21 września 2010, Kraków
Maciej Pinkwart
Drogi do Tatr
Najpierw, w sensie dosłownym, chodzono do Tatr od
strony południowej. Niekiedy z dość daleka. Nawet, podobno, z Włoch. Ale po
prawdzie, nie jest ważne skąd, ważne po co. Motywacje estetyczne czy
naukowo-poznawcze to dorobek czasów stosunkowo nieodległych. Góry jednak
przyciągały ludzi od zawsze swoją niezwykłością, niedostępnością i odmiennością
krajobrazową. W samym fakcie ich istnienia – a przedtem, oczywiście, stworzenia
– dopatrywano się boskiej myśli, a ta – sądzona wedle ludzkich kryteriów –
kierować się musiała racjonalnością. Bóg otóż zrobił specjalnie takie wielkie
góry, żeby w nich schować swoje wielkie skarby. A wiadomość o tych skarbach,
które niekiedy dawały się znaleźć, przekazywana była z pokolenia na pokolenie od
najdawniejszych czasów. Jeden z najstarszych datowanych spisków poszukiwaczy
skarbów pochodzi z początków XVI wieku, a opublikował go Stanisław Eljasz
Radzikowski:
Pytaj się na potok Biłej Wody (w Tatrach), a gdyż
k'niej przydziesz, za jeden wirch, który zowią Stysi, tu rośnie ziele, któremu
imię unora; dzierż się tego potoku biłego, aż przydziesz do biłego jeziora, z
którego wypada biła woda, a potem obejdź to biłe jezioro, a niechaj go po prawej
stronie, abo ręce, aż na drugą stronę przejdziesz, a tu najdziesz cug lazurowy
przy kraju tego jeziora,... a ten lazur ma w sobie złoto. Tam isem ja brał roku
pańskiego 1507.
Mieszany język polsko-słowacki pokazuje, że autor
zapewne wywodził się z pogranicza, może z okolic Jurgowa, sądząc po topografii i
po pewnym tropie, który zobaczymy później. We wspomnianym dziele dr Eljasz
przywołuje również wiadomość o przewodniku do skarbów tatrzańskich, jakoby
pochodzącym z czasów króla Władysława Warneńczyka, czyli z I połowy XV wieku.
Manuskrypt ten, w postaci tłumaczenia łacińskiego, znajdować się miał jakoby w
modlitewniku Warneńczyka pozostającym w bibliotece Bodleańskiej w Oksfordzie, a
publikować go zamierzał Marian Sokołowski. Czy rzecz doszła do skutku – nie
wiem, ja tego nie widziałem.
W XVII wieku spisków jest już więcej, a w każdym
razie z tego okresu pochodzą ich odpisy, prawdziwe, czy sfałszowane. Do tych
ostatnich należy wersja z ok. 1630 r. testamentu kasztelana sądeckiego,
Piotra Wydżgi z Czorsztyna, w oryginale pochodząca z ok. 1250 r. W
wersji opublikowanej w „Wierchach” w 1955 r. pod tytułem Testament niektórego
Wyzgi kiedy miał umrzeć jest już kilka nawiązań do skarbów w Tatrach. Opisy
w nim zawarte sprawiają wrażenie, że autor niewątpliwie widział teren, a z
odnalezionych skarbów korzystał:
W Żabiem Jeziorze jest na ścienie znak
pół miesiąca i graca. Pod tem znakiem jest płaski kamień, pod którym kamieniem
jest wiele dobra jako i we wszystkim Żabiem Jezierze. W którem jezierze pode
mchem jest płok złoty, ziarna nie małe i wielkie, ale pod tą dziurą trzeba mieć
stróża, bo to jezioro między czterema ścianami kamiennemi, do niego dziurą
wchodzą z boku abo z wierzchu, światło jest, ognia tam nie trzeba. Są tam głowy
i kości człowiecze na kupie z dawna kiedyś. Nad nimi napis Niemiecki.
Niestety, autentyczność i celowość tych zapisków
podważa fakt, iż dopisano je do cudzego testamentu blisko 4 wieki po jego
powstaniu…
Zasada pisania takich przewodników była wspólna
wszystkim spiskom, których oryginały zapewne wywodzą się z XV-XVI wieku, ale
dochowały się do naszych czasów głównie XVII-wieczne odpisy. Otóż autor dość
dokładnie opisuje Podtatrze i drogę do Tatr, w czasie lektury bez większych
kłopotów identyfikujemy początki dolin, którymi powinno się wchodzić w głąb gór,
ale już w ich wyższych partiach opis się gmatwa, mile i godziny drogi zastępują
tak nieprecyzyjne miary jak zdrowaśki i strzelania z muszkietu, wreszcie
dochodzimy do podnóża szczytu lub nad jezioro, a dalej musimy szukać drogi
wedle kamienia, albo na trzy drzewa. W Tatrach kamieni jest raczej
sporo, drzew też nie brakuje, zresztą mamy świadomość, że te XV-wieczne już
dawno spróchniały i gubimy się całkowicie, wracając bez złota, srebra i drogich
kamieni, dobrze, jeśli w ogóle uda nam się wrócić. Bo skarby w górach to dość
niepewny kapitał, także światopoglądowo: w myśl wszystkich teorii, skarby
górskie są własnością Boga, który zresztą po to stworzył góry, żeby swoją
własność w nich przed człowiekiem uchronić. Ale człowiek, dążąc po skarby musi
wymodlić boską pomoc, by Najwyższy pozwolił mu oszukać swoich strażników...
W dodatku jeszcze trzeba przy tym wszystkim być
człowiekiem religijnym, uczciwym i nieźle wyekwipowanym. Pochodzący z drugiej
połowy XVII wieku najobszerniejszy polski spisek, autorstwa niejakiego
Michała Hrościńskiego, prowadzi czytelnika początkowo łatwą do
zidentyfikowania istniejącą do dziś drogą z polskiej wsi Jurgów w głąb Doliny
Jaworowej, a dalej w niemożliwe już do rozpoznania tereny północnej ściany
Lodowego Szczytu. Z powrotem Hrościński kieruje czytelnika na Łysą Polanę, do
Doliny Pięciu Stawów Polskich i do Morskiego Oka. W efekcie można stać się
właścicielem sporej kolekcji jubilerskiej:
Obaczysz ścieny rozlicznymi kamieniami
drogimi wysadzone. Osobliwie Hiacynth najprzedniejszy, w niebieskim kolorze,
szmaragdy, topazy w zielonym kolorze wydające się, a osobliwie znajdują się tu
solidyny zwane kamyki (...). Na drugiej stronie od południa jest perłowa macica
do wysadzania różnego naczynia. Przypatruj się nad sobą, zobaczysz tam jak
najpiękniejsze i najśliczniejsze kryształowe strzechy, to jest jak u dachu lody
umarźnione.
Niestety, nie da rady tak ot, po prostu wejść i
zabrać sobie precjoza. W innym spisku z tego samego okresu (Opisanie gór
Karpackich czyli Tatrów, w których się znajdują skarby, kruszce i drogie
kamienie) autor mocno sprawę komplikuje:
Gdy jusz ku tej dziurze przydziesz,
zaraz będzie na cię Podskarbi kamieniami ciskać. Przestrzeż tedy swoich
socyuszów, ażeby żadnych złych myśli nie mieli, a temu, który cię tam prowadzi
zapłać jakoś się z nim umówił... Pan Bóg ma nad swojemi skarbami Duhy, pigmei
nazwane. Ci Duchowie żadnego tam bez woli Bożej nie puszczą, dlatego umiarkuj
się, abyś był czystego serca, a przychodząc na to miejsce, Pater i Ave mówił i
s. Jana Ewangeliją.
Gdy dodamy do tego pojawiające się jeszcze w połowie
XVIII w. „informacje” o występowaniu w Tatrach „złotodajnych roślin”, po
zjedzeniu których owce dostają pozłacanych zębów – widzimy, że wiedza o naszych
najwyższych górach była znacznie mniejsza od sławy, jaką się one cieszyły.
Niemniej jednak już w początkach osadnictwa na terenie Podhala myślano o
przemysłowej eksploatacji tatrzańskich skarbów, o czym świadczy (sfałszowany
zresztą!) dokument Bolesława Wstydliwego z 1255 r., pozwalający rzekomo
klasztorowi cystersów z Ludźmierza na poszukiwanie w Tatrach kruszców. W
XV wieku w rada miejska Krakowa w swych protokołach trzykrotnie wspomina o
kopalniach w górach, przy czym w dwóch wypadkach są to niewątpliwie kopalnie
tatrzańskie (in monte Tatri). Potwierdza to także polski kronikarz Maciej
Miechowita w swojej Chronica Polonorum, pisząc: W roku wspomnianym
1503 prowadzono dalej roboty w kopalniach tatrzańskich miedzi i srebra, które
zaczęto w roku ubiegłym o trzy mile za Nowymtargiem...
Kopalnia ta była już poważnym przedsięwzięciem
państwowym, w które zaangażowany był najwyższy autorytet. Notabene, z kiepskim
skutkiem: I nie równo wyszedł król z przedsiębiorcami na tej sprawie, gdyż
Aleksander robił wkłady na wiele tysięcy złotych, przedsiębiorcy zaś oddając
mało dochodów, sycili króla nadzieją i obietnicami, nie zyskiem...
Kopalnie tatrzańskie działające za Aleksandra
Jagiellończyka wkrótce opuszczono, ale legendy o bogactwach tatrzańskich
przetrwały. Deficytowe sztolnie miedzi i srebra mieściły się głównie w rejonie
masywu Ornaku, między Doliną Kościeliską a Chochołowską. Później
rozpowszechniano wiadomości, jakoby widywano tam i złoto, połyskujące w Potoku
Kościeliskim. Owszem, wydobywano w Tatrach złoto, i to od XV wieku - ale dość
daleko od Doliny Kościeliskiej – na zboczach Krywania. Kopalnie szlachetnego
kruszcu i tam były zupełnie nieopłacalne, ale przez 300 lat mamiły węgierskich
władców nadzieją poprawy ekonomiki państwa. A w Tatrach Niżnich, w rejonie
Dziumbiru, złoto wydobywano jeszcze w latach 20. XX wieku...
W większym stopniu rozwinęło się górnictwo
tatrzańskie za czasów Zygmunta Starego, który sam wszedł do stowarzyszenia –
gwarectwa – górniczego jako jeden z gwarków, zresztą obok wielu magnatów,
mieszczan, a nawet duchowieństwa. Początkowo prace szły dobrze, odnajdywano nowe
pokłady kruszców – ale koniunktura szybko się skończyła. Jeszcze za Stanisława
Augusta podjęto prace analityczne, wydobycie częściowo wznowiono, ale i to nie
pomogło - był to proceder zupełnie nieopłacalny, sezon roboczy krótki, w dodatku
warunki, w jakich górnikom przychodziło pracować, niekiedy wręcz zagrażały
życiu. W II połowie XVIII wieku górnictwo kruszcowe w Tatrach Polskich zanika,
zastąpione ekonomicznie bardziej uzasadnionym wydobyciem rud żelaza.
