyczne są dla niego całkowicie obce. Na twoje oburzenie zasypuje cię swoim oburzeniem, tym razem po arabsku i sprawa kończy się zmianą sklepu.
Lepiej się sprawdza trzecia opcja. Odkładasz torebkę na półkę i mówisz: Tu macz for mi, tenks. I udajesz, że wychodzisz. Wtedy sprzedawca prawdopodobnie cię zapyta, ile jesteś gotów zapłacić: Hał macz is gut for ju, maj frend? Powiedz: mejbi tuenti. Sprzedawca złapie się za głowę i teraz tobie zarzuci szaleństwo i zaproponuje forti. Kiwnij głową i powiedz – ok, forti. End not dolars, bat edżipszyn paunts. Sprzedawca wybuchnie szczerym śmiechem, pogratuluje ci świetnego dowcipu i w nagrodę za to, że jesteś takim dobrym i inteligentnym człowiekiem obniży cenę do 35 dolarów. Konsekwentnie trzymaj się funtów egipskich i zaproponuj 80. Zapewne stanie na 20 dolarach, czyli 100 funtach i torebka będzie twoja, choć potrwa to z pół godziny.
Pewno najskuteczniej byłoby pokazanie najpierw innej torebki, lub w ogóle innego przedmiotu niż zamierzasz kupić i przeprowadzenie pierwszej fazy negocjacji tak jak powyżej, potem zapytanie sprzedawcy, czy nie ma czegoś tańszego i dopiero gdzieś tak pod koniec wskazanie przedmiotu, o który ci chodzi. Pamiętaj jednak, że sprzedawca jest o wiele lepszym psychologiem od ciebie, ma ogromne doświadczenie i jakoś nie najgorzej na tym wszystkim wychodzi, więc po prostu postępuj tak jak przy hazardzie: określ sobie górną granicę tego, ile chcesz wydać na daną rzecz i trzymaj się tego konsekwentnie mając za punkt odniesienia ceny podobnych rzeczy u nas. W Egipcie jest taniej niż w Polsce, ale nie więcej niż o 20 procent.
W sklepie z pamiątkami egipskimi wypatrzyłem małą figurkę Anubisa pod postacią leżącego szakala, zapytałem o cenę kilku rzeczy, wśród nich i tego, co chciałem kupić. Żeby odpowiedzieć mi na takie trudne pytanie zawołano z zaplecza szefa, który określił tę cenę na 30 funtów. Pewno tyle – 15 złotych – bym i ja chciał zapłacić, ale powiedziałem – no, nie wiem, muszę się jeszcze zastanowić – i zacząłem szperać po sklepie. Anubis pozostał na ladzie, czekając na dalszy rozwój wypadków. W międzyczasie Michał targował się o kilka paczek tytoniu do fajki wodnej. Trwało to okropnie długo, dla mnie szukano jeszcze (pewno po całej Hurghadzie i okolicy…) specjalnego rodzaju uszebti, marudziłem nad talizmanem ze znakiem anch, wreszcie zobaczyłem, że transakcja tytoniowa załamała się, bo sprzedawca i kupujący zabetonowali się na swoich pozycjach, różniących się o 10 złotych, a uszebti nie dowieźli, ale wciąż miałem czekać. Już mieliśmy wychodzić ze sklepu, kiedy zirytowany na to wszystko wyciągnąłem 30 funtów, wziąłem Anubisa i życzyłem sprzedawcy dobrej nocy. Okropnie się obraził, jak sadzę - nie tym, że nie kupiliśmy tytoniu, tylko tym, że kupiłem figurkę bez targów.
Może się nie nadaję, ale najwięcej rzeczy oglądałem w sklepach, gdzie nikt mnie do niczego nie zachęcał, i gdzie były wystawione karteczki z cenami.
