Maciej Pinkwart, Egipt dla początkujących
Czterdzieści wieków (z okładem…) patrzy na nas

Zastanawiamy się, czy w ogóle warto kłaść się spać, bo wieczór ma swoje uroki, z których ciężko zrezygnować. Kończy się na kompromisowym położeniu się przed jedenastą. Przewracam się z boku na bok, nie wiedzieć czemu zastanawiając się, czy z piasku pod piramidami może nagle wypełznąć skorpion i użądlić mnie tak, jak kiedyś panią Oliver u Sienkiewicza. Pocieszam się tym, że parę tysięcy osób dziennie tupie tym skorpionom nad głowami, więc dawno już pewno znalazły lepsze mieszkania, ale kilka wersji filmów o królach Skorpionach i powracających mumiach robi swoje…
Przed pierwszą w nocy idziemy do recepcji po suchy prowiant. Już czeka, elegancko przygotowany i popakowany do tekturowych pudełek. Jak się okaże, na wycieczce najbardziej brakuje wody, no a tej w suchym prowiancie nie dają. Uprzedzeni przez rezydentkę, mamy własną. Najlepsza, jak nam mówią, jest Baraka – ta wdzięczna nazwa i patronująca jej firma Nestle – gwarantują ponoć to, że zawartość nie jest zwykłą kranówą, albo nilówą, tylko pochodzi ze źródeł mineralnych. Zachodzę w głowę, gdzie oni mają te źródła, wiadomo że chwalą się nimi niektóre oazy (np. Siwa), ale i tak głównym źródłem wody dla Egiptu był i pozostaje Nil. Dlaczego nikt nie eksportuje tu Nałęczowianki czy Piwniczanki? Wystarczyłoby zrobić wersję eksportową pod nazwą, bo ja wiem, Kleo, albo po prostu Nun (to nie chodzi o angielską nazwę zakonnicy, tylko tak nazywało się bóstwo wody w Egipcie), czarterować jeden samolot dziennie i potem sprzedawać po siedem funciaków za półtora litra…
Potem wpadam na jeszcze jeden genialny biznesowy projekt: dlaczego nikt nie eksportuje z Egiptu piasku? Mają go na pewno za dużo i nie wiedzą, co z nim zrobić. A na tylu plażach na świecie go brakuje, nie mówiąc już o licznych budowach domów czy autostrad…
Środek nocy, ale ruch jak u nas w środku dnia. Z naszego hotelu tylko my wyjeżdżamy do Kairu, więc tylko nas prowadzi do autokaru nasz polskojęzyczny pilot Muhammad. Pojazd dość sfatygowany, ale co najważniejsze – świetnie działa klimatyzacja. Uprzedzono nas, żeby wziąć ciepłe kurtki na noc, bo kierowcy lubią sobie podmuchać na zimne. Nie zdejmuję więc polaru, owijam się tak zwaną po polsku arafatką (tradycyjną arabską szumagę zawsze nosił lubiany w Polsce przywódca palestyński Jasir Arafat, stąd nazwa), ale jak już wkrótce się okaże – trochę przesadzam, bo temperatura jest dość przyjazna. Długo jeszcze jeździmy po północnych przedmieściach Hurghady, zbierając kolejne grupki polskich turystów w kolejnych hotelach. Niektóre z nich to prawdziwe twierdze: pilnowane przez uzbrojonych strażników bramki, długie, nieosłonięte (dobre pole ostrzału!) podjazdy, bramki antyterrorystyczne w halach recepcyjnych… Nie ma co się dziwić: od 40 lat obowiązuje w Egipcie stan wyjątkowy…
Autokar się zapełnia, po godzinie zebraliśmy wszystkich. Minęła druga w nocy, wreszcie wyjeżdżamy na autostradę. Jedziemy wzdłuż wybrzeża, ale morza nie widać, bo jest ciemno i wciąż przesuwają się za oknami zabudowania jakichś ośrodków wypoczynkowych. Pojawiają się także płomyki na kominach rafinerii naftowych. Droga dobra, przysypiam.
Na chwilę tylko.


W prawych oknach robi się jasno. To księżyc pokazał się w oknie autokaru. Świeci nad widocznym teraz morzem mocno i wyraźnie, choć jest w pierwszej kwadrze. Zupełnie inny niż u nas: tu rogalik leży na plecach, z różkami do góry, a nie jak w Polsce z różkami w lewo. Jak by nie patrzeć – ewidentny dowód na kulistość Ziemi: przelecieliśmy samolotem przez ćwiartkę jabłka i spoglądamy na pana satelitę z nieco innej perspektywy. Tak właśnie, księżycem leżącym na plecach, najczęściej ozdobione są wieże minaretów i kopuły meczetów. Zachwycamy się przez chwilę tą egzotyką, potem próbuję zasnąć.
Nie daję rady. Za skrzyżowaniem w Ras Zafarana droga się zwęża, już nie ma czteropasmówki, jedziemy między dżeblem po lewej, a morzem po prawej. Układ topograficzny i ostrość zakrętów przypomina jazdę dolnym cornichem na francuskiej Riwierze. Jakość nawierzchni przypomina zakopiankę. Co chwilę samochody jadące z przeciwka włączają długie światła, migają mi po oczach, co oczywiście kojarzę natychmiast z uprzedzeniem przed policyjnym radarem. Ale kierowca nie zwalnia, przeciwnie, co chwilę kogoś wyprzedza, włącza klakson… Myślę teraz, że nasz autokar jedzie cały czas na długich i stąd denerwacja innych samochodów.
Nic z tych rzeczy. Tu po prostu wszyscy jeżdżą na długich, zwłaszcza jak mają zamiar wyprzedzać (ze szczególnym upodobaniem na podwójnej ciągłej i na zakrętach w prawo…). A ponieważ włączenie długiego światła oślepia kierowcę z przeciwka – więc on też włącza długie, żeby coś widzieć i zapobiec wyprzedzaniu. Więc w efekcie wszyscy widzą tak samo, jakby jechali na światłach mijania. Ale zapewne taka gra zapobiega przysypianiu. Ruch na drodze spory. Renatka zapowiada, że zaraz wstanie i porozmawia poważnie z kierowcą. Trudności językowe podobno nie przeszkadzają w robieniu scen, ale jednak do awantury nie dochodzi. Dla nieprzyzwyczajonych rzeczywiście wrażenie nieprzyjemne. Można pocieszać się tylko tym, że takie rodeo trwa tylko przez 70 kilometrów. Gdy pojawiają się tablice, oznajmiające zbliżanie się do Suezu – jest już jasno. Wstaje dzień, choć wcale nie jak myślimy o Afryce – szybko i od razu. Ale jesteśmy jakieś 6 stopni na północ od Zwrotnika Raka, więc świta prawie po europejsku – z ziewaniem i ślamazarnie.
Morze nieodwołalnie zostaje za rufą autokaru i doskonała autostrada prowadzi nas teraz na północny-zachód. Do Kairu mamy jeszcze prawie 120 kilometrów drogi przez Pustynię Wschodnią.
Pustynia
oczywiście nie jest pusta. Poza autostradą,
przecinają ją drogi lokalne, za oknami
przesuwają się kolejne rozgrzebane budowy, tym
razem są to chyba jakieś fabryki, karawany
starych ciężarówek (wyglądają na polskie albo
rosyjskie) i japońskich półciężarówek wożą ludzi
i towary, pojawiają się pierwsze reklamy,
wizerunki prezydenta Mubaraka w egipskim kanonie
bezczasowej młodości, wreszcie brzydkie
magazyny, markety i niechlujna zabudowa
przedmieść. Jak wszędzie, od Moskwy po Lizbonę.
Południowym skrajem objeżdżamy Kair, tylko z
daleka obserwując smukłe wieże minaretów,
przysadziste kopułki meczetów, bloki jak na
Ursynowie i tysiące przecinających się uliczek.
Mohammed budzi wszystkich informacją, że za chwilę będziemy przejeżdżać przez Nil, gdzie przyłączy się do nas przewodnik. Szeroką i nowoczesną Ring Road dojeżdżamy rzeczywiście do mostu nad rzeką. Trzaskają migawki aparatów.
Nil.
Autokar się zatrzymuje, wsiada śniady Arab, bez wstępów łapie za mikrofon, informuje, że nazywa się tak samo jak kolega – Mohammed, ale można mu mówić też Mahmud, a jak kto chce, to może po prostu Michał. Mówi po polsku dobrze, poprawnie pod względem gramatycznym, choć z wyraźnym obcym akcentem. Pakuje w nas od razu dziesiątki informacji. Nie ma lekko. Nil, Egipt, Kair… Za mostem jest już Giza, dziś traktowana jak zachodnia dzielnica Kairu, jednakże tworząca odrębne miasto, znacznie bardziej prowincjonalne i po prostu biedniejsze od stolicy.
Dygresja dla wykształciuchów: Stolica
Odnoszę
wrażenie, że wszystkie 17 milionów Kairczyków
znajduje się wokół naszego autokaru, przeważnie
przed nim. Wydaje mi się, że czasami pod nim, bo
klakson i hamulce są stale w użyciu.
Flegmatyczny spokój zachowują tylko wielbłądy,
posuwające się dostojnie prawym skrajem drogi.
Ich jeźdźcy górują nad tłumem samochodów.
Zatrzymują się przed nami na światłach, Mohammed
pokazuje ich ręką i komentuje:
- Jadą do pracy pod piramidy.
Zapala się zielone, wielbłądy dość gwałtownie zmieniają pas ruchu, powodując wściekłość kierowców i przekłusowawszy na skos przez skrzyżowanie znikają w bocznej uliczce. My musimy objechać jeszcze z pół kilometra, by podążyć mniej więcej w tym samym kierunku.
- Patrzcie w lewo – mówi Mohammed.
Na lewo wznosi się standardowe, robotnicze
osiedle mieszkaniowe, które mogłoby stać w Nowym
Targu, Preszowie czy Awinionie. Tylko jest jedna
różnica. W prześwicie
między
blokami ukazuje się piramida Chefrena, którą
poznaję po resztce wapiennej okładziny,
zdobiącej część szczytową. W autokarze robi się
jakoś tak cicho.
I już za chwilę jesteśmy tuż przy piramidach. Wysiadamy, dostajemy bilety i czekając w kolejce do kontroli widzimy, jak do naszego autokaru wchodzą antyterroryści z psem. Sprawdzony, pojazd odjeżdża na niedaleki parking, my przechodzimy przez bramkę, która piszczy jak oszalała, ale nikt nie każe nam wyjmować kluczy czy wyciągać pasków ze spodni, formalności staje się zadość i już po chwili stajemy pod Wielką Piramidą. Za chwilę będziemy mieli czas wolny, na razie przewodnik informuje o tym, jak mamy się zachowywać.
