Maciej Pinkwart

 

 Atlantyda

 


 

 

 

Osoby:

 

Minos, król Krety. Także nazwa funkcji, sprawowanej przez władców Krety

Dedal – architekt, konstruktor

Kamares – arcykapłan świątyni Wielkiej Bogini na Terze

Midias – król teryjskiej Dzielnicy Czwartej, admirał.

Gaderos – król teryjskiej Dzielnicy Pierwszej

Grapas - król teryjskiej Dzielnicy Drugiej

Agatares - król teryjskiej Dzielnicy Piątej

Amires – pierwszy zastępca arcykapłana Tery

Peteras – syn arcykapłana Kamaresa

Kokalos - król teryjskiej Dzielnicy Trzeciej, później władca Trinacji

Naukrate – niewolnica Pazyfe, modelka Dedala i matka jego syna Ikara

Ikar – młodszy syn Dedala, urodzony przez Naukrate

Japyks – starszy syn Dedala, urodzony przez Pazyfe

Pazyfe – czarodziejka, żona Minosa, córka Boga Słońca i okeanidy Perseis, siostra Kirke, matka m.in. Ariadny, Fedry, Katreusa i Minotaura.

Syreny – pół-kobiety, pół-ptaki (potem: pół-ryby), uwodzące żeglarzy swoim pięknym śpiewem, potem ich zabijające i obrabowujące

Muzy – opiekunki twórczości i pracy, pierwotnie trzy: Aojde (śpiew i poezja), Melete (nauka i praca), Mneme (pamięć)

Katreus – najstarszy syn Minosa, następca tronu

Meloa i Ardena – córki króla Kokalosa

Balos – kapitan królewskiej triery Minosa

 

Miejsca:

 

Kreta, wyspa na Morzu Śródziemnym

Knossos – miasto, stolica Krety

Naksja, dziś Naksos – wyspa na Morzu Egejskim, w archipelagu Cyklady

Tera, później Tira, dziś Santorini – wyspa na Morzu Egejskim, w archipelagu Cyklady

Hut-ueret, potem Awaris, dziś Tell el-Dabaa - miasto w delcie Nilu, stolica faraonów pochodzenia hyksoskiego, z XV i XVI dynastii, w XVII i XVI w. p.n.e.

Uaset, później Teby, dziś Karnak i Luksor - miasto w Górnym Egipcie, główna stolica faraonów ze Średniego i  Nowego Państwa

Zau, później Sais, dziś Sa al-Hadżar - miasto w delcie Nilu, jedna ze stolic Egiptu i ważny ośrodek religijny i naukowy

Rode, później Rodos - wyspa na Morzu Śródziemnym, na wschód od Krety

Kupirjo, później Cypr, wyspa na Morzu Śródziemnym, między Rodos a Azją Mniejszą

Ateny, stolica greckiej Attyki

Hattusa, dziś Boğazkale, dawna stolica imperium Hetytów, w tureckiej Anatolii

Egea – teren, obejmujący większość wysp na Morzu Egejskim, podporządkowany minojskiej Krecie

Paktia, później Minoa, dziś Paros - wyspa na Morzu Egejskim, w archipelagu Cyklady

Ia, później i dziś Ios - wyspa na Morzu Egejskim, w archipelagu Cyklady

Melo, później Melos i Milo, dziś Milos - wyspa na Morzu Egejskim, w archipelagu Cyklady

Anafe, dziś Anafi - wyspa na Morzu Egejskim, w archipelagu Cyklady

Ketra, potem Cytera, dziś Kitire – wyspa pomiędzy Peloponezem a Kretą

Atlantyda – imperium minojskie, założone przez Atlantów – dzieci Atlasa, z głównymi centrami na Krecie (władza królewska) i na Terze (władza kapłańska i główna siedziba floty handlowej), rozciągające się na obszarze wschodniej i centralnej części Morza Śródziemnego

Kairate – rzeka, płynąca koło Knossos

Malia – miasto-państwo w północno-wschodniej części Krety

Zakro, później Zakros - miasto-państwo we wschodniej części Krety

Festo, późnij Festos i Fajstos - miasto-państwo w południowej części Krety, słynne z dysku, pokrytego pismem hieroglificznym

Ida – pasmo górskie w środkowej części Krety, najwyższe na wyspie, będące miejsce kultu Bogini-Matki. Dziś najwyższy szczyt (2456 m n.p.m.) nazywa się Psiloritis. W jej zboczach znajduje się jaskinia, gdzie według mitologii greckiej urodził się Zeus (inna opowieść wiąże ten mit z jaskinią Dikte).

Kommos – port, obsługujący rejon Fajstos

Falasarna – port i miasto na zachodnim krańcu Krety

Minoa, Jednobramne Miasto, dziś Monemvasia – miasteczko i port w południowo-wschodnej części Peloponezu, charakteryzujące się tym, że ma tylko jedno wejście lądowe, prowadzące przez wąski cypel. Stamtąd pochodzi słynny szczep winny Malvasia, u nas znany jako Małmazja.

Lindos – miasto i port w południowej części wyspy Rodos

Akropol – wzgórze świątynne w Atenach

Suda – zatoka i port w północno zachodniej części Krety, koło dzisiejszej Chani. Obecnie nazwa zapisywana jako Souda.