Niemniej jednak to właśnie eksploatacja „skarbów
tatrzańskich” w największym stopniu przyczyniła się do rozpropagowania legend -
i szczątkowej jeszcze wiedzy - o groźnych, niebotycznych i pełnych tajemnic
„Śnieżnych Górach”, jak je niekiedy nazywano. Efektem tego pierwszego okresu
eksploracji są również pierwsze ścieżki górskie, wytyczane przez poszukiwaczy
skarbów i górników wysoko ponad zalesionymi i niebezpiecznymi dolinami,
przecinające hale i stoki, niekiedy do dziś widoczne w terenie.
Do powstawania fascynacji Tatrami i Podhalem, ich
egzotyką i tajemniczością przyczyniali się także górale, którzy bynajmniej nie
zostali odkryci przez „romantycznych pozytywistów” w tatrzańskich szałasach,
tylko sami dawali się poznać nawet w centralnej Polsce na dobrych kilka stuleci
przed „odkryciem” Zakopanego. Przede wszystkim byli dobrymi żołnierzami i można
było ich spotykać w rozmaitych armiach, począwszy bodaj od udziału w
moskiewskich kampaniach Batorego. W czasach pokoju zaś zatrudniani byli przy
pracach górniczych, hutniczych i transportowych, stąd widok górala sprzedającego
wyroby żelazne na targowiskach Krakowa, Tarnowa czy nawet Lwowa nie należał do
rzadkości. Wreszcie wyganiała ich w Polskę przysłowiowa galicyjska bieda, która
na podhalańskich ugorach była szczególnie dotkliwa. Nie mając środków do życia,
niejeden z gazdów, z grabkami i kosą wędrował na urodzajniejsze niziny,
by tam najmować się do pracy przy kośbie, wyrębie lasów czy budownictwie.
Cenieni za wydajność w pracy i niewygórowane wymagania, mogli zarobić trochę
grosza, a niemniej – zmniejszyć na okres sezonu letniego liczbę „gąb” do
wykarmienia w domu. To właśnie o takim góralu - a nie, jak często się uważa, o
emigrancie do Hamaryki, pisał Michał Bałucki w wierszu pt. Dla chleba.
To właśnie taki góralski bandos, z którym zresztą Bałucki poznał się w...
więzieniu, znany jest z tego, że od półtora wieku zadajemy mu pytanie, czy mu
nie żal odchodzić od stron ojczystych…
Pora teraz zająć się drogami, kierującymi ludzi w
Tatry dla celów estetycznych i poznawczych, czyli wedle naszych obecnych
kryteriów – turystycznych. W tym celu trzeba nam przenieść się na węgierską,
czyli dziś – słowacką stronę Tatr, ale pozostajemy przy Polakach. Oto bowiem
ojcem turystyki tatrzańskiej jest… kobieta, Polka, pani na Zamku Kieżmarskim,
Beata z Kościeleckich Łaska, która już w 1565 r. odbyła
wycieczkę z Kieżmarku do Zielonego Stawu Kieżmarskiego. Jest to zresztą pierwsza
w ogóle odnotowana w dziejach wyprawa w Tatry.
Skąd Polka w Kieżmarku? Ta piękna i
majętna wychowanka królowej Bony, według plotek – nieślubna córka Zygmunta
Starego, żyjąca w latach 1515-1576, w wieku 24 lat wyszła za mąż za starszego
zaledwie o 5 lat księcia wołyńskiego Eljasza Ostrogskiego.
Podczas uroczystości weselnych 3 lutego 1539 r. doszło do
turnieju rycerskiego. Podczas walki na kopie z królewiczem Zygmuntem Augustem,
Ostrogski spadł z konia i doznał wewnętrznych obrażeń. 16 sierpnia 1539
sporządził testament, w którym zapisał swój majątek nienarodzonemu dziecku,
którego spodziewała się Beata. Trzy miesiące po śmierci Eliasza Ostrogskiego, na
świat przyszła córka Beaty i Eliasza, Elżbieta Ostrogska zwana Halszką, o której
perypetiach życiowych potem pisano księgi, poematy, nawet opery. Beata pozostała
w bezżennym stanie przez wiele lat, aż wreszcie w 1564 r. szukając wsparcia dla
procesu, jaki toczyła z nielubianym zięciem, Łukaszem Górką, w wieku 49 lat
wyszła za mąż za młodszego o 21 lat Olbrachta Łaskiego, notabene wyznawcę
kalwinizmu, awanturnika i hulakę, wiecznie tonącego w długach, poplecznika
cesarza Ferdynanda Habsburga. Był on po ojcu Hieronimie właścicielem zamku w
Kieżmarku. Hieronim był dopiero panem całą gębą i europejczykiem w każdym calu!
Mając 17 lat wyjechał do Włoch, jako obserwator Soboru Laterańskiego V (którego
uczestnikiem, był jego stryj, prymas Polski Jan Łaski), potem studiował na
najstarszym europejskim uniwersytecie w Bolonii, odbył pielgrzymkę do Ziemi
Świętej, a po powrocie do Polski został w służbie dyplomatycznej wysłany do
Francji i przebywał na dworze króla Franciszka I – patrona sztuk i przyjaciela
Leonarda da Vinci, gdzie negocjował złączenie Polski z Francją więzami
małżeńskimi i dynastycznymi (z czego, jak wiadomo, nic nie wyszło). Potem był na
służbie dyplomatycznej u króla Węgier Jana Zapolyi, który w uznaniu jego zasług
dla Korony nadał mu godność żupana spiskiego i ofiarował na własność dwa zamki –
Niedzicę i Kieżmark. Wkrótce potem
przeszedł na stronę największego wroga Zapolyi – cesarza Ferdynanda Habsburga,
był za to nawet przez kilka miesięcy więziony przez Zapolyę, ale – o dziwo –
pozwolono mu zatrzymać posiadłości nadane przez króla. A jego syn Olbracht
właśnie w Kieżmarku się urodził. Wcześnie idąc w ślady ojca stał się łącznikiem
między dworem Habsburgów i Jagiellonów. Ożenił się pierwszy raz w Kieżmarku w
wieku 22 lat z bogatą wdową Katarzyną Seredy, która za rok zmarła.
Pięć lat później pojął za żonę piękną, choć nieco przywiędłą, ale za to jeszcze
bogatszą Beatę i kazał jej zamieszkać w Kieżmarku, nie kwapiąc się do żony,
tylko do jej majątku – którego początkowo nie chciała mu bezwarunkowo przepisać,
mimo iż młody szaławiła tonął w długach, jako że stutysięczny posag pierwszej
żony roztrwoniony został błyskawicznie. Olbracht nadal wojażował po świecie,
toczył prywatne wojny z Turkami, bałamucił białogłowy – a małżonka usychała z
nudów w prowincjonalnym, przygranicznym miasteczku, w którym na domiar złego
były fatalne relacje między kieżmarskimi mieszczanami a władcą zamku. Jedyną
atrakcją wydawały się być malowniczo wyglądające za oknami majestatyczne szczyty
Tatr. Przeto nic dziwnego, że już w rok po zamieszkaniu w Kieżmarku Beata z
Kościeleckich Łaska wyraziła życzenie odbycia wycieczki w stronę Śnieżnych Gór.
Wyprawa odbyła się w okresie Zielonych Świąt 1565 r. i
odnotowano ją nawet w kronikach miasta Kieżmark. O wycieczce Łaskiej w góry
wiadomość powtórzył w swoim dziele
Merkwürdigkeiten der Königlichen Freystadt Késmark in Oberungarn, am Fusse der
Carpathen
(1804)
Christian Genersich, który dodaje, że jej się w górach bardzo podobało. I tyle
naprawdę wiemy o tej wyprawie. Ale dziś funkcjonują dwie wersje tego wydarzenia:
popularna i niby-naukowa. Ta pierwsza głosi, że pod nieobecność małżonka,
starsza pani zwróciła się do kieżmarskich mieszczan, by ci poprowadzili ją w
góry. Udali się najprawdopodobniej do Doliny Kieżmarskiej, może doszli do
Zielonego Stawu, bo już niebawem ta trasa stała się dla turystów wyruszających z
Kieżmarku niejako punktem obowiązkowym. Mąż, wróciwszy z wojaży, potraktował
wyprawę małżonki jak zdradę główną, zamknął ją do wieży z jednym tylko oknem –
wychodzącym na Tatry. Zdaje się, że przede wszystkim skorzystał z byle
pretekstu, żeby ją ubezwłasnowolnić i zawładnąć jej majątkiem. Poza tym Beata na
ową wyprawę wyruszyła w towarzystwie obywateli kieżmarskich – z którymi Olbracht
toczył zaciekłą wojnę o zakres władzy zamku i wolnego królewskiego miasta. Po
dłuższym czasie odosobnienia Beata popadła w szaleństwo i wtedy wywieziono ją do
Koszyc, gdzie zmarła w szpitalu dla wariatów. Wredny mąż zawładnął wreszcie
majątkiem, który oczywiście roztrwonił z prędkością światła, co zmusiło go do
wydzierżawienia, a potem sprzedaży zamku – obu zamków, bo i niedzicki wkrótce
także musiał zmienić właściciela – no i tak skończył się polski rozdział w
historii tej części Górnych Węgier.
Witold Henryk Paryski słusznie zauważa, że w żadnym ze
źródłowych materiałów nic nie pisze się o tym, że Beata na wyprawę udała się bez
męża. A skoro się nie pisze, to należy domniemywać, że był on tam razem z nią,
jak to należało do obyczaju. Co więcej, Paryski podaje, że w innej z
kieżmarskich kronik
Connotatio Chronologica Civ. Kesmark ab Anno 1521-1618
pisze się wprost, że
W roku 1565 pan Łaski ze swą małżonką przybył do
Kiezmarku i następnie udał się z nią w Karpackie Góry.
