21 września 2010, Kraków

Maciej Pinkwart

Drogi do Tatr

 

Najpierw, w sensie dosłownym, chodzono do Tatr od strony południowej. Niekiedy z dość daleka. Nawet, podobno, z Włoch. Ale po prawdzie, nie jest ważne skąd, ważne po co. Motywacje estetyczne czy naukowo-poznawcze to dorobek czasów stosunkowo nieodległych. Góry jednak przyciągały ludzi od zawsze swoją niezwykłością, niedostępnością i odmiennością krajobrazową. W samym fakcie ich istnienia – a przedtem, oczywiście, stworzenia – dopatrywano się boskiej myśli, a ta – sądzona wedle ludzkich kryteriów – kierować się musiała racjonalnością. Bóg otóż zrobił specjalnie takie wielkie góry, żeby w nich schować swoje wielkie skarby. A wiadomość o tych skarbach, które niekiedy dawały się znaleźć, przekazywana była z pokolenia na pokolenie od najdawniejszych czasów. Jeden z najstarszych datowanych spisków poszukiwaczy skarbów pochodzi z początków XVI wieku, a opublikował go Stanisław Eljasz Radzikowski:

Pytaj się na potok Biłej Wody (w Tatrach), a gdyż k'niej przydziesz, za jeden wirch, który zowią Stysi, tu rośnie ziele, któremu imię unora; dzierż się tego potoku biłego, aż przydziesz do biłego jeziora, z którego wypada biła woda, a potem obejdź to biłe jezioro, a niechaj go po prawej stronie, abo ręce, aż na drugą stronę przejdziesz, a tu najdziesz cug lazurowy przy kraju tego jeziora,... a ten lazur ma w sobie złoto. Tam isem ja brał roku pańskiego 1507.

Mieszany język polsko-słowacki pokazuje, że autor zapewne wywodził się z pogranicza, może z okolic Jurgowa, sądząc po topografii i po pewnym tropie, który zobaczymy później. We wspomnianym dziele dr Eljasz przywołuje również wiadomość o przewodniku do skarbów tatrzańskich, jakoby pochodzącym z czasów króla Władysława Warneńczyka, czyli z I połowy XV wieku. Manuskrypt ten, w postaci tłumaczenia łacińskiego, znajdować się miał jakoby w modlitewniku Warneńczyka pozostającym w bibliotece Bodleańskiej w Oksfordzie, a publikować go zamierzał Marian Sokołowski. Czy rzecz doszła do skutku – nie wiem, ja tego nie widziałem.

W XVII wieku spisków jest już więcej, a w każdym razie z tego okresu pochodzą ich odpisy, prawdziwe, czy sfałszowane. Do tych ostatnich należy wersja z ok. 1630 r. testamentu kasztelana sądeckiego, Piotra Wydżgi z Czorsztyna, w oryginale pochodząca z ok. 1250 r. W wersji opublikowanej w „Wierchach” w 1955 r. pod tytułem Testament niektórego Wyzgi kiedy miał umrzeć jest już kilka nawiązań do skarbów w Tatrach. Opisy w nim zawarte sprawiają wrażenie, że autor niewątpliwie widział teren, a z odnalezionych skarbów korzystał:

W Żabiem Jeziorze jest na ścienie znak pół miesiąca i graca. Pod tem znakiem jest płaski kamień, pod którym kamieniem jest wiele dobra jako i we wszystkim Żabiem Jezierze. W którem jezierze pode mchem jest płok złoty, ziarna nie małe i wielkie, ale pod tą dziurą trzeba mieć stróża, bo to jezioro między czterema ścianami kamiennemi, do niego dziurą wchodzą z boku abo z wierzchu, światło jest, ognia tam nie trzeba. Są tam głowy i kości człowiecze na kupie z dawna kiedyś. Nad nimi napis Niemiecki.

Niestety, autentyczność i celowość tych zapisków podważa fakt, iż dopisano je do cudzego testamentu blisko 4 wieki po jego powstaniu…

Zasada pisania takich przewodników była wspólna wszystkim spiskom, których oryginały zapewne wywodzą się z XV-XVI wieku, ale dochowały się do naszych czasów głównie XVII-wieczne odpisy. Otóż autor dość dokładnie opisuje Podtatrze i drogę do Tatr, w czasie lektury bez większych kłopotów identyfikujemy początki dolin, którymi powinno się wchodzić w głąb gór, ale już w ich wyższych partiach opis się gmatwa, mile i godziny drogi zastępują tak nieprecyzyjne miary jak zdrowaśki i strzelania z muszkietu, wreszcie dochodzimy do podnóża szczytu lub nad jezioro, a dalej musimy szukać drogi wedle kamienia, albo na trzy drzewa. W Tatrach kamieni jest raczej sporo, drzew też nie brakuje, zresztą mamy świadomość, że te XV-wieczne już dawno spróchniały i gubimy się całkowicie, wracając bez złota, srebra i drogich kamieni, dobrze, jeśli w ogóle uda nam się wrócić. Bo skarby w górach to dość niepewny kapitał, także światopoglądowo: w myśl wszystkich teorii, skarby górskie są własnością Boga, który zresztą po to stworzył góry, żeby swoją własność w nich przed człowiekiem uchronić. Ale człowiek, dążąc po skarby musi wymodlić boską pomoc, by Najwyższy pozwolił mu oszukać swoich strażników...

W dodatku jeszcze trzeba przy tym wszystkim być człowiekiem religijnym, uczciwym i nieźle wyekwipowanym. Pochodzący z drugiej połowy XVII wieku najobszerniejszy polski spisek, autorstwa niejakiego Michała Hrościńskiego, prowadzi czytelnika początkowo łatwą do zidentyfikowania istniejącą do dziś drogą z polskiej wsi Jurgów w głąb Doliny Jaworowej, a dalej w niemożliwe już do rozpoznania tereny północnej ściany Lodowego Szczytu. Z powrotem Hrościński kieruje czytelnika na Łysą Polanę, do Doliny Pięciu Stawów Polskich i do Morskiego Oka.  W efekcie można stać się właścicielem sporej kolekcji jubilerskiej:

Obaczysz ścieny rozlicznymi kamieniami drogimi wysadzone. Osobliwie Hiacynth najprzedniejszy, w niebieskim kolorze, szmaragdy, topazy w zielonym kolorze wydające się, a osobliwie znajdują się tu solidyny zwane kamyki (...). Na drugiej stronie od południa jest perłowa macica do wysadzania różnego naczynia. Przypatruj się nad sobą, zobaczysz tam jak najpiękniejsze i najśliczniejsze kryształowe strzechy, to jest jak u dachu lody umarźnione.

Niestety, nie da rady tak ot, po prostu wejść i zabrać sobie precjoza. W innym spisku z tego samego okresu (Opisanie gór Karpackich czyli Tatrów, w których się znajdują skarby, kruszce i drogie kamienie) autor mocno sprawę komplikuje:

Gdy jusz ku tej dziurze przydziesz, zaraz będzie na cię Podskarbi kamieniami ciskać. Przestrzeż tedy swoich socyuszów, ażeby żadnych złych myśli nie mieli, a temu, który cię tam prowadzi zapłać jakoś się z nim umówił... Pan Bóg ma nad swojemi skarbami Duhy, pigmei nazwane. Ci Duchowie żadnego tam bez woli Bożej nie puszczą, dlatego umiarkuj się, abyś był czystego serca, a przychodząc na to miejsce, Pater i Ave mówił i s. Jana Ewangeliją.

Gdy dodamy do tego pojawiające się jeszcze w połowie XVIII w. „informacje” o występowaniu w Tatrach „złotodajnych roślin”, po zjedzeniu których owce dostają pozłacanych zębów – widzimy, że wiedza o naszych najwyższych górach była znacznie mniejsza od sławy, jaką się one cieszyły. Niemniej jednak już w początkach osadnictwa na terenie Podhala myślano o przemysłowej eksploatacji tatrzańskich skarbów, o czym świadczy (sfałszowany zresztą!) dokument Bolesława Wstydliwego z 1255 r., pozwalający rzekomo klasztorowi cystersów z Ludźmierza na poszukiwanie  w Tatrach kruszców. W XV wieku w rada miejska Krakowa w swych protokołach trzykrotnie wspomina o kopalniach w górach, przy czym w dwóch wypadkach są to niewątpliwie kopalnie tatrzańskie (in monte Tatri). Potwierdza to także polski kronikarz Maciej Miechowita w swojej Chronica Polonorum, pisząc: W roku wspomnianym 1503 prowadzono dalej roboty w kopalniach tatrzańskich miedzi i srebra, które zaczęto w roku ubiegłym o trzy mile za Nowymtargiem...

Kopalnia ta była już poważnym przedsięwzięciem państwowym, w które zaangażowany był najwyższy autorytet. Notabene, z kiepskim skutkiem: I nie równo wyszedł król z przedsiębiorcami na tej sprawie, gdyż Aleksander robił wkłady na wiele tysięcy złotych, przedsiębiorcy zaś oddając mało dochodów, sycili króla nadzieją i obietnicami, nie zyskiem...

Kopalnie tatrzańskie działające za Aleksandra Jagiellończyka wkrótce opuszczono, ale legendy o bogactwach tatrzańskich przetrwały. Deficytowe sztolnie miedzi i srebra mieściły się głównie w rejonie masywu Ornaku, między Doliną Kościeliską a Chochołowską. Później rozpowszechniano wiadomości, jakoby widywano tam i złoto, połyskujące w Potoku Kościeliskim. Owszem, wydobywano w Tatrach złoto, i to od XV wieku - ale dość daleko od Doliny Kościeliskiej – na zboczach Krywania. Kopalnie szlachetnego kruszcu i tam były zupełnie nieopłacalne, ale przez 300 lat mamiły węgierskich władców nadzieją poprawy ekonomiki państwa. A w Tatrach Niżnich, w rejonie Dziumbiru, złoto wydobywano jeszcze w latach 20. XX wieku...

W większym stopniu rozwinęło się górnictwo tatrzańskie za czasów Zygmunta Starego, który sam wszedł do stowarzyszenia – gwarectwa – górniczego jako jeden z gwarków, zresztą obok wielu magnatów, mieszczan, a nawet duchowieństwa. Początkowo prace szły dobrze, odnajdywano nowe pokłady kruszców – ale koniunktura szybko się skończyła. Jeszcze za Stanisława Augusta podjęto prace analityczne, wydobycie częściowo wznowiono, ale i to nie pomogło - był to proceder zupełnie nieopłacalny, sezon roboczy krótki, w dodatku warunki, w jakich górnikom przychodziło pracować, niekiedy wręcz zagrażały życiu. W II połowie XVIII wieku górnictwo kruszcowe w Tatrach Polskich zanika, zastąpione ekonomicznie bardziej uzasadnionym wydobyciem rud żelaza.