- Zwiedzanie z zewnątrz i fotografowanie jest za darmo. Można wejść do piramidy Chufu, bilet kosztuje 100 funtów, nie wolno fotografować i filmować, w środku nie ma nic. Można wejść do piramidy królowej, kosztuje tylko jednego funta, można fotografować, w środku też nie ma nic…
No, więc już wiemy, czego nie będziemy robić. Mohammed uprzedza również o namolności poganiaczy wielbłądów i innych osób, żyjących z piramid, przestrzega przed tymi, którzy oferują butelki z wodą, rzekomo mineralną, a naprawdę z zanieczyszczoną nilówą (choć często z lodem), stanowczo odradza korzystanie z uprzejmości osób, które deklarują, że zrobią nam zdjęcie naszym aparatem, a potem go nam oddadzą dopiero po otrzymaniu odpowiedniego bakszyszu.
Upewniamy się co do miejsca oraz czasu spotkania i prujemy pod Cheopsa. Przypomina mi się, jak pierwszy proboszcz Zakopanego, ksiądz Józef Stolarczyk, zwiedzający Egipt w drodze do Ziemi Świętej w 1870 r., z dumą pisał w kronice parafialnej: Wyszedłem na Piramidę jako góral bez pomocy Arabów – których inni koniecznie potrzebowali – było nas 25 osób – wyszło ze mną 2 Anglików i 2 Niemców. Dawne czasy: dziś piramida ogrodzona jest linami, rozpiętymi między słupkami. Nie wolno się do niej zbliżyć, czego pilnują uzbrojeni żołnierze. To dorobek ostatnich lat – kiedy 7 lat temu Michał i Renata byli w tym samym miejscu, choć obostrzenia stanu wojennego były zdecydowanie większe, na piramidę można było swobodnie wchodzić. Dziś nie można i chyba dobrze, bo przy tak wielkim ruchu turystycznym i z piramidy by niebawem już niewiele zostało, i turystów trzeba by zbierać w częściach spod kamiennych bloków.
A jednak… Kiedy za godzinę wracamy z „obchodu”, jakaś młoda anglojęzyczna para wspina się na kilkanaście metrów w górę, a uśmiechnięty uzbrojony żołnierz robi im serię zdjęć. Zielone banknoty zmieniają właściciela, po czym graniczna linka wraca na swoje miejsce…
Teren przed piramidami na szczęście jest nieuporządkowany, więc jakie-takie złudzenie oryginalności jeszcze pozostało. Trzeba rzeczywiście opędzać się przed handlarzami i wielbłądnikami, ale wystarczy zdecydowanie na wszystkie propozycje odpowiadać no, tenks albo po arabsku la, szukran i iść dalej w swoją stronę, by po kilku krokach dali ci spokój i zajęli się następną ofiarą. Klientów nie brakuje, wielbłądy co chwilę przyklękają i panie (bo to przeważnie kobiety decydują się na fotkę) już pozują do zdjęcia. Trzeba jednak uważać, by nie wdepnąć w widome dowody dobrego trawienia tych wszystkożernych kłusaków.
Omijamy także wciąż liczne ślady działalności archeologów i maszerujemy, przystając co chwila dla zrobienia zdjęcia, wzdłuż wschodniego boku piramidy Cheopsa. Jakiś Arab zdecydowanym ruchem chce mi poprawić na głowie szumagę, którą założyłem trochę dla szpanu, a trochę dla osłony przed słońcem. Po krótkiej szarpaninie, kiedy to dziękuję za jego usługi (la, szukran), mimo iż stwierdza, że mam ją źle zawiązaną (choć wiązał ją Muhammed) i on mi dopiero zrobi dobrze, chusta ląduje w plecaku. Stwierdzam ze zdziwieniem, że wcale nie jest specjalnie ciepło: słońce co prawda już wysoko, ale od Sahary ciągnie wiatr, no i jesteśmy dość lekko ubrani. Choć nie plażowo – dzisiaj są Zaduszki i jednak przyszliśmy na groby…
Ale tak naprawdę, to nie jestem do końca przekonany, czy rzeczywiście wielcy władcy IV Dynastii tu mieli być pochowani. To, że nie znaleziono ich doczesnych szczątków, o niczym oczywiście nie świadczy – z wyjątkiem Tutanchamona żadnego z faraonów nie znaleziono jak dotąd w tym miejscu, w którym został pochowany. O Chufu (jak naprawdę nazywał się Cheops), czyli domniemanym twórcy największej piramidy, trochę wiemy od wszędobylskiego Herodota z Halikarnasu, greckiego historyka z V w. p.n.e., który m.in. zwiedzał Egipt i zachwycał się jego sztuką, kulturą i nauką. Niestety, o Cheopsie napisał niezbyt wiele i w dodatku niezbyt prawdziwie. O tym, jakoby Chufu był tu pochowany – świadczy tylko umieszczony w komorze grobowej piramidy sarkofag. Pod koniec XIX w. Flinders Petrie w swojej publikacji wspomina o imieniu faraona, odnalezionym rzekomo w piramidzie i datowanym na 17 rok jego panowania. W 2001 r. informacja ta została potwierdzona przez szefa egipskiej służby starożytności, największą gwiazdę medialną Egiptu od śmierci piosenkarki Dalidy – Zahi Hawwasa. Ale… Piszący o tym Erich von Daeniken podaje, że forma zapisu wskazuje na to, iż imię i tytulatura Chufu były tu umieszczone o wiele później. A ponadto w zapisie imienia faraona jest… błąd ortograficzny. To się raczej współczesnym króla nie mogło zdarzyć. Hipoteza, że jest to oszustwo jednego XIX-wiecznych badaczy, za wszelką cenę dążącego do sukcesu, jest jednak mało udokumentowana. Badacz piramid, Achmed Fakhry, pisze, że są to notatki kamieniarzy i odnoszą się do ich pracy w danym roku. Bez urazy – trudno mi uwierzyć, że akurat tylko w 17 roku panowania Chufu zatrudnił przy budowie takich wykształciuchów, którzy – choć z błędami – potrafili go w piramidzie uwiecznić, pomijając własne imiona…
Dygresja
dla wykształciuchów: Cheops, czyli kto?
Piramida naprawdę jest wielka i po prostu nie mieści się w kadrze. W miejscu wierzchołka znajduje się niewielkie plateau, utworzone po trzęsieniu ziemi, a na szczycie dość obciachowo prezentuje się coś na kształt przekaźnika telefonicznego, a może jest to piorunochron. W kilku miejscach widać rany, jakie piramidzie zadali rabusie, szukający wejścia do komory grobowej. Nie umiemy dziś powiedzieć, czy coś znaleźli. Po przeszło czterdziestu wiekach czas zatarł ślady. Dziś – jak to powiedział Mohammed – tam nie ma nic… Tam, czyli w Wielkiej Piramidzie. Jej wnętrze od końca XIX w. jest oświetlone elektrycznie, co pozwala dokładnie zobaczyć owo Mohammedowe nic. Są zaopatrzone w poręcze (udogodnienie dla zwiedzających) wąskie, strome korytarze (ten prowadzący do komory grobowej jest… węższy od sarkofagu, zbudowanego z jednego kamienia; oczywiście, mogli go budowniczowie umieścić w komorze w fazie jej budowy, czyli przed postawieniem zewnętrznej części piramidy. Ale wtedy Chufu jeszcze w najlepsze żył i panował…), jest kilka komór – i puste ściany, ani jednej linijki tekstu, który sławiłby wielkie wyczyny faraona i zawierał modlitwy, umożliwiające mu osiągnięcie życia wiecznego „po tamtej stronie”. Tę cechę mają zresztą wszystkie stare piramidy: modlitwy i rytuały grobowe (Teksty Piramid) pojawiają się dopiero w znacznie mniejszej, bardziej zniszczonej i przede wszystkim – młodszej piramidzie Unisa, ostatniego króla V Dynastii.
Idziemy na południe. Po lewej stronie wznoszą
się niewielkie, mocno zrujnowane piramidy dwóch
żon Chufu (jedną można zwiedzać za funciaka, ale
tam też
nie ma nic)
oraz piramida królowej matki. Na południowej
stronie u podnóża piramidy znajduje się
koszmarnie kontrastujące z ciemnymi kamieniami
biało-kremowe, nowoczesne muzeum barki, gdzie
eksponowany jest statek, którym według wierzeń
Egipcjan faraon przemieszczał się po
nieboskłonie w towarzystwie swego niebieskiego
ojca – boga Ra. Wielkość budynku pokazuje, że
była to jednostka wielkości pełnomorskiego
jachtu. Dziś, pięknie zrekonstruowana
i
odnowiona łódź jest prezentowana nieopodal
miejsca, w którym w 1957 r. archeolodzy egipscy
odnaleźli krypty, w których pochowano królewskie
rytualne barki. Było ich pięć. Czemu Chufu miał
pływać po zaświatach całą flotyllą? Czyżby
zaproszenie na tamten
świat dotyczyło całego dworu? Nie, po prostu na
różne pory dnia potrzebował różnych łodzi…
Herodot pisze, że piramidę Cheopsa budowano przez 20 lat, rujnując przy tym całą gospodarkę Egiptu i wstrzymując całe życie społeczne i religijne nad Nilem, zatrudniając niemal całą ludność kraju. Za sprawą innych piszących o tym autorów greckich i arabskich utrzymywało się przekonanie, że przy budowie piramidy zatrudniano chłopów pańszczyźnianych, jak też niewolników, którzy tysiącami marli z wycieńczenia i na skutek wypadków.
Nic z tych rzeczy! W tym czasie w Egipcie nie było żadnych niewolników. Pracowali przy budowie okoliczni chłopi i to tylko podczas czterech miesięcy w roku, kiedy to trwał wylew Nilu i prace rolne były wstrzymane. Budowa była czymś na kształt robót publicznych. Robotnicy byli skoszarowani w specjalnie wybudowanych mieszkaniach, mieli zapewnione dobre odżywianie i codzienną (sporą…) porcję piwa, organizatorzy budowy dbali też o stan zdrowia pracowników, nawet wykonywano im skomplikowane operacje (w tym – trepanację czaszki!). Miasteczko budowniczych piramidy, odkryte niedawno przez Marka Lehnera w części „hotelowej” mogło pomieścić 1600-2000 osób.
Jeśli
te informacje są ścisłe, to przez 20 lat przy
budowie piramidy Cheopsa, tyrając bez odpoczynku
przez 16 godzin dziennie, bez muzułmańskich
piątków, chrześcijańskich niedziel i
anglosaskich wolnych sobót, przepracowano by
38.400 godzin. Budowla składa się z mniej więcej
2,5 miliona skalnych bloków, o wadze od 1 do 40
ton, przeciętnie ok. półtorej tony. Każdy
posiadacz kalkulatora z łatwością dojdzie do
konkluzji, że w tej sytuacji na godzinę trzeba
by układać przeszło 65 bloków.