Zaś uwięzienie jej nie było aż tak bezwzględne,
jeśli mogła słać w tym czasie listy, z prośbami o pomoc do cesarza, do króla
polskiego i do zaprzyjaźnionych z rodziną Kościeleckich i Ostrogskich magnatów,
jednakże bezskutecznie, bo Łaski cieszył się wysokimi protekcjami. Majątek Beaty
został przepisany na niego zaraz po ślubie – i dopiero potem nieszczęśnica
została ubezwłasnowolniona. A Łaski w międzyczasie ożenił się – popełniając
bigamię - po raz trzeci – z Francuzką Sabiną de Sauve, niewykluczone, że tym
razem z miłości. Sądownie odebrano mu wówczas majątek Beaty, ale po prawdzie
niewiele z niego pozostało, a ją samą dzięki interwencji starosty spiskiego
Reubnera wywieziono do Koszyc, gdzie kilka miesięcy później rozstała się z
życiem. A wojewoda sieradzki Olbracht Łaski, dla którego wszystkie te
tatrzańsko-małżeńskie perypetie były tylko absolutnym marginesem jego głównej
pasji – działalności polityczno-wojskowej – dożył w niezłym zdrowiu prawie do
siedemdziesiątki, w ostatnich latach życia przeszedł na katolicyzm i zmarł u
progu XVII wieku w mieście swoich przodków – Łasku koło Łodzi.
Dla głównego wątku naszej opowieści wszakże te perypetie i ich prawdziwość nie
mają większego znaczenia. Podkreślmy raz jeszcze – ów spacerek z Zielone Świątki
1565 roku był pierwszą odnotowaną w kronikach wyprawą turystyczną w Tatry.
Wątpliwe jednak, że rzeczywiście pierwszą w historii – wcześniejsze wszakże,
jeśli miały miejsce – podejmowali ludzie z niższych warstw społecznych lub
studencka młodzież, no a to dla kronikarzy nie miało już takiej wartości.
Jednakże początki dróg w Tatry, tych estetyczno-poznawczych należy zdecydowanie
wiązać z rejonem położonym na południowy-wschód od nich. Pierwszym odnotowanym w
historii organizatorem wycieczek tatrzańskich był pochodzący z Kieżmarku
nauczyciel, a także poeta, piszący po łacinie Adam Kunisch
(1562-1600), działający początkowo w Koszycach, a przez ostatnie dwa lata życia
będący rektorem słynnego liceum ewangelickiego w Kieżmarku. On to właśnie
prowadził w góry swych uczniów, ale o dokładnych trasach tych wycieczek nie mamy
wiadomości. Co więcej, wykonywał też działalność przewodnicką na użytek innych –
konkretnie, prowadził w Tatry (jako punkt startu mając Lewoczę) uczniów z liceum
preszowskiego kierowanego przez jego przyjaciela Johanna Bocka.
Wszystko to jednak były działania amatorskie, hobbystyczne. Zawodowi
przewodnicy, których wynajmowano z celem dotarcia na konkretne miejsce w Tatrach
pojawiają się dopiero w połowie XVII wieku, o czym wspomina w swej książce
Simplicissimus, czyli Dawid Speer, który wybierając się w 1654 r. na Kieżmarski
Szczyt wynajął przewodnika – nauczyciela z jednej ze spiskich miejscowości.
Przewodnik ów wziął z sobą linę turystyczną, kij alpejski i co najważniejsze –
zeszyt, w którym miał opisy dróg i rysunki szczytów, na które umiał prowadzić. Z
kolei wędrujący na Sławkowski Szczyt w 1664 r. Georg Bucholtz senior miał za
przewodnika myśliwego. Właśnie myśliwi, polujący przeważnie na kozice, stanowili
drugą – po nauczycielach – grupę zawodową wśród pierwszych przewodników.
Pierwszym znanym z nazwiska zawodowym przewodnikiem, był koziarz Hans
Gross, zdaje się ze Starej Leśnej, który w 1793 r. prowadził na
Jagnięcy Szczyt szkockiego podróżnika Roberta Townsona.
Pierwsza rodzina przewodnicka wywodzi się z tak zasłużonego dla Tatr Kieżmarku.
Rozpoczyna jej dzieje Jacob Fabri (1740-1817), zdobywca Łomnicy
przez Miedziane Ławki, skądinąd z zawodu szewc, a z zamiłowania poszukiwacz
złota. Na Łomnicę prowadzili także jego synowie Jacob Junior i Daniel, a inny
Fabry, Dawid, był w 1813 r. przewodnikiem Görana Wahlenberga i zaprowadził tego
słynnego przyrodnika także na Łomnicę.
By uzupełnić opowieści o dziejach Kieżmarku w promowaniu Tatr, wspomnijmy tu
jeszcze postać Dawida Frölicha, matematyka, syna rektora
kieżmarskiego liceum Jana Frölicha, który w 1615 r. jako pierwszy wszedł na
Kieżmarski Szczyt (błędnie podaje się czasem, że na Łomnicę), rozpoczynając tym
dzieje taternictwa.
Po północnej stronie Tatr (ale wciąż jeszcze na terenach ówcześnie węgierskich)
największą sławę w początkach przewodnictwa zyskał Jan Budz z
Jurgowa, nazywany Łysym Jankiem, który uchodził za największego znawcę Tatr w I
połowie XIX wieku. Wśród polskich górali literatura wymienia w tym czasie
Wojciecha Galicę z Poronina, niejakiego Buńdę, Józefa Bigosa oraz Jędrzeja i
Jana Parę z Bukowiny, Tomasza Formaniaka z Nowego Targu, Szymona Kornafela z
Brzegów, a nieco później także najbardziej znanych przewodników zakopiańskich:
Macieja Sieczkę, Szymona Tatara starszego, Jędrzeja Walę starszego i Wojciecha
Roja.
Jednakże drogi do Tatr otwierali turystom nie tylko
ci, którzy ich fizycznie prowadzili w góry – także ci, których celem było
otwarcie Tatr dla serc i umysłów. Dla uproszczenia wywodu zajmiemy się tym
zjawiskiem tylko po północnej stronie Tatr.
Pierwszym polskim badaczem, zwiedzającym Tatry i szerzej popularyzującym wyniki
swoich spostrzeżeń był przyrodoznawca, polityk i wybitny racjonalista - jeśli
można użyć tego sformułowania dla księdza katolickiego - Stanisław
Staszic (1755-1826). Wędrował on w tych okolicach na przełomie XVIII i
XIX stulecia, a wyniki swych badań opublikował w dziele O ziemiorództwie
Karpatów i innych gór i równin Polski, wydanym w 1815 roku, a wcześniej
przez Staszica omawianym na posiedzeniach Towarzystwa Warszawskiego Przyjaciół
Nauk.
Warto
przejrzeć to dzieło i przebrnąć przez kanciastą, archaiczną polszczyznę uczonego
księdza. Zauważymy niewątpliwie, jak racjonalizm Staszica mięknie w pobliżu gór.
Gdy wchodzi na Babią Górę i spogląda na Tatry, obok spostrzeżeń geologicznych
notuje informacje botaniczne, antropologiczne, etnograficzne. Gdy zaś znajdzie
się w samych Tatrach - racjonalizm chowa się w kąt, zdominowany przez romantyzm.
Są, oczywiście, opisy geologicznej budowy obserwowanych skał, ale prócz tego
kwiatki, ptaszki, obyczaje ludu podhalańskiego, a nade wszystko coś, co
nazwalibyśmy zrębem ideologii tatrzańskiej.
Zwiedzał
w Tatrach Staszic prawie wszystkie ważniejsze doliny tak po północnej, jak
południowej stronie, był na wielu szczytach, dokonał m.in. pierwszego znanego w
historii wejścia na Kołowy Szczyt, na Krywaniu oglądał nieczynne już wówczas
kopalnie złota, a na Łomnicy spędził na badaniach całą dobę.
Myślał
wtedy, że jest na najwyższym szczycie tatrzańskim i że jest jego zdobywcą.
Wypowiedział wówczas słowa, które na długie lata ukształtowały myślenie Polaków
o Tatrach:
Te
na zachód i północ aż ku morzom rozlegające się równiny są moją ojczystą krainą.
Po niej rozpościera się najezdników gwałt. Ten, mniemając usprawiedliwić się
drugim gwałtem, usiłuje przeistoczyć cny naród i zniszczyć pamięć i imię
Polaków.
Wy,
ogromne grobowiska przeszłych wieków! Wy, najtrwalsze pomniki dla wieków
przyszłych, w niedostępną wzniesione wysokość, w obłokach utykając wasze
szczyty, wy! zachowacie niezgubne imię Polaków. Żadnym gwałtem ludzkim
niedosięgnione, wy zachowacie ten znak i podacie to wiekom następnym świadectwo,
że pierwszy, co na tych waszych wystrychłych stanął rypach, był Polakiem.
Tatry
jako symbol niezniszczalnej, potężnej jak one same - Polski, jako najwyższy
sztandar narodowy - ten sposób rozumienia Tatr przeniknął do twórczości polskich
trzech wieszczów romantyzmu, z których żaden co prawda nawet w pobliżu Tatr nie
był, ale każdy wspominał o nich w swej twórczości - właśnie w tym symbolicznym,
narodowym znaczeniu.
Pierwszym
romantykiem sensu stricto zwiedzającym Tatry był poeta i żołnierz
Powstania Listopadowego - Seweryn Goszczyński (1801-1876). Po
upadku powstania, zagrożony represjami w zaborze rosyjskim, ukrył się w Galicji
i tu, niejako przekazywany z dworu do dworu, dotarł w 1832 roku do Łopusznej pod
Nowym Targiem, majątku Leona Tetmajera. Przebywając tam dłuższy czas, podejmował
wycieczki po okolicy, zapoznawał się z obyczajami, legendami i etnografią ludu
podhalańskiego, a swoje spostrzeżenia notował systematycznie w dzienniku.
Właśnie
z Łopusznej podjął również wycieczkę w Tatry i urzekły go one całkowicie.
Zwiedzał głównie doliny - widział Morskie Oko, Pięć Stawów Polskich, Halę
Gąsienicową, był w Dolinie Kościeliskiej i tam jako pierwszy z turystów zwiedzał
jaskinię wodną pod skałą Pisaną. Jego Dziennik podróży do Tatrów ukazał
się drukiem co prawda dopiero w 1853 r. ale jego fragmenty znane były i
popularne już wcześniej. Tatry trafiły także do kilku innych jego utworów (Sobótka,
Straszny strzelec, niedokończony poemat Kościelisko).
Innym
poetą - ale i uczonym geografem - zafascynowanym Tatrami był Wincenty
Pol (1807-1872). Zwiedzał Tatry od 1834 roku, a w 1852 r. poprowadził
tam nawet wycieczkę swoich studentów z krakowskiego uniwersytetu, gdzie wykładał
geografię. Jednym z efektów tej wyprawy było postawienie przez akademików z
inspiracji Pola krzyża na Hali Smytniej w 1853 r., dla upamiętnienia dawnego,
królewskiego gwarectwa tatrzańskiego. Krzyż był drewniany i niebawem zniszczał,
ale po latach, na wniosek działacza Towarzystwa Tatrzańskiego Walerego Eljasza
zastąpiono go krzyżem metalowym. Znajduje się on nadal na Hali Smytniej i do
dziś nazywamy go Krzyżem Pola.