Niemniej jednak to właśnie eksploatacja „skarbów tatrzańskich” w największym stopniu przyczyniła się do rozpropagowania legend - i szczątkowej jeszcze wiedzy - o groźnych, niebotycznych i pełnych tajemnic „Śnieżnych Górach”, jak je niekiedy nazywano. Efektem tego pierwszego okresu eksploracji są również pierwsze ścieżki górskie, wytyczane przez poszukiwaczy skarbów i górników wysoko ponad zalesionymi i niebezpiecznymi dolinami, przecinające hale i stoki, niekiedy do dziś widoczne w terenie.

*

Do powstawania fascynacji Tatrami i Podhalem, ich egzotyką i tajemniczością przyczyniali się także górale, którzy bynajmniej nie zostali odkryci przez „romantycznych pozytywistów” w tatrzańskich szałasach, tylko sami dawali się poznać nawet w centralnej Polsce na dobrych kilka stuleci przed „odkryciem” Zakopanego. Przede wszystkim byli dobrymi żołnierzami i można było ich spotykać w rozmaitych armiach, począwszy bodaj od udziału w moskiewskich kampaniach Batorego. W czasach pokoju zaś zatrudniani byli przy pracach górniczych, hutniczych i transportowych, stąd widok górala sprzedającego wyroby żelazne na targowiskach Krakowa, Tarnowa czy nawet Lwowa nie należał do rzadkości. Wreszcie wyganiała ich w Polskę przysłowiowa galicyjska bieda, która na podhalańskich ugorach była szczególnie dotkliwa. Nie mając środków do życia, niejeden z gazdów, z grabkami i kosą wędrował na urodzajniejsze niziny, by tam najmować się do pracy przy kośbie, wyrębie lasów czy budownictwie. Cenieni za wydajność w pracy i niewygórowane wymagania, mogli zarobić trochę grosza, a niemniej – zmniejszyć na okres sezonu letniego liczbę „gąb” do wykarmienia w domu. To właśnie o takim góralu - a nie, jak często się uważa, o emigrancie do Hamaryki, pisał Michał Bałucki w wierszu pt. Dla chleba. To właśnie taki góralski bandos, z którym zresztą Bałucki poznał się w... więzieniu, znany jest z tego, że od półtora wieku zadajemy mu pytanie, czy mu nie żal odchodzić od stron ojczystych…

*

Pora teraz zająć się drogami, kierującymi ludzi w Tatry dla celów estetycznych i poznawczych, czyli wedle naszych obecnych kryteriów – turystycznych. W tym celu trzeba nam przenieść się na węgierską, czyli dziś – słowacką stronę Tatr, ale pozostajemy przy Polakach. Oto bowiem ojcem turystyki tatrzańskiej jest… kobieta, Polka, pani na Zamku Kieżmarskim, Beata z Kościeleckich Łaska, która już w 1565 r. odbyła wycieczkę z Kieżmarku do Zielonego Stawu Kieżmarskiego. Jest to zresztą pierwsza w ogóle odnotowana w dziejach wyprawa w Tatry.

Skąd Polka w Kieżmarku? Ta piękna i majętna wychowanka królowej Bony, według plotek – nieślubna córka Zygmunta Starego, żyjąca w latach 1515-1576, w wieku 24 lat wyszła za mąż za starszego zaledwie o 5 lat księcia wołyńskiego Eljasza Ostrogskiego. Podczas uroczystości weselnych 3 lutego 1539 r. doszło do turnieju rycerskiego. Podczas walki na kopie z królewiczem Zygmuntem Augustem, Ostrogski spadł z konia i doznał wewnętrznych obrażeń. 16 sierpnia 1539 sporządził testament, w którym zapisał swój majątek nienarodzonemu dziecku, którego spodziewała się Beata. Trzy miesiące po śmierci Eliasza Ostrogskiego, na świat przyszła córka Beaty i Eliasza, Elżbieta Ostrogska zwana Halszką, o której perypetiach życiowych potem pisano księgi, poematy, nawet opery. Beata pozostała w bezżennym stanie przez wiele lat, aż wreszcie w 1564 r. szukając wsparcia dla procesu, jaki toczyła z nielubianym zięciem, Łukaszem Górką, w wieku 49 lat wyszła za mąż za młodszego o 21 lat Olbrachta Łaskiego, notabene wyznawcę kalwinizmu, awanturnika i hulakę, wiecznie tonącego w długach, poplecznika cesarza Ferdynanda Habsburga. Był on po ojcu Hieronimie właścicielem zamku w Kieżmarku. Hieronim był dopiero panem całą gębą i europejczykiem w każdym calu! Mając 17 lat wyjechał do Włoch, jako obserwator Soboru Laterańskiego V (którego uczestnikiem, był jego stryj, prymas Polski Jan Łaski), potem studiował na najstarszym europejskim uniwersytecie w Bolonii, odbył pielgrzymkę do Ziemi Świętej, a po powrocie do Polski został w służbie dyplomatycznej wysłany do Francji i przebywał na dworze króla Franciszka I – patrona sztuk i przyjaciela Leonarda da Vinci, gdzie negocjował złączenie Polski z Francją więzami małżeńskimi i dynastycznymi (z czego, jak wiadomo, nic nie wyszło). Potem był na służbie dyplomatycznej u króla Węgier Jana Zapolyi, który w uznaniu jego zasług dla Korony nadał mu godność żupana spiskiego i ofiarował na własność dwa zamki – Niedzicę i Kieżmark.  Wkrótce potem przeszedł na stronę największego wroga Zapolyi – cesarza Ferdynanda Habsburga, był za to nawet przez kilka miesięcy więziony przez Zapolyę, ale – o dziwo – pozwolono mu zatrzymać posiadłości nadane przez króla. A jego syn Olbracht właśnie w Kieżmarku się urodził. Wcześnie idąc w ślady ojca stał się łącznikiem między dworem Habsburgów i Jagiellonów. Ożenił się pierwszy raz w Kieżmarku w wieku 22 lat z bogatą wdową Katarzyną Seredy, która za rok zmarła.

Pięć lat później pojął za żonę piękną, choć nieco przywiędłą, ale za to jeszcze bogatszą Beatę i kazał jej zamieszkać w Kieżmarku, nie kwapiąc się do żony, tylko do jej majątku – którego początkowo nie chciała mu bezwarunkowo przepisać, mimo iż młody szaławiła tonął w długach, jako że stutysięczny posag pierwszej żony roztrwoniony został błyskawicznie. Olbracht nadal wojażował po świecie, toczył prywatne wojny z Turkami, bałamucił białogłowy – a małżonka usychała z nudów w prowincjonalnym, przygranicznym miasteczku, w którym na domiar złego były fatalne relacje między kieżmarskimi mieszczanami a władcą zamku. Jedyną atrakcją wydawały się być malowniczo wyglądające za oknami majestatyczne szczyty Tatr. Przeto nic dziwnego, że już w rok po zamieszkaniu w Kieżmarku Beata z Kościeleckich Łaska wyraziła życzenie odbycia wycieczki w stronę Śnieżnych Gór.

Wyprawa odbyła się w okresie Zielonych Świąt 1565 r. i odnotowano ją nawet w kronikach miasta Kieżmark. O wycieczce Łaskiej w góry wiadomość powtórzył w swoim dziele Merkwürdigkeiten der Königlichen Freystadt Késmark in Oberungarn, am Fusse der Carpathen  (1804) Christian Genersich, który dodaje, że jej się w górach bardzo podobało. I tyle naprawdę wiemy o tej wyprawie. Ale dziś funkcjonują dwie wersje tego wydarzenia: popularna i niby-naukowa. Ta pierwsza głosi, że pod nieobecność małżonka, starsza pani zwróciła się do kieżmarskich mieszczan, by ci poprowadzili ją w góry. Udali się najprawdopodobniej do Doliny Kieżmarskiej, może doszli do Zielonego Stawu, bo już niebawem ta trasa stała się dla turystów wyruszających z Kieżmarku niejako punktem obowiązkowym. Mąż, wróciwszy z wojaży, potraktował wyprawę małżonki jak zdradę główną, zamknął ją do wieży z jednym tylko oknem – wychodzącym na Tatry. Zdaje się, że przede wszystkim skorzystał z byle pretekstu, żeby ją ubezwłasnowolnić i zawładnąć jej majątkiem. Poza tym Beata na ową wyprawę wyruszyła w towarzystwie obywateli kieżmarskich – z którymi Olbracht toczył zaciekłą wojnę o zakres władzy zamku i wolnego królewskiego miasta. Po dłuższym czasie odosobnienia Beata popadła w szaleństwo i wtedy wywieziono ją do Koszyc, gdzie zmarła w szpitalu dla wariatów. Wredny mąż zawładnął wreszcie majątkiem, który oczywiście roztrwonił z prędkością światła, co zmusiło go do wydzierżawienia, a potem sprzedaży zamku – obu zamków, bo i niedzicki wkrótce także musiał zmienić właściciela – no i tak skończył się polski rozdział w historii tej części Górnych Węgier.

Witold Henryk Paryski słusznie zauważa, że w żadnym ze źródłowych materiałów nic nie pisze się o tym, że Beata na wyprawę udała się bez męża. A skoro się nie pisze, to należy domniemywać, że był on tam razem z nią, jak to należało do obyczaju. Co więcej, Paryski podaje, że w innej z kieżmarskich kronik Connotatio Chronologica Civ. Kesmark ab Anno 1521-1618 pisze się wprost, że W roku 1565 pan Łaski ze swą małżonką przybył do Kiezmarku i następnie udał się z nią w Karpackie Góry. Zaś uwięzienie jej nie było aż tak bezwzględne, jeśli mogła słać w tym czasie listy, z prośbami o pomoc do cesarza, do króla polskiego i do zaprzyjaźnionych z rodziną Kościeleckich i Ostrogskich magnatów, jednakże bezskutecznie, bo Łaski cieszył się wysokimi protekcjami. Majątek Beaty został przepisany na niego zaraz po ślubie – i dopiero potem nieszczęśnica została ubezwłasnowolniona. A Łaski w międzyczasie ożenił się – popełniając bigamię - po raz trzeci – z Francuzką Sabiną de Sauve, niewykluczone, że tym razem z miłości. Sądownie odebrano mu wówczas majątek Beaty, ale po prawdzie niewiele z niego pozostało, a ją samą dzięki interwencji starosty spiskiego Reubnera wywieziono do Koszyc, gdzie kilka miesięcy później rozstała się z życiem. A wojewoda sieradzki Olbracht Łaski, dla którego wszystkie te tatrzańsko-małżeńskie perypetie były tylko absolutnym marginesem jego głównej pasji – działalności polityczno-wojskowej – dożył w niezłym zdrowiu prawie do siedemdziesiątki, w ostatnich latach życia przeszedł na katolicyzm i zmarł u progu XVII wieku w mieście swoich przodków – Łasku koło Łodzi.

