Maciej Pinkwart, Egipt dla początkujących
Salve, Regina!

To wrażenie znika natychmiast po przejściu przez drzwi hotelu „Regina” (tu wymawiają: redżina). To międzynarodowe (egipsko-rosyjskie) konsorcjum, dysponujące trzema ośrodkami wypoczynkowymi (Regina Resorts) w El Sokhna nad Morzem Czerwonym nieopodal Suezu, Nuweibaa na Synaju nad zatoką Akabaa i właśnie w Hurghadzie (Sheraton Road, Sakalla). Szkło, metal, czarne polerowane granity, na ścianach nowoczesne dzieła sztuki, zero kiczu – pełna kultura i doskonała klimatyzacja. Z drzwi do sali recepcyjnej prowadzi przejście przez bramkę antyterrorystyczną, pilnowaną przez trzech uzbrojonych security guards, ale jak masz większy bagaż, to przechodzisz obok bramki i też jest OK. Jak nie masz, to przechodzisz przez bramkę, która piszczy jak wściekła, ale nie wywołuje to najmniejszego zainteresowania strażników. Krótkie formalności przy ladzie recepcyjnej, przy których wspomaga nas rezydentka (pozostali turyści, jadący do dalej położonych hoteli, cierpliwie czekają w stojącym przed hotelem autobusie) przerywa lokalny pracownik, wyrywający nam z rąk bagaże i ustawiający je przy drzwiach w równym rządku z bagażami innych gości. Dwa razy mu je odbieramy, wreszcie dowiadujemy się, że on je nam zawiezie wózkiem do naszego bungalowu. Wszystko OK, zrozumiałe, kolejne podejście po bakszysz, tylko skąd Gamal będzie wiedział, że te akurat bagaże są nasze i gdzie trzeba je zawieźć? Tłumaczą nam w recepcji, że to proste, bo właśnie ów – na oko pięćdziesięcioletni - boy pokaże nam gdzie mieszkamy. W końcu zrezygnowani czekaniem na owego pilota idziemy sami do domku, którego rzecz jasna nie umiemy znaleźć, bo numeracja przebiega jakoś zupełnie nie po kolei. Zapytany o to inny pracownik prowadzi nas pod drzwi, po czym nie czekając na bakszysz bez słowa odchodzi.
W środku dwa łóżka zamiast trzech, nic nie posprzątane, domek nie przygotowany na przyjęcie gości, odnosimy wrażenie, że po prostu się pomylili i dali nam klucz do bungalowu, w którym już ktoś mieszka… Dojeżdżają bagaże, dajemy trzy funty, Renata z Michałem idą robić piekło do recepcji, ja siadam na przyzbie (dwa plastikowe krzesełka, między nimi takiż stoliczek) i wystawiam twarz do słoneczka.
Szumią
palmy, wieje wiatr, niebiesko połyskuje woda na
basenach, niesie się niezbyt głośna muzyka
funky, morza nie widać. Przyjaciele wracają
w kilka minut z innym kluczem, przenosimy się
kilkadziesiąt metrów dalej. Tym razem domek
ładny, schludny, posprzątany, ale znów ma dwa
łóżka i dwa ręczniki. Rozpakowujemy się i drakę
o łóżko robimy dopiero po chwili. Za trzecim
podejściem sprawa wygląda już mniej więcej
dobrze (przynoszą dodatkowe łóżko), ale tak
zupełnie super będzie dopiero na drugi dzień,
kiedy „zaprzyjaźnię się” (na bazie
jednodolarowego bakszyszu) z miejscowym
sprzątaczem, który otrzymując groszowe łapówki
będzie sprzątał nam codziennie (w końcu liczba
świeżutkich ręczników dojdzie do pięciu
dziennie…), a nawet układał rzeczy na łóżkach i
półkach…
Wcześnie zapada zmierzch. Choć w Egipcie przesunięcie czasu o godzinę naprzód powoduje, że tutejsza piąta to polska piąta sprzed dwóch dni, to jednak o tej porze już robi się ciemno. Aleją palm, między bungalowami i niebieściutkimi basenami, idziemy nad morze. Plaża hotelowa jest położona w dość płytko wciętej w ląd niewielkiej zatoce, po lewej stronie cumuje kilka jachtów motorowych, śmiejemy się, że pewno przyjdzie nam się kąpać w plamach ropy naftowej – jak to dramatycznie opisywali ludzie na różnych forach internetowych. Nic z tego - woda jest czysta, doskonale przejrzysta, mocne zasolenie powoduje dużą wyporność. Piasek dość gruboziarnisty, ale sprzątany parę razy dziennie, spokojnie można chodzić na bosaka. W wodzie w środkowej części plaży miękki piasek, z lewej strony trochę niewielkich kamieni, z prawej, koło południowego cypla zaczyna się rafa, której obumarłe, żółtoszare części wznoszą się nieco ponad wodę. Tam najczęściej ludzie próbują pierwszego kontaktu z koralowcami (co może być bolesne) i kolorową fauną rafy.