Spostrzeżenia
geograficzne i etnograficzne zawarł Pol w pracy Rzut oka na północne stoki
Karpat, wydanej w 1851 r. Wrażenia poetyckie z Tatr zanotował w wierszach,
zamieszczonych w zbiorze Obrazy z życia i z podróży. To właśnie za
Wincentym Polem do dziś powtarzamy
W góry, w góry miły
bracie, tam swoboda czeka na cię....
Zapomnianym
nieco pionierem tatrzańskim jest także geolog, geograf i etnograf Ludwik
Zejszner (1805-1871). To właśnie on, mieszkając w Kuźnicach, odkrył tam
ślady zlodowacenia i opisał wpływ lodowców na ukształtowanie Tatr.
Bywał
tu w latach 1829-70, zajmując się klimatem, fizjografią i etnografią Tatr i
Podhala. Główne dzieła to Podhale i północna pochyłość Tatrów i Rzut
oka na Podhalan. Ale może najciekawsze są Pieśni ludu Podhalan, w
których zebrał Zejszner pierwszą antologię śpiewek góralskich - niestety, tylko
tekstów. Porównanie ich z najpopularniejszymi dzisiaj piosenkami na Podhalu
wykazuje, jak wielkim przemianom podlegała w ciągu półtora wieku ta dziedzina
kultury ludowej.
Największym jednak badaczem folkloru w historii polskiej nauki był Oskar
Kolberg (1814-1890). Do niedawna mało wiedziano o jego pracach na
Podhalu i w Tatrach, bowiem cenne notatki Kolberga z tego terenu przeleżały się
w brudnopisach przeszło sto lat i wyszły drukiem dopiero w 1968 r., jako tomy 44
i 45 Dzieł Wszystkich Oskara Kolberga. Bywał w Zakopanem od 1843 roku,
notował melodie i teksty piosenek, opisywał obyczaje i stroje góralskie. Część
swoich spostrzeżeń opublikował w 1857 r. w „Ruchu Muzycznym”, a spośród nich
najistotniejsze wydaje mi się to:
Tak
w szałasach, jak i po wsiach słyszeć się dają pieśni, które są po większej
części wariantami, i to mniej zajmującymi, znanych mi już z nizin. I w szałasach
na wysokich szczytach nawet, koczując parę razy przy ognisku z Góralami, nic
innego słyszeć mi się nie zdarzyło.
Szokujące,
nieprawdaż? Dziś przecież - mimo, że góralszczyzna, zwłaszcza muzyczna, jest tak
znana i spopularyzowana zarówno przez zespoły regionalne, jak i media, a nawet
przez orkiestry symfoniczne i muzykę popularną - nadal podziwiamy jej egzotykę,
jej inność w stosunku do melodii z Niżu Polskiego. Czyżby Kolberg aż tak mógł
się pomylić w ocenie?
Wątpliwe,
by mylić się mógł „mistrz taki”. Raczej bardziej jest prawdopodobne, że u
schyłku pierwszej połowy XIX wieku muzyka góralska była inna niż teraz, bardziej
związana z ogólnopolską, a ów krytykowany przez Kolberga niższy poziom
podhalańskich wariantów to właśnie góralizowanie znanej nuty polskiej. Wpływy
madziarskie i słowackie musiały wtedy być znacznie mniej widoczne niż w ćwierć
wieku później. Być może, zmiany w spotykanej na Podhalu muzyce wiązać należy z
rozpowszechnieniem się tu skrzypiec (w miejsce wcześniejszych gęśli, t.zw.
złóbcoków), które dotarły tu z Węgier. Uważa się, że pierwszym wirtuozem gry na
skrzypcach był słynny Bartłomiej Obrochta, którego melodie notowali Chałubiński,
Kleczyński, Paderewski i Szymanowski. Właśnie w Bartusiowych nutach doskonale
słychać owo „góralizowanie”, tak egzotyczne w polskiej muzyce ludowej, a
polegające na budowaniu melodii w oparciu o t.zw. gamę podhalańską,
charakteryzującą się podwyższonym czwartym i obniżonym siódmym stopniem skali.
Zaś
w latach pierwszych badań Kolberga na wirtuoza-Obrochtę jeszcze ptaszki nie
śpiewały, zaś w późniejszym czasie, gdy muzyka góralska się zmieniła - uczony
pozostał przy swojej opinii.
Ale
to wszystko, rzecz jasna, tylko hipoteza, o której wspominam po to, by wykazać,
jak zmienne były - i, po trosze, są - poglądy uczonych na tak delikatną materię,
jaką jest kultura duchowa górali podhalańskich.
Druga połowa XIX wieku to okres, w którym popularność Tatr w społeczeństwie
polskim ugruntowuje się. W dużej mierze przyczyniają się do tego pierwsze
wydawnictwa przewodnikowe. W latach 50-tych XIX w. córka profesora krakowskiego
uniwersytetu, Maria Steczkowska, stała się bywalczynią
Zakopanego, potrafiła nawet sama (inna rzecz, że z rozmaitymi skutkami)
prowadzić wycieczki w Tatry. Swe wrażenia i swą wiedzę o Tatrach i Zakopanem
opisała w ciekawej i dziś prawie zapomnianej książce Obrazki z podróży do
Tatrów i Pienin, wydanej po raz pierwszy w 1858 roku, a wznowionej i
rozszerzonej w 20 lat później. Może ona uchodzić za pierwszy reportaż o
Zakopanem i Tatrach.
Natomiast
autorem pierwszego prawdziwego przewodnika do Tatr był Eugeniusz Janota
(1823-1878). Człowiek z nader ciekawym życiorysem: ksiądz katolicki, nauczyciel
i profesor uniwersytecki, germanista i etnograf, historyk i współautor (z
Maksymilianem Nowickim) projektu pierwszej ustawy o ochronie kozic i świstaków w
Galicji. Jako pierwszy Polak wygrał konkurs na stanowisko profesora germanistyki
Uniwersytetu Lwowskiego, napisał podręcznik języka niemieckiego, a na starość
przeszedł na ewangelizm i wziął ślub z kobietą, z którą miał dzieci, aby móc
pozostawić jej rentę po sobie...
W
Tatry przybył po raz pierwszy w 1847 roku, całą drogę od Krakowa odbywając
pieszo. Od 1852 roku bywał w Zakopanem co roku, stał się jednym z wybitniejszych
turystów tatrzańskich i ma na swoim koncie m.in. pierwsze wejście na Świnicę i
Granaty (z przewodnikiem Maciejem Sieczką).
W
1860 roku doktoryzował się na Uniwersytecie Krakowskim na podstawie
opublikowanego w tymże roku Przewodnika w wycieczkach na Babią Górę, do Tatr
i Pienin. Ciekawe, że w książce tej Janota nie pisze w ogóle o Zakopanem.
Natomiast
wiele wiadomości o wiosce pod Giewontem zawiera dzieło, które może w największym
stopniu przyczyniło się do popularyzacji Tatr i Zakopanego w społeczeństwie
polskim: Ilustrowany przewodnik do Tatr, Pienin i Szczawnic, napisany
przez krakowskiego malarza Walerego Eljasza (1840-1905),
późniejszego współtwórcę Towarzystwa Tatrzańskiego. Jako malarz historyczny nie
zrobił szczególnej kariery - ale czyż ktokolwiek mógłby zrobić w tej dziedzinie
karierę w mieście, gdzie żył i tworzył Jan Matejko? Wysoko ceniono ilustracje -
głównie drzeworyty, akwaforty i miedzioryty Eljasza, zdobiące jego książki i
artykuły o tematyce tatrzańskiej i podhalańskiej, spore sukcesy odnosił także
jako twórca olejnych i akwarelowych pejzaży tatrzańskich. Był może największym
działaczem i organizatorem pracy Towarzystwa Tatrzańskiego. To on wytyczał
szlaki i nadzorował budowę najważniejszych ścieżek, którymi po dziś dzień
podążamy w Tatry, kierował budową schronisk, a także był inicjatorem kilku
ważnych spraw w samym Zakopanem. To on był pierwszym nie-góralem, który
wybudował sobie dom w Zakopanem (przy Krupówkach, spłonął w wielkim pożarze w
1899 r.), to z jego inicjatywy założono pod egidą Towarzystwa Szkołę Przemysłu
Drzewnego, której kontynuatorami są dziś Technikum Budowlane i Liceum Plastyczne
im. Kenara, to on wreszcie zainicjował budowę przy Krupówkach Dworu Towarzystwa
Tatrzańskiego, który stał się najważniejszym obiektem kultury w dziejach
Zakopanego.
Jednakże największą popularność przyniósł mu właśnie przewodnik, którego 6 wydań
(ostatnie w 1900 r.) prowadziło w Tatry dwa pokolenia Polaków.
Kilka
lat temu wznowiono jako reprint III wydanie Przewodnika Eljasza, które
natychmiast znikło z półek. W antykwariatach i na giełdach książkowych
XIX-wieczne, wręcz archaiczne przewodniki cieszą się ogromną popularnością,
zwłaszcza wśród młodzieży. Dlaczego? Rzecz bardzo prosta: pokazują drogi po
trasach dziś już dla popularnej turystyki niedostępnych, nieznakowanych, a przez
to atrakcyjnych.
Chciałbym
jednak bardzo przestrzec przed korzystaniem z tego typu pomocy przy schodzeniu
ze znakowanej ścieżki. Nawet nie tyle ze względu na ochronę przyrody
(pojedynczy, świadomy rzeczy turysta, odchodzący od szlaku, zapewne wyrządzi
znacznie mniej szkody niż absolutnie legalna masowa pielgrzymka po szlakach) ile
z uwagi na własne bezpieczeństwo turysty. Po pierwsze, trzeba być naprawdę
wytrawnym „górołazem” i doskonale znać topografię Tatr, by móc pozwolić sobie na
chodzenie poza szlakami. Nawet stosunkowo niedaleko od Zakopanego, w reglu,
można znaleźć mnóstwo miejsc trudnych do przejścia i wręcz niebezpiecznych.
Można odejść 50 metrów od najbardziej uczęszczanej Doliny Białego, złamać nogę i
umrzeć z głodu z braku pomocy, bo ukształtowanie terenu uniemożliwi usłyszenie
wołania o ratunek, a telefon nie będzie miał zasięgu. Po drugie, trzeba
pamiętać, że Przewodniki Eljasza pisane były dla osób, które po górach
prowadził przewodnik-góral. Nie opisują one przebiegu drogi, bo wiedza o tym
turyście była zbyteczna: drogę znał (zwykle i tak nie umiejący czytać) góral.