Dla głównego wątku naszej opowieści wszakże te perypetie i ich prawdziwość nie mają większego znaczenia. Podkreślmy raz jeszcze – ów spacerek z Zielone Świątki 1565 roku był pierwszą odnotowaną w kronikach wyprawą turystyczną w Tatry. Wątpliwe jednak, że rzeczywiście pierwszą w historii – wcześniejsze wszakże, jeśli miały miejsce – podejmowali ludzie z niższych warstw społecznych lub studencka młodzież, no a to dla kronikarzy nie miało już takiej wartości.

*

Jednakże początki dróg w Tatry, tych estetyczno-poznawczych należy zdecydowanie wiązać z rejonem położonym na południowy-wschód od nich. Pierwszym odnotowanym w historii organizatorem wycieczek tatrzańskich był pochodzący z Kieżmarku nauczyciel, a także poeta, piszący po łacinie Adam Kunisch (1562-1600), działający początkowo w Koszycach, a przez ostatnie dwa lata życia będący rektorem słynnego liceum ewangelickiego w Kieżmarku. On to właśnie prowadził w góry swych uczniów, ale o dokładnych trasach tych wycieczek nie mamy wiadomości. Co więcej, wykonywał też działalność przewodnicką na użytek innych – konkretnie, prowadził w Tatry (jako punkt startu mając Lewoczę) uczniów z liceum preszowskiego kierowanego przez jego przyjaciela Johanna Bocka.

Wszystko to jednak były działania amatorskie, hobbystyczne. Zawodowi przewodnicy, których wynajmowano z celem dotarcia na konkretne miejsce w Tatrach pojawiają się dopiero w połowie XVII wieku, o czym wspomina w swej książce Simplicissimus, czyli Dawid Speer, który wybierając się w 1654 r. na Kieżmarski Szczyt wynajął przewodnika – nauczyciela z jednej ze spiskich miejscowości. Przewodnik ów wziął z sobą linę turystyczną, kij alpejski i co najważniejsze – zeszyt, w którym miał opisy dróg i rysunki szczytów, na które umiał prowadzić. Z kolei wędrujący na Sławkowski Szczyt w 1664 r. Georg Bucholtz senior miał za przewodnika myśliwego. Właśnie myśliwi, polujący przeważnie na kozice, stanowili drugą – po nauczycielach – grupę zawodową wśród pierwszych przewodników. Pierwszym znanym z nazwiska zawodowym przewodnikiem, był koziarz Hans Gross, zdaje się ze Starej Leśnej, który w 1793 r. prowadził na Jagnięcy Szczyt szkockiego podróżnika Roberta Townsona.

Pierwsza rodzina przewodnicka wywodzi się z tak zasłużonego dla Tatr Kieżmarku. Rozpoczyna jej dzieje Jacob Fabri (1740-1817), zdobywca Łomnicy przez Miedziane Ławki, skądinąd z zawodu szewc, a z zamiłowania poszukiwacz złota. Na Łomnicę prowadzili także jego synowie Jacob Junior i Daniel, a inny Fabry, Dawid, był w 1813 r. przewodnikiem Görana Wahlenberga i zaprowadził tego słynnego przyrodnika także na Łomnicę.

By uzupełnić opowieści o dziejach Kieżmarku w promowaniu Tatr, wspomnijmy tu jeszcze postać Dawida Frölicha, matematyka, syna rektora kieżmarskiego liceum Jana Frölicha, który w 1615 r. jako pierwszy wszedł na Kieżmarski Szczyt (błędnie podaje się czasem, że na Łomnicę), rozpoczynając tym dzieje taternictwa.

Po północnej stronie Tatr (ale wciąż jeszcze na terenach ówcześnie węgierskich) największą sławę w początkach przewodnictwa zyskał Jan Budz z Jurgowa, nazywany Łysym Jankiem, który uchodził za największego znawcę Tatr w I połowie XIX wieku. Wśród polskich górali literatura wymienia w tym czasie Wojciecha Galicę z Poronina, niejakiego Buńdę, Józefa Bigosa oraz Jędrzeja i Jana Parę z Bukowiny, Tomasza Formaniaka z Nowego Targu, Szymona Kornafela z Brzegów, a nieco później także najbardziej znanych przewodników zakopiańskich: Macieja Sieczkę, Szymona Tatara starszego, Jędrzeja Walę starszego i Wojciecha Roja.

*

Jednakże drogi do Tatr otwierali turystom nie tylko ci, którzy ich fizycznie prowadzili w góry – także ci, których celem było otwarcie Tatr dla serc i umysłów. Dla uproszczenia wywodu zajmiemy się tym zjawiskiem tylko po północnej stronie Tatr.

Pierwszym polskim badaczem, zwiedzającym Tatry i szerzej popularyzującym wyniki swoich spostrzeżeń był przyrodoznawca, polityk i wybitny racjonalista - jeśli można użyć tego sformułowania dla księdza katolickiego - Stanisław Staszic (1755-1826). Wędrował on w tych okolicach na przełomie XVIII i XIX stulecia, a wyniki swych badań opublikował w dziele O ziemiorództwie Karpatów i innych gór i równin Polski, wydanym w 1815 roku, a wcześniej przez Staszica omawianym na posiedzeniach Towarzystwa Warszawskiego Przyjaciół Nauk.

 Warto przejrzeć to dzieło i przebrnąć przez kanciastą, archaiczną polszczyznę uczonego księdza. Zauważymy niewątpliwie, jak racjonalizm Staszica mięknie w pobliżu gór. Gdy wchodzi na Babią Górę i spogląda na Tatry, obok spostrzeżeń geologicznych notuje informacje botaniczne, antropologiczne, etnograficzne. Gdy zaś znajdzie się w samych Tatrach - racjonalizm chowa się w kąt, zdominowany przez romantyzm. Są, oczywiście, opisy geologicznej budowy obserwowanych skał, ale prócz tego kwiatki, ptaszki, obyczaje ludu podhalańskiego, a nade wszystko coś, co nazwalibyśmy zrębem ideologii tatrzańskiej.

 Zwiedzał w Tatrach Staszic prawie wszystkie ważniejsze doliny tak po północnej, jak południowej stronie, był na wielu szczytach, dokonał m.in. pierwszego znanego w historii wejścia na Kołowy Szczyt, na Krywaniu oglądał nieczynne już wówczas kopalnie złota, a na Łomnicy spędził na badaniach całą dobę.

 Myślał wtedy, że jest na najwyższym szczycie tatrzańskim i że jest jego zdobywcą. Wypowiedział wówczas słowa, które na długie lata ukształtowały myślenie Polaków o Tatrach:

 Te na zachód i północ aż ku morzom rozlegające się równiny są moją ojczystą krainą. Po niej rozpościera się najezdników gwałt. Ten, mniemając usprawiedliwić się drugim gwałtem, usiłuje przeistoczyć cny naród i zniszczyć pamięć i imię Polaków.

 Wy, ogromne grobowiska przeszłych wieków! Wy, najtrwalsze pomniki dla wieków przyszłych, w niedostępną wzniesione wysokość, w obłokach utykając wasze szczyty, wy! zachowacie niezgubne imię Polaków. Żadnym gwałtem ludzkim niedosięgnione, wy zachowacie ten znak i podacie to wiekom następnym świadectwo, że pierwszy, co na tych waszych wystrychłych stanął rypach, był Polakiem.

 Tatry jako symbol niezniszczalnej, potężnej jak one same - Polski, jako najwyższy sztandar narodowy - ten sposób rozumienia Tatr przeniknął do twórczości polskich trzech wieszczów romantyzmu, z których żaden co prawda nawet w pobliżu Tatr nie był, ale każdy wspominał o nich w swej twórczości - właśnie w tym symbolicznym, narodowym znaczeniu.

 Pierwszym romantykiem sensu stricto zwiedzającym Tatry był poeta i żołnierz Powstania Listopadowego - Seweryn Goszczyński (1801-1876). Po upadku powstania, zagrożony represjami w zaborze rosyjskim, ukrył się w Galicji i tu, niejako przekazywany z dworu do dworu, dotarł w 1832 roku do Łopusznej pod Nowym Targiem, majątku Leona Tetmajera. Przebywając tam dłuższy czas, podejmował wycieczki po okolicy, zapoznawał się z obyczajami, legendami i etnografią ludu podhalańskiego, a swoje spostrzeżenia notował systematycznie w dzienniku.

 Właśnie z Łopusznej podjął również wycieczkę w Tatry i urzekły go one całkowicie. Zwiedzał głównie doliny - widział Morskie Oko, Pięć Stawów Polskich, Halę Gąsienicową, był w Dolinie Kościeliskiej i tam jako pierwszy z turystów zwiedzał jaskinię wodną pod skałą Pisaną. Jego Dziennik podróży do Tatrów ukazał się drukiem co prawda dopiero w 1853 r. ale jego fragmenty znane były i popularne już wcześniej. Tatry trafiły także do kilku innych jego utworów (Sobótka, Straszny strzelec, niedokończony poemat Kościelisko).

 Innym poetą - ale i uczonym geografem - zafascynowanym Tatrami był Wincenty Pol (1807-1872). Zwiedzał Tatry od 1834 roku, a w 1852 r. poprowadził tam nawet wycieczkę swoich studentów z krakowskiego uniwersytetu, gdzie wykładał geografię. Jednym z efektów tej wyprawy było postawienie przez akademików z inspiracji Pola krzyża na Hali Smytniej w 1853 r., dla upamiętnienia dawnego, królewskiego gwarectwa tatrzańskiego. Krzyż był drewniany i niebawem zniszczał, ale po latach, na wniosek działacza Towarzystwa Tatrzańskiego Walerego Eljasza zastąpiono go krzyżem metalowym. Znajduje się on nadal na Hali Smytniej i do dziś nazywamy go Krzyżem Pola.

