Maciej Pinkwart
Od autora
Przyjemność trzeba umieć dozować, sobie i innym. Po przyjemności, jaką sprawiło
mi napisanie i opublikowanie pierwszego tomu opowiadań (Denaturalizm),
wydawało mi się, że następny tom powstanie błyskawicznie, no bo frajda była
rzeczywiście spora. Ile osób się obraziło! Ale jakoś tak się potem ułożyło, że
musiałem zająć się innymi sprawami, literackimi i nie tylko, no i tak mi trochę
zeszło…
We wrześniu 2003 r. byłem w Łebie, na plenerze jesiennym ze Szkołą Artystyczną,
i tam w ramach ćwiczeń z grupą literacką, zadałem pisanie opowiadań,
inspirowanych okolicą. No, a ponieważ kiepski to szewc, który ucząc czeladników
sam nie potrafiłby zrobić butów, więc i ja musiałem coś napisać, i tam po
wycieczce na Łebskie wydmy powstało
Pożegnanie z Afryką.
Wkrótce potem, na marginesie co i raz pojawiającej się w mediach paniki,
związanej z zagrożeniem terrorystycznym, jakoś tak samo z siebie przyszło
opowiadanie
Wizytówka.
Jego elementy są jednak znacznie starsze: oto w 1971 roku, jeszcze przed
ukończeniem studiów dziennikarskich, pracowałem w Polskim Radiu na nocnych
dyżurach, redagując dzienniki na godziny 0.00 – 3.00. Po ich napisaniu byłem
wraz z innymi redaktorami odwożony służbowym autem do domu, a mieszkałem wówczas
u pewnej prostytutki na ulicy Waliców. Dlaczego tak? A, to dłuższa historia, nie
związana z tym opowiadaniem. A ponieważ kierowcy nie chciało się podjeżdżać pod
moją kamienicę – wysadzał mnie gdzieś przy Świętokrzyskiej i dalej szedłem
piechotą. Było przeraźliwie pusto, przeważnie nawet pijaków nie było, ani
żadnych samochodów. Szedłem tak przez tych parę przecznic, słysząc tylko odgłos
własnych kroków, i w tej pustce warszawskiej tylko zmieniały się światła na
pustych skrzyżowaniach, co przypominało mi obrazki z powieści „Ostatni brzeg”
Nevila Shute’a. No i przeszło 30 lat później wykorzystałem ten widok w końcu
Wizytówki.
Trzecie z kolei opowiadanie zawdzięczam zaś faktowi, że kiedyś w Zakopanem pewna
harfistka po koncercie zostawiła instrument, który z przyjacielem nazajutrz
odwoziłem do Filharmonii Krakowskiej kursowym autobusem. Wielka przygoda…
Wreszcie w 2005 r. Renata Piżanowska napisała tekst pod tytułem
Jak właściwie pachnie wigilia,
a w nim zawarła takie zdanie:
karp przestał z radości machać ogonem… Zapachniało horrorem…
A że cały felieton był taki rzewny raczej, więc pomyślałem – no, czekaj, ja ci
opiszę takiego horrorystycznego karpia, że się nie pozbierasz… No i od tamtej
pory co roku pod choinkę Renatka dostaje opowiadanie, którego akcja przeważnie
„ociera się” niejako o tematykę świąteczną. Jedno opowiadanie ma tematykę
zbliżoną do wielkanocnej, jako utwór międzysezonowy… Zatem w latach 2003-2012
powstało kolejnych 11 opowiadań, które tu publikuję pod tytułem jednego z nich.
We wszystkich zaś przypadkach zamieszczone poniżej teksty za punkt wyjścia mają
wyimki rzeczywistości, z których próbuję budować własną nierzeczywistość. I tak
znaną drogą prowadzę Czytelników w nieznane.
A zatem Renacie dziękuję
za inspirację i motywację do skompletowania tego tomiku. Mam nadzieję, że w
przyszłości tomik ten również przeczyta.
Maciej Pinkwart