Rozmowy prowadzone są oczywiście w języku klientów. Albo czymś na kształt tego. Jak już wiemy, w początkowej fazie Egipcjanie zwykle mówią do Europejczyków po rosyjsku. Kiedy odpowiada się po angielsku, że się nie rozumie – zazwyczaj pada pytanie łer ar ju from? Gdy mówimy, że from Poland, rozmówca cieszy się bardzo, mówi czeszcz oraz jak sze masz kochanie, niekiedy dodając do tego kilka przekleństw, jakich nauczył go kulturalny polski turysta w poprzednim sezonie. Czasem popisują się znajomością polskich spraw wykrzykując za nami: czeszcz Adam Malysz, czeszcz Doda-Elektroda! Z żalem stwierdzam, że Wisława Szymborska ani Justyna Kowalczyk jeszcze się do świadomości Egipcjan nie przebiły…
Warto
dodać tu jeszcze i to, że ani te zaczepki
handlowe, ani czysto towarzyskie nigdy nie są
agresywne, że ludzie są mili i zazwyczaj
uprzejmi, często uśmiechnięci, choć niekiedy
jest to uśmiech wymuszony. Pomijając kwestie
zabawy w targowanie nigdy nie miałem odczucia,
że ktoś chce mnie nabrać czy oszukać, a już w
najmniejszej mierze – okraść. Wymuszanie
bakszyszu jest irytujące, ale rozumie się to
tak, że ludzie są biedni i chcą sobie poprawić
byt. Jednak kiedy przewodnik, po zakończeniu
wycieczki żegna się z grupą i powiada, żeby
ludzie wysiadając z autokaru nie zapomnieli
wziąć swego bagażu i zostawić kierowcy
tradycyjnego kilkudolarowego bakszyszu, to mnie
zastanawia, jak potraktowano by to w Polsce,
żeby etatowy pracownik jakiejś instytucji
zachęcał klientów do ofiarowywania mu
dodatkowych drobnych sum poza opodatkowaniem?
Czy nie byłaby to sprawa dla resortu pani Julii
Pitery? Co kraj, to obyczaj…
Spotkaliśmy trzech Egipcjan dobrze mówiących po polsku. Jest ich na pewno znacznie więcej, bo działa tam wiele wspólnych, polsko-egipskich biur podróży, punktów usługowych, nawet jest w Hurghadzie polska klinika. Ale dwaj nasi polskojęzyczni przewodnicy, choć reprezentowali różny poziom wiedzy i znajomości polskiego, pokazali nam, jak trudny jest to język i jak nielogiczny. Nie do opanowania są zawiłości odmiany, rodzaje gramatyczne, przyimki i zaimki i mnogość podobnych, a różnie znaczących słów. We środku i w ośrodku to przecież niemal to samo… Niekiedy niesposób jednak zrozumieć, o co chodzi, zwłaszcza w odniesieniu do zawiłych spraw historycznych czy społecznych, a czasem trudno powstrzymać się od śmiechu. Rozdający bilety do Doliny Królów Abdul z Luksoru natknął się na Michała i pyta go: A gdzie twoje rodzice? Michał bez zmrużenia oka wskazał na mnie i Renatę, wzięliśmy bilety i pomyśleliśmy sobie, że rozróżnienie słowa rodzina i rodzice tylko dla nas jest oczywiste.
W Egipcie nie uchodzi jakiekolwiek publiczne okazywanie czułości między mężczyzną i kobietą, a jeśli spotka się parę, trzymającą się za ręce, to musi być małżeństwo. Natomiast codziennością są przechadzający się po ulicy objęci lub prowadzący się pod ręce mężczyźni. I na pewno nie jest to przejaw modnego w Europie demonstrowania odmienności seksualnej; tam w 100 procentach łączy ich tylko koleżeństwo, czasem luźna znajomość, niekiedy interesy. To zresztą jest specyfika całego Wschodu.
Chodniki w Hurghadzie oddzielone są od jezdni przynajmniej 30-centymetrowymi krawężnikami, które ograniczają także zatoczki parkingowe i wysepkę na środku ulicy, dzielącą pasy ruchu. Ponieważ zaś większość przestrzeni dla pieszych zajęta jest przez stragany albo po prostu ulicznych sprzedawców – co chwila trzeba z chodnika schodzić na jezdnię i unikając potrącenia przez pędzące bez opamiętania samochody, wspinać się z powrotem na krawężnik. Po kilkuset metrach takiego spaceru nogi są bardziej zmęczone niż gdybyśmy weszli na piramidę Cheopsa. W dodatku krawężniki są niestabilne, część nie przylega do chodników, część jest połamana, studzienki kanalizacyjne przykryte bywają rzuconą byle jak blachą, często w kilku kawałkach. Jezdnie mają kiepską nawierzchnię, w dodatku co kilkadziesiąt metrów zamontowane są albo progi spowalniające, albo wysepki jakby wystających brukowców – co i tak nie skłania kierowców do hamowania. Część nawet w środku nocy jeździ bez świateł, przejść dla pieszych nie ma, a główną zasadą w ruchu ulicznym jest brak jakiejkolwiek zasady.
Co chwila łapię się na myśli, że taka społeczność, jak tutejsza nie mogłaby zbudować potęgi starożytnego Egiptu. I że to nie oni zbudowali te wszystkie piramidy.
No, bo to faktycznie nie oni.
Dygresja
dla wykształciuchów: Poszukiwanie Egipcjan w
Egipcie
Jutro drogą na północ pojedziemy pod piramidy.