 Spostrzeżenia geograficzne i etnograficzne zawarł Pol w pracy Rzut oka na północne stoki Karpat, wydanej w 1851 r. Wrażenia poetyckie z Tatr zanotował w wierszach, zamieszczonych w zbiorze Obrazy z życia i z podróży. To właśnie za Wincentym Polem do dziś powtarzamy W góry, w góry miły bracie, tam swoboda czeka na cię....

 Zapomnianym nieco pionierem tatrzańskim jest także geolog, geograf i etnograf Ludwik Zejszner (1805-1871). To właśnie on, mieszkając w Kuźnicach, odkrył tam ślady zlodowacenia i opisał wpływ lodowców na ukształtowanie Tatr.

 Bywał tu w latach 1829-70, zajmując się klimatem, fizjografią i etnografią Tatr i Podhala. Główne dzieła to Podhale i północna pochyłość Tatrów i Rzut oka na Podhalan. Ale może najciekawsze są Pieśni ludu Podhalan, w których zebrał Zejszner pierwszą antologię śpiewek góralskich - niestety, tylko tekstów. Porównanie ich z najpopularniejszymi dzisiaj piosenkami na Podhalu wykazuje, jak wielkim przemianom podlegała w ciągu półtora wieku ta dziedzina kultury ludowej.

Największym jednak badaczem folkloru w historii polskiej nauki był Oskar Kolberg (1814-1890). Do niedawna mało wiedziano o jego pracach na Podhalu i w Tatrach, bowiem cenne notatki Kolberga z tego terenu przeleżały się w brudnopisach przeszło sto lat i wyszły drukiem dopiero w 1968 r., jako tomy 44 i 45 Dzieł Wszystkich Oskara Kolberga. Bywał w Zakopanem od 1843 roku, notował melodie i teksty piosenek, opisywał obyczaje i stroje góralskie. Część swoich spostrzeżeń opublikował w 1857 r. w „Ruchu Muzycznym”, a spośród nich najistotniejsze wydaje mi się to:

 Tak w szałasach, jak i po wsiach słyszeć się dają pieśni, które są po większej części wariantami, i to mniej zajmującymi, znanych mi już z nizin. I w szałasach na wysokich szczytach nawet, koczując parę razy przy ognisku z Góralami, nic innego słyszeć mi się nie zdarzyło.

 Szokujące, nieprawdaż? Dziś przecież - mimo, że góralszczyzna, zwłaszcza muzyczna, jest tak znana i spopularyzowana zarówno przez zespoły regionalne, jak i media, a nawet przez orkiestry symfoniczne i muzykę popularną - nadal podziwiamy jej egzotykę, jej inność w stosunku do melodii z Niżu Polskiego. Czyżby Kolberg aż tak mógł się pomylić w ocenie?

 Wątpliwe, by mylić się mógł „mistrz taki”. Raczej bardziej jest prawdopodobne, że u schyłku pierwszej połowy XIX wieku muzyka góralska była inna niż teraz, bardziej związana z ogólnopolską, a ów krytykowany przez Kolberga niższy poziom podhalańskich wariantów to właśnie góralizowanie znanej nuty polskiej. Wpływy madziarskie i słowackie musiały wtedy być znacznie mniej widoczne niż w ćwierć wieku później. Być może, zmiany w spotykanej na Podhalu muzyce wiązać należy z rozpowszechnieniem się tu skrzypiec (w miejsce wcześniejszych gęśli, t.zw. złóbcoków), które dotarły tu z Węgier. Uważa się, że pierwszym wirtuozem gry na skrzypcach był słynny Bartłomiej Obrochta, którego melodie notowali Chałubiński, Kleczyński, Paderewski i Szymanowski. Właśnie w Bartusiowych nutach doskonale słychać owo „góralizowanie”, tak egzotyczne w polskiej muzyce ludowej, a polegające na budowaniu melodii w oparciu o t.zw. gamę podhalańską, charakteryzującą się podwyższonym czwartym i obniżonym siódmym stopniem skali.

 Zaś w latach pierwszych badań Kolberga na wirtuoza-Obrochtę jeszcze ptaszki nie śpiewały, zaś w późniejszym czasie, gdy muzyka góralska się zmieniła - uczony pozostał przy swojej opinii.

 Ale to wszystko, rzecz jasna, tylko hipoteza, o której wspominam po to, by wykazać, jak zmienne były - i, po trosze, są - poglądy uczonych na tak delikatną materię, jaką jest kultura duchowa górali podhalańskich.

*

Druga połowa XIX wieku to okres, w którym popularność Tatr w społeczeństwie polskim ugruntowuje się. W dużej mierze przyczyniają się do tego pierwsze wydawnictwa przewodnikowe. W latach 50-tych XIX w. córka profesora krakowskiego uniwersytetu, Maria Steczkowska, stała się bywalczynią Zakopanego, potrafiła nawet sama (inna rzecz, że z rozmaitymi skutkami) prowadzić wycieczki w Tatry. Swe wrażenia i swą wiedzę o Tatrach i Zakopanem opisała w ciekawej i dziś prawie zapomnianej książce Obrazki z podróży do Tatrów i Pienin, wydanej po raz pierwszy w 1858 roku, a wznowionej i rozszerzonej w 20 lat później. Może ona uchodzić za pierwszy reportaż o Zakopanem i Tatrach.

 Natomiast autorem pierwszego prawdziwego przewodnika do Tatr był Eugeniusz Janota (1823-1878). Człowiek z nader ciekawym życiorysem: ksiądz katolicki, nauczyciel i profesor uniwersytecki, germanista i etnograf, historyk i współautor (z Maksymilianem Nowickim) projektu pierwszej ustawy o ochronie kozic i świstaków w Galicji. Jako pierwszy Polak wygrał konkurs na stanowisko profesora germanistyki Uniwersytetu Lwowskiego, napisał podręcznik języka niemieckiego, a na starość przeszedł na ewangelizm i wziął ślub z kobietą, z którą miał dzieci, aby móc pozostawić jej rentę po sobie...

 W Tatry przybył po raz pierwszy w 1847 roku, całą drogę od Krakowa odbywając pieszo. Od 1852 roku bywał w Zakopanem co roku, stał się jednym z wybitniejszych turystów tatrzańskich i ma na swoim koncie m.in. pierwsze wejście na Świnicę i Granaty (z przewodnikiem Maciejem Sieczką).

 W 1860 roku doktoryzował się na Uniwersytecie Krakowskim na podstawie opublikowanego w tymże roku Przewodnika w wycieczkach na Babią Górę, do Tatr i Pienin. Ciekawe, że w książce tej Janota nie pisze w ogóle o Zakopanem.

 Natomiast wiele wiadomości o wiosce pod Giewontem zawiera dzieło, które może w największym stopniu przyczyniło się do popularyzacji Tatr i Zakopanego w społeczeństwie polskim: Ilustrowany przewodnik do Tatr, Pienin i Szczawnic, napisany przez krakowskiego malarza Walerego Eljasza (1840-1905), późniejszego współtwórcę Towarzystwa Tatrzańskiego. Jako malarz historyczny nie zrobił szczególnej kariery - ale czyż ktokolwiek mógłby zrobić w tej dziedzinie karierę w mieście, gdzie żył i tworzył Jan Matejko? Wysoko ceniono ilustracje - głównie drzeworyty, akwaforty i miedzioryty Eljasza, zdobiące jego książki i artykuły o tematyce tatrzańskiej i podhalańskiej, spore sukcesy odnosił także jako twórca olejnych i akwarelowych pejzaży tatrzańskich. Był może największym działaczem i organizatorem pracy Towarzystwa Tatrzańskiego. To on wytyczał szlaki i nadzorował budowę najważniejszych ścieżek, którymi po dziś dzień podążamy w Tatry, kierował budową schronisk, a także był inicjatorem kilku ważnych spraw w samym Zakopanem. To on był pierwszym nie-góralem, który wybudował sobie dom w Zakopanem (przy Krupówkach, spłonął w wielkim pożarze w 1899 r.), to z jego inicjatywy założono pod egidą Towarzystwa Szkołę Przemysłu Drzewnego, której kontynuatorami są dziś Technikum Budowlane i Liceum Plastyczne im. Kenara, to on wreszcie zainicjował budowę przy Krupówkach Dworu Towarzystwa Tatrzańskiego, który stał się najważniejszym obiektem kultury w dziejach Zakopanego.

Jednakże największą popularność przyniósł mu właśnie przewodnik, którego 6 wydań (ostatnie w 1900 r.) prowadziło w Tatry dwa pokolenia Polaków.

 Kilka lat temu wznowiono jako reprint III wydanie Przewodnika Eljasza, które natychmiast znikło z półek. W antykwariatach i na giełdach książkowych XIX-wieczne, wręcz archaiczne przewodniki cieszą się ogromną popularnością, zwłaszcza wśród młodzieży. Dlaczego? Rzecz bardzo prosta: pokazują drogi po trasach dziś już dla popularnej turystyki niedostępnych, nieznakowanych, a przez to atrakcyjnych.

 Chciałbym jednak bardzo przestrzec przed korzystaniem z tego typu pomocy przy schodzeniu ze znakowanej ścieżki. Nawet nie tyle ze względu na ochronę przyrody (pojedynczy, świadomy rzeczy turysta, odchodzący od szlaku, zapewne wyrządzi znacznie mniej szkody niż absolutnie legalna masowa pielgrzymka po szlakach) ile z uwagi na własne bezpieczeństwo turysty. Po pierwsze, trzeba być naprawdę wytrawnym „górołazem” i doskonale znać topografię Tatr, by móc pozwolić sobie na chodzenie poza szlakami. Nawet stosunkowo niedaleko od Zakopanego, w reglu, można znaleźć mnóstwo miejsc trudnych do przejścia i wręcz niebezpiecznych. Można odejść 50 metrów od najbardziej uczęszczanej Doliny Białego, złamać nogę i umrzeć z głodu z braku pomocy, bo ukształtowanie terenu uniemożliwi usłyszenie wołania o ratunek, a telefon nie będzie miał zasięgu. Po drugie, trzeba pamiętać, że Przewodniki Eljasza pisane były dla osób, które po górach prowadził przewodnik-góral. Nie opisują one przebiegu drogi, bo wiedza o tym turyście była zbyteczna: drogę znał (zwykle i tak nie umiejący czytać) góral. Książka podaje natomiast informacje krajoznawcze, historyczne, przyrodnicze - słowem, rozszerzające wiedzę turysty.