Książka podaje natomiast informacje krajoznawcze, historyczne, przyrodnicze -
słowem, rozszerzające wiedzę turysty.
Pora teraz przywołać postać innego z najważniejszych propagatorów Tatr i
Zakopanego – księdza Józefa Stolarczyka (1816-1893). Rzadko
zdarzało się Zakopanemu mieć w sferze władz właściwego człowieka na właściwym
miejscu, jednakże tak właśnie zdarzyło się w przypadku pierwszego zakopiańskiego
proboszcza. Był to człowiek dużej miary, i to pod każdym względem: wielki
duchem, ale i dwa metry wzrostu, tusza i, co ważne, siła fizyczna
proporcjonalna. Siła, z której duchowny potrafił robić dobry użytek...
Starania
o utworzenie osobnej parafii w Zakopanem podjęła Klementyna Homolacsowa już
niebawem po zakupieniu dóbr zakopiańskich. Podanie do Cesarza - już wtedy aż na
takim szczeblu załatwiano sprawy zakopiańskie - leżało wszakże przez dłuższy
czas „bez biegu”: najpierw z powodu śmierci Emmanuela Homolacsa, potem z powodu
udziału Edwarda Homolacsa w powstaniu przeciwko zaprzyjaźnionemu mocarstwu,
wreszcie - na skutek przeciągającej się sprawy zezwolenia na ślub młodej wdowy
ze swoim powinowatym.
Nie
należy uważać owych starań za przejaw szczególnej nabożności, ani też
wygodnictwa - dążności, by mieć jak najbliżej do kościoła. Ufundowanie Domu
Bożego było jednym z warunków transakcji kupna dominium zakopiańskiego i zostało
zawarte w odpowiednim paragrafie umowy sprzedaży.
Dotychczas
bowiem zakopiańczycy, którzy - jak to mawiali górale - nie naprzykrzali się Panu
Bogu - mieli do kościoła dość daleko. Wieś podzielona była między dwie parafie:
wschodnia część należała do białodunajeckiej, później poronińskiej, zachodnia -
do czarnodunajeckiej, potem chochołowskiej. Granicę stanowił potok Bystra.
Jeszcze w XVIII wieku nierzadkie były przypadki animizmu, a wiara w strzygi,
boginki, dziwożony - niemal powszechnie obserwowana była jeszcze w połowie wieku
XIX. Dziwożony zresztą w pewnych miejscach przetrwały do teraz. Pierwszą kaplicę
na terenie Zakopanego postawiono w początku XIX wieku sumptem Pawła Gąsienicy,
ponoć ze zbójnickich pieniędzy, jako zadośćuczynienie za wieloletnie rozboje.
Stoi ona do dziś na placyku pomiędzy starym kościołem a zabytkowym cmentarzem na
Pęksowym Brzyzku. Jest to najstarszy zabytek Zakopanego.
Tymczasem
w 1842 cesarz Ferdynand I otrzymał do aprobaty akt założenia osobnej parafii w
Zakopanem. Formalności trwały jednak jeszcze trzy lata i dopiero w 1845 roku
Najjaśniejszy Pan wydał w tej sprawie specjalny dekret, a nowokreowani
parafianie przystąpili, na koszt Klementyny Homolacsowej, do budowy drewnianej
świątyni.
Główna część kościółka została ukończona pod koniec 1847 roku. W tym też czasie
przybył do Zakopanego pierwszy proboszcz nowo utworzonej parafii - Józef
Stolarczyk. Został mianowany na to stanowisko w wyniku konkursu, zresztą nieco
podmanipulowanego. W sierpniu 1847 r. Konsystorz biskupi w Tarnowie rozpisał
konkurs na stanowisko proboszcza w Zakopanem. Do 21 sierpnia 1847 zgłosiło się
siedmiu kandydatów, 27 tegoż miesiąca listę tę przedstawiono Klementynie
Homolacsowej jako patronowi parafii do decyzji. I dzień później, 28 sierpnia
1847 na liście pojawiło się nazwisko Józefa Stolarczyka, z określeniem obecnego
stanowiska jako „adm. Szaflary” – choć był już od kwietnia w Tarnowie, jako
wikariusz katedralny. I to właśnie jego z początkiem listopada 1847 r.
Klementyna Homolacsowa zaprezentowała na stanowisko proboszcza zakopiańskiego, a
4 listopada 1847 Stolarczyk otrzymał kanoniczną instytucję (wg Kroniki
parafialnej – dopiero 30 listopada). W swoich zapiskach Stolarczyk zawsze
pamiętał o wdzięczności dla właścicieli dóbr zakopiańskich i podkreślał, że był
protegowanym Klementyny Homolacs, co zresztą na początku nie usposabiało do
niego przychylnie miejscowych górali, pozostających w ciągłych sporach z „panią
dziedziczką”..
Ukończył wtedy już 30 lat i pod Giewontem miał spędzić niemal pół wieku. Był
„prawie Podhalaninem” - urodził się w Wysokiej koło Jordanowa, w Beskidach. Mówi
się o nim, że to on wybudował stary kościół zakopiański. To nieprawda -
niewielka świątynia była już w swej głównej części gotowa przed jego przybyciem
do Zakopanego. Ale ksiądz Józef kościół rozbudował, zaopatrzył w wieżę i
dzwonnicę, a przede wszystkim - wybudował kościół w sercach Zakopiańczyków, nie
przyzwyczajonych do współpracy z duszpasterzem i nie nawykłych do religijnych
obowiązków.
Można
także nazwać Stolarczyka jednym z głównych twórców cywilizacji zakopiańskiej - o
ile oczywiście przyjmiemy, że cywilizacja w ogóle do Zakopanego kiedykolwiek
dotarła. Bowiem zaraz po przybyciu pod Giewont założył tu pierwszą szkołę
parafialną (w 1848 r.), gdzie nauczycielami byli początkowo kolejni organiści i
sam proboszcz. On to pierwszy dostrzegł rodzącą się nową, letniskową funkcję
Zakopanego i zaczął namawiać górali, by odstępowali przybyszom na lato swoje
izby, a potem - by budowali specjalne domy dla gości. Sam zresztą także dwa
takie domy wystawił (przy początku ul. Nowotarskiej i przy ul. Chałubińskiego).
W zarobkach, uzyskiwanych od letników widział oręż w walce z przerażającą nędzą,
która demoralizowała jego parafian. Po latach mocno się zastanawiał, czy dobrze
robił, czy nie przeniósł w ten sposób moralności swych owieczek z deszczu pod
rynnę...
Był
także ksiądz Stolarczyk jednym z najwybitniejszych taterników swojej epoki.
Zwiedził może najwięcej szczytów i przełęczy spośród wszystkich turystów,
chodzących w owych czasach po Tatrach, uczestniczył w pierwszym turystycznym
przejściu Mięguszowieckiej Przełęczy pod Chłopkiem, jako pierwszy zdobył Baranie
Rogi, był siódmym turystą na Gerlachu i jednym z pierwszych na Lodowym. To on -
a nie, jak zwykło się uważać, Chałubiński - stworzył zawód przewodnika
tatrzańskiego, przyuczając dawnych kłusowników i juhasów do prowadzenia po
górach: najpierw „księdza jegomości”, potem przyjeżdżających do Zakopanego
letników.
Był
ksiądz Stolarczyk także jednym z prekursorów Tatrzańskiego Ochotniczego
Pogotowia Ratunkowego - nie zawsze zresztą występując jako ratownik...
Organizował, co prawda, ekspedycję ratunkową, gdy panna Steczkowska z prowadzoną
przez siebie wycieczką zbłądziła w Czerwonych Wierchach, ale bardziej jest znany
jego „bierny udział” w wyprawie ratunkowej na Giewoncie. Walery Eljasz opisał,
jak to pleban wędrował kiedyś przez grań Długiego Giewontu i dotarł do wąskiej
szczerbinki, otoczonej ze wszystkich stron przepaściami. Był pokaźnej tuszy i
utkwił w skale na amen. Na szczęście miał głos równie okazały jak posturę,
zaczął przeto wzywać ratunku i usłyszeli go juhasi pasący owce na Hali
Kondratowej. Zobaczywszy co się dzieje, szybko weszli na grań i na pasach czy
powrozach wydobyli Jegomościa z opresji.
Stolarczyk
doskonale opanował gwarę podhalańską i często miewał kazania - jak to mówił -
„po ludowemu”. Były to w pewien sposób arcydzieła publicystyczne i należy tylko
żałować, że w jego czasach nie było magnetofonów i nie można było wiernie
zanotować tych wypowiedzi. Zapisali je, co prawda, we fragmentach jego
współcześni - literaci i pamiętnikarze, m.in. Andrzej Stopka Nazimek, Andrzej
Chramiec, Stanisław Witkiewicz i Ferdynand Hoesick. Ten ostatni zaliczył
Stolarczyka do „legendowych postaci zakopiańskich”, obok Chałubińskiego i
Sabały, sporo zresztą na temat wszystkich trzech fantazjując.
Stolarczyk
trafił do literatury tatrzańskiej i na kartach niemal wszystkich książek i
artykułów, traktujących o XIX-wiecznym Zakopanem przedstawiano jego postać.
Pisywali o nim również XX-wieczni literaci (Kurek, Wnuk, Barnaś) na ogół
znacznie rozmijając się w prawdą i czerpiąc wzory z Pana-Hoesickowych fantazji.
Sam
Stolarczyk zresztą miał niezłe pióro i opublikował na łamach „Pamiętnika
Towarzystwa Tatrzańskiego” ciekawy opis swej wycieczki na Gerlach. Dla
historyków bezcennym dokumentem jest prowadzona przezeń przez kilkadziesiąt lat
Kronika Parafii Zakopiańskiej, ukazująca dzieje wsi pod Giewontem w
pierwszym okresie kształtowania się tatrzańskiej legendy. Hoesick w swoim dziele
Tatry i Zakopane opublikował parę wierszy religijnych, dość okropnych,
ponoć autorstwa zakopiańskiego plebana. Podobno też komponował, prowadził w
kościele lekcje śpiewu, uczył higieny i... dobrej kuchni.
Nie
należy oczywiście idealizować postaci Stolarczyka. Miał on, jak każdy, swoje
wady i dziwactwa, które zresztą tylko przydają blasku jego postaci. Mówiono o
nim, że był dusigroszem, niezmiernie łasym na „dudki” - tak dla parafii, jak i
dla siebie. Ale gdy zna się nędzę, z jakiej wyrósł i w jakiej się wychował -
jest to dość zrozumiałe. Z drugiej strony, wiemy z zapisków właściciela
Czorsztyna, Marcelego Drohojowskiego, że ksiądz Stolarczyk był jednym z
najgorliwszych płatników tzw. podatku narodowego w czasach Powstania
Styczniowego... Ale wcześniej Powstania Chochołowskiego nie poparł.