Aptera – miasto na wzgórzu w pobliżu Chani, siedziba licznych świątyń, domów i teatru.

Prassas – wzgórze (ok. 100 m n.p.m.), na południe od wybrzeża w kierunku Knossos, dziś dzielnica Iraklionu

Katsabas – port na północy Krety, obsługujący Knossos, położony w ujściu rzeki Kairate

Patmo, dziś Patmos – wyspa na Morzu Egejskim w pobliżu wybrzeża Azji Mniejszej

Trinacja – dziś: Sycylia, wyspa na Morzu Śródziemnym, zamieszkała w prehistorii przez trzy nacje: Sykanów, Sykulów i Elimów.

Góry Białe, Lefka Ori – pasmo górskie położone w zachodniej części Krety

Kidonia, dziś: Chania - miasto i port w północno-zachodniej części Krety

Lato Etera, dziś: Agios Nikolaos – miasto i port w północno-wschodniej części Krety

Pytna, dziś: Ierapetra – miasto i port w południowo-wschodniej części Krety

Itia, dziś: Sitia – miasto i port port w południowo-wschodniej części Krety

Milet, dziś: Balat – miasto jońskie u ujścia rzeki Meander w Azji Mniejszej, obecnie Turcja

Kamikoss – miasto i port na południu Sycylii

Tyr, obecnie Sur – miasto i port w Fenicji, obecnie w Libanie

Arkagas, obecnie Agrigento – miejscowość na południowym wybrzeżu Sycylii

Minoa – miejscowość koło Agrigento na Sycylii, gdzie miał być pochowany król Minos

Ragusa – miejscowość na południu Sycylii

Drepana, dziś: Trapani – miejscowość na zachodzie Sycylii


 

 

I

 

- Ludzie rodzą się i umierają równi. I wolni. Nikt nie jest w stanie czegokolwiek narzucić rodzącemu się i umierającemu. Rodzącego się można zabić, oczywiście, ale i tak najpierw musi się urodzić. Umierający jest bardziej wolny, bo nikt nie zdoła powstrzymać czy odwrócić umierania.

Król popatrzył na mówiącego to Dedala, który oparty o skałę spoglądał w morze. Obaj nie byli już młodzi i po obydwu było to widać.

- Być może ludzie rodzą się równi - w sensie niejako anatomicznym. Ale zaraz potem ich los się zaczyna różnić. Bogowie przeznaczają każdemu inne miejsce i inne losy. Ot, na przykład: ja jestem królem, a ty moim niewolnikiem.

Dedal skłonił głowę.

- To prawda, wielki Minos jest królem wielkiej Krety. Ale ja jestem, poniekąd, twoim jeńcem, a może nawet tylko twoim narzędziem, dzięki któremu jesteś jeszcze większym królem. Ale nie niewolnikiem. Kreta jest wielkim państwem i jej król rządzi prawie całym światem. Ale rządzić wielkim państwem jest o wiele łatwiej niż skonstruować maszynę do przewidywania zaćmienia słońca. Potrafiłbyś ją wymyślić i wykonać? Bo ja potrafiłbym rządzić Kretą... Wiem, że ty jesteś potomkiem wielkiego Zeusa, choć nasz ojciec przedwieczny wyparł się twojego prapradziada i nakazał Asterionowi poślubić księżniczkę Europę. Ale, jak wiesz, moim pradziadem jest boski Hefajstos, więc i tu niewiele nas dzieli...

Minos wyjął sztylet, ukryty pod długą i kosztowną szatą z purpury.

- Wykonałeś dla mnie mnóstwo pięknych i potrzebnych prac. Za co ci starałem się godnie zapłacić. Wykonałeś też bez mojej wiedzy jedną pracę dla mojej żony, za ci nie zapłaciłem. Ten dług muszę teraz spłacić.

Dedal nawet się nie uchylił. Stał wyprostowany i patrzył jak sztylet zmierza prosto ku jego sercu. Upadając na żółty piasek morskiego brzegu koło portu Katsabas wciąż słyszał szum rzeki Kairates i pomyślał, że umiejętność przewidywania wydarzeń także dzieli ludzi, a już na pewno jego i Minosa. Od momentu, kiedy przyjął - za solidną zapłatę w złocie i w naturze - zlecenie od Pazyfe, wiedział, że król mu tego nie daruje. Choć nawet on, Dedal, nie przewidział, że królowa wejdzie naga do wnętrza wykonanej przez niego sztucznej krowy, a święty byk z Knossos da się nabrać na tę mistyfikację, skutkiem czego Pazyfe urodzi straszliwą hybrydę - Minotaura, z ciałem człowieka, głową byka, żarłocznością świni i dzikim apetytem na ludzkie mięso, a siłą przewyższającego nemejskiego lwa. A sam byk zaczął pustoszyć wyspę i dopiero heros Herakles dał mu rady. I potem ta cała historia z oszustem Tezeuszem, kiedy to musiał królewnie Ariadnie podpowiedzieć w jaki sposób chłopak z Aten może bezpiecznie wejść do środka Labiryntu i wrócić. Prawda, że walkę z potworem Tezeusz musiał stoczyć sam i dzielnie go pokonał. Ale Dedal go nie polubił. Przewidział, że oszuka też zakochaną w nim Ariadnę. No i zadowolony z siebie zabrał dziewczynę na statek i wraz z nią uciekł z Krety na wyspę Naksję, gdzie wylądował żeby nabrać wody, a tam, gdy tylko boski Dionizos spojrzał na nią łakomie - Tezeusz z rozkazu boskiej Ateny porzucił ją bez słowa. I tak w zasadzie za jego, Dedala, sprawą, Pazyfe straciła byczego syna, Minos córkę, a on - bezpieczeństwo.