*

Pora teraz przywołać postać innego z najważniejszych propagatorów Tatr i Zakopanego – księdza Józefa Stolarczyka (1816-1893). Rzadko zdarzało się Zakopanemu mieć w sferze władz właściwego człowieka na właściwym miejscu, jednakże tak właśnie zdarzyło się w przypadku pierwszego zakopiańskiego proboszcza. Był to człowiek dużej miary, i to pod każdym względem: wielki duchem, ale i dwa metry wzrostu, tusza i, co ważne, siła fizyczna proporcjonalna. Siła, z której duchowny potrafił robić dobry użytek...

 Starania o utworzenie osobnej parafii w Zakopanem podjęła Klementyna Homolacsowa już niebawem po zakupieniu dóbr zakopiańskich. Podanie do Cesarza - już wtedy aż na takim szczeblu załatwiano sprawy zakopiańskie - leżało wszakże przez dłuższy czas „bez biegu”: najpierw z powodu śmierci Emmanuela Homolacsa, potem z powodu udziału Edwarda Homolacsa w powstaniu przeciwko zaprzyjaźnionemu mocarstwu, wreszcie - na skutek przeciągającej się sprawy zezwolenia na ślub młodej wdowy ze swoim powinowatym.

 Nie należy uważać owych starań za przejaw szczególnej nabożności, ani też wygodnictwa - dążności, by mieć jak najbliżej do kościoła. Ufundowanie Domu Bożego było jednym z warunków transakcji kupna dominium zakopiańskiego i zostało zawarte w odpowiednim paragrafie umowy sprzedaży.

 Dotychczas bowiem zakopiańczycy, którzy - jak to mawiali górale - nie naprzykrzali się Panu Bogu - mieli do kościoła dość daleko. Wieś podzielona była między dwie parafie: wschodnia część należała do białodunajeckiej, później poronińskiej, zachodnia - do czarnodunajeckiej, potem chochołowskiej. Granicę stanowił potok Bystra. Jeszcze w XVIII wieku nierzadkie były przypadki animizmu, a wiara w strzygi, boginki, dziwożony - niemal powszechnie obserwowana była jeszcze w połowie wieku XIX. Dziwożony zresztą w pewnych miejscach przetrwały do teraz. Pierwszą kaplicę na terenie Zakopanego postawiono w początku XIX wieku sumptem Pawła Gąsienicy, ponoć ze zbójnickich pieniędzy, jako zadośćuczynienie za wieloletnie rozboje. Stoi ona do dziś na placyku pomiędzy starym kościołem a zabytkowym cmentarzem na Pęksowym Brzyzku. Jest to najstarszy zabytek Zakopanego.

 Tymczasem w 1842 cesarz Ferdynand I otrzymał do aprobaty akt założenia osobnej parafii w Zakopanem. Formalności trwały jednak jeszcze trzy lata i dopiero w 1845 roku Najjaśniejszy Pan wydał w tej sprawie specjalny dekret, a nowokreowani parafianie przystąpili, na koszt Klementyny Homolacsowej, do budowy drewnianej świątyni.

Główna część kościółka została ukończona pod koniec 1847 roku. W tym też czasie przybył do Zakopanego pierwszy proboszcz nowo utworzonej parafii - Józef Stolarczyk. Został mianowany na to stanowisko w wyniku konkursu, zresztą nieco podmanipulowanego. W sierpniu 1847 r. Konsystorz biskupi w Tarnowie rozpisał konkurs na stanowisko proboszcza w Zakopanem. Do 21 sierpnia 1847 zgłosiło się siedmiu kandydatów, 27 tegoż miesiąca listę tę przedstawiono Klementynie Homolacsowej jako patronowi parafii do decyzji. I dzień później, 28 sierpnia 1847 na liście pojawiło się nazwisko Józefa Stolarczyka, z określeniem obecnego stanowiska jako „adm. Szaflary” – choć był już od kwietnia w Tarnowie, jako wikariusz katedralny. I to właśnie jego z początkiem listopada 1847 r. Klementyna Homolacsowa zaprezentowała na stanowisko proboszcza zakopiańskiego, a 4 listopada 1847 Stolarczyk otrzymał kanoniczną instytucję (wg Kroniki parafialnej – dopiero 30 listopada). W swoich zapiskach Stolarczyk zawsze pamiętał o wdzięczności dla właścicieli dóbr zakopiańskich i podkreślał, że był protegowanym Klementyny Homolacs, co zresztą na początku nie usposabiało do niego przychylnie miejscowych górali, pozostających w ciągłych sporach z „panią dziedziczką”..

Ukończył wtedy już 30 lat i pod Giewontem miał spędzić niemal pół wieku. Był „prawie Podhalaninem” - urodził się w Wysokiej koło Jordanowa, w Beskidach. Mówi się o nim, że to on wybudował stary kościół zakopiański. To nieprawda - niewielka świątynia była już w swej głównej części gotowa przed jego przybyciem do Zakopanego. Ale ksiądz Józef kościół rozbudował, zaopatrzył w wieżę i dzwonnicę, a przede wszystkim - wybudował kościół w sercach Zakopiańczyków, nie przyzwyczajonych do współpracy z duszpasterzem i nie nawykłych do religijnych obowiązków.

 Można także nazwać Stolarczyka jednym z głównych twórców cywilizacji zakopiańskiej - o ile oczywiście przyjmiemy, że cywilizacja w ogóle do Zakopanego kiedykolwiek dotarła. Bowiem zaraz po przybyciu pod Giewont założył tu pierwszą szkołę parafialną (w 1848 r.), gdzie nauczycielami byli początkowo kolejni organiści i sam proboszcz. On to pierwszy dostrzegł rodzącą się nową, letniskową funkcję Zakopanego i zaczął namawiać górali, by odstępowali przybyszom na lato swoje izby, a potem - by budowali specjalne domy dla gości. Sam zresztą także dwa takie domy wystawił (przy początku ul. Nowotarskiej i przy ul. Chałubińskiego). W zarobkach, uzyskiwanych od letników widział oręż w walce z przerażającą nędzą, która demoralizowała jego parafian. Po latach mocno się zastanawiał, czy dobrze robił, czy nie przeniósł w ten sposób moralności swych owieczek z deszczu pod rynnę...

 Był także ksiądz Stolarczyk jednym z najwybitniejszych taterników swojej epoki. Zwiedził może najwięcej szczytów i przełęczy spośród wszystkich turystów, chodzących w owych czasach po Tatrach, uczestniczył w pierwszym turystycznym przejściu Mięguszowieckiej Przełęczy pod Chłopkiem, jako pierwszy zdobył Baranie Rogi, był siódmym turystą na Gerlachu i jednym z pierwszych na Lodowym. To on - a nie, jak zwykło się uważać, Chałubiński - stworzył zawód przewodnika tatrzańskiego, przyuczając dawnych kłusowników i juhasów do prowadzenia po górach: najpierw „księdza jegomości”, potem przyjeżdżających do Zakopanego letników.

 Był ksiądz Stolarczyk także jednym z prekursorów Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego - nie zawsze zresztą występując jako ratownik... Organizował, co prawda, ekspedycję ratunkową, gdy panna Steczkowska z prowadzoną przez siebie wycieczką zbłądziła w Czerwonych Wierchach, ale bardziej jest znany jego „bierny udział” w wyprawie ratunkowej na Giewoncie. Walery Eljasz opisał, jak to pleban wędrował kiedyś przez grań Długiego Giewontu i dotarł do wąskiej szczerbinki, otoczonej ze wszystkich stron przepaściami. Był pokaźnej tuszy i utkwił w skale na amen. Na szczęście miał głos równie okazały jak posturę, zaczął przeto wzywać ratunku i usłyszeli go juhasi pasący owce na Hali Kondratowej. Zobaczywszy co się dzieje, szybko weszli na grań i na pasach czy powrozach wydobyli Jegomościa z opresji.

 Stolarczyk doskonale opanował gwarę podhalańską i często miewał kazania - jak to mówił - „po ludowemu”. Były to w pewien sposób arcydzieła publicystyczne i należy tylko żałować, że w jego czasach nie było magnetofonów i nie można było wiernie zanotować tych wypowiedzi. Zapisali je, co prawda, we fragmentach jego współcześni - literaci i pamiętnikarze, m.in. Andrzej Stopka Nazimek, Andrzej Chramiec, Stanisław Witkiewicz i Ferdynand Hoesick. Ten ostatni zaliczył Stolarczyka do „legendowych postaci zakopiańskich”, obok Chałubińskiego i Sabały, sporo zresztą na temat wszystkich trzech fantazjując.

 Stolarczyk trafił do literatury tatrzańskiej i na kartach niemal wszystkich książek i artykułów, traktujących o XIX-wiecznym Zakopanem przedstawiano jego postać. Pisywali o nim również XX-wieczni literaci (Kurek, Wnuk, Barnaś) na ogół znacznie rozmijając się w prawdą i czerpiąc wzory z Pana-Hoesickowych fantazji.

 Sam Stolarczyk zresztą miał niezłe pióro i opublikował na łamach „Pamiętnika Towarzystwa Tatrzańskiego” ciekawy opis swej wycieczki na Gerlach. Dla historyków bezcennym dokumentem jest prowadzona przezeń przez kilkadziesiąt lat Kronika Parafii Zakopiańskiej, ukazująca dzieje wsi pod Giewontem w pierwszym okresie kształtowania się tatrzańskiej legendy. Hoesick w swoim dziele Tatry i Zakopane opublikował parę wierszy religijnych, dość okropnych, ponoć autorstwa zakopiańskiego plebana. Podobno też komponował, prowadził w kościele lekcje śpiewu, uczył higieny i... dobrej kuchni.

 Nie należy oczywiście idealizować postaci Stolarczyka. Miał on, jak każdy, swoje wady i dziwactwa, które zresztą tylko przydają blasku jego postaci. Mówiono o nim, że był dusigroszem, niezmiernie łasym na „dudki” - tak dla parafii, jak i dla siebie. Ale gdy zna się nędzę, z jakiej wyrósł i w jakiej się wychował - jest to dość zrozumiałe. Z drugiej strony, wiemy z zapisków właściciela Czorsztyna, Marcelego Drohojowskiego, że ksiądz Stolarczyk był jednym z najgorliwszych płatników tzw. podatku narodowego w czasach Powstania Styczniowego... Ale wcześniej Powstania Chochołowskiego nie poparł.