Jak?
Proste.
Nijak.
Gdyby nawet pominąć ten reżim czasowy i układać jeden blok na dzień, pytanie „jak?” pozostanie bez odpowiedzi. Bez specjalnych maszyn, jedynie siłą ludzkich mięśni, można od biedy odłupać blok ze skały i obrobić go na tyle starannie, by pasował jeden do drugiego tak, żeby budowla zestawiona z tych kilkutonowych klocków była stabilna. Może nawet da się te bloki przeciągnąć po długim płaskim odcinku. Pomińmy dla czystości wywodu fakt, iż surowiec do budowy piramidy pochodzi częściowo z miejscowych zasobów, a w części z kamieniołomów w Tura, po przeciwnej stronie Nilu, zaś granitowe bloki tworzące komory wewnętrzne sprowadzano aż z odległego o ponad tysiąc kilometrów Asuanu. Kłopot wszakże największy jest z tym, że bloki skalne trzeba wznieść i ułożyć jeden na drugim na wysokość niemal 50-piętrowego wieżowca. Głupie pytanie „jak?” ciśnie się samo na usta, zwłaszcza gdy wiemy, że Egipcjanie w tamtych czasach nie znali dźwigów, a nawet wielokrążków, żadne drewniane maszyny proste nie dadzą się przy tej robocie zastosować, zresztą poza nielicznymi palmami i niekiedy dość rozrośniętymi krzakami tamaryszku nic tu nie rosło i drewno, cenione niemal na wagę złota, sprowadzano z Libanu, Syrii lub Nubii. Obróbkę wapienia, a nawet granitu wykonywano przy pomocy kamiennych pobijaków i dłut z miedzi – jedynego metalu, którego obróbkę znali wówczas Egipcjanie. W czasach XVIII dynastii, a więc około tysiąc lat później na jednym z malowideł widać już co prawda prymitywne windy, podnoszące niewielkie skalne bloki, ale wyciąganie z tego wniosków na temat identycznego – i to na większą skalę – stosowania ich do budowy piramid byłoby równie uprawnione jak przypuszczenie, że Bolesław Chrobry korespondował z cesarzem Ottonem na Facebooku. „Piramidolog” Ahmed Fakhry przedkładał, iż do budowy wykorzystywano ziemne rampy, którymi przeciągano bloki na miejsce, podsypując i podnosząc rampę w miarę jak piramida rosła. Tyle, że w Gizie nie ma ziemi, tylko piasek, po którym nie dałoby się ani podejść, ani tym bardziej ciągnąć kilkutonowych bloków. Są też, oczywiście skały. Można by zbudować taką rampę z kamienia, ale ona też musiałaby być w ostateczności tak samo wysoka jak piramida, a wielokrotnie rozleglejsza, więc problem w zasadzie się jeszcze powiększa. Może rampa z cegieł mułowych? Jako podpora pod drewniane sanie, pod których płozy lano wodę, by po błotku lepiej się ciągnęło? Po cegłach, rozpuszczających się od wilgoci? Fakhry twierdzi jednak, że rampy owe usypywano z gruzu i kamieni, wypełniano piaskiem i obmurowywano cegłami. Po ułożeniu całości zaś stopniowo je rozbierano, niejako „po drodze” od góry przymocowując zaprawą murarską białe wapienne płyty, licujące ściany budowli. To częściowo potwierdza Herodot, pisząc o układaniu drogi od rzeki do Wielkiej Piramidy, co miało trwać dodatkowe dziesięć lat, przed budową właściwą. A potem trzeba było wszystko rozebrać.
Ale w tym samym czasie i w miejscu rzekomych ramp budowano świątynie, mieszkania dla robotników, składy materiałów budowlanych… Bezustannie trzeba było dostarczać dla robotników jedzenie i wodę. I piwo. W dodatku, Cheops panował tylko 23 lata…
Hipoteza Fakhry’ego jest oparta na obserwacji innych, mniejszych, niedokończonych piramid, gdzie takie rampy pozostały. Ale duże nie zawsze oznacza wielokrotność małego i w przypadku piramidy Chufu słabo sprawdzają się hipotezy, dające się zastosować do innych budowli. Pomysł Fakhry’ego rozwija współczesny znawca kompleksu budowli w Gizie, Amerykanin Mark Lehner, sugerując, że rampy były spiralne, gwiaździste, łamane… Mało to przekonujące. Ale – jeśli nie rampy, to co? Kosmici? Lewitacja kamieni przy pomocy zaklęć? Odlewanie bloków z kamieniopodobnej masy na miejscu, sztuka za sztuką? Inni sugerują, że bloki po prostu wciągano na linach, jeden za drugim, po zboczu piramidy, na drewnianych szynach i drabinach. Skąd to drewno? Ale to niewykluczone, tylko… W tempie jeden blok na minutę? Jeszcze tylko rzut oka na skalę problemu: Napoleon obliczył, że gdyby wszystkie kamienie, z których zbudowane są trzy wielkie piramidy przewieźć do Francji, to można by z nich ułożyć mur wokół całego kraju na trzy metry wysoki i na metr szeroki….
Dodajmy do tego jeszcze jeden drobiazg: wymowni zazwyczaj na temat swoich działań egipscy władcy, pokazujący w malowidłach i płaskorzeźbach sposób transportu posągów, efekty wielkich bitew, a nawet wypraw poszukujących skarbów - o tak imponującym dziele, jak budowa piramid milczą grobowo. Czy dlatego, żeby była to wielka tajemnica? Czy dlatego, że sprawa była tak oczywista, jak dla nas składanie klocków lego? Czy dlatego, że… sami nie wiedzieli?
Ach, dajmy spokój. Jeśli nie wiem, jak zbudowana jest pralka czy lodówka, ale korzystam z nich bez problemów i znajomość sposobu ich budowy jest mi zupełnie zbyteczna, to po co mi wiedza o konstrukcji piramidy? Stoi oto przede mną i tylko mogę ją podziwiać, tak samo jak tych, co ją zbudowali. Niezależnie od tego jak to zrobili, kim byli i po co to zrobili.
Wielka Piramida Cheopsa ma obecnie (kilku metrów
pozbawiło ją trzęsienie ziemi i erozja) 146 m
wysokości. Ot, jak Antałówka w Zakopanem nad
ulicą Jagiellońską. Jest zorientowana dokładnie
stosunku do stron świata, to jest jej boki
wyznaczają kierunek północ-południe oraz
wschód-zachód. Zawsze zapominałem się spytać
moich profesorów, czy w czasach, kiedy ją
budowano, północ była tam gdzie jest teraz. I
czy można było ja wyznaczyć precyzyjnie jedynie
na podstawie obserwacji gwiazd, bez kompasu.
Długość boków piramidy, zbudowanej z
wielgaśnych, kamiennych bloków jest niemal
idealnie równa i wynosi nieco ponad 230 m –
różnice nie przekraczają dziesięciu centymetrów.
Kąt nachylenia ścian wynosi 51o52’.
Przechodzimy do piramidy Chefrena. Jest niewiele mniejsza od Wielkiej – dziś ma 136 m wysokości (ale pierwotnie była tylko o 5 metrów niższa od piramidy Cheopsa), boki mają u podstawy niemal dokładnie po 214,5 m, a budowla jest nieco smuklejsza: ściany są nachylone pod kątem 53o8’, przez co z niektórych miejsc wydaje się wyższa. Zbudowano ją z wapieni miejscowych i skał pochodzących aż z Synaju oraz, tradycyjnie, z granitu z Abu Simbel. Górną część jeszcze pokrywają fragmenty białego licowania – resztę (podobnie jak licowanie piramidy Cheopsa) zrabowali Arabowie w XIII w. gromadząc materiał do budowy kairskich meczetów.
Chefren, syn Cheopsa i młodszy brat faraona Dżedefre, który był jego bezpośrednim poprzednikiem, panował nieco dłużej od swego ojca – prawdopodobnie w latach 2572-2546 p.n.e. Głównie jest znany pod grecką formą imienia – egipskie brzmiało Chaf-ra, czyli otoczony opieką (boga) Ra. Zwykle kompromisowo nazywa się go Chafre. Też mało o nim wiemy, ale przynajmniej mamy niezłe wyobrażenie o tym, jak wyglądał, bo zachowało się kilka jego podobizn, z których najbardziej znany jest posąg z czarnego diorytu, znajdujący się w Muzeum w Kairze. Piramidę otaczał mur kultowy, którego resztki służą dziś jako miejsca, gdzie stają fotografujący się turyści, zachowały się także ślady osiedla robotniczego – w barakach mieszkało na raz około 4.000 osób. W środku, w komorze grobowej pierwszy badacz piramidy, włoski archeolog-wandal Giovanni Belzoni odkrył piękny sarkofag z polerowanego granitu, o blisko trzech metrach długości i ponad metrowej szerokości. Sarkofag był otwarty, ciężkie wieko, nienaruszone, leżało obok, a w środku nie było nawet śladu, że Chafre kiedykolwiek tu spoczywał. Dlaczego wandal? Bowiem i przy odkrytym przezeń wejściu (które sforsował siłą), i w komorze grobowej „uwiecznił” swoje nazwisko i datę odkrycia: 1818 r.
Dalej na południe teren nieco opada, a dołem przebiega nowo zbudowana szosa bez poboczy, którą samochody zjeżdżają z górnego parkingu (tzw. Panoramy) do Gizy, więc przy przechodzeniu wskazana jest uwaga. Razem z nami po asfalcie dostojnie kroczą dwa wielbłądy i jeden osiołek. Przed nami ostatnia, najmłodsza, najmniejsza i zarazem najzgrabniejsza z trzech wielkich piramid IV Dynastii – grobowiec Mykerynosa, który naprawdę nazywał się Men-Kau-Ra (Egipcjanie teraz piszą o nim Menkaure) i był wnukiem Cheopsa, a synem Chefrena. Jednakże następstwo tronu w tej dynastii nie jest wyznaczone przez kolejność piramid w Gizie: wielka – mniejsza – najmniejsza. Po Chufu (wielka…) panował Dżedefre, który zbudował sobie sporą piramidę w nieodległej miejscowości Abu-Roasz, po nim – Chafre (mniejsza…), potem w ciągu pięciu lat na tronie zasiadali dwaj kolejni synowie Chufu – Dżedefhor (także Hordżedef) i Bauefre, z których pierwszy został pochowany w mastabie opodal Wielkiej Piramidy, o drugim zaś nic nie wiemy. No i wreszcie na tron wstąpił przedstawiciel trzeciej generacji – Menkaure (najmniejsza…).
Piramida Menkaure w dolnej części (pierwsze 17 kondygnacji) pokryta jest licowaniem z granitu, wyżej prawdopodobnie miała – jak pozostałe - okładzinę z białego wapienia z kamieniołomów w Tura. Dobrze widzimy odkryte w 1837 r. główne wejście, którym odkrywcy - Richard William Howard Vyse i John Shae Perring dotarli do wnętrza. Ale tutaj też widać ślady zniszczeń, jakich dokonali Arabowie, którzy w XII w. chcieli zniszczyć ten dowód pogaństwa, a może po prostu zamierzali urządzić tu – podobnie jak w piramidzie Dżedefre w Abu-Roasz – kamieniołom, jednak budowla okazała się tak solidna, że zrezygnowali. Trzecia Piramida jest jedyną, o której bez wątpienia można powiedzieć, że stanowiła grobowiec. Choć też nie jest to sprawa jednoznaczna, czyj: odkrywcy dotarli do komory grobowej, gdzie zastali drewnianą trumnę, na której widniał hieroglificzny tekst, zawierający tytulaturę Menkaure, identyfikowanego z Ozyrysem. Apostrofa o podobnym brzmieniu jest fragmentem znanych z kolejnej dynastii Tekstów Piramid. W trumnie znajdował się szkielet mężczyzny, który oczywiście uznano za szczątki Mykerinosa. Ale opodal była druga komora, a w niej odkryto piękny, bazaltowy sarkofag. Oczywiście, pusty i bez żadnych napisów, jednakże bez wątpienia pochodzący z okresu Starego Państwa, co stwierdzono na podstawie widniejącej na nim dekoracji.
Znaleziska wysłano dwoma statkami do Londynu. Na
nieszczęście, statek wiozący sarkofag zatonął u
wybrzeży Hiszpanii w czasie sztormu, a jego
ładunek przepadł w nurtach Morza Śródziemnego.
Drugi fracht dotarł bezpiecznie do celu i do
dziś znajduje się w Muzeum Brytyjskim. Po
wnikliwych badaniach, współcześni naukowcy
ustalili, że drewniana trumna z napisem
odnoszącym się do Menkaure została umieszczona w
piramidzie w Okresie Saickim, w czasie panowania
XXVI Dynastii, mniej więcej 2000 lat po
wybudowaniu piramidy. Jeszcze gorzej wygląda
kwestia szkieletu: na podstawie badań C-14
ustalono, że pochodzi on z czasów koptyjskich, z
pierwszych wieków naszej ery.
Piramida jest wyraźnie najmniejsza. Długość boku podstawy wynosi tu zaledwie 108,5 metra, wysokość 61 m (pierwotnie 66,5 m), kąt nachylenia 51o. Zapewne nie została ukończona, o czym świadczy porzucony zamysł ułożenia granitowego licowania. Obok wznoszą się trzy małe piramidki, o wysokości ok. 10 metrów, z których ta najbliższa prawdopodobnie należała do królowej Chamer-er-nebty, żony i siostry Menkaure, w kolejnej znaleziono granitowy sarkofag ze szkieletem młodej kobiety (tu we wnętrzu kamieniarze pozostawili napis z imieniem Menkaure), trzecia prawdopodobnie nigdy nie została ukończona.
Trzecia piramida sprawia najlepsze pod względem estetycznym wrażenie. Może powoduje to jej „kompaktowy” charakter, może fakt, iż nie widać na niej śladów zniszczenia wierzchołka. Jednak na porównania i podziwianie widoków już nie ma czasu. Pospiesznie wracamy na parking, niemal jako ostatni. Nie potrafię zrozumieć, jak ktoś mógł potrzebować mniej czasu od nas, a wydaje mi się, że obejrzeliśmy kompleks piramid bardzo pobieżnie, no i nie wchodziliśmy do środka…
Objeżdżamy teraz piramidę Chufu od północnej i zachodniej strony, wspinając się autokarem na szczyt płaskowyżu Gizy. Tutaj tłum ludzi podziwia panoramę całej nekropolii. Dopiero stąd widać, jakie to wszystko jest wielkie i rozległe. Piramida Chefrena, stojąca chyba najbliżej nas, wydaje się z tego miejsca najwyższa. Tłum ludzi robi sobie zdjęcia, ale można znaleźć taką chwilę, w której przed obiektywem będą tylko piramidy, na środku żółto-pomarańczowej pustyni. Biało ubrana policja od zabytków świadczy usługi fotograficzne, fotografując turystów ich aparatami, bakszysz doprawdy nie jest wielki. Daleko, w oparach smogu, wznoszą się domy, meczety i fabryki Kairu. Na południu, skrajem horyzontu, cwałują wielbłądy. I choć wiem, że one tutaj tylko pracują jako temat do fotografii, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że właśnie nadjeżdża karawana.
Asfaltową drogą między piramidami Chefrena i Mykerinosa zjeżdżamy do dolnego obszaru nekropolii, na skraju miasta Gizy. Przed nami największy pomnik świata.
Sfinks.
Nieproporcjonalnie
długi, z przednimi łapami wyciągniętymi
nadmiernie do przodu, wznosi wysoko głowę ponad
otaczającymi go piaskami, ponad tłumem turystów,
nieczuły na zachwyty i kontrowersje, jakie
wywołuje, wciąż tajemniczy i wciąż symboliczny.
Tajemnica jest nawet to, co symbolizuje.
Przeciskamy się do linki, odgradzającej tłum od
przestrzeni wokół zabytku, by zrobić zdjęcie i
widzimy, że pomnik z tego miejsca wygląda tak,
jakby był dokładnie w osi piramidy Chefrena. Nie
widać stąd ani wielkich przednich łap (tylnych
jakby w ogóle nie było), ani… ogona, który,
ledwo widoczny, owija zad wielkiego lwa.
Przechodzimy w wielkim tłoku do pobliskiej
świątyni, którą Mohammed nazywa świątynią
Sfinksa, ale która tak naprawdę jest dolną
świątynią grobową Chefrena, bo prawdziwa
świątynia Sfinksa, w stanie kompletnej ruiny,
znajduje się bezpośrednio przez łapami posągu.
Przechodzimy
przez bramkę antyterrorystyczną i stoimy w
tłocznej kolejce do wejścia na rampę świątynną.
Powinna ona prowadzić w prostej linii do
piramidy, z którą była związana, dokładnie na
osi ze wschodu na zachód. W tym miejscu widać
wyraźnie, że usytuowano ją jak najbliżej tego
kierunku, ale nie dokładnie – bo najwyraźniej
przeszkodził temu Sfinks. Albo wielka, naturalna
skała, z której zrobiono potem Sfinksa. Potem –
lub przedtem…
Tymczasem stojąc w tłoku w oczekiwaniu na możliwość wejścia, przyglądamy się niesłychanej precyzji, z jaką wykonano poszczególne kamienne bloki, z których wybudowana jest świątynia. Zestawiono je bez żadnej zaprawy tak, że kąty proste jednych wchodzą w wycięcia drugich, zaś na skrzyżowaniach murów bloki wykuto w postaci półokrągłych wypustek tak, że nabierają one kształtów litery „L”. Zapobiega to „rozejściu się” budowli w narożach. Rampa prowadzi idealnie w kierunku piramidy Chefrena, ale dziś oczywiście urywa się po kilkudziesięciu metrach i kończy się ślepo. Sfinks widnieje przed nami po prawej stronie. Z tej strony dobrze widać, że do stworzenia tej figury wykorzystano naturalny masyw skalny, z którego ścięto nieco „tułowia”, by z przodu wyrzeźbić głowę i łapy. Wszystko to jest olbrzymie i nieco nieproporcjonalne, ale intencja artysty jest jasna: ludzka twarz o kilkumetrowej wysokości, osłonięta chustą, spod której wystają ponadmetrowe uszy, majestatyczny korpus lwa, symbolizujący siłę. Ma 73,5 m długości, ponad 22 metry wysokości, 6 m szerokości i zbudowany jest z wapienia, będącego pozostałością po czasach, gdy przed wielu milionami lat rozciągało się tu morze. Twarz tajemnicza, o nieodgadnionym spojrzeniu, której nieodgadniony wyraz pogłębiony jest jeszcze przez zniszczenia, jakich doznała ze strony czasu i ludzi. To najbardziej znany Sfinks w historii, sfinks wszystkich sfinksów.
Nie może nie przypomnieć się ten najbardziej znany sfinks literacki, który zagnieździł się przed bramą greckich Teb i zatrzymywał przechodniów, zadając im śmiertelnie trudne zagadki. Kto nie odpowiedział – ginął. Pokonał go dopiero młody Edyp, odpowiadając na pytanie: kto rano chodzi na czterech nogach, w południe na dwóch, a wieczorem na trzech… I na drugie, mniej znane, o dwie siostry, z których pierwsza rodzi drugą, a druga – pierwszą. Gdy potwór-intelektualista usłyszał obie odpowiedzi: człowiek oraz noc i dzień, uznał się za pokonanego, a ponieważ nie mógł dalej z tym żyć – rzucił się ze skały w przepaść. Tyle, że tamten sfinks była kobietą…
Tu o płci trudno rozstrzygać, bo płci nie widać – ani na twarzy, ani gdzie indziej. Z tym zniszczeniem twarzy to pierwsza kwestia dyskusyjna, a nawet ideologiczna, żeby nie powiedzieć – szowinistyczna. Ze szkoły pamiętam, jak mnie uczono, że buźkę zdefasonowali Sfinksowi turecko-egipscy XVIII-wieczni Mamelucy, strzelając doń z broni palnej. Mohammed, dowożąc nas na miejsce buja nas na całego twierdząc, że Sfinksa zniszczyli żołnierze Napoleona, podczas Bitwy pod Piramidami (która, jako się rzekło, odbyła się kilkanaście kilometrów dalej na północ). Jednak arabski XV-wieczny historyk Al-Maqrīzī twierdzi, że sfinksowy nos padł ofiarą fanatyka religijnego Muhammada Sa'ima al-Dahra, który już w 1378 r. chciał zniszczyć Sfinksa, bo modlili się do niego egipscy chłopi, a jak wiadomo – islam zabrania wykonywania wizerunków istot żywych, a co dopiero oddawania im czci. Dahra ponoć wtedy powieszono, by go ukarać za wandalizm wobec talizmanu, który rzekomo dbał o regularność wylewów Nilu. Przypisuje się także zniszczenie twarzy Sfinksa francuskim artylerzystom, którzy mieli doń strzelać z armaty. Akurat! Dałby im za to Napoleon, który dla zbadania egipskich starożytności zabrał ze sobą przeszło stu naukowców! Obwinianie za to Francuzów jest niewłaściwe także i z tego powodu, że już w 1737 r. duński odkrywca Frederic Louis Norden w swoich szkicach (publikowanych w 1755 r.) prezentował Sfinksa bez nosa. Przeszło pół wieku przed inwazją Napoleona na Egipt.