Mówiono
też, że był bardzo czuły na wdzięki niewieście, - no, ale kto na nie nie jest
czuły? Kilka rodzin zakopiańskich chlubi się bliskimi więzami krwi z pierwszym
proboszczem...
Może
na zasadzie nożyc, odzywających się po uderzeniu w stół, miał uraz na punkcie
nieślubnych dzieci i - jak podają góralscy autorzy wspomnień z tamtych czasów -
wszystkie pochodzące z nieślubnych związków dziewczęta chrzcił imieniem Urszula,
zaś chłopców - Kazimierz. Zakopiańczycy oczywiście owych Stolarczykowych imion
nie przyjmowali i nazywali swoje dzieci inaczej, a życie do tych plebanowych
idiosynkrazji dopisało zabawną pointę: otóż następcą księdza Stolarczyka został
ksiądz Kazimierz Kaszelewski...
Inną,
także z memuarów pochodzącą anegdotą jest opowieść o tym, jak przystąpiwszy do
budowy murowanego kościoła przy Krupówkach, Stolarczyk przy spowiedzi zadawał za
pokutę dostarczanie kamienia budowlanego - osobliwie za grzech cudzołóstwa. Mury
kościoła niezwykle szybko rosły...
Ksiądz
Stolarczyk walczył z kultem zbójnictwa, które po prawdzie w jego czasach już od
dawna zatraciło jakikolwiek romantyczny charakter (dyskusyjne jest to, czy w
ogóle naprawdę miało go kiedykolwiek!), a stało się zwykłym bandytyzmem: ostatni
zakopiański zbójnik, współczesny Stolarczykowi Wojciech Mateja trafił do
więzienia w Wiśniczu za bestialskie zamordowanie bezbronnej kobiety. Stolarczyk
tępił ludowe malarstwo na szkle - z jednej strony jako przejaw owego kultu
zbójnictwa, z drugiej - jako objaw bałwochwalstwa. Po latach, gdy zapanowała
moda na ludowe malarstwo - wzorców trzeba było szukać daleko za Gubałówką, gdzie
wpływy (i laska...) księdza Józefa nie sięgały.
Pozostała
po nim nazwa „Przełęcz Stolarczyka”, pomiędzy Baranimi Rogami a Czarnym Szczytem
w Tatrach Wysokich na Słowacji. Ocalał przy ul. Nowotarskiej dom przezeń
wzniesiony - dom, w którym zatrzymywali się m.in. Sienkiewicz (co upamiętnia
tablica na ścianie) i Matejko. Przez kilkadziesiąt lat przy ul. Chałubińskiego
znajdował się młodzieżowy Dom Wycieczkowy im. Stolarczyka, ale spłonął i nie
został odbudowany. Po przeszło 4-letnich wysiłkach udało mi się wywalczyć u
władz miasta, by imię Stolarczyka nadano bezimiennej dotąd alei przebiegającej u
podnóża Lipek, z pięknym widokiem na Tatry. Pozostał ksiądz Stolarczyk przede
wszystkim na kartach historii Zakopanego, którą tak aktywnie współtworzył...
Przyjaźnił
się ze wszystkimi czołowymi osobistościami tatrzańskimi swojej epoki - m.in. z
Chałubińskim, który wyratował go od śmierci podczas epidemii cholery. Był
współtwórcą Towarzystwa Tatrzańskiego i jego działaczem. W swej plebanii
przyjmował członków domu panującego, artystów i zwykłych letników, którzy
dowiadywali się u niego o mieszkania, przewodników czy o adresy znajomych.
Stanowił najlepszy łącznik między „tubylcami” a gośćmi, a także między epoką
tatrzańskich pionierów a okresem „Młodej Polski Tatrzańskiej”.
*
Gdy w Kuźnicach dudniły młoty i dymił wielki piec, do dworu Homolacsów, do
karczmy lub maleńkich domków hamerników i hawiarzy przyjeżdżali goście z
dalekich często stron, z rozmaitych dziedzin podzielonej Polski. Wiodła ich w
Tatry nie tylko chęć przygody i sława pięknego krajobrazu; przyjeżdżali tu także
na leczenie.
Od
lat wiedziano o tym, że górski klimat sprzyja leczeniu rozmaitych schorzeń -
przede wszystkim chorób górnych dróg oddechowych. Choć, po prawdzie, trudno
wyobrazić sobie miejsce mniej sposobne do leczenia płuc: wąska, zacieniona
dolina, w której słońce pokazywało się z rzadka, wilgotna, z rozlewającym się po
całej polanie nieuregulowanym jeszcze potokiem Bystra, od którego odchodziły
nitki młynówek, pełna dymu i hałasu. Podstawą kuracji były wszakże nie inhalacje
czy kąpiele słoneczne, ale pijanie żentycy.
Doprawdy,
trudno wytłumaczyć sobie, dlaczego picie owczej serwatki miało pomagać na
gruźlicę i inne choroby płuc. Żeby na żołądek - to jeszcze można by zrozumieć!
Zapewne terapia odbywała się trochę metodą nie wprost: żentycę pijało się
przeważnie na tatrzańskich halach, w czystym powietrzu, dokąd dotarcie wymagało
pewnego wysiłku i, by tak rzec, dobrej wentylacji płuc. W dodatku tryb życia
ówczesnych bywalców Zakopanego był bardzo czynny, zaś jedzenie, choć skromne to
jednak zdrowe - wszystko to poprawiało przemianę materii i wzmacniało organizm,
który sam walczył z chorobą. A żentyca była niejako przy okazji...
Inna
rzecz, że owcza serwatka ma takie specyficzne właściwości, które skłaniają osobę
jej zażywającą do pospiesznego udawania się w okoliczne krzaki kosodrzewiny,
możliwie gęstej. Kosodrzewina zaś, jak wiadomo, wydziela rozmaite lecznicze
olejki eteryczne, które mogą poprawić stan płuc... No i tak żentyca leczyła
płuca.
W II
połowie XIX wieku rozwinęło się bardzo lecznictwo hydropatyczne i moda na
rozmaitego rodzaju kąpiele dotarła na ziemie polskie, w tym także do Zakopanego.
W 1875 roku lekarz kuźnickiej huty, dr Ludwik Ganczarski,
założył pierwszy pod Giewontem zakład wodoleczniczy, w którym odbywały się
kąpiele żużlowe i iglicowe. Brzmi to niezbyt zachęcająco, ale kuźnicki medyk na
brak klientów nie narzekał: łazienki Ganczarskiego, w których kąpano się w
wodzie, ogrzewanej blokami żużla wielkopiecowego, lub też w wywarze z igiełek
cetyny świerkowej stały w miejscu, gdzie dziś jest plac przed dolną stacją
kolejki na Kasprowy.
Warto
sprostować przy okazji powtarzaną czasem nieprawdziwą informację o tym, jakoby
dr Andrzej Chramiec był założycielem pierwszego zakładu leczniczego w Zakopanem
(tak m.in. napisano na jego nagrobku na Starym Cmentarzu). Pierwszym był właśnie
Ganczarski, drugim - jego następca, dr Wenanty Piasecki, zaś Chramiec wybudował
swój zakład jako trzeci.
Kuźnice
w owych latach żyły niejako własnym życiem: mało kto z gości zaglądał pod
Gubałówkę, do „wiejskiego” Zakopanego. Natomiast stałymi łącznikami byli
oczywiście góralscy hamernicy i hawiarze; część z nich pochodziła z Olczy i
Bystrego, część zaś z Zakopanego i Kościelisk. Uczęszczana przez nich ścieżka
między Hamrami a przysiółkiem Nawsie z czasem stała się główną ulicą Zakopanego,
noszącą dziś nazwę Krupówki. Złośliwi mówią też, że była to zakopiańska „droga
grzeszników”: górnicy, nagrzeszywszy w kuźnickiej karczmie, szli tędy do
spowiedzi u księdza Stolarczyka w drewnianym kościółku...
Od
mniej więcej połowy ubiegłego stulecia zaczynają zjeżdżać do Zakopanego letnicy,
szukający tu nie tyle zdrowia, ile wypoczynku. Jedną z pierwszych znanych z
nazwiska osób, które zatrzymały się w Nawsiu koło kościółka, był w 1855 r. Jan
Kanty Steczkowski, profesor matematyki i astronomii na krakowskim uniwersytecie.
Jak już wiemy, w 1858 r. jego córka, Maria Steczkowska, opublikowała anonimowo
pierwszą książkę o charakterze przewodnika do Zakopanego: Obrazki z podróży
do Tatrów i Pienin.
Druga połowa XIX wieku to coraz intensywniejszy rozwój Zakopanego: powstają nowe
domy, wiele budowanych jest myślą o letnikach. Pierwszym jakby hotelem staje się
dom „hrubego gazdy” Jana Gąsienicy Staszeczka przy Krupówkach: tam w 1848 roku
mieszkał po przyjeździe do Zakopanego ksiądz Stolarczyk, tam też w 30 lat
później stanął dr Tytus Chałubiński. Natomiast centrum „usługowym” stał się po
1870 roku dom Józefa Krzeptowskiego, pierwszy w tej okolicy budynek piętrowy
(dziś jest tam znana kawiarnia „U Wnuka”). Tam właśnie powstała karczma,
sezonowa poczta (poprzednio mieściła się w Kuźnicach) i tam ulokował swój sklep
starozakonny kupiec z Nowego Targu, Samuel Riegelhaupt. Był to najlepszy dowód
rodzącej się prosperity Zakopanego. Tam także umiejscowiono pierwszy klub
(nazywany kasynem) Towarzystwa Tatrzańskiego, z czasem przeniesiony do
wybudowanego w 1882 r. Dworca Tatrzańskiego przy Krupówkach.
W
owych też latach Zakopane zyskało niejako samodzielność administracyjną: w 1867
r. w miejsce dawnej gromady powstała tutaj autonomiczna gmina, obejmująca także
sąsiednie Kościelisko, co odpowiadało strukturze dóbr zakopiańskich (wcześniej
nazywanych „Dominium Kościelisko”, gdyż przy hucie w Dolinie Kościeliskiej
początkowo znajdowała się administracja całego regionu). Wybrano wtedy
pierwszych 24 radnych, z wójtem Janem Gąsienicą Staszeczkiem na czele.