 Mówiono też, że był bardzo czuły na wdzięki niewieście, - no, ale kto na nie nie jest czuły? Kilka rodzin zakopiańskich chlubi się bliskimi więzami krwi z pierwszym proboszczem...

 Może na zasadzie nożyc, odzywających się po uderzeniu w stół, miał uraz na punkcie nieślubnych dzieci i - jak podają góralscy autorzy wspomnień z tamtych czasów - wszystkie pochodzące z nieślubnych związków dziewczęta chrzcił imieniem Urszula, zaś chłopców - Kazimierz. Zakopiańczycy oczywiście owych Stolarczykowych imion nie przyjmowali i nazywali swoje dzieci inaczej, a życie do tych plebanowych idiosynkrazji dopisało zabawną pointę: otóż następcą księdza Stolarczyka został ksiądz Kazimierz Kaszelewski...

 Inną, także z memuarów pochodzącą anegdotą jest opowieść o tym, jak przystąpiwszy do budowy murowanego kościoła przy Krupówkach, Stolarczyk przy spowiedzi zadawał za pokutę dostarczanie kamienia budowlanego - osobliwie za grzech cudzołóstwa. Mury kościoła niezwykle szybko rosły...

 Ksiądz Stolarczyk walczył z kultem zbójnictwa, które po prawdzie w jego czasach już od dawna zatraciło jakikolwiek romantyczny charakter (dyskusyjne jest to, czy w ogóle naprawdę miało go kiedykolwiek!), a stało się zwykłym bandytyzmem: ostatni zakopiański zbójnik, współczesny Stolarczykowi Wojciech Mateja trafił do więzienia w Wiśniczu za bestialskie zamordowanie bezbronnej kobiety. Stolarczyk tępił ludowe malarstwo na szkle - z jednej strony jako przejaw owego kultu zbójnictwa, z drugiej - jako objaw bałwochwalstwa. Po latach, gdy zapanowała moda na ludowe malarstwo - wzorców trzeba było szukać daleko za Gubałówką, gdzie wpływy (i laska...) księdza Józefa nie sięgały.

 Pozostała po nim nazwa „Przełęcz Stolarczyka”, pomiędzy Baranimi Rogami a Czarnym Szczytem w Tatrach Wysokich na Słowacji. Ocalał przy ul. Nowotarskiej dom przezeń wzniesiony - dom, w którym zatrzymywali się m.in. Sienkiewicz (co upamiętnia tablica na ścianie) i Matejko. Przez kilkadziesiąt lat przy ul. Chałubińskiego znajdował się młodzieżowy Dom Wycieczkowy im. Stolarczyka, ale spłonął i nie został odbudowany. Po przeszło 4-letnich wysiłkach udało mi się wywalczyć u władz miasta, by imię Stolarczyka nadano bezimiennej dotąd alei przebiegającej u podnóża Lipek, z pięknym widokiem na Tatry. Pozostał ksiądz Stolarczyk przede wszystkim na kartach historii Zakopanego, którą tak aktywnie współtworzył...

 Przyjaźnił się ze wszystkimi czołowymi osobistościami tatrzańskimi swojej epoki - m.in. z Chałubińskim, który wyratował go od śmierci podczas epidemii cholery. Był współtwórcą Towarzystwa Tatrzańskiego i jego działaczem. W swej plebanii przyjmował członków domu panującego, artystów i zwykłych letników, którzy dowiadywali się u niego o mieszkania, przewodników czy o adresy znajomych. Stanowił najlepszy łącznik między „tubylcami” a gośćmi, a także między epoką tatrzańskich pionierów a okresem „Młodej Polski Tatrzańskiej”.

*

Gdy w Kuźnicach dudniły młoty i dymił wielki piec, do dworu Homolacsów, do karczmy lub maleńkich domków hamerników i hawiarzy przyjeżdżali goście z dalekich często stron, z rozmaitych dziedzin podzielonej Polski. Wiodła ich w Tatry nie tylko chęć przygody i sława pięknego krajobrazu; przyjeżdżali tu także na leczenie.

 Od lat wiedziano o tym, że górski klimat sprzyja leczeniu rozmaitych schorzeń - przede wszystkim chorób górnych dróg oddechowych. Choć, po prawdzie, trudno wyobrazić sobie miejsce mniej sposobne do leczenia płuc: wąska, zacieniona dolina, w której słońce pokazywało się z rzadka, wilgotna, z rozlewającym się po całej polanie nieuregulowanym jeszcze potokiem Bystra, od którego odchodziły nitki młynówek, pełna dymu i hałasu. Podstawą kuracji były wszakże nie inhalacje czy kąpiele słoneczne, ale pijanie żentycy.

 Doprawdy, trudno wytłumaczyć sobie, dlaczego picie owczej serwatki miało pomagać na gruźlicę i inne choroby płuc. Żeby na żołądek - to jeszcze można by zrozumieć! Zapewne terapia odbywała się trochę metodą nie wprost: żentycę pijało się przeważnie na tatrzańskich halach, w czystym powietrzu, dokąd dotarcie wymagało pewnego wysiłku i, by tak rzec, dobrej wentylacji płuc. W dodatku tryb życia ówczesnych bywalców Zakopanego był bardzo czynny, zaś jedzenie, choć skromne to jednak zdrowe - wszystko to poprawiało przemianę materii i wzmacniało organizm, który sam walczył z chorobą. A żentyca była niejako przy okazji...

 Inna rzecz, że owcza serwatka ma takie specyficzne właściwości, które skłaniają osobę jej zażywającą do pospiesznego udawania się w okoliczne krzaki kosodrzewiny, możliwie gęstej. Kosodrzewina zaś, jak wiadomo, wydziela rozmaite lecznicze olejki eteryczne, które mogą poprawić stan płuc... No i tak żentyca leczyła płuca.

 W II połowie XIX wieku rozwinęło się bardzo lecznictwo hydropatyczne i moda na rozmaitego rodzaju kąpiele dotarła na ziemie polskie, w tym także do Zakopanego. W 1875 roku lekarz kuźnickiej huty, dr Ludwik Ganczarski, założył pierwszy pod Giewontem zakład wodoleczniczy, w którym odbywały się kąpiele żużlowe i iglicowe. Brzmi to niezbyt zachęcająco, ale kuźnicki medyk na brak klientów nie narzekał: łazienki Ganczarskiego, w których kąpano się w wodzie, ogrzewanej blokami żużla wielkopiecowego, lub też w wywarze z igiełek cetyny świerkowej stały w miejscu, gdzie dziś jest plac przed dolną stacją kolejki na Kasprowy.

 Warto sprostować przy okazji powtarzaną czasem nieprawdziwą informację o tym, jakoby dr Andrzej Chramiec był założycielem pierwszego zakładu leczniczego w Zakopanem (tak m.in. napisano na jego nagrobku na Starym Cmentarzu). Pierwszym był właśnie Ganczarski, drugim - jego następca, dr Wenanty Piasecki, zaś Chramiec wybudował swój zakład jako trzeci.

 Kuźnice w owych latach żyły niejako własnym życiem: mało kto z gości zaglądał pod Gubałówkę, do „wiejskiego” Zakopanego. Natomiast stałymi łącznikami byli oczywiście góralscy hamernicy i hawiarze; część z nich pochodziła z Olczy i Bystrego, część zaś z Zakopanego i Kościelisk. Uczęszczana przez nich ścieżka między Hamrami a przysiółkiem Nawsie z czasem stała się główną ulicą Zakopanego, noszącą dziś nazwę Krupówki. Złośliwi mówią też, że była to zakopiańska „droga grzeszników”: górnicy, nagrzeszywszy w kuźnickiej karczmie, szli tędy do spowiedzi u księdza Stolarczyka w drewnianym kościółku...

 Od mniej więcej połowy ubiegłego stulecia zaczynają zjeżdżać do Zakopanego letnicy, szukający tu nie tyle zdrowia, ile wypoczynku. Jedną z pierwszych znanych z nazwiska osób, które zatrzymały się w Nawsiu koło kościółka, był w 1855 r. Jan Kanty Steczkowski, profesor matematyki i astronomii na krakowskim uniwersytecie. Jak już wiemy, w 1858 r. jego córka, Maria Steczkowska, opublikowała anonimowo pierwszą książkę o charakterze przewodnika do Zakopanego: Obrazki z podróży do Tatrów i Pienin.

Druga połowa XIX wieku to coraz intensywniejszy rozwój Zakopanego: powstają nowe domy, wiele budowanych jest myślą o letnikach. Pierwszym jakby hotelem staje się dom „hrubego gazdy” Jana Gąsienicy Staszeczka przy Krupówkach: tam w 1848 roku mieszkał po przyjeździe do Zakopanego ksiądz Stolarczyk, tam też w 30 lat później stanął dr Tytus Chałubiński. Natomiast centrum „usługowym” stał się po 1870 roku dom Józefa Krzeptowskiego, pierwszy w tej okolicy budynek piętrowy (dziś jest tam znana kawiarnia „U Wnuka”). Tam właśnie powstała karczma, sezonowa poczta (poprzednio mieściła się w Kuźnicach) i tam ulokował swój sklep starozakonny kupiec z Nowego Targu, Samuel Riegelhaupt. Był to najlepszy dowód rodzącej się prosperity Zakopanego. Tam także umiejscowiono pierwszy klub (nazywany kasynem) Towarzystwa Tatrzańskiego, z czasem przeniesiony do wybudowanego w 1882 r. Dworca Tatrzańskiego przy Krupówkach.

 W owych też latach Zakopane zyskało niejako samodzielność administracyjną: w 1867 r. w miejsce dawnej gromady powstała tutaj autonomiczna gmina, obejmująca także sąsiednie Kościelisko, co odpowiadało strukturze dóbr zakopiańskich (wcześniej nazywanych „Dominium Kościelisko”, gdyż przy hucie w Dolinie Kościeliskiej początkowo znajdowała się administracja całego regionu). Wybrano wtedy pierwszych 24 radnych, z wójtem Janem Gąsienicą Staszeczkiem na czele.