Kogo przedstawia Sfinks i kiedy powstał? Nie
jest, oczywiście, pierwszym przedstawieniem
chimery,
czyli skrzyżowania zwierzęcia i człowieka, czy
artystycznego połączenia różnych gatunków
zwierząt (w przedstawieniach takich Erich von
Daeniken widzi ilustrację eksperymentów
genetycznych, wykonywanych, oczywiście, przez
Kosmitów). Najstarszego, jak dotąd, sfinksa
odnaleźli archeolodzy w ruinach neolitycznego
miasta w północnej Anatolii – pochodzącego z ok.
9.500 lat p.n.e.
Göbekli
Tepe (dziś w Turcji). Mówi się, że w Egipcie
pierwszego sfinksa zafundowała sobie
prawdopodobnie w XXVII w. p.n.e. królowa
Hetepheres II, córka faraona Chufu. Ten, przed
którym teraz się fotografujemy, ma rzekomo
przedstawiać brata Hetepheres – Chafre.
Wnioskuje się o tym z usytuowania Sfinksa – tuż
koło świątyni grobowej Chefrena i na wprost jego
piramidy oraz na podstawie… snu faraona Totmesa
IV.
A z tym snem było tak.
W wielkiej i wojowniczej dynastii XVIII jednym z najmniej znanych i najbardziej pokojowo nastawionych władców był Totmes IV. Syn wielkiego Amenhotepa II, doszedł do władzy w dość podejrzanych okolicznościach, po niespodziewanej śmierci swego brata, przeznaczonego na następcę tronu. Wkrótce po intronizacji, nakazał odkopanie i renowację Sfinksa, po czym umieścił między jego łapami stelę, z której wynikało, że jako młody książę odbył przechadzkę w pobliżu Wielkiego Boga (jak nazywa Sfinksa), być może dla uczczenia swego ojca, który w pobliżu rzeźby umieścił niegdyś stelę ze swoim nazwiskiem. Usiadł w cieniu kamiennego lwa i zmorzył go sen, w czasie którego Sfinks, przedstawiając się imionami najważniejszych bóstw Egiptu, wezwał go do odkopania go z piasku, a nagrodą za ten pobożny czyn będzie obdarowanie księcia koroną Górnego i Dolnego Egiptu.
Dygresja
dla wykształciuchów: Zagadki Sfinksa
Kiedyś rósł dziko wszędzie, gdzie tylko docierała wilgoć, przynoszona przez wody Nilu. A więc przede wszystkim w Delcie i nad brzegami Nilu, jeśli nie były zbyt skaliste. Dziś raczej są to specjalne hodowle, nie koniecznie prowadzone dla celów użytkowych, także dla dekoracji i… podtrzymania egipskiej tradycji. Pamiętam, że przez jakiś czas, w okresie moich studiów, mama – chyba, żeby nawiązać do moich zainteresowań, hodowała tę roślinę w Milanówku. I pamiętam powiedzenie, że papirus musi mieć stopy w wodzie, a głowę w słońcu. Więc rósł w doniczce, wsadzonej do miski i ustawionej na słonecznym balkonie…
Ale był to chabaź cieniutki, grubości co
najwyżej ołówka, tylko z pierzastą główką. I
nazywano go przeważnie cyperus. Tutaj
łodygi są jak palec, i to niezbyt szczupły.
Mohammed, zaprzyjaźniony widać z załogą sklepu,
sprzedającego malowane na papirusie pseudoegipskie obrazki (choć między wizerunkami
bóstw znad Nilu, t
ekstami hieroglificznymi,
maskami Tutanchamona czy główkami Nefretete
pojawiają się pędzące konie, pejzaże z
piramidami i bez, wizerunki świętych pańskich i
innego rodzaju jelenie na rykowisku) –
wchodzi za ladę, wyjmuje z miseczki jedną z
moczonych tam łodyg, sprawnie zdejmuje z niej
półsztywną zieloną skórkę tak, że pokazuje się
białawy, delikatny miąższ. Ostrym nożem rozcina
go wzdłuż na trzy części i na deseczce zestawia
plecionkę: dwa paski pionowo, jeden poprzecznie.
I następna łodyga, następne paski. Wałkiem
rozpłaszcza, kładzie na bibule, drugą bibułą
przykrywa, odsącza wodę i odkłada na bok.
Pokazuje przygotowaną wcześniej kartkę, już
osuszoną: rzeczywiście wygląda jak skrawek
papieru o nieco kratkowanej strukturze. Za kilka
dni można by było pisać. Będzie półsztywny, a
zarazem elastyczny, da się zwijać, będzie
świetnie wchłaniał farbę. Sprzedawane w tym
sklepie pamiątki papirusowe otrzymują
certyfikat, co podobno umożliwi ich legalne
wywiezienie z Egiptu. Kilka osób z naszej grupy
kupuje malowane papirusy, choć nie są tanie –
trudno znaleźć coś poniżej 150 funtów. Na
specjalne zamówienie można uzyskać podpis w
postaci własnego nazwiska, napisanego
hieroglifami w kartuszu. Postanawiam sam sobie
napisać, jak wrócę do domu, na zwykłym papierze:
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
Kartusz mogę sobie dorysować flamastrem, zresztą
nie mam takich faraońskich ambicji. Używam w tym
napisie znaków jednospółgłoskowych, czyli
alfabetu egipskiego,
jednego znaku dwuspółgłoskowego (ryba in, co zresztą
nawiązuje do mojego znaku zodiaku),
potwierdzonego potem przez fonetyczne, i
determinatywu, oznaczającego człowieka…
Przed
nami ostatni punkt wizyty w Kairze – zwiedzanie
Muzeum Egipskiego. Mohammed zapowiada, że w
muzeum nie tylko nie wolno fotografować, ale
nawet wnosić aparatów do budynku; trzeba
wszystkie kamery zostawić w darmowym depozycie
koło kasy. Odradza nam próby wykorzystywania do
zdjęć telefonów komórkowych, bo może się to
skończyć interwencją policji. Strach się bać.
Tymczasem wolniutko przebijamy się przez ulice
Gizy, biednej i zatłoczonej do niemożliwości,
gdzie poza turystami praktycznie nie widać
europejskich strojów i obyczajów. Na chodnikach,
a także niekiedy po ulicach, między samochodami,
dostojnie kroczą kobiety z ciężkimi paczkami,
koszami i stertami zakupów na głowach. Dotąd
kojarzyło mi się to z „czarną” Afryką. W Muzeum
Kairskim, wśród przedmiotów znalezionych w
grobowcu Tutanchamona zobaczę prześliczną
figurkę niezwykle eleganckiej kobiety, w sukni,
w której i dziś dama „z towarzystwa” mogłaby iść
na bal, z koszek ofiarnych chlebów na głowie.
Widać taka lokalna tradycja. Tradycja tradycją,
a koncesje na rzecz nowoczesności także
istnieją: jak na całym świecie, także i w
Egipcie mnóstwo osób rozmawia przez komórki…
Przejeżdżamy na wschodnią stronę Nilu i zmieniamy świat. Nowoczesne banki, kilkudziesięciopiętrowe wieżowce, kilkupasmowe i kilkupoziomowe estakady… Z mostu na Nilu dobrze widać rozległe wyspy w północnej części miasta, będące siedzibą ministerstw i agencji rządowych. Meczetów – wielkich i małych, nowoczesnych i starych – chyba więcej, niż kościołów w Krakowie. Jest popołudnie, dzieci wracają ze szkoły. Chłopcy na ogół nie różnią się strojem od swoich europejskich rówieśników: powyciągane spodenki, adidasy, t-shirty, w rękach piłki czy deskorolki. Dziewczęta ubrane znacznie bardziej klasycznie, co uwidacznia się przede wszystkim w rozmaitego rodzaju chustach na głowie. Przejeżdżamy obok jakiejś szkoły wyznaniowej. Wszystkie panienki w jednakowych, różowych chustach, niezależnie od wieku. Ale poza tym zachowanie identyczne jak w Krakowie, Paryżu czy Barcelonie: chichoty, wszystkie mówią do siebie na raz… Z wyjątkiem tych, które rozmawiają przez komórki.
Dygresja
dla wykształciuchów:
Nie tylko cztery teściowe
Muhammad,
który opowiada nam o islamie z taką samą
rzeczowością, jak o Nilu czy o produkcji
papirusu, natychmiast jest zasypywany dość
intymnymi pytaniami przez dwie starsze panie,
siedzące tuż za nim, dopytujące się o jego
rodzinę i żonę oraz deklarujące, że w razie
czego mogą się nim zaopiekować. Żenuje mnie to
trochę, nasz przewodnik udaje, że nie rozumie,
na szczęście podjeżdżamy pod gmach muzeum.
Różowy, klasycystyczny gmach przy niewielkim
placu Tahrir funkcjonuje jako muzeum od 1902 r.,
wcześniej zaś, od 1835 r. placówka mieściła się
w kilku innych miejscach. Założycielem i
pierwszym długoletnim dyrektorem Muzeum
Starożytności Egipskich, bo tak brzmi oficjalna
nazwa, był Francuz, Auguste Mariette, a później
jego uczeń – Gaston Maspero.
Oddajemy aparaty do depozytu, przeciskamy się przez różnojęzyczny tłum, w którym jednak dominuje arabska młodzież, mijamy sztuczny stawek zarośnięty papirusami, kilka sfinksów i kopie posągów Amenemhata III, tradycyjna bramka antyterrorystyczna, tradycyjnie nie działająca i już jesteśmy w środku.