I wkrótce potem w Zakopanem pojawił się Tytus Chałubiński,
„lekarz starej Warszawy” - tak go niekiedy nazywano. Ale częściej wiąże się
Tytusa Chałubińskiego z Tatrami, przydając mu miano „odkrywcy Zakopanego” i
głównego propagatora turystyki i lecznictwa. Zasługi warszawskiego lekarza dla
podtatrzańskiej wioski są wielkie i wszechstronne, jednakże uważanie go za
Kolumba tatrzańskiej Ameryki, jest - w świetle faktów historycznych - mocno
przesadzone.
Rok
1873 - rok pierwszego dłuższego pobytu Chałubińskiego pod Giewontem - słusznie
uważa się za pewnego rodzaju cezurę w historii Zakopanego. Ale raczej nie z
powodu owego „odkrycia”: ksiądz Józef Stolarczyk w swej „Kronice parafii
zakopiańskiej” odnotował: Gości tego roku więcej jak bywało - koło 400 osób.
Najwięcej z Warszawy i Krakowa. Jeżeli więc 400 osób zdecydowało się podjąć
męczącą, kosztowną i skomplikowaną organizacyjnie wyprawę do Zakopanego (furką
góralską dwa dni z Krakowa, z noclegiem w Zaborni, a jak ktoś się pokwapił rano,
to w Nowym Targu) - to znaczy, że Zakopane było już „całkiem dobrze odkryte”.
Tatry popularyzowane były od lat w książkach i artykułach prasowych, a nawet,
jak wiemy, miały wówczas już trzy opracowania o charakterze przewodnikowym:
Obrazki Steczkowskiej oraz przewodniki Janoty i Eljasza. Większość
znaczniejszych szczytów była już zdobyta...
Uważa
się, że Chałubiński był czołowym taternikiem swojej epoki. Owszem, był wybitnym
turystą, ale taternictwa odkrywczego na większą skalę nie uprawiał, choć kroniki
notują jego pierwsze wejścia na Lodowy Szczyt wprost od południowego-wschodu czy
pierwsze turystyczne przejście przez Kozią Przełęcz. Jakże często zapomina się,
że warszawski doktor, gdy zaczął na większą skalę uprawiać turystykę, był już po
pięćdziesiątce! Gdy dodamy do tego jeszcze piknikowy charakter wielu kierowanych
przezeń wycieczek - jego osiągnięcia tatrzańskie i tak są doprawdy godne
podziwu.
Przyjrzyjmy
się zatem bliżej tej postaci.
Urodzony w 1820 roku w Radomiu, studiował medycynę i botanikę, uzyskując
doktorat w Würzburgu w wieku 25 lat. Po powrocie do Warszawy podjął pracę w
szpitalu ewangelickim i wkrótce dał się poznać jako wybitny diagnosta i wielki
społecznik. W czasie Wiosny Ludów, wg przekazów rodzinnych przedostał się po
kryjomu na Węgry, gdzie brał udział w powstaniu u boku swego znajomego –
generała Józefa Bema. W drodze powrotnej mógł zobaczyć Tatry, może nawet przez
ich przełęcze wracał sekretnie do domu. Musiały go urzec już wtedy, bo wkrótce
powrócił – jak sam opisywał, zwiedzał je dokładniej w czasie pobytów w 1852 i
1858 roku.
Od 1854 roku był profesorem Akademii Medyko-Chirurgicznej i Szkoły Głównej.
Leczył bogatych za grube pieniądze i warszawską biedotę za darmo, szczególną
popularność zdobywając w środowiskach artystycznych. Sam był dobrym znawcą
muzyki, bywał w teatrze, dobrze pisał, w późniejszym czasie kolekcjonował
melodie góralskie, samemu notując je w nutach.
W 1873 r. Chałubiński z żoną i jej przyjaciółką przybył po raz pierwszy na
dłużej do Zakopanego i związał się z nim na zawsze. Chałubińscy zamieszkali
wówczas w niewielkim domu przy Krupówkach (dziś Krupówki 9, gdzie jest sklep
muzyczny) należącym do Jana Gąsienicy Staszeczka. Stołowali się w pobliskim domu
na wzgórzu, gdzie z czasem powstał pensjonat „Staszeczkówka”, a dziś jest
restauracja i hotel „Sabała”. Gospodyni, chcąc podjąć zacnych gości jak
najwystawniej, zaprosiła ich na zupę poziomkową. Na słodko – ale na rosole… Nie
dało się zjeść. Pani Chałubińska wraz przyjaciółką postanowiły nauczyć góralki
gotować. Żona doktora nie stroniła od uciech gastronomicznych, czego efektem
była jej pokaźna tusza, zaś przyjaciółka nazywała się… Lucyna Ćwierciakiewiczowa
i była autorką najpopularniejszej polskiej książki kucharskiej: 365 obiadów.
Już po miesięcznych wywczasach dr Chałubiński musiał powrócić jednak do
zawodowych obowiązków: 1 września wybuchła pod Giewontem epidemia cholery i
warszawski lekarz podjął trud ratowania górali przed zarazą. Pomagał mu w tym
dziele jego uczeń i przyjaciel, dr Witold Urbanowicz, rodem ze Żmudzi. Ich to
staraniom zawdzięczało Zakopane to, że choleryczna śmierć zabrała ledwie
kilkanaście osób. Chałubiński leczył, wprowadzał zasady higieny, rozdawał
lekarstwa, zwalczał ciemnotę i zabobony. Uratował od śmierci wielu mieszkańców
podtatrzańskiej wioski, w tym samego proboszcza Stolarczyka, z którym połączyła
go serdeczna przyjaźń.
Od tamtej pory przyjeżdżał do Zakopanego co roku i w popularyzacji Tatr i
Podhala odegrał ogromną rolę. Przesadą jest nazywanie go „odkrywcą Zakopanego”,
gdyż jeżdżono tu często już od co najmniej 20 lat, ale to Chałubiński
rozpropagował Tatry w środowiskach najbardziej opiniotwórczych, lansując pogląd
o zbawiennym wpływie klimatu górskiego dla leczenia rozmaitych. Ulubionym jego
towarzyszem wypraw (ale nie „przyjacielem”, jak się często mówi) był Jan
Krzeptowski Sabała, uosabiający dla Chałubińskiego żywą tradycję dawnej
góralszczyzny. To właśnie Sabała nazywał doktora „Jego Miłość”, obrazując tym
zwrotem i umiłowanie Tatr i góralszczyzny przez doktora, i wielki szacunek,
jakim cieszył się wśród górali.
W 1879 r. Chałubiński kupił w Zakopanem sporą połać gruntu i na nim Wojciech Roj
postawił doktorowi w 1882 r. dom. Na stale zamieszkał tu Chałubiński z
początkiem 1888 r., kiedy to po wycieczce na Rohacze doznał wylewu i choć
paraliż potem ustąpił - do zdrowia już nie powrócił. Zmarł rok później w
Zakopanem i kazał się pochować na Starym Cmentarzu. Jego imię nosi ulica, przy
której stał jego dom, muzeum, do którego powstania się przyczynił, szpital
zakopiański, a przedtem – także sanatorium, mieszczące się tam, gdzie dziś jest
siedziba starostwa tatrzańskiego. Uhonorowano go w Zakopanem dwoma pomnikami
wystawionymi w początkach XX wieku – jeden opodal posiadłości Chałubińskich,
przy zbiegu ulic Chałubińskiego i Zamoyskiego, drugi – koło obecnego starostwa.
W Tatrach jego imieniem nazwano przełęcz opodal Szpiglasowego Wierchu, którędy
prowadzi ścieżka między Doliną za Mnichem a Doliną Ciemnosmreczyńską.
Cóż więc „odkrył” Chałubiński? Dlaczego to właśnie jemu na powitanie budowali
górale bramy triumfalne, czemu to jego nazywano „Królem Tatr”?
Chałubiński
stworzył coś, bez czego nie mogłaby powstać legenda Tatr i mit Zakopanego:
stworzył modę na Zakopane. Dużą część jego pacjentów, a niemniej przyjaciół
stanowili warszawscy ludzie sztuki: pisarze, dziennikarze, malarze, aktorzy i
muzycy. Ich to właśnie doktor kierował w Tatry dla zdrowia, czy wypoczynku
psychicznego. To oni stanowili większość uczestników słynnych wypraw górskich
Chałubińskiego, o których szeroko opowiadano sobie po Polsce. Wyprawy te zresztą
miały szczególny koloryt: brało w nich udział zwykle kilku czy kilkunastu
turystów, każdy miał do dyspozycji własnego przewodnika, a co słabsi nawet i
dwóch, prócz tego w wycieczce brała udział kilkuosobowa kapela góralska, no i
tragarze, nazywani barwnie „chłopami pod torbę”. A nosić było co, bo zazwyczaj
ekskursja trwała kilka dni, a zatem zabierano ze sobą namiot, bieliznę, ciepłe
okrycia, koce, rzecz jasna jedzenie i picie, często nawet wodę na herbatę i
drewno na opał, bowiem panowie nierzadko mieli fantazję spędzać noce na
szczytach czy wysokich przełęczach (zwykle dla pięknego widoku wschodzącego
słońca), gdzie nie było nie tylko wody, ale i nie rosła nawet kosodrzewina. Noce
w górskiej scenerii, spędzane przy ognisku pod gołym niebem pobudzały zmysł
artystyczny gości Chałubińskiego, a ich zachwyt - wyrażony potem w licznych
publikacjach prasowych czy książkowych, w dziełach sztuki czy w towarzyskich
rozmowach - niósł się szeroko po Polsce. Propagatorzy Tatr z kręgu
Chałubińskiego byli ludźmi znacznie bardziej „opiniotwórczymi” niż wszyscy
poprzedni pionierzy. To właśnie Chałubiński wylansował - może trochę mimo woli -
opinię o Zakopanem, jako mieście, gdzie muszą bywać artyści. Co stało się -
głównie z przyczyn snobistycznych - jednym z podstawowych motorów, napędzających
w końcu XIX wieku „zakopiańską koniunkturę”. Mit ten zresztą żywi się sam sobą:
do Zakopanego jeżdżą artyści, dlatego, że... do Zakopanego jeżdżą artyści.
Jeżdżą tu także ci, którzy się za artystów uważają, ci, którzy chcą, żeby ich
uważać za artystów, ci wreszcie, którzy chcą artystami zostać. Także ci, którzy
mają nadzieję, że wysokość (nad poziom morza) Zakopanego podniesie poziom ich
dzieł... Także ci, którym imponuje bywanie wśród artystów.
Choroby, przy których Chałubiński zalecał pobyt w Zakopanem, to przede wszystkim
nieżyty górnych dróg oddechowych i wczesne stadia gruźlicy, niedokrwistość na
rozmaitym tle i nerwice. Szczęśliwe to czasy, w których w Zakopanem leczono się
z nerwicy, a nie nabawiano się jej!