W środkowej części jest bar, kiosk wydający
ręczniki, stanowisko ratownika (nigdy
nie
zrozumiałem, w jakich okolicznościach używany
był jego gwizdek, myślę, że po prostu z miłości
do jego dźwięku…). Wszędzie leżanki z szarymi
lub niebieskimi materacami, wydaje się, że jest
ich mnóstwo, ale jak przyjdzie się nam przekonać
– to złudzenie, bo naprawdę trzeba się rano
uwijać, żeby zająć sobie dobre – czy
jakiekolwiek – miejsca. Trudno się dziwić: jest
„Reginie” 420 pokoi dwu lub trzyosobowych, i
wydaje się, że niemal wszystkie zajęte. Niemal
wszystkie przez Rosjan, notabene.
Nie bardzo chce się nam jeść, ale idziemy na stołówkę. System taki sam, jaki mieliśmy na Rodos, tyle, że miejsc więcej, no i ofertę wzbogacają zimne napoje, za darmo dla wszystkich posiadaczy opcji all inclusive. My właśnie taką mamy, więc rozglądamy się w asortymencie. Trunki wyłącznie lokalne – piwo „Luksor”, jakieś no name’owe wino czerwone i białe, coś na kształt brandy o ohydnym smaku bimbru, poza tym cola, fanta i sprite (najlepszy). Podają w małych plasticzkach, tak że jakby się ktoś chciał urżnąć, to by się okropnie musiał nabiegać. W jedzeniu zgodnie z zaleceniami unikamy surowych owoców, niegotowanych warzyw i temu podobnych rzeczy, by w miarę możności uniknąć kontaktu z lokalną florą bakteryjną, która może nas zaatakować przy pomocy zemsty faraona. Jak się okazało, mogliśmy sobie te ostrożności darować: dopadło nas i tak.
W „Reginie” na wszystkich stanowiskach pracowniczych widzę wyłącznie mężczyzn, w większości niemłodych. Z jednym, dość oczywistym wyjątkiem – codzienną, spontanicznie radosną i dość hałaśliwą ofertę prezentuje grupa animatorów, wśród której jest kilka dziewcząt, Rosjanek, którym towarzyszy młodzież męska (w tym jeden ciemnoskóry, chudy młodzian wyglądający na Nubijczyka i chętnie wykorzystywany do roli faraonów). Tańczą, śpiewają, prowadzą dyskoteki, organizują wodny aerobic, siatkówkę plażową, wspaniale bawią się tak z dziećmi, jak i dorosłymi, zabawiając ich we wszystkich językach. I w żadnym.
To zresztą problem, z którym przyjdzie nam się zmierzyć wielokrotnie. Pracownicy hotelu, właściciele większych sklepów i restauracji, piloci i przewodnicy rozumieją po angielsku, natomiast ich zrozumieć trudno, czasem nawet początkowo trudno ocenić, w jakim języku do nas przemawiają. Próba podejmowania jakiejkolwiek bardziej problemowej rozmowy kończy się na niczym: wszystko co niezrozumiałe, jest natychmiast obracane w żart. Dobra zasada: u nas, gdy ktoś czegoś nie rozumie w obcym języku, natychmiast się obraża. Tam - śmieje się serdecznie tak, że nie sposób się gniewać.
Program naszego pobytu jest tak ułożony, że
tylko dwa dni mamy na korzystanie z uroków plaży
i egipskiego słońca. Nauczony doświadczeniem z
naszych basenów i z Morza Śródziemnego dawkuję
go sobie oszczędnie, bojąc się oparzeń. Ale ani
gorąca nie czuć specjalnie (na Rodos ciężko było
na bosaka dojść po piasku do wody, tu nie ma z
tym żadnego problemu), ani opalenizna nie jest
specjalnie czerwona. Morze o miłej temperaturze
26-28 stopni, na dworze w cieniu zaledwie 30-32
stopnie. Chłodek… Wiadomo, zaczęła się jesień…
Plaża w „Reginie” jest prywatna, hotelowa i teoretycznie
jest do niej dostęp tylko dla gości hotelowych
od strony ośrodka. No, oczywiście, można
przypłynąć od morza. Dlatego nieco mnie dziwi,
kiedy nie wiadomo skąd po piasku zaczyna
przechadzać się wielbłąd, prowadzony przez
smagłego Beduina w galabii. Wielbłąd ma piękne,
smutne oczy okolone długimi rzęsami, uzdę
przewleczoną przez pysk i przez lewe nozdrze,
ładne, kolorowe siodło, tatuaż za uchem i
dyskretną torebkę pod ogonem. Służy do
przejażdżek i robienia zdjęć. Jak został
wprowadzony na prywatną plażę
hotelową? Morzem nie przypłynął, to pewne.