Dziki tłum, hałas, wydaje mi się, że setki przewodników krzyczą w dziesiątkach języków, a dziesiątki kolosalnych posągów zaraz zwalą mi się na głowę. Muhammad mówi, że muzeum ma ok. 150.000 eksponatów, ale nie wiem, czy w ekspozycji, czy w ogóle. Nie ma żadnego planu, żadnego folderu, z którego można by się choć ogólnie zorientować. W budce z materiałami drukowanymi (oczywiście, nie ma nic po polsku) kupuję niewielki album o arcydziełach zgromadzonych w muzeum: tekst po angielsku, wydawnictwo włoskie. Ale dopiero w domu zobaczę, jakie są tam piękne fotografie – teraz nie ma nawet czasu na złapanie oddechu, bo przewodnik unosząc nad głową kolorową teczkę jak proporzec swojego pułku już przepycha się naprzód między innymi wycieczkami.
|
|
Muzeum ma dwa piętra, ale nie ma co oczekiwać w ekspozycji jakiegoś porządku chronologicznego czy formalnego. Owszem, w poszczególnych pomieszczeniach, zgodnie z napisami na ścianach, są eksponaty z poszczególnych epok historii Egiptu, ale rozmieszczone niekonsekwentnie, nie po kolei, a poza tym ich liczba wręcz przytłacza. Teoretycznie sprawa jest prosta: z holu wyjściowego idziemy w lewo i potem zgodnie z ruchem wskazówek zegara, od Starego Państwa po okres saicki. W szczegółach już gorzej – większość podpisów liczy sobie kilkadziesiąt lat, niektóre są jedynie po arabsku, innych nie ma wcale, część w transkrypcji greckiej, część – francuskiej. Na przykład poczciwy (choć wielki) Amenhotep występuje pod pseudonimem Amon-Ofis, Menkaure – Micerinus, Chafre – Kefren, Sesostri to Senuseret…
Ale w sumie nie ma co się wdawać w szczegóły,
postanawiam dać się ponieść tłumowi i temu
zwiedzającemu, i temu zwiedzanemu. W tym
ostatnim wypatruję jedynie tego
co już znam z
wykładów na Uniwersytecie Warszawskim. Słowem –
postępuję zgodnie z regułą inżyniera Mamonia, bo
mi się też podoba najbardziej to, co już znam. W
salach Starego Państwa rozpoznaję figury Dżesera
i Chefrena, idealnie wykonaną triadę Mykerynosa,
przedstawionego w otoczeniu bogini Hathor
(której krowie proweniencje reprezentują tylko
zgrabne rogi na głowie) i bogini-opiekunki
któregoś z powiatów egipskich, wzrusza mnie
maciupcia, wykonana z kości słoniowej figurynka
Chufu i kapitalna podwójna statua,
przedstawiająca osobliwą rodzinę z VI dynastii:
królewski dostojnik Seneb jest na niej
przedstawiony z dostojną małżonką, może nawet z
książęcego rodu, oraz dwójką dzieci. Niby nic
nadzwyczajnego, ale Seneb jest… karłem, z wielką
głową i małym, zdeformowanym ciałkiem, które w
całości mieści się na siedzisku fotela, podczas
gdy małżonka obok siedzi ze spuszczonymi nogami
i w hieratycznej pozie, ale trzyma z czułością
Seneba pod lilipucie ramię. A w miejscu, gdzie
nie ma nóg dostojnika – stoją małe
figurki golutkich dzieci….
Oglądana wielokrotnie
na reprodukcjach drewniana figura „wójta z Sakkary” w oryginale znów rozśmiesza mnie swoim
realizmem. Tak naprawdę ten łysy grubasek, o
kilkadziesiąt lat młodszy od Cheopsa, nie był
wcale wójtem, tylko kapłanem – lektorem o
imieniu Ka-Aper, ale robotnicy z pobliskiej
wioski, którzy pracowali przy wykopaliskach w
Sakkarze pod kierunkiem Mariette’a wydobywszy
figurkę, stwierdzili, że posążek wypisz-wymaluj
przedstawia wójta ich wioski (szejk el-Beled).
Opodal rozpoznaję, z poczuciem korporacyjnej
solidarności, figurę siedzącego pisarza z IV
dynastii. Oczy ma zrobione z kwarcu i po
podświetleniu latareczką przez Muhammada jarzą
się niesamowitym blaskiem… Efektowne, zwłaszcza
jak sobie pomyśleć, że działa to już od blisko
50 wieków… Tę samą
sztuczkę zastosowano w
przepięknych siedzących figurach dostojników z
tego samego okresu. Może wykonywał je ten sam
artysta? Oszałamiają mnie te niesamowicie
efektowne, ustawione koło siebie rzeźby,
przedstawiające księcia Ra-Hotepa i jego piękną
żonę Nofret (imię to, czy przydomek? Bo nfrt
po egipsku znaczy „piękna kobieta”…). Ra-Hotep
to najprawdopodobniej najstarszy syn faraona
Snofru, założyciela IV dynastii, przyrodni brat
Chufu, zmarły w młodym wieku i dlatego też
wyprzedzony przez Cheopsa w drodze do władzy,
chociaż egiptolog Zahi Hawwas postarza go i
sądzi, że był on synem Huniego, ostatniego króla
III dynastii. Książę ma ciało koloru miedzi,
jako że tak przedstawiano mężczyzn, spędzających
wiele czasu pod palącym egipskim słońcem, w
boju, na budowach, w podróżach. Kobiety – jak
Nofret – zwykle mają cerę mlecznobiałą, bo
chronią się przed słońcem w domach. Oboje mają
umalowane oczy (to nie tylko dla urody: słynny
egipski makijaż miał podobno chronić przed
egipskim zapaleniem oczu). Ale poza
tym głowa
księcia jest zupełnie nietypowa.
Krótko ostrzyżona goła głowa, kształtny nos i…
zabójczy wąsik, w stylu raczej włoskim czy
latynoskim. O ile wiem – jedyne takie
przedstawienie w starożytnym Egipcie… Na szyi Ra-Hotep ma bardzo nowoczesny naszyjnik – jakby
posrebrzany rzemyk z jednym niewielkim amuletem.
Kobieta ma białą, ściśle przylegającą do ciała
suknię (przez którą przebijają ciemne sutki dość
detalicznie przedstawionego biustu) i nosi
masywną, dziś ciemno-brązową (ale kiedyś pewno
czarną) perukę, spod której – i znów szczegół
dość nietypowy – wymykają się na czoło dwa
kosmyki własnych włosów, gładkich i nieco
jaśniejszych w odcieniu. Obok w pionowych
rzędach tytulatura i imiona przedstawionych
osób. Przyglądam się imieniu? tytułowi?
księżnej: całość brzmi Ensu-Rechet Neferet,
czyli jakby „Po królewsku mądra i piękna”…
I od razu skojarzenie z czasów o pięć tysięcy lat mi bliższych: Gałczyński w wierszu We śnie pisał pod koniec: …jesteś egipska królowa, jak miód słodka i mądra jak sowa, a ja jestem dla ciebie jak światło.
Muhammad pstryka latarką, oczy Nofret i Ra-Hotepa ożywają i spoglądają na nas uważnie. Latarka gaśnie, oczy świecą jeszcze przez chwilę nabytym światłem. Idziemy dalej.

Jeszcze tylko zauważam często pokazywane gęsi z fresku, odnalezionego w mastabie Nefermaata i jego żony Itat w Meidum, niedaleko Sakkary. To także czasy Cheopsa. Mimo upływu 47 wieków, ptaki pasą się nadal na jakimś podwórku, a ich naturalne kolory są wciąż żywe. Sześć ptaków ustawionych symetrycznie (jeden pasący się z głową w lewo, dwa idące w lewo, dwa idące w prawo, jeden pasący się z głową w prawo…) przedstawia jakby trzy różne gatunki, a może tylko rodziny gęsi. Fresk ma tylko niespełna 30 cm wysokości i 180 cm długości, ale to właśnie dwie z tych gęsi trafiły jako symbol na awers biletu do Muzeum Egipskiego. Może to niewielki tytuł do chwały, ale jednak…
Uciekam przed może pięknymi, ale
przytłaczającymi i nudnymi w swej klasyczności
posągami faraonów Średniego Państwa i zatrzymuj
ę
się przy dziele, które każe mi się zastanowić,
czy przypadkiem nie przeniosłem się w czasie i
przestrzeni do paryskiego Centre Pompidou.
Przede mną liczący nieco ponad metr wysokości
ciemno-szary, niemal regularny sześcian, z
którego wystają dwie głowy – duża, męska i mała,
dziecięca. To kubistyczne dzieło pokryte jest
pięknymi hieroglifami, męska głowa jest w
przedstawionej w dość uproszczony sposób peruce,
na główce dziewczynki widnieje ureusz –
symboliczne przedstawienie kobry, utożsamianej z
władzą królewską.
Gość w peruce to Senmut (czasem z pewną hiperpoprawnością, nazywany Senenmutem), architekt i minister z czasów królowej Hatszepsut (Nowe Państwo, XVIII dynastia, XV p.n.e.), współtwórca świątyni w Karnaku i jednego ze stojących tam do dziś obelisków, a przede wszystkim – przepięknej świątyni grobowej w Deir el-Bahari. Także wychowawca i opiekun dwóch córek królowej i jej męża i poprzednika na królewskim tronie – Totmesa II. Starsza z nich – Neferure właśnie wystawia swoją główkę z kubistycznej formy. Senmut, uważany także za bliskiego powiernika, a może nawet kochanka królowej (uczeni znaleźli ślady dowodów, że miał z nią syna o imieniu Mat-her-peri, który zmarł młodo i został pochowany w Dolinie Królów, a na owijających chłopca bandażach znaleziono imię tronowe Hatszepsut). Kariera Senmuta jest zupełnie niezwykła. Pochodził z prostej rodziny o korzeniach nubijskich i jako jeden z czterech synów trafił na dwór królewski (gdzie matka pełniła służbę u królowej Ahmes, matki Hatszepsut. Tutaj, dzięki protekcji nauczyciela przyszłej królowej, trafił na dwór Totmesa II, a gdy urodziła się faraonowi pierwsza córka – Senmutowi powierzono funkcję jej wychowawcy. To pozwoliło mu na zbliżenie się do Hatszepsut, no a potem już poszło samo. Wśród licznych i różnorodnych talentów, królowa odkryła w młodym człowieku zdolności architektoniczne i tak z czasem został zarządcą wszystkich jej budów, pierwszą po królowej osobą w państwie i zarazem jedynym człowiekiem, który cieszył się jej zaufaniem. Musiał być to związek zażyły i bliski z obu stron, na co pozostało sporo dowodów w dokumentach i wizerunkach. Ale musiał być także Senmut wybitnym artystą, bo tak dalekie odejście od kanonu rzeźby egipskiej, jak w tym kubistycznym przedstawieniu, dotąd się w sztuce tego kraju nie zdarzało. W dodatku, akurat do tej formy był chyba mocno przywiązany – pozostały do dziś trzy niemal identyczne rzeźby architekta z córeczką królowej. W Kairze są dwa sześciany – z szarego i różowego granitu, w Muzeum Berlińskim – niemal identyczny, z czarnego granitu. Różnią się kształtem postumentu oraz napisami hieroglificznymi.