 *

I wkrótce potem w Zakopanem pojawił się Tytus Chałubiński, „lekarz starej Warszawy” - tak go niekiedy nazywano. Ale częściej wiąże się Tytusa Chałubińskiego z Tatrami, przydając mu miano „odkrywcy Zakopanego” i głównego propagatora turystyki i lecznictwa. Zasługi warszawskiego lekarza dla podtatrzańskiej wioski są wielkie i wszechstronne, jednakże uważanie go za Kolumba tatrzańskiej Ameryki, jest - w świetle faktów historycznych - mocno przesadzone.

 Rok 1873 - rok pierwszego dłuższego pobytu Chałubińskiego pod Giewontem - słusznie uważa się za pewnego rodzaju cezurę w historii Zakopanego. Ale raczej nie z powodu owego „odkrycia”: ksiądz Józef Stolarczyk w swej „Kronice parafii zakopiańskiej” odnotował: Gości tego roku więcej jak bywało - koło 400 osób. Najwięcej z Warszawy i Krakowa. Jeżeli więc 400 osób zdecydowało się podjąć męczącą, kosztowną i skomplikowaną organizacyjnie wyprawę do Zakopanego (furką góralską dwa dni z Krakowa, z noclegiem w Zaborni, a jak ktoś się pokwapił rano, to w Nowym Targu) - to znaczy, że Zakopane było już „całkiem dobrze odkryte”. Tatry popularyzowane były od lat w książkach i artykułach prasowych, a nawet, jak wiemy, miały wówczas już trzy opracowania o charakterze przewodnikowym: Obrazki Steczkowskiej oraz przewodniki Janoty i Eljasza. Większość znaczniejszych szczytów była już zdobyta...

 Uważa się, że Chałubiński był czołowym taternikiem swojej epoki. Owszem, był wybitnym turystą, ale taternictwa odkrywczego na większą skalę nie uprawiał, choć kroniki notują jego pierwsze wejścia na Lodowy Szczyt wprost od południowego-wschodu czy pierwsze turystyczne przejście przez Kozią Przełęcz. Jakże często zapomina się, że warszawski doktor, gdy zaczął na większą skalę uprawiać turystykę, był już po pięćdziesiątce! Gdy dodamy do tego jeszcze piknikowy charakter wielu kierowanych przezeń wycieczek - jego osiągnięcia tatrzańskie i tak są doprawdy godne podziwu.

 Przyjrzyjmy się zatem bliżej tej postaci.

Urodzony w 1820 roku w Radomiu, studiował medycynę i botanikę, uzyskując doktorat w Würzburgu w wieku 25 lat. Po powrocie do Warszawy podjął pracę w szpitalu ewangelickim i wkrótce dał się poznać jako wybitny diagnosta i wielki społecznik. W czasie Wiosny Ludów, wg przekazów rodzinnych przedostał się po kryjomu na Węgry, gdzie brał udział w powstaniu u boku swego znajomego – generała Józefa Bema. W drodze powrotnej mógł zobaczyć Tatry, może nawet przez ich przełęcze wracał sekretnie do domu. Musiały go urzec już wtedy, bo wkrótce powrócił – jak sam opisywał, zwiedzał je dokładniej w czasie pobytów w 1852 i 1858 roku.

Od 1854 roku był profesorem Akademii Medyko-Chirurgicznej i Szkoły Głównej. Leczył bogatych za grube pieniądze i warszawską biedotę za darmo, szczególną popularność zdobywając w środowiskach artystycznych. Sam był dobrym znawcą muzyki, bywał w teatrze, dobrze pisał, w późniejszym czasie kolekcjonował melodie góralskie, samemu notując je w nutach.

W 1873 r. Chałubiński z żoną i jej przyjaciółką przybył po raz pierwszy na dłużej do Zakopanego i związał się z nim na zawsze. Chałubińscy zamieszkali wówczas w niewielkim domu przy Krupówkach (dziś Krupówki 9, gdzie jest sklep muzyczny) należącym do Jana Gąsienicy Staszeczka. Stołowali się w pobliskim domu na wzgórzu, gdzie z czasem powstał pensjonat „Staszeczkówka”, a dziś jest restauracja i hotel „Sabała”. Gospodyni, chcąc podjąć zacnych gości jak najwystawniej, zaprosiła ich na zupę poziomkową. Na słodko – ale na rosole… Nie dało się zjeść. Pani Chałubińska wraz przyjaciółką postanowiły nauczyć góralki gotować. Żona doktora nie stroniła od uciech gastronomicznych, czego efektem była jej pokaźna tusza, zaś przyjaciółka nazywała się… Lucyna Ćwierciakiewiczowa i była autorką najpopularniejszej polskiej książki kucharskiej: 365 obiadów.

Już po miesięcznych wywczasach dr Chałubiński musiał powrócić jednak do zawodowych obowiązków: 1 września wybuchła pod Giewontem epidemia cholery i warszawski lekarz podjął trud ratowania górali przed zarazą. Pomagał mu w tym dziele jego uczeń i przyjaciel, dr Witold Urbanowicz, rodem ze Żmudzi. Ich to staraniom zawdzięczało Zakopane to, że choleryczna śmierć zabrała ledwie kilkanaście osób. Chałubiński leczył, wprowadzał zasady higieny, rozdawał lekarstwa, zwalczał ciemnotę i zabobony. Uratował od śmierci wielu mieszkańców podtatrzańskiej wioski, w tym samego proboszcza Stolarczyka, z którym połączyła go serdeczna przyjaźń.

Od tamtej pory przyjeżdżał do Zakopanego co roku i w popularyzacji Tatr i Podhala odegrał ogromną rolę. Przesadą jest nazywanie go „odkrywcą Zakopanego”, gdyż jeżdżono tu często już od co najmniej 20 lat, ale to Chałubiński rozpropagował Tatry w środowiskach najbardziej opiniotwórczych, lansując pogląd o zbawiennym wpływie klimatu górskiego dla leczenia rozmaitych. Ulubionym jego towarzyszem wypraw (ale nie „przyjacielem”, jak się często mó­wi) był Jan Krzeptowski Sabała, uosabiają­cy dla Chałubińskiego żywą tradycję dawnej góralszczyzny. To właśnie Sabała nazywał doktora „Jego Miłość”, obrazując tym zwrotem i umiłowanie Tatr i góralszczyzny przez doktora, i wielki szacunek, jakim cieszył się wśród górali.

W 1879 r. Chałubiński kupił w Zakopanem sporą połać gruntu i na nim Wojciech Roj postawił doktorowi w 1882 r. dom. Na stale zamieszkał tu Chałubiński z początkiem 1888 r., kiedy to po wycieczce na Rohacze doznał wylewu i choć paraliż potem ustąpił - do zdrowia już nie powrócił. Zmarł rok później w Zakopanem i kazał się pochować na Starym Cmentarzu. Jego imię nosi ulica, przy której stał jego dom, muzeum, do którego powstania się przyczynił, szpital zakopiański, a przedtem – także sanatorium, mieszczące się tam, gdzie dziś jest siedziba starostwa tatrzańskiego. Uhonorowano go w Zakopanem dwoma pomnikami wystawionymi w początkach XX wieku – jeden opodal posiadłości Chałubińskich, przy zbiegu ulic Chałubińskiego i Zamoyskiego, drugi – koło obecnego starostwa. W Tatrach jego imieniem nazwano przełęcz opodal Szpiglasowego Wierchu, którędy prowadzi ścieżka między Doliną za Mnichem a Doliną Ciemnosmreczyńską.

Cóż więc „odkrył” Chałubiński? Dlaczego to właśnie jemu na powitanie budowali górale bramy triumfalne, czemu to jego nazywano „Królem Tatr”?

 Chałubiński stworzył coś, bez czego nie mogłaby powstać legenda Tatr i mit Zakopanego: stworzył modę na Zakopane. Dużą część jego pacjentów, a niemniej przyjaciół stanowili warszawscy ludzie sztuki: pisarze, dziennikarze, malarze, aktorzy i muzycy. Ich to właśnie doktor kierował w Tatry dla zdrowia, czy wypoczynku psychicznego. To oni stanowili większość uczestników słynnych wypraw górskich Chałubińskiego, o których szeroko opowiadano sobie po Polsce. Wyprawy te zresztą miały szczególny koloryt: brało w nich udział zwykle kilku czy kilkunastu turystów, każdy miał do dyspozycji własnego przewodnika, a co słabsi nawet i dwóch, prócz tego w wycieczce brała udział kilkuosobowa kapela góralska, no i tragarze, nazywani barwnie „chłopami pod torbę”. A nosić było co, bo zazwyczaj ekskursja trwała kilka dni, a zatem zabierano ze sobą namiot, bieliznę, ciepłe okrycia, koce, rzecz jasna jedzenie i picie, często nawet wodę na herbatę i drewno na opał, bowiem panowie nierzadko mieli fantazję spędzać noce na szczytach czy wysokich przełęczach (zwykle dla pięknego widoku wschodzącego słońca), gdzie nie było nie tylko wody, ale i nie rosła nawet kosodrzewina. Noce w górskiej scenerii, spędzane przy ognisku pod gołym niebem pobudzały zmysł artystyczny gości Chałubińskiego, a ich zachwyt - wyrażony potem w licznych publikacjach prasowych czy książkowych, w dziełach sztuki czy w towarzyskich rozmowach - niósł się szeroko po Polsce. Propagatorzy Tatr z kręgu Chałubińskiego byli ludźmi znacznie bardziej „opiniotwórczymi” niż wszyscy poprzedni pionierzy. To właśnie Chałubiński wylansował - może trochę mimo woli - opinię o Zakopanem, jako mieście, gdzie muszą bywać artyści. Co stało się - głównie z przyczyn snobistycznych - jednym z podstawowych motorów, napędzających w końcu XIX wieku „zakopiańską koniunkturę”. Mit ten zresztą żywi się sam sobą: do Zakopanego jeżdżą artyści, dlatego, że... do Zakopanego jeżdżą artyści. Jeżdżą tu także ci, którzy się za artystów uważają, ci, którzy chcą, żeby ich uważać za artystów, ci wreszcie, którzy chcą artystami zostać. Także ci, którzy mają nadzieję, że wysokość (nad poziom morza) Zakopanego podniesie poziom ich dzieł... Także ci, którym imponuje bywanie wśród artystów.

Choroby, przy których Chałubiński zalecał pobyt w Zakopanem, to przede wszystkim nieżyty górnych dróg oddechowych i wczesne stadia gruźlicy, niedokrwistość na rozmaitym tle i nerwice. Szczęśliwe to czasy, w których w Zakopanem leczono się z nerwicy, a nie nabawiano się jej!