Trudno mi sobie wyobrazić, że należy do stałych
atrakcji na etacie hotelu, ale jeszcze trudniej
– że właśnie wszedł z ulicy przez bramkę
antyterrorystyczną, przemaszerował obok recepcji
i stołówki i po marmurowych schodach podążył
między palmami do
pracy. Musi więc być inne wejście, boczne,
specjalne dla wielbłądów… Po chwili okazuje się,
że hotelowa plaża to teren travaille privée
dla kilkunastu osób. Co chwilę ktoś zatrzymuje
się koło nas, albo wręcz przysiada na leżakach,
proponując wycieczki fakultatywne, masaże w
atrakcyjnych cenach, kursy nurkowania, podróż
statkiem ze szklanym dnem, latanie na
spadochronie, safari na pustyni, tatuaż henną,
wizytę w nocnym klubie „Kleopatra” i tak dalej.
Animatorzy krzyczą, zwołując grupę do tańczenia
w wodzie lub na drewnianej estradzie, opodal
rozgrywana jest partia siatkówki plażowej – ruch
jak na Krupówkach. W dodatku jak mrówki faraona
do kostki cukru ciągną wczasowicze do baru,
gdzie kolejne butelki piwa „Luksor” wysuszane są
z prędkością światła, podobnie jak baryłeczki
wina i hektary coca-coli.
Rozglądam
się dookoła. Nasze trzy leżaczki stanowią
samotną polską wyspę w rosyjskim morzu. Ale tak
naprawdę daje się to zauważyć tylko w sferze
językowej – ani wygląd zewnętrzny, ani
zachowanie, ani zainteresowania nie różnią nas
zupełnie. Jasne, że niekiedy w
idać tzw. typy
rosyjskie – przenicznowłosych blondasiów,
kwadratowe figury chaziajek, brzuchatych
facetów o twarzach kołchoźników czy gogolowskich
horodniczych… Ale to pewno trochę moja
wyobraźnia, która bardzo chce podtrzymać te
mity, jakie siedzą we mnie od dziesięcioleci:
ruski jest inny. Nie jest. Jest zupełnie
zwyczajny i taki sam, jak my. Pewnie sam język,
układ lingwistyczny twarzy jakoś modeluje rysy i
powoduje rozróżnienia w wyglądzie. Ale młodzież
dość swobodnie posługuje się angielskim – choć
akurat w Hurghadzie to mało przydatne, jako że
wszyscy tu mówią po rosyjsku, albo przynajmniej
im się tak wydaje: w sklepach, hotelach,
restauracjach czy taksówkach, gdy widzą jasną
cerę, zaczynają od pozdrowień po rosyjsku.
Moje zdziwienie tą rosyjską „normalnością” pewno bierze się z moich dawnych doświadczeń, kiedy to spotykałem pierwszych Rosjan w Paryżu, zaraz po pierestrojce, jak dostali paszporty i zaczęli zwiedzać świat. Ci wszyscy karczaści szyici ogoleni na łyso, w skórzanych kurtkach i obwieszeni kilogramami złota, panienki uszminkowane i wyperfumowane już wczesnym popołudniem, szastający wachlarzami euro i nie używający kart kredytowych – wszystko to po ćwierćwieczu odeszło do lamusa historii. Przynajmniej w Egipcie.
Trochę mnie szokuje ta liczba turystów zza Buga (poza Rosjanami trafiają się, choć mniej liczni, Ukraińcy i Białorusini, czyli czuję się tak, jak w Zakopanem w okresie prawosławnego Bożego Narodzenia), bo przecież mamy zakodowane głęboko to, że tam, w krajach byłego Sajuza jest okropna nędza, a pieniądze ma tylko mafia. A tu może nie szastają pieniędzmi, ale liczą się z groszem mniej od nas, no i sama wyprawa też trochę kosztuje. Cóż – wielki kraj, to i więcej osób na to stać. I to jest obraz rzeczywistości pogorbaczowskiej.