Sam Chałubiński zresztą trafił do Zakopanego w kiepskim stanie nerwów: niedawno
ożenił się, już po raz trzeci, ale za to z narzeczoną z czasów studenckich,
która przed kilkudziesięciu laty wyszła z mąż za jego przyjaciela, Ludwika
Krzywickiego... Po latach rozpadły się małżeństwa Krzywickich i Chałubińskich,
doktor powrócił do swej młodzieńczej miłości, ale jego dorosłe już dzieci z
poprzedniego małżeństwa nie chciały pogodzić się z nową sytuacją. Jednakże
właśnie latem 1873 roku sprawy przyjęły dobry obrót: dzieci zaakceptowały
macochę, zaś Chałubiński pogodził się z Krzywickim. Jako votum dziękczynne za
tak szczęśliwy happy-end doktor wzniósł żelazny krzyż na szczycie Gubałówki
(mylnie czasem wiązany z opanowaniem przez Chałubińskiego epidemii cholery).
Jak
najsłuszniej pisał w książce Na przełęczy Stanisław Witkiewicz, że nie
było w owych latach w Zakopanem takiej dobrej sprawy, która nie wiązałaby się z
osobą Tytusa Chałubińskiego. Poza propagowaniem podtatrzańskiej wioski w
szerokich kręgach inteligencji polskiej, przyczynił się on w znacznym stopniu do
stworzenia zawodu przewodnika tatrzańskiego, współdziałał w uruchomieniu w
Zakopanem Szkoły Snycerskiej i później Szkoły Koronkarskiej, założył pod
Giewontem Towarzystwo Zaliczkowe pełniące funkcję banku spółdzielczego, nauczył
górali uprawiać koniczynę. Nadto, w ciągu kilkunastu lat swej zakopiańskiej
działalności sprawował rząd dusz i uchodził za największy i niekwestionowany
autorytet w sprawach Tatr i Zakopanego.
To właśnie najpierw ksiądz Stolarczyk, a potem Tytus
Chałubiński uczyli zakopiańskich górali tego, jak trzeba zachowywać się wobec
gości, których początkowo ksenofobiczni wieśniacy nie chcieli akceptować (choć,
oczywiście, nie mieli nic przeciwko ich dudkom…), oni też wykształcili
pierwszą kadrę przewodnicką, nad którą dopiero w 1875 r. Towarzystwo Tatrzańskie
objęło patronat. Tych wybitnych przewodników – inteligentnych, odważnych,
ofiarnych i życzliwych, wspaniale znających Tatry i będących niezłymi
psychologami są dziesiątki. Monografię przewodnictwa napisała przed laty
nieoceniona badaczka spraw tatrzańskich i podhalańskich – Zofia Stecka, więc tam
trzeba szukać bardziej szczegółowych informacji. Dziś chciałbym wspomnieć z tego
grona jedynie trzy nazwiska.
Pierwszeństwo należy się nestorowi przewodnictwa,
patronowi krakowskiego Koła Przewodników Tatrzańskich – Maciejowi
Gąsienicy-Sieczce. Urodzony w Zakopanem w 1824 roku, początkowo myśliwy
w polowaniach na kozice i niedźwiedzie, potem – z ramienia Towarzystwa
Tatrzańskiego – strażnik przyrody, był świetnym znawcą Tatr i doskonałym
opiekunem turystów, często opisujących jego działalność jako wzór dla innych
przewodników. To właśnie jemu Adam Asnyk poświęcił piękny wiersz Maciejowi
Sieczce, przewodnikowi w Zakopanem. Prowadził w góry także m.in. Eugeniusza
Janotę, ks. Stolarczyka, Walerego Eljasza, Leopolda Świerza, Natalię Janothównę
(Sieczka słynął z dwornego obchodzenia się z paniami), Chałubińskiego ojca i
syna, Mieczysława i Jana Gwalberta Pawlikowskich… Jako pierwszy wszedł na
Świnicę w 1867 r., był pierwszy na Mięguszowieckim w 1877, od północy jako
pierwszy wszedł na Łomnicę w 1878, był pierwszy na Mnichu w 1879 lub 1880, na
Jastrzębiej Turni i na Szatanie w 1880, był jedną z pierwszych osób na szczycie
Lodowego, był drugi na Wysokiej, brał także udział w pracach speleologicznych
Jana Gwalberta Pawlikowskiego w Dolinie Kościeliskiej. Zmarł w 1897 r. i został
pochowany na Starym Cmentarzu w Zakopanem.
Palmę pierwszeństwa oddałem tu Sieczce, ale prawdę
powiedziawszy starszy odeń i może bardziej doświadczony – ale nieco mniej
„rozpracowany literacko” był Jędrzej Wala starszy, urodzony w
1820 roku w Zakopanem, początkowo zawołany polowac na kozice, potem wraz
z Maciejem Sieczką – strażnik przyrody i tępiciel kłusowników, co mu zresztą
miano za złe twierdząc że zwalczając kłusowników po prostu blokuje swoją
konkurencję… Już w połowie XIX wieku był wymieniany jednym tchem z Sieczką jako
znakomity znawca Tatr, prowadzący turystów m.in. w rejon Krywania, Hrubego,
Doliny Batyżowieckiej… Bywał w
Tatrach m.in. w towarzystwie Marii Steczkowskiej, Eugeniusza Janoty,
Maksymiliana Nowickiego, ks. Józefa Stolarczyka, Walerego Eljasza, Leopolda
Świerza. W 1867 r. prowadził Stolarczyka na Baranie Rogi w czasie pierwszego
wejścia na ten szczyt, jako jeden z pierwszych Polaków był też na Lodowym i na
Gerlachu. Pomagał Nowickiemu w badaniach entomologicznych, dostarczał mu też
cennych informacji o życiu świstaków i kozic. Zmarł w 1896 r. i został pochowany
na Starym Cmentarzu.
Uczniem ich obydwu, a zarazem najsłynniejszym
przewodnikiem następnego pokolenia był Klemens Bachleda, zwany
Klimkiem, urodzony w 1849 r. na Bachledach w Zakopanem. Wcześnie osierocony,
zarobkował jako parobek u bogatych gazdów, juhas, najemny pracownik na Słowacji,
w 1873 r. w czasie epidemii cholery pomagał Chałubińskiemu w pielęgnowaniu
chorych, był także grabarzem. Pracował jako cieśla, był kłusownikiem – i przede
wszystkim był świetnym znawcą Tatr. Obdarzonym niezwykłym instynktem drogi, był
nazywany „królem przewodników tatrzańskich”. Karierę przewodnicką rozpoczął już
pod egidą Towarzystwa Tatrzańskiego, zdobywając blachę przewodnika I klasy w
1886 r. i przez 30 lat odgrywał w przewodnictwie najwybitniejszą w Polsce rolę,
a jego osobista kultura, uczciwość, ofiarność i rozwaga, w połączeniu z
dzielnością i pracowitością sprawiły, że był także najbardziej poszukiwanym
towarzyszem górskich wypraw. Prowadził w Tatry m.in. Karola Potkańskiego,
Kazimierza Tetmajera, Stanisława Eljasza-Radzikowskiego, Janusza Chmielowskiego,
Mieczysława Karłowicza. Jego sława i popularność trafiły szybko do literatury,
trwając znacznie dłużej niż jego życie, co przejawiło się m.in. w tym, że np.
Jalu Kurek przypisywał mu zasługi innych przewodników i opisując niektóre
wspinaczki Karłowicza, „zmienił” mu przewodnika z Jana Gąsienicy Tomkowego na
Klimka.
Bachleda był m. in. zdobywcą Staroleśnego Szczytu,
Ganku, Rumanowego, Kaczego Szczytu, Zadniego Mnicha i Kozich Czub, uczestniczył
w pierwszych zimowych wejściach na Gerlach i na Bystrą, jako drugi był na Mnichu
i Żabim Koniu. Był w 1909 r. współtwórcą Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia
Ratunkowego, w którym pełnił funkcję zastępcy naczelnika – Mariusza Zaruskiego.
Właśnie w służbie Pogotowia w czasie wyprawy ratunkowej po Stanisława
Szulakiewicza, który w 1910 r. uległ wypadkowi na północnej ścianie Małego
Jaworowego Szczytu, 61-letni Klimek w fatalnych warunkach atmosferycznych nie
przerwał akcji, i mimo zaleceń Zaruskiego, odwiązał się od ubezpieczającej go
liny i próbował dotrzeć do rannego. Zginął porwany lawiną kamienną w żlebie
Wyżniej Rówienkowej Przełęczy. Jego śmierć była dla środowiska górskiego
szokiem, oskarżano nawet Zaruskiego jeśli nie o jej spowodowanie, to o
niewłaściwe przeprowadzenie akcji, ale niezależne komisje badające tę sprawę
stwierdziły, że winę za wypadek ponosi wyłącznie niezwykła dobroć i ofiarność
samego Klimka. Szulakiewicza także nie udało się uratować.
Klemens Bachleda został pochowany na zakopiańskim
Nowym Cmentarzu, i do dzisiaj wiele osób uważa to za coś w rodzaju profanacji
twierdząc, że tak zasłużony przewodnik i ratownik powinien spocząć na Pęksowym
Brzyzku. Ale nie pamięta się o tym, że w tamtym czasie Stary Cmentarz był
zamknięty z powodów sanitarnych, a status cmentarza zasłużonych (notabene tylko
zwyczajowo) zyskał dopiero w 1931 r.
Dziś rola przewodnika zmieniła się znacznie w
stosunku do lat sprzed I wojny światowej. Ze zdobywcy, ochroniarza i pomocnika
turysty przewodnik tatrzański zmienił się w pilota wycieczki, informatora i
promotora spraw tatrzańskich. Nie jest to wszakże rola mniejsza, a wydarzenia
ostatnich lat – mam na myśli wypadki, którym ulegały wycieczki, idące w Tatry w
nieodpowiednich warunkach bez przewodnika - pokazują, że do dziś duchowi
spadkobiercy Macieja Sieczki i Klimka Bachledy są w Tatrach równie ważni. W
dodatku, znacznie poszerzył się zakres wiedzy, jakiej powinni używać w swej
pracy. W stosunku do czasu pierwszych zdobywców powiększyła się tysiąckrotnie
liczba osób, chodzących co roku w Tatry. Niestety, zapewne w niemniejszej
proporcji powiększyła się także ich ignorancja. Stąd wielkie znaczenie szkolenia
przewodnickiego i stałego podkreślania tego, że przewodnicy tatrzańscy winni
stanowić elitę osób, związanych z Tatrami. Ten kurs niewątpliwie zakres tej
elity powiększy.