Sam Chałubiński zresztą trafił do Zakopanego w kiepskim stanie nerwów: niedawno ożenił się, już po raz trzeci, ale za to z narzeczoną z czasów studenckich, która przed kilkudziesięciu laty wyszła z mąż za jego przyjaciela, Ludwika Krzywickiego... Po latach rozpadły się małżeństwa Krzywickich i Chałubińskich, doktor powrócił do swej młodzieńczej miłości, ale jego dorosłe już dzieci z poprzedniego małżeństwa nie chciały pogodzić się z nową sytuacją. Jednakże właśnie latem 1873 roku sprawy przyjęły dobry obrót: dzieci zaakceptowały macochę, zaś Chałubiński pogodził się z Krzywickim. Jako votum dziękczynne za tak szczęśliwy happy-end doktor wzniósł żelazny krzyż na szczycie Gubałówki (mylnie czasem wiązany z opanowaniem przez Chałubińskiego epidemii cholery).

 Jak najsłuszniej pisał w książce Na przełęczy Stanisław Witkiewicz, że nie było w owych latach w Zakopanem takiej dobrej sprawy, która nie wiązałaby się z osobą Tytusa Chałubińskiego. Poza propagowaniem podtatrzańskiej wioski w szerokich kręgach inteligencji polskiej, przyczynił się on w znacznym stopniu do stworzenia zawodu przewodnika tatrzańskiego, współdziałał w uruchomieniu w Zakopanem Szkoły Snycerskiej i później Szkoły Koronkarskiej, założył pod Giewontem Towarzystwo Zaliczkowe pełniące funkcję banku spółdzielczego, nauczył górali uprawiać koniczynę. Nadto, w ciągu kilkunastu lat swej zakopiańskiej działalności sprawował rząd dusz i uchodził za największy i niekwestionowany autorytet w sprawach Tatr i Zakopanego.

*

To właśnie najpierw ksiądz Stolarczyk, a potem Tytus Chałubiński uczyli zakopiańskich górali tego, jak trzeba zachowywać się wobec gości, których początkowo ksenofobiczni wieśniacy nie chcieli akceptować (choć, oczywiście, nie mieli nic przeciwko ich dudkom…), oni też wykształcili pierwszą kadrę przewodnicką, nad którą dopiero w 1875 r. Towarzystwo Tatrzańskie objęło patronat. Tych wybitnych przewodników – inteligentnych, odważnych, ofiarnych i życzliwych, wspaniale znających Tatry i będących niezłymi psychologami są dziesiątki. Monografię przewodnictwa napisała przed laty nieoceniona badaczka spraw tatrzańskich i podhalańskich – Zofia Stecka, więc tam trzeba szukać bardziej szczegółowych informacji. Dziś chciałbym wspomnieć z tego grona jedynie trzy nazwiska.

Pierwszeństwo należy się nestorowi przewodnictwa, patronowi krakowskiego Koła Przewodników Tatrzańskich – Maciejowi Gąsienicy-Sieczce. Urodzony w Zakopanem w 1824 roku, początkowo myśliwy w polowaniach na kozice i niedźwiedzie, potem – z ramienia Towarzystwa Tatrzańskiego – strażnik przyrody, był świetnym znawcą Tatr i doskonałym opiekunem turystów, często opisujących jego działalność jako wzór dla innych przewodników. To właśnie jemu Adam Asnyk poświęcił piękny wiersz Maciejowi Sieczce, przewodnikowi w Zakopanem. Prowadził w góry także m.in. Eugeniusza Janotę, ks. Stolarczyka, Walerego Eljasza, Leopolda Świerza, Natalię Janothównę (Sieczka słynął z dwornego obchodzenia się z paniami), Chałubińskiego ojca i syna, Mieczysława i Jana Gwalberta Pawlikowskich… Jako pierwszy wszedł na Świnicę w 1867 r., był pierwszy na Mięguszowieckim w 1877, od północy jako pierwszy wszedł na Łomnicę w 1878, był pierwszy na Mnichu w 1879 lub 1880, na Jastrzębiej Turni i na Szatanie w 1880, był jedną z pierwszych osób na szczycie Lodowego, był drugi na Wysokiej, brał także udział w pracach speleologicznych Jana Gwalberta Pawlikowskiego w Dolinie Kościeliskiej. Zmarł w 1897 r. i został pochowany na Starym Cmentarzu w Zakopanem.

Palmę pierwszeństwa oddałem tu Sieczce, ale prawdę powiedziawszy starszy odeń i może bardziej doświadczony – ale nieco mniej „rozpracowany literacko” był Jędrzej Wala starszy, urodzony w 1820 roku w Zakopanem, początkowo zawołany polowac na kozice, potem wraz z Maciejem Sieczką – strażnik przyrody i tępiciel kłusowników, co mu zresztą miano za złe twierdząc że zwalczając kłusowników po prostu blokuje swoją konkurencję… Już w połowie XIX wieku był wymieniany jednym tchem z Sieczką jako znakomity znawca Tatr, prowadzący turystów m.in. w rejon Krywania, Hrubego, Doliny Batyżowieckiej…  Bywał w Tatrach m.in. w towarzystwie Marii Steczkowskiej, Eugeniusza Janoty, Maksymiliana Nowickiego, ks. Józefa Stolarczyka, Walerego Eljasza, Leopolda Świerza. W 1867 r. prowadził Stolarczyka na Baranie Rogi w czasie pierwszego wejścia na ten szczyt, jako jeden z pierwszych Polaków był też na Lodowym i na Gerlachu. Pomagał Nowickiemu w badaniach entomologicznych, dostarczał mu też cennych informacji o życiu świstaków i kozic. Zmarł w 1896 r. i został pochowany na Starym Cmentarzu.

Uczniem ich obydwu, a zarazem najsłynniejszym przewodnikiem następnego pokolenia był Klemens Bachleda, zwany Klimkiem, urodzony w 1849 r. na Bachledach w Zakopanem. Wcześnie osierocony, zarobkował jako parobek u bogatych gazdów, juhas, najemny pracownik na Słowacji, w 1873 r. w czasie epidemii cholery pomagał Chałubińskiemu w pielęgnowaniu chorych, był także grabarzem. Pracował jako cieśla, był kłusownikiem – i przede wszystkim był świetnym znawcą Tatr. Obdarzonym niezwykłym instynktem drogi, był nazywany „królem przewodników tatrzańskich”. Karierę przewodnicką rozpoczął już pod egidą Towarzystwa Tatrzańskiego, zdobywając blachę przewodnika I klasy w 1886 r. i przez 30 lat odgrywał w przewodnictwie najwybitniejszą w Polsce rolę, a jego osobista kultura, uczciwość, ofiarność i rozwaga, w połączeniu z dzielnością i pracowitością sprawiły, że był także najbardziej poszukiwanym towarzyszem górskich wypraw. Prowadził w Tatry m.in. Karola Potkańskiego, Kazimierza Tetmajera, Stanisława Eljasza-Radzikowskiego, Janusza Chmielowskiego, Mieczysława Karłowicza. Jego sława i popularność trafiły szybko do literatury, trwając znacznie dłużej niż jego życie, co przejawiło się m.in. w tym, że np. Jalu Kurek przypisywał mu zasługi innych przewodników i opisując niektóre wspinaczki Karłowicza, „zmienił” mu przewodnika z Jana Gąsienicy Tomkowego na Klimka.

Bachleda był m. in. zdobywcą Staroleśnego Szczytu, Ganku, Rumanowego, Kaczego Szczytu, Zadniego Mnicha i Kozich Czub, uczestniczył w pierwszych zimowych wejściach na Gerlach i na Bystrą, jako drugi był na Mnichu i Żabim Koniu. Był w 1909 r. współtwórcą Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego, w którym pełnił funkcję zastępcy naczelnika – Mariusza Zaruskiego. Właśnie w służbie Pogotowia w czasie wyprawy ratunkowej po Stanisława Szulakiewicza, który w 1910 r. uległ wypadkowi na północnej ścianie Małego Jaworowego Szczytu, 61-letni Klimek w fatalnych warunkach atmosferycznych nie przerwał akcji, i mimo zaleceń Zaruskiego, odwiązał się od ubezpieczającej go liny i próbował dotrzeć do rannego. Zginął porwany lawiną kamienną w żlebie Wyżniej Rówienkowej Przełęczy. Jego śmierć była dla środowiska górskiego szokiem, oskarżano nawet Zaruskiego jeśli nie o jej spowodowanie, to o niewłaściwe przeprowadzenie akcji, ale niezależne komisje badające tę sprawę stwierdziły, że winę za wypadek ponosi wyłącznie niezwykła dobroć i ofiarność samego Klimka. Szulakiewicza także nie udało się uratować.

Klemens Bachleda został pochowany na zakopiańskim Nowym Cmentarzu, i do dzisiaj wiele osób uważa to za coś w rodzaju profanacji twierdząc, że tak zasłużony przewodnik i ratownik powinien spocząć na Pęksowym Brzyzku. Ale nie pamięta się o tym, że w tamtym czasie Stary Cmentarz był zamknięty z powodów sanitarnych, a status cmentarza zasłużonych (notabene tylko zwyczajowo) zyskał dopiero w 1931 r.

*

Dziś rola przewodnika zmieniła się znacznie w stosunku do lat sprzed I wojny światowej. Ze zdobywcy, ochroniarza i pomocnika turysty przewodnik tatrzański zmienił się w pilota wycieczki, informatora i promotora spraw tatrzańskich. Nie jest to wszakże rola mniejsza, a wydarzenia ostatnich lat – mam na myśli wypadki, którym ulegały wycieczki, idące w Tatry w nieodpowiednich warunkach bez przewodnika - pokazują, że do dziś duchowi spadkobiercy Macieja Sieczki i Klimka Bachledy są w Tatrach równie ważni. W dodatku, znacznie poszerzył się zakres wiedzy, jakiej powinni używać w swej pracy. W stosunku do czasu pierwszych zdobywców powiększyła się tysiąckrotnie liczba osób, chodzących co roku w Tatry. Niestety, zapewne w niemniejszej proporcji powiększyła się także ich ignorancja. Stąd wielkie znaczenie szkolenia przewodnickiego i stałego podkreślania tego, że przewodnicy tatrzańscy winni stanowić elitę osób, związanych z Tatrami. Ten kurs niewątpliwie zakres tej elity powiększy.