Niedaleko
rzeźbiarski portret samej Hatszepsut, jeden z
nielicznych, które ocalały przez
niszczycielskimi działaniami jej bratanka,
Totmesa III, który mścił się na duchu ciotki po
21 latach spędzonych przez nią na wojskowej
banicji. Nieliczne nieco rozproszone po świecie
jej wizerunki pokazują, że królowa bardzo
chciała wyglądać jak król: przedstawiano ją
prawie zawsze w hieratycznej pozie, z ciałem
pomalowanym na „męski”, miedziany kolor, a nawet
z ceremonialną doprawianą brodą. Inna rzecz, że
faraonowie – mężczyźni też własnych bród nie
miewali… Urocza jest tylko jedna jej rzeźba,
niestety przechowywana w Nowym Jorku, w której
Hatszepsut jest pokazana w królewskiej chuście nemes
i ciasno opiętej sukni, uwidaczniającej kobiece
kształty ciała, w tym szczegółowo uwidoczniony
biust, z ładną, okrągłą twarzą, a hieroglificzny
napis na tronie prezentuje królewską tytulaturę
w wersji „damskiej”:
Córka
Boga Re,
Pani
Obu Krajów…
Wycieczka mi uciekła, zdaję się na własne przewodnictwo, ale po kilku chwilach odnajduję grupę w najdalszym pomieszczeniu muzeum – półokrągłej, obudowanej i doskonale oświetlonej werandzie, gdzie eksponowane są przedmioty, związane z rodziną religijnego i estetycznego buntownika – faraona o imieniu Echnaton, który początkowo nazywał się Amenhotep IV, panował w tej samej co Hatszepsut, wspaniałej XVIII dynastii, w I połowie XIV w. p.n.e. zbuntował się przeciwko wszechwładnym kapłanom Amona i innych głównych bóstw, a obalając kościół – próbował obalić też religię, wprowadzając monoteistyczny kult podrzędnego dotąd boga Atona, przedstawianego pod postacią tarczy słonecznej. Przeciwstawił się także dotychczasowemu kanonowi sztuki egipskiej, w myśl którego postacie władców należało prezentować w formie majestatycznej, w stanie bezczasowej młodości, w malowidłach zaś tak, by wizerunek zajmował jak największą powierzchnię – to znaczy głowę i stopy z profilu, zaś tors – frontem. Tak pokręcone postacie figurują na wszystkich rysunkach, od początków państwa egipskiego. Echnaton tego zabronił – co zresztą skończyło się tym, że artyści wpadli w inny schemat: ponieważ król miał wyraźne wady postawy i oznaki rozmaitych chorób – w ten sam sposób, z oznakami chorób, których nie mieli, przedstawiano jego bliskich… A może byli wszyscy uszkodzeni genetycznie?
Stolica
kraju została przeniesiona z Teb o 270 km dalej
na północ – do miejscowości która dziś nazywa
się Tell el-Amarna, a w czasach Echnatona nosiła
nazwę Achet-Aton, Horyzont Atona. I mimo
że reformy, nazywane amarneńskimi, upadły
niebawem po śmierci zbuntowanego władcy, a dla
większości ludzi na świecie o wiele bardziej niż
on znana jest jego pierwsza małżonka – Nefretete
i jego syn – Tutanchamon, to do naszych czasów
przetrwało zadziwiająco dużo okazów z owego,
eksperymentalnego okresu kultury egipskiej.
Nieco
przygnębiające wrażenie robi rzeźba
przedstawiające Echnatona, podobno realistyczna.
Nieproporcjonalnie duża
głowa, wychudła,
pociągła twarz z wystającymi kośćmi
policzkowymi, odstające uszy, obwisły brzuch,
krzywe, platfusowate nogi… podobnie wygląda jego
córka i żona Nefretete, która przecież, wedle
znanego portretu rzeźbiarskiego z Muzeum w
Berlinie, uchodzi za jedną z najpiękniejszych
kobiet w historii świata. Po prawej stronie
sali, na ścianie, spora płaskorzeźba, pokazująca
scenkę rodzinną w domu faraona. Trochę to
wygląda jak karykatura, artysta nie radzi sobie
z zadaniem przedstawienia realistycznego
wizerunku, królowa nadal siedzi poskręcana
kanonicznie, dzieci (co do jednego z wodogłowiem
i obwisłymi brzuszkami, po tatusiu) oblazły
rodziców jakby ich wizerunki położono na
płaskorzeźbie, bez zachowania ani proporcji ani
perspektywy… W dodatku „rodzinność” scenki nieco
psuje to, że oboje państwo faraonostwo noszą
po domowemu ceremonialne nakrycia głowy,
używane zwykle na uroczystościach państwowych…
Ale najpiękniejsze są rzeźby, zwłaszcza
maleńkie, które są po prostu zabawkami
Echnatonowych dzieci… Jest też niezwykłe dzieło:
głowa Nefretete, będąca niedokończonym „szkicem”
do portretu królowej. Rzeźba nie została nigdy
ukończona, jeszcze widać dokładnie linie na
czole i nosie, gdzie w przyszłości miała być
nałożona polichromia, na głowie jest coś w
rodzaju czepca, który w przyszłości miał być
zapewne przykryty oficjalnym czepcem, może
jednak są to po prostu ogolone na zapałkę włosy,
co ze względów higienicznych zdarzało się w
Egipcie często, i u mężczyzn i u kobiet. Oczy
ledwie zaznaczone lekką obwódką, też mającą być
ograniczeniem koloru. No i taka Nefretete, bez
makijażu, kapelusza, bez włosów, bez uszu i bez
spojówek i źrenic – jest nadzwyczajnie piękna.
Spokojny półuśmiech wyrazistych warg, prosty
nos, kształtne łuki brwiowe, trochę wystające
kości policzkowe (azjatyckie pochodzenie z Mitanii…) – wszystko to pokazuje nie tylko
przystojną kobietę, ale i mistrzowską rękę
artysty. Być może to ta sama osoba, która
wykonała kairski szkic rzeźbiarski jednej z
córek Echnatona, bo widzimy tam tę samą
metodę
projektowania koloru. Księżniczka jest,
niestety, podobna do taty, więc może nie ma co
żałować, że rzeźba pozostała niedokończona. Jak
wiemy, najsłynniejszy portret Nefretete (które
po egipsku nazywa się Nefer-titi, czyli
jakby „Chodzące piękno”), znajdujący się w
Muzeum w Berlinie, jest również nieukończony –
królowej brakuje szczegółów w lewym oku, stąd
też zwykle fotografuje się jej prawy profil… W
obu rzeźbach – tej kairskiej i tej berlińskiej
zwraca uwagę długa, prawdziwie „łabędzia” szyja
(w Berlinie aż nienaturalnie chuda). No i taka
też jest szyja mumii, znalezionej w skrytce
grobowej w Dolinie Królów, nieopodal grobu
Tutanchamona, przeniesiona po latach w to
miejsce wraz z mumią matki Echnatona, królowej
Teje i jej młodo zmarłego syna Totmesa. Czaszka
łysa, bez śladu włosów (taka też wydaje się być
głowa Nefretete pod kapeluszem w Berlinie),
wystające kości policzkowe, prosty nos… Co
więcej, obie zachowane małżowiny uszne noszą
ślady dwóch otworów na kolczyki – wiemy, że
takie podwójnie przekłute uszy miała Nefretete,
i poza nią niewiele kobiet w starożytnym
Egipcie. Kobieta, niewątpliwie pochodząca z
końca XVIII dynastii, miała w ręku pozostałości
królewskiego berła. Więc w 2003 r. pakistańska
egiptolożka dr Salima Ikram ogłosiła światu, że
znalazła Nefretete. Świat nie do końca uwierzył,
choć argumenty były
silne. Część egiptologów
wszakże nie zgadza się z przystojną panią doktor
(która jest członkiem słynnej stajni naukowej
Zahi Hawassa) i nadal poszukuje mumii pięknej
królowej.
W
dodatku w 2009 roku szwajcarski historyk sztuki
Henri Stierlin ogłosił, że jego zdaniem rzekomy
znalazca popiersia królowej z 1912 r. Ludwig
Borchard zlecił taką fuszkę współczesnemu
sobie artyście Gerardowi Marxowi, który nieco
podrasował jakieś stare popiersie nie wiadomo
czyje, ale nie zrobił jednego oka, żeby niby
rzecz postarzyć, czego by w życiu nie zrobił
egipski artysta, bo to despekt dla królowej
ogromny, no i ramiona są w rzeźbie odcięte przy
barkach, a to nowoczesna technika jest. W
dodatku żaden ze współpracujących wtedy przy
wykopaliskach z Borchardem archeologów ani
słowem się nie zająknął o tak wspaniałym
odkryciu. Moim zdaniem Szwajcara wynajęli
Egipcjanie, żeby stwierdzeniem, że to nie jest
Nefretete skłonić Berlińczyków od oddania im
rzeźby. A jak już znajdzie się w Kairze, Zahi
Hawwas zrobi z nią wywiad dla „Discovery
Channel” i królowa sama się przyzna, że to ona….
Przechodzimy na piętro i tu już mam trochę dość kolejnych sarkofagów ze wszystkich epok, statui, figurek żołnierzy i kolejnych bóstw, które będą mi się pewno śniły po nocach. Dostrzegam mały drogowskaz do sal, zawierających wyposażenie grobowe Tutanchamona i dyskretnie urywam się w tamtą stronę. Na pewno moja wycieczka tam za chwilkę dojdzie, a ja będę miał z 10 minut handicapu, bo właśnie słyszę, jak Mohammed bierze głębszy oddech, żeby wygłosić kolejny spicz o trumnach. Uciekam.
Tak naprawdę, to niesie mnie złość. Informacja pokazuje, jak dojść do czegoś, co jest tu nazwane King Tut’s Treasure. Tutaj! W Egipcie, w Muzeum Kairskim już też się zagnieździł ten hollywoodzki żargon! Za chwilę pewno będą wyświetlać film o powracającej mumii albo Belfegorze. A nie, ten ostatni to zabawka konkurencji – Belfegor był upiorem z Luwru… Niestety, o królu Tucie mówi nawet telewizyjny gwiazdor archeologii Zahi Hawass, co jest obrzydliwą koncesją Egipcjanina na rzecz turystycznego badziewia.