Król trochę bezradnie patrzył na nieruchomego Dedala, nie bardzo wiedząc co dalej robić. Zemsta nie przyniosła mu satysfakcji, a jedynie poczucie kolejnej straty. Konstruktor z trudem podniósł się z piasku. Wyciągnął sztylet, którego ostrze utkwiło w żelaznej siatce ochronnej, a brzeszczot zgiął się jak liść akantu, uderzając w ukrytą pod chitonem tarczę, wykonaną z powiązanych rzemieniami płyt wyciętych ze skorupy żółwia. Oddał go Minosowi.

- Brąz zawsze przegra z żelazem, a emocje z umiejętnością przewidywania. Wybacz, królu. I to, jak postąpiłem w sprawie Pazyfe, Minotaura i Ariadny, i to, że nie dałem się zabić. Przed nami trudne lata. Będziemy musieli stawić czoła  wydarzeniom straszliwym, które bogowie już niebawem ześlą na nas. Nie pora na kłótnie, zemsty i ambicje osobiste.

Minos pomyślał, że to kolejny dowód na to, że ludzie - a dokładnie on i Dedal - nie są równi. To Dedal był w posiadaniu wiedzy, o której on, król, nie miał pojęcia.

- Kolejna wiadomość z Tery? Oni zawsze przewidują tylko to, co złe.

- Zapowiedź wiadomości. Mamy wyglądać boskich znaków.

Minos podniósł rękę i na ten znak podjechały dwa egipskie rydwany. Powozili rośli, czarni jak lawa Nubijczycy, którzy wchodzili w skład kilkudziesięcioosobowej osobistej gwardii Minosa, stanowiąc wraz ze stadem koni i kilkoma pojazdami szczególny dar od władców Egiptu. Szczególny, bo otrzymany mniej więcej w tym samym czasie od różnych władców rządzących w dwóch częściach kraju nad Nilem.

Niewielkie stado koni i kilka rydwanów Minos otrzymał w prezencie od króla Apopisa, który prosił go o neutralność i pomoc w uzyskaniu przychylności bogów. Zrewanżował się kilkoma figurami bóstw Dolnego Egiptu, wyrzeźbionymi przez Dedala. Jak wszyscy najeźdźcy z plemienia Hyksosów, rządzących wówczas w delcie Nilu, Apopis udawał króla zesłanego przez egipskich bogów i chciał, by jego stolica, Hut-ueret, przyćmiła blaskiem pałaców i wielkością świątyń stolicę południa, Uaset, gdzie wciąż rządzili krewni i kuzyni Amenemhata i Neferhotepa, uważający się za prawowitych władców Egiptu, z którymi zresztą Kreta od wielu pokoleń faraonów i minosów żyła w zgodzie i robiła dobre interesy. Ale Hyksosi mieli konie i bojowe rydwany, dzięki którym wdarli się na teren Egiptu i podporządkowali sobie jego dolną część. Dedal doradził więc Minosowi, by nie opowiadać się po żadnej ze stron konfliktu, Hyksosów zapewnić o neutralności i przyjąć dary, a rządzącego w Uaset Sobekhotepa  wesprzeć innymi figurami, które miały mu zapewnić przychylność bogów, a w konsekwencji - zwycięstwo. W efekcie za umiejące się poruszać rzeźby Amona-Ra Sobekhotep wysłał Minosowi pięćdziesięciu wywodzących się z Nubii żołnierzy. Ich transport przez opanowaną przez Hyksosów deltę i przez morze na Kretę załatwił Dedal sobie tylko znanymi kanałami. Byli teraz najwierniejszymi sługami Dedala i króla, a jako służba ochrony Minosa w dzień i w nocy nie odstępowali go na krok, w każdej chwili gotowi oddać za niego życie, którego zresztą nie cenili specjalne wysoko. Służba w Knossos była dla nich osiągnięciem życiowym: Kreta i będąca z nią w sojuszu Tera nie miały równych sobie potęg na morzu, a Egipcjanie nie mieli w ogóle morskiej floty. Hyksosi zresztą też.

- Tak, Dedalu - westchnął Minos wsiadając na rydwan, na którym z trudem zmieścił się jeszcze rzeźbiarz - ty możesz na Krecie robić prawie wszystko co chcesz, a mój każdy krok jest obserwowany przez kilkudziesięciu ludzi. Przez niektórych w trosce o mnie, przez innych po to, by znaleźć słaby punkt w mojej ochronie. A teraz jeszcze się dowiedziałem, że mój obronny miecz z brązu jest na nic wobec twojej siatki z żelaza, o którym dotąd mi nie mówiłeś. Król jest największym niewolnikiem w swoim państwie i mając wszystko, nie ma nic.