Dygresja
dla wykształciuchów: Złoty chłopak

Nie wiadomo, gdzie zatrzymać wzrok. Olśniewa blask złota, połysk emalii, staranność wykonania, mnogość tego wszystkiego. Turyści pchają się do słynnej złotej maski Tutanchamona, ale ją znam na tyle dobrze, że tylko stwierdzam, że w rzeczywistości jest jeszcze ładniejsza niż na zdjęciach i przesuwam się dalej. Obiektów, których szczegółowe oglądanie mogłoby zająć kilka godzin, są setki. Howard Carter, gdy ostatecznie zabrał się do ewidencjonowania zawartości grobu w dwa lata po jego odkryciu, musiał otwierać kolejne sarkofagi, usytuowane jeden w drugim jak ruskie matrioszki, żeby dostać się do ciała faraona. Pierwszy, zewnętrzny, ogromny, granitowy, w nim drewniany, pozłacany, o kształcie leżącego człowieka, ozdobiony szkłem i kamieniami półszlachetnymi, z mnóstwem amuletów, z pozłacaną maską twarzy faraona. Na tym sarkofagu leżały bukieciki kwiatów, które nadal zachowywały kolory. Dopiero rok później otwarto wieko – i pod nim odkryto kolejny, nieco mniejszy sarkofag, również wykonany z pozłacanego drewna, inkrustowany kamieniami półszlachetnymi i kolorowymi szkiełkami, także obsypany kwiatami. Podniesiono z wielkim trudem wieko – i pod spodem ukazał się czwarty sarkofag. Tym razem była to trumna wykonana z litego 22-karatowego złota o wadze ponad 100 kilogramów. Właściwie jest to złota rzeźba, długości 185 cm, odwzorowująca postać króla w ceremonialnym stroju, ze wszystkimi emblematami władzy faraona. W środku była mumia, zachowana w dość kiepskim stanie, z twarzą przykrytą maską z litego złota, ozdobiona kamieniami półszlachetnymi i lapis-lazuli, turkusami i krwawnikami. Ponadto Tutankchamon był dosłownie obsypany biżuterią ze złota i drogich kamieni – Carter naliczył blisko 150 precjozów, znajdujących się we wnętrzu ostatniej trumny…
Większość tych skarbów eksponowana jest w tej sali i kilku sąsiednich. Są to wyroby jubilerskie i meble, statuetki bóstw i samego faraona, rydwany bojowe, broń i stroje… Zawsze się zastanawiam, jakie musiało być wyposażenie grobowca na przykład Amenhotepa III czy Ramzesa Wielkiego, jeśli mało znaczącemu, młodemu i krótko panującemu Tutanchamonowi, w dodatku otoczonemu siecią dworskich intryg, wstawiono do grobu tak niewyobrażalne bogactwo. Teraz słyszy się, że do jego grobu przełożono część rzeczy z Amarny, z miejsca pochówku jego ojca Echnatona, w dodatku słynna maska pośmiertna Tutnachamona była przerabiana, niejako dopasowywana do jego twarzy, może też wcześniej uszykowano ją dla poprzednika. To możliwe, ale i to nie wyjaśnia wszystkiego – Echnaton też nie był mocarzem, w dodatku nienawidzili go kapłani, których pozbawił realnej władzy…
Wszystkie odnaleziono grobowce faraonów, z wyjątkiem Tutanchamona, zostały obrabowane przez wyspecjalizowane w tym szajki. To gdzie to wszystko jest? Te skarby? Jeśli ktoś je kradł to nie po to, żeby trzymać w prywatnym muzeum, zakopać, ukryć czy zniszczyć bez śladu. Ktoś to ukradł i sprzedał komuś. Ten ktoś jeszcze komuś, i tak dalej, dalej i - co dalej? Gdzie te wszystkie maski, berła, brosze, spinki, kolczyki, złote trumny? Gdzie ci milionerzy, posiadacze niesłychanych fortun pochodzących z tych rabunków? Nawet ta najsłynniejsza rodzina Rasulów z Luksoru, która jeszcze w XIX wieku utrzymywała się z handlu starożytnościami nie miała w swoim dobytku wiele więcej, niż okoliczni fellachowie. No, może grubsze sandały, może dłuższe galabije, może tłustszego osła czy kamela…
Czy po prostu czas, którym jest największym demokratą, pożarł i to bogactwo, rozpraszając skarby po piaskach pustyni, a rabusiów czyniąc po kolei obrabowanymi – do czasu, aż zniszczono ostatnią maskę pośmiertną, rozbijając ją na drobniutkie kawałeczki złota, które można było wymienić na parę daktyli?
Paradoksem starożytnego Egiptu jest to, że znikły rzeczy niezniszczalne – jak królewskie złoto i szlachetne kamienie – a przetrwało coś, co z natury swojej jest przemijające i nietrwałe: ciała faraonów. Oczywiście, odnaleziono ich zaledwie kilkadziesiąt, w większości w kiepskim stanie. Jasne, że było to efektem działania balsamistów i kapłanów, mających za zadanie podtrzymywanie kultu królów, którzy po śmierci, a niekiedy i za życia utożsamiani byli z bogami. Najwięcej w tej mierze zawdzięczamy kapłanom z Teb, a szczególnie Pinodżemowi II z czasów XXI dynastii panującej ok. 1000 r. p.n.e., którzy chcąc zapobiec rabunkom i bezczeszczeniu ciał faraonów, pochowanych w Dolinie Królów, przenieśli to, co jeszcze ocalało do tajnej skrytki (o symbolu DB 320) w grobowcu królowej Inhapi, usytuowanym w dolinie Deir el-Bahari, niedaleko od świątyni Hatszepsut. Przeniesiono tam ocalałe resztki wyposażenia grobowego oraz mumie kilkudziesięciu osób, które starannie ponownie zabandażowano i pochowano w swoich bądź cudzych sarkofagach. Tam przetrwały niemal przez 3000 lat. Najpierw odnaleźli je rabusie, ale sprawa wyszła na jaw na skutek kłótni w rodzinie Rasulów i w efekcie mumie przewieziono do muzeum kairskiego. Są to ciała dostojników (faraonów i ich rodzin, także arcykapłanów), z czasów panowania XVII-XXI dynastii, czyli mniej więcej od XVII do X w. p.n.e., w tym m.in. Ahmosa, Amenhotepa I, trzech Totmesów, Seti I, Ramzesa II i jego żony Nefertari, Ramzesa III, Ramzesa IX.
Jak macie wolnych 100 funtów egipskich i akurat jesteście na II piętrze muzeum w Kairze, to możecie niektórych z nich poznać bliżej… Rzekłbym – stanąć z nimi twarzą w twarz. W zbiorach jest 36 mumii: królów, królowych i kapłanów. Publiczność ma możność oglądać tylko kilka. Jest wśród nich m.in. to, co pozostało z jednego z największych władców w historii świata, Ramzesa II.
Dygresja
dla wykształciuchów:
Wielki chudzielec
Dygresja
dla wykształciuchów: Archeologia stomatologiczna
Miłośnikom makabry Egipcjanie, a także dyrekcja Muzeum Egipskiego w Kairze, dostarczają rozrywki jeszcze w innej sali, gdzie prezentowane są mumie zwierząt. Koty, szakale, ibisy, czaple, ryby, małe krokodyle… Żałosna próba zatrzymania przemijającego świata, pewno na użytek władcy, żeby po „tamtej stronie” nie brakowało mu niczego, do czego był przyzwyczajony tutaj. Jednak symbolika mniej realistyczna sprawdza się lepiej: faraonom, dostojnikom, a nawet ludziom niższego stanu wkładano zazwyczaj do trumny drewniane lub kamienne figurki uszebti oraz konkubin. Te pierwsze miały za zmarłego pracować, gdy zażądał od niego wysiłku Ozyrys, te drugie – dostarczać przyjemności, do których ochota, jak widać, miała nie ustawać po śmierci.
Muhammad daje nam dwadzieścia minut wolnego, na samodzielne zwiedzanie tego, co chcemy sobie utrwalić. Przebiegamy jeszcze raz w pośpiechu poszczególne sale, wreszcie tuż przy holu wejściowym odnajduje to, czego mi brakowało cały czas: słynną paletę Narmera.
Choć nie jest wykonana ze złota, tylko z
zielonego łupku, a jej ozdoby nie mienią się
szlachetnymi kamieniami – działa na wyobraźnię w
niemniejszym stopniu niż skarby Tutanchamona.
Stajemy przed szklaną gablotą. Paleta do
szminek, ale raczej nie mająca charakteru
użytkowego, tylko rytualny, bowiem dość ciężko
byłoby się nią posługiwać: ma przeszło 60
centymetrów wysokości, w górnej części 40 cm
szerokości i ogólnie przypomina tarczę
średniowiecznego rycerza. To jeden z
najstarszych zabytków sztuki egipskiej i
pierwszy, zawierający tekst hieroglificzny.
Przed nami dzieło, pochodzące z XXXII wieku
przed naszą erą.
Z trudem odczytuję na awersie imię faraona,
bowiem nie mieści się ono w kartuszu, tylko w
usytuowanym na górze
serechu,
czyli prostokątnej, pionowej ramce i zapisane
jest tylko dwoma hieroglifami sylabicznymi:
nar,
przedstawiającym rybę (jest to wąsaty sum) i
mer,
zapisana znakiem dłuta. To tzw. imię horusowe,
jakby boski pseudonim, który król przybierał
wstępując na tron. Zapisywano je zazwyczaj
właśnie w
serechu, którego dolna część odwzorowuje
jakby fasadę pałacu. Tak naprawdę król ów
nazywał się Menes i jest pierwszym faraonem
pierwszej dynastii. Paleta, ozdobiona kilkoma
pięknie wykonanymi płaskorzeźbami, upamiętnia
moment pokonania przez króla – wywodzącego się z
południa – ludów Delty, co doprowadziło do
pełnego zjednoczenia Egiptu. Awers pokazuje
Narmera w wysokiej koronie Górnego Egiptu,
zamierzającego się maczugą na jeńca, trzymanego
za włosy. Symbolizujący północ sokół trzyma na
sznurze głowę człowieka, wynurzającego się z
kępy papirusów, zapewne mieszkańca Dolnego
Egiptu. Na rewersie powtórzony jest ten sam
serech,
ponadto imię króla zapisane jest przed
wizerunkiem jego postaci, tym razem ubranej w
koronę Dolnego Egiptu. Przed królem postępuje
wezyr, co określają hieroglify cz i t (czeti).
W środkowej części rewersu jest okrąg, utworzony
przez wygięte długie szyje dwojga zwierząt,
będących skrzyżowaniem lwów z wężami: to w tym
miejscu w „normalnej” palecie rozcierano
barwniki, którymi później malowano owal wokół
oczu. Ciekawe, że podobny w formie motyw
zwierząt ze skrzyżowanymi, wydłużonymi szyjami,
znaleziono w mezopotamskim Uruk, z mniej więcej
tego samego okresu. Jednakże Paleta Narmera jest
o wiele doskonalsza pod względem artystycznym.
Całości dzieła dopełniają kolejne sceny
batalistyczne.
Dygresja
dla wykształciuchów: Narmer, czyli początek
- No, sir, ja tylko rozmawiam z przyjaciółmi, jestem egiptologiem from Bulanda…
Kiwa głową, odchodzi. Na wszelki wypadek dajemy nogę.
Wyjazd z Kairu późnym popołudniem jest znacznie łatwiejszy, niż wjazd o tej samej porze: posuwamy się wolno, ale jednak się posuwamy, mijając wielokilometrowy korek, który ciągnie się aż do początku autostrady do Suezu. W Hurghadzie jesteśmy przed północą. Ostatni bar w hotelu zamykają nam tuż przed nosem. Cóż, otworzą o 10 rano. Na razie musi wystarczyć herbata z przegotowanej nilówy i mocno przetrzęsiona przez podróż baraka.