 

II

 

W sali kapłańskiej świątyni Wielkiej Bogini zebrało się trzynaście osób. Niedawno zapadła noc. Arcykapłan Kamares, po odprawieniu modłów przed wysokim, ale brzydkim posągiem wielkiej Bogini Matki, usytuowanym w zamkniętym sanktuarium, dostępnym tylko dla niego i jego dwóch zastępców, stanął przed wielkim oknem i długo patrzył na ciemniejący na tle nieba wysmukły szczyt. Gwiazdy, jaśniejące na bezchmurnym nocnym firmamencie, w pobliżu wierzchołka góry znikły, jakby w tym miejscu bogowie chcieli ukryć niebo za zasłoną. Wokół szczytu widniała nikła poświata, jak po zachodzie słońca.

Spojrzał bez słowa na towarzyszących mu kapłanów, którzy w milczeniu skinęli głowami. Wrócili do sali ogólnej. I tam panowało milczenie. Pięciu królów pięciu dzielnic wyspy czekało na słowa arcykapłana, który miał przemówić jako wyrocznia Matki.

- Bogini nie przyjęła naszej ofiary. Odwróciła od nas twarz i zasłoniła oblicze góry. Nie unikniemy jej gniewu.

Midias, król Dzielnicy Czwartej, będący zarazem admirałem całej terejskiej floty, upił wina i z niecierpliwością odsunął kielich tak gwałtownie, że słodki płyn chlapnął na pięknie wypolerowany kamienny blat stołu. Rozlane wino wyglądało jak plama krwi. Kamares popatrzył na admirała z dezaprobatą, a jeden z kapłanów starannie wytarł plamę płócienną chustą. Midias wyglądał, jakby miał ochotę wylać na stół resztę zawartości kielicha.

- Można prościej? Bez tych wszystkich bogów i ich humorów? Co grozi nam i naszemu ludowi?

Król Dzielnicy Pierwszej, wywodzący się wprost z boskiego rodu Atlasa Gaderos podniósł się ze swego miejsca i zapewne by ostro zareagował broniąc znieważonych boskich przodków, gdyby nie uspokajający gest arcykapłana.

- Spokojnie, bracia królowie. Bardziej niż kiedykolwiek potrzeba nam rozwagi. I rzeczywiście powinienem może w tej sytuacji mówić prościej. Od kilku tygodni, jak sami widzicie, góra budzi się. Unosi się z niej para i dym, pojawiają się języki ognia, ale lawa nie wypływa ze stożka. Ojcowie nasi przeżyli już wielokrotnie gniew Tery, kiedy to wulkan wyrzuca w niebo płonące kamienie i popiół, a lawa spływa po stoku. Po to też synowie Atlasa zbudowali naszą wyspę w postaci rozdzielonych kanałami morskimi pierścieni, żeby wrząca lawa chłodziła się w wodzie, a zakryte dachami domostwa powstrzymywały popiół. Ale teraz lawa nie wypływa, a popiół nie unosi się w niebo.

- To niedobrze? Chyba lepiej, jak nie ma lawy i popiołu?

Kamares pokręcił głową, nie patrząc nawet, kto zadał to pytanie.

- Bardzo niedobrze. Złe siły nie mają swobodnego ujścia i wybuchną. Działa to tak…

Skinął ręką w stronę swoich pomocników. Dwaj kapłani podeszli do stołu z amforami młodego, musującego wina. Jedna miała mocno zaczopowany otwór, drugą kapłan przykrywał luźno osadzonym krążkiem wypalonej gliny. Ten drugi mocno potrząsnął naczyniem pod przykryciem, dał się słyszeć ciszy szum, pokrywka uniosła się i spod niej wypłynęło na stół kilka strużek czerwonego płynu, który szybko został wytarty do sucha. Drugą sam Kamares potrząsał z wielką siłą, po czym postawił przed zebranymi. Początkowo nic się nie działo, rozległo się kilka chichotów, ale po chwili rozległ się głośny huk, naczynie zostało rozerwane, zaczopowana pokrywa wyleciała w powietrze, pękając na kilka kawałków, a całe wino rozprysło się we wszystkich kierunkach, zalewając stół i ubrania najbliżej siedzących królów. Odłamek amfory przeleciał Midiasowi koło oka, inny wbił się w rękę Kamaresowi. Popłynęła krew, mieszając się z rozlanym na stole winem. Arcykapłan nie zwrócił na to uwagi.

- I tak właśnie będzie z górą i naszą wyspą.

- Góra wybuchnie, a wyspa zostanie zalana lawą, jak stół winem? – chciał się upewnić Grapas, król Dzielnicy Drugiej, w której ludność zajmowała się uprawą winorośli.

Kamares potrząsnął głową.

- Niestety, nie całkiem tak jak mówisz, Grapasie. Wybuchnie cała wyspa, której góra jest tylko najwyższym punktem. Cała wyspa jest tą amforą. Gdy wybuchnie góra – morze wtargnie do jej wnętrza, a gdy zimna woda zmierza się z gorącą lawą – wyspa uniesie się ku niebu, rozpadnie ma milion kawałków i część jej spadnie z powrotem do morza, a część uniesie się do nieba, wyleci w powietrze razem z pyłem wulkanu, zasłaniając słońce. Szczątki naszej wyspy utopią się w morzu i tam zostaną zalane lawą. Może jakieś okruchy pozostaną nie całkiem zniszczone, jak te odłamki, które widzieliśmy przed chwilą. Towarzyszyć temu będzie ogromne trzęsienie ziemi, które wywoła gigantyczne fale na morzu. Wyspa – góra – miasto – kraj… Wszystko zniknie na zawsze. Część w wodzie, część pod lawą, część pod popiołem z wulkanu.

Zapadła cisza.

- A my? A ludzie w ogóle?

Kamares nie odpowiedział. Oparł głowę na rękach i pogrążył się w milczeniu. Midias przerwał je pierwszy.

- Kiedy? – spytał.

- Nie wiadomo. Jutro raczej nie. Tydzień. Miesiąc, może dwa. Rok… Nie dłużej, jak sądzę. Zwierzęta jeszcze są spokojne, a ptaki nie odleciały, choć w tym roku nie założyły gniazd i nie zniosły jaj. Wiedzą.

Królowie siedzieli w ciszy. Wiadomość, że nieszczęście nie grozi im natychmiast jakby ich uspokoiła. Ten i ów sięgnął po resztkę wina, sprawdzając starannie, czy w kielichu nie pozostały jakieś odłamki zniszczonej amfory.

- To niemożliwe. Nie wiem, co chcesz przez to osiągnąć mówiąc nam to wszystko, ale to nie może być prawda – odezwał się wreszcie król pierwszej dzielnicy – Przecież panem wulkanu jest nasza bogini-matka, a panem morza i trzęsień ziemi jest nasz bóg-ojciec. Nie zaatakują nas, których spłodzili i nie zniszczą Tery, którą sami stworzyli, nie wygubią Atlantów. Dlaczego nie wysłuchali twoich modłów? Dlaczego zamiast nas bronić, Matka przekazała ci tę straszną wróżbę?

Midias wstał od stołu i ze złością spojrzał na Gaderosa.

- Nie widzisz, zaślepiony nieuku, że żadni bogowie, o ile w ogóle istnieją, nie mają tu nic do gadania i w ogóle się takimi błahostkami nie interesują? Góra to góra, wulkan ma swoje prawa i ich działanie nam tu dokładnie pokazał arcykapłan. Więc zamiast jęczeć z żalu i mieć pretensje do swojej pramatki i praojca, weź się w garść i zastanów się razem z nami co można zrobić, żeby nas ocalić. Skoro katastrofa jest nieunikniona – musimy skorzystać z tego, że jest trochę odsunięta w czasie. Jeśli nie możemy uratować wyspy, uratujmy siebie, nasze skarby i naszą wiedzę. Wsiądźmy na statki i popłyńmy w świat, a w innych miejscach i na innych wyspach na pewno znajdziemy nową ojczyznę. Pora się przygotować. A jak ptaki, bogowie czy cokolwiek – dadzą nam znać, ruszymy, ani się za siebie nie oglądając. I niech będzie, co ma być.

- Tylko – ledwo dosłyszalnym szeptem powiedział najstarszy w gronie królów Agatares, władca Dzielnicy Piątej, nadmorskiej, zamieszkałej przez rybaków i cieśli okrętowych – na wyspie mieszka pewno ze sto tysięcy ludzi cywilnych, poza tym wojsko i marynarze, to jak ich wywieziemy?

- Bez problemów. Pod moim zarządem jest 1200 okrętów i statków pełnomorskich – uspokoił go admirał - Na każdej trierze służy dwieście osób, ale jeszcze z sześćdziesiąt się pomieści. Twoi rybacy mają z pięćset kutrów, pewno na każdy da się radę załadować dwadzieścia osób. Pozostaje kwestia ustalenia kolejności i w ogóle organizacji wyjazdu. Z tym może być problem.

Wyglądał na to, że problem zacznie się tu, w wielkiej sali świątynnej, bo nikt już nikogo nie chciał słuchać i każdy chciał działać po swojemu. Arcykapłan przerwał dyskusję i wyznaczył następne spotkanie za dwa miesiące – o ile nic groźnego nie wydarzy się wcześniej. Królowie rozeszli się do swoich łodzi, które kanałami zawiozły ich do domu. Kapłani zostali sami.

- Królowie… - westchnął Kamares i gestem poprosił, by nalano mu wina – rządzą ludźmi, a nie znają się na ludziach ani trochę. Przecież, jak tylko zaczną się organizować do wyjazdu i powiedzą ludziom, że za kilka dni niebo im spadnie na głowę, jeśli nie wyjadą odpowiednio szybko i daleko – poddani pozabijają się walcząc o statki, a oni sami pójdą pierwsi pod nóż. Ale może się mylę. W każdym razie my tu mamy jeszcze coś do zrobienia. Musimy ocalić bibliotekę, kilka najstarszych, jeszcze boskich przedmiotów i sam święty posąg Matki i Ojca.

- A złoto ze świątyni? – cicho spytał Amires, pierwszy zastępca arcykapłana.

- Złoto jest wszędzie. Można go wykopać albo kupić, albo zdobyć. Nie będziemy go zdrapywać ze ścian, które są własnością bogów. Poza tym złoto jest bardzo ciężkie. A my mamy do dyspozycji tylko jednożaglową łódkę na sześć wioseł.

- Dwie łódki. Kazałeś dwie zacumować przy świątyni.

- Jedną. Bo tą drugą ty, Amiresie, popłyniesz jutro na Kretę. O świcie. Łódź jest załadowana, wioślarze będą gotowi rano. Macie żywność, sieci, wodę, jakąś broń. Trochę złotych naczyń. Spieszcie się. Wylądujecie koło Knossos, ale w żadnym wypadku w porcie. Znajdziecie Dedala i przekażecie mu wiadomość o tym, co nas czeka. I dokument, spisany na dysku wraz z kopią po egipsku na papirusie.

- Dokument o katastrofie?

- Nie. Dokładny opis naszej wyspy. Niech Dedal go przekaże kapłanom w Zau. O katastrofie opowiesz tak, jak ja opowiedziałem królom.

- Czcigodny ojcze – odezwał się, milczący dotąd Peteras, młodszy z kapłanów, syn Kamaresa – a czemu wszyscy nie popłyniemy na Kretę? Tam przecież jest najbliżej, może nie przez morze, ale przez historię, najbezpieczniej, no i to jakby nasza większa ojczyzna? A Minos jest naszym ojcem, naszym królem królów?

Arcykapłan uśmiechnął się.

- Minos jest ojcem, ale w potrzebie będziemy sierotami. Większa ojczyzna to mniej niż ojczyzna… Nieważne. Minos by się nie odważył przyjąć dwustu tysięcy doskonałych rolników, żołnierzy, marynarzy, uczonych i naszej organizacji, bo by się bał o swoją władzę. A poza tym, jeśli moje przypuszczenia są słuszne, to Kreta też nie jest bezpieczna. Nie wybuchnie co prawda, ale dopłynie do niej wielka fala. I zasypie ją popiół. No i tamtejsi ludzie, jak wszyscy na naszej części ziemi, przez wiele dni nie zobaczą słońca. Powiedz to Dedalowi – zwrócił się do Amiresa – niech się przygotują na kilka głodnych lat. I na ciężki oddech przez wiele tygodni. I niech ciebie ukryje, razem z twoimi ludźmi, gdzieś w głębi wyspy. Bo już tu nie wrócisz. Zresztą – nie będzie już nigdy żadnego „tu”.

- A ty, Kamaresie? I twoja rodzina? Co się z wami stanie? Gdzie popłyniecie?

Arcykapłan podszedł do okna. W pokoju przygasały kaganki i coraz wyraźniej widać było ognistą poświatę wokół czubka góry.

- Nie wiem. Muszę zostać tu tak długo, jak tylko się da. Potem powierzę nas bogom morza, nieba i ziemi. I powtórzę za naszym nieocenionym Midiasem: będzie, co ma być.


 

III

 

Midias zaprosił Kokalosa, władcę Dzielnicy Trzeciej, by popłynął jego łodzią i wstąpił na chwilę do domu admirała. Była już późna noc, kiedy zasiedli przy stole. Na ścianach sali biesiadnej, jasno oświetlonej kagańcami oliwnymi, pysznił się wspaniały fresk, przedstawiający moment, w którym wielka flota Tery wraca do portu po ostatniej kampanii handlowo-wojennej, podczas której faktorie teryjsko-kreteńskie opanowały handel na Rode i na Kupirjo. Osadzone tam załogi zmniejszyły co prawda liczbę marynarzy i żołnierzy Midiasa, ale już niebawem miały zostać zmienione przez ludzi Kokalosa, rządzącego dzielnicą handlarzy i sprzedawców rud miedzi oraz importerów cyny. Brąz wciąż jeszcze był najważniejszym materiałem, z którego produkowano broń i narzędzia, upowszechnione zwłaszcza po tym, jak Dedal jeszcze w Atenach skonstruował pierwszą brązową dwuosobową piłę i słynny na Krecie labrys - topór o dwóch ostrzach. Żelazo pierwsi zaczęli stosować dzicy Hetyci, od których kupowali je Kreteńczycy, co zresztą nie było proste, bo za ujawnienie metody wydobycia żelaza z ziemi i jego obróbki groziła Azjatom kara śmierci. Ludzie Dedala na Krecie i Terze poszukiwali spadłych z nieba kamieni, które bogowie zrzucali na ziemię, bo w nich było łatwe do wydobycia żelazo. Ale twarde i ostre miecze, a także hełmy z żelaza były niesłychanie drogie i stać na nie było tylko najbogatszych. Zresztą uważano je za niepraktyczne, bo jako lżejsze od brązu nie mogło, zdaniem doświadczonych żołnierzy, zapewnić należytego bezpieczeństwa na polu bitwy.

Niewolnik o białej skórze i jasno blond włosach wniósł duży dzban wina. Kokalos wymawiał się, mówiąc o późnej godzinie i niepokoju w jego pałacu, gdzie jego córki już od dawna czekają na jego powrót, ale Midias tylko gorzko się uśmiechnął.

- Późna godzina? Drogi przyjacielu, to chyba jakiś żart. To nie jest późna godzina, to jest ostatnia godzina. A niepokój w twoim pałacu, jeśli dotyczy tylko twojego spóźnionego powrotu, jest uroczo śmieszny. Niebawem ani ty, ani ja, ani nikt z nas się nie spóźni z powrotem do domu, bo nie będzie już żadnych domów. Nas zresztą też.

Niewolnik w milczeniu czekał na znak, kiedy będzie mógł nalać do pucharów. Midias czule pogładził go po plecach. Ręka króla była koloru miedzi i wyraziście odcinała się od jasnej skóry chłopaka.

- Jego też nie będzie i tego może najbardziej żałuję. Ale może uda nam się uciec, choć prawdę mówiąc, szczerze wątpię w tę ewakuację całej ludności Tery. To się nie może udać. Poza tym – nie widzę takiej potrzeby. Oni wszyscy są wspaniali, naturalnie, ogromnie ich, jako królowie, kochamy, bo królowie powinni kochać poddanych nie mniej, niż poddani kochają królów, ale przydają się nam i ludzkości w ogóle tylko tutaj, jako doskonale funkcjonujące trybiki doskonale zaprojektowanej maszyny. Jak maszynę szlag trafi, to co komu po trybikach? Skosztuj, z Kupirjo. Jest tam nie tylko miedź, ale i dobre wino.

Niewolnik nalał wina i odsunął się w ciemny kąt pokoju, gdzie jego jasna czupryna połyskiwała w blasku kaganka.

- To Kelt, którego kupiłem w Hattusa od króla Hetytów. Chciał się przebić żelaznym sztyletem, kiedy go zabierałem z tamtejszego pałacu i prawdę powiedziawszy na początku mnie interesował tylko ten jego sztylet. Ale potem się polubiliśmy. A wino jest naprawdę dobre. Wracając do rzeczy: drogi Kokalosie, wierzę w każde słowo naszego proroka Kamaresa. Jesteśmy świadkami końca świata. I powiem ci jeszcze więcej – nie zamierzam czekać do ostatniego dnia sądu, tylko zmykam stąd jak najdalej, gdziekolwiek powije sprzyjający wiatr. Dla Tery i tego byczego szwagra Minosa zrobiłem już dość, więc teraz zrobię coś dla siebie. I nikomu nie powiem o tej zasranej górze i gniewie tego pieprzonego Ziemiotrzęścy, niech go szlag. Rozpuszczę pogłoski, że podejmujemy nową wyprawę dla odbicia ziemi naszych przodków, czyli na wschód, skąd jakiś byczy bóg wywiózł naszą pramatkę i zgwałcił ją na południu Krety. Wybiorę najdzielniejszych żołnierzy i marynarzy, załadujemy trierę po same burty żarciem, wodą, winem, złotem i witaj, przygodo. W jedną rękę puchar wina, w drugą mojego Kelta i tyle będą mnie widzieli. Tylko szkoda, że jak będę odjeżdżał, nikt mnie nie namaluje tak jak wtedy, gdy przyjeżdżałem.

Machnął pucharem w stronę fresku, rozlewając trochę wina. Białowłosy niewolnik wytarł podłogę, a Midias już palcem precyzyjnie pokazał małą figurkę człowieka na dziobie jednego z okrętów.

- To ja, jakbyś się nie domyślił. I tobie radzę to samo, Kokalosie. Ratuj siebie, swoją rodzinę i swój majątek. I to szybko, zanim nasi ukochani poddani zaczną nam tępymi nożami podrzynać gardła, walcząc o miejsce na naszych statkach.

Kokalos milczał. Cypryjskie wino było słodkie i miało kolor bardzo ciemnego rubinu, zupełnie jak noc za oknami, rozświetlana przez delikatne światło nad górą. Król, który w obliczu zagrożenia ucieka pierwszy, zostawiając poddanych na łasce losu? Ale w sumie dlaczego los poddanych ma być ważniejszy, niż los króla? Pomijając już dane przez bogów prawo do rządzenia, które wynikało z faktu, że wyspę stworzył Bóg Morza i jego potomkowie mieli po wiek wieków na niej rządzić, jeśli wobec bogów wszyscy ludzie są równie nikczemnymi śmiertelnikami, to dlaczego życie jednego śmiertelnika ma być ważniejsze niż życie jego, Kokalosa, i jego ukochanych córek? Nie, to nie jest żaden argument. Po prostu nie mógł pogodzić się z myślą o radykalnym i ostatecznym porzuceniu wszystkiego z czym się urodził, wychował i doczekał starości. Był raz, jak wszyscy królowie Tery, na Krecie, żeby w Knossos złożyć hołd Minosowi. Owszem, podobało mu się, ale nie mógł się doczekać, kiedy wróci na swoją wyspę, do swojej Trzeciej Dzielnicy. Na Krecie wszystko było wielkie i chaotyczne, smutne i okrutne, skrupulatne jak machiny, jak wymyślone przez Dedala ruszające się figury bogów, nieprawdziwe jak zabawki. Minos sprawiedliwy i uczciwy, który nie zdołał zapobiec terrorowi Minotaura… Dedal, zabójca, genialny jakby sam był wymyśloną przez siebie lalką, koniunkturalny i cyniczny, nie wierzący w nic, poza własnym geniuszem… Pazyfe, piękna jak bogini i wyuzdana jak dziwka z zamtuzu… Spędził na Krecie kilka miesięcy, czekając na sprzyjające wiatry, a po powrocie na swoją wyspę ucałował ziemię, z której wyruszył. Tutaj, na Terze, wszystko było mądrze pomyślane i mądrze rządzone. Tera była idealnie okrągła, jakby tworzący ją bóg narysował ją cyrklem. W środku była Góra, miejsce skąd wydobywała się boska moc Matki. Stoki Góry sięgały szeroko, schodząc aż do dna morskiego. Na zboczach wytyczono pięć współśrodkowych okręgów, rozdzielonych głębokimi i szerokimi kanałami ze słodką wodą, spływającą ze zboczy. Każdy okrąg stanowił osobną dzielnicę, osobne królestwo. Wysoko nad kanałami przerzucone były mosty, dzięki czemu pomiędzy dzielnicami można było poruszać się i drogą wodną, i jezdną. Rządzili nimi królowie, ale każdy miał tyle samo władzy co pozostali, a decyzje dotyczące całej wyspy podejmowali wspólnie na zgromadzeniach, którym przewodził arcykapłan świątyni Wielkiej Bogini, usytuowanej ponad okręgiem pierwszym, najbliżej szczytu Góry. Każda z dzielnic była wyspecjalizowana w dostarczaniu wyspie określonych towarów, każdy z królów był zobowiązany do utrzymywania i wyposażenia własnej armii, która w razie potrzeby mogła służyć pod wspólnym dowództwem króla Pierwszej Dzielnicy w obronie wyspy. Ważniejsze sprawy, związane z ekspansją terytorialną, wielkim handlem czy walką w obronie posiadłości rozsianych na terenie wielkiego morza między Egeą a Libią podejmowali Atlanci razem z Kreteńczykami. Minos – każdorazowy minos – uważał, że światem rządzi Kreta. Królowie Tery byli zdania, że morzem rządzi wspólne państwo rozsiane na wyspach – Krecie, Terze, Naksji, Paktii, Ii, Melo, Anafe, Ketrze, Rode, Kupirjo - które przez pamięć dla przodków nazywali Atlantydą. Byli gotowi jednak bronić się przed zbyt wyraźną hegemonią Krety, czy jakiejkolwiek innej państwowości. Ale jak pamięć sięgała, nigdy takiej potrzeby nie było. Aż do teraz ich wyspa była oazą szczęśliwości bogactwa i spokoju. Aż do teraz.

- Nie spotkamy się więcej. Nie chcę wiedzieć, dokąd pojedziesz i kiedy opuścisz wyspę. Mogę ci przydzielić kilka okrętów, ale dowództwo będziesz sprawować ty – powiedział admirał, wstając. Spotkanie było skończone. Góra świeciła coraz mocniej.


 

IV

 

Wylądowali nocą u ujścia rzeki Kairate i popłynęli nią w górę, zatrzymując się przed świtem w pobliżu Knossos. Miejscowy pasterz podjął się zawiadomić Dedala. Naukrate jeszcze spała, Ikar otworzył oczy, ale zamknął je z powrotem, kiedy w drzwiach zobaczył starego człowieka w baranim serdaku. Dedal położył palec na ustach i skinął ręką. Pasterz kiwnął głową i wyszedł. Rzeźbiarz obudził Japyksa, także nakazując mu ciszę. Starszy syn chwycił ubranie i wyszedł na podwórze za ojcem. Strażników nie było widać, ale Dedal był pewien, że są gdzieś w pobliżu – Minos od lat pilnował go dość starannie, nie ufając mu i nie chcąc, by spotykał się z kimkolwiek obcym. Obcy nie musiał być spoza Krety – nie wolno mu było rozmawiać prywatnie nawet z królami Malii, czy Zakro. Tylko król Festo zdołał uprosić króla królów by mu „wypożyczył” Dedala na rok, chcąc wykorzystać jego umiejętności przy odbudowie zniszczonego przez trzęsienie ziemi pałacu i świątyni Bogini Matki. Zaprzyjaźnili się wtedy na gruncie wspólnej niechęci do Minosa, zazdrosnego o wszystko i wszystkich. Także o wielki posąg bogini, który stanął w świątyni w Festo: nadnaturalnej wielkości, w wysokiej koronie, z odkrytymi piersiami, przewiązana wężami w pasie i na rękach i z wielkim gadem, wspinającym się jej po plecach aż na wierzch nakrycia głowy, skąd spoglądał na wyznawców łakomym wzrokiem. Nikt, poza kapłanami, nie podchodził do niej bliżej niż na dziesięć kroków – Bogini i jej węże wyglądały jak żywe i budziły strach. Byli tacy, którzy przysięgali, że widzieli, jak węże pełzają po ciele Matki.

Minos, któremu szpiedzy opowiedzieli o efekcie pracy Dedala, zamknął wtedy pierwszy raz rzeźbiarza w pałacu grożąc, że go nie wypuści dotąd, aż wykona dla niego jeszcze piękniejszą figurę bogini. Dedal podjął się tej pracy chętnie, ale zażądał od króla, by pozowała mu najpiękniejsza mieszkanka Knossos. Myślał, oczywiście, o Pazyfe, ale Minos znał już charakter swojej żony i na takie ryzyko nie poszedł, przysyłając Dedalowi do pracowni rzeczywiście piękną niewolnicę królowej – Naukrate. Rzeźbił ją więc dniami i nocami, a efekt był zachwycający. Teraz zazdrosny poczuł się król z Festo: Bogini dla Knossos była jeszcze cieńsza w pasie, przewiązanym skórą z węża, miała znacznie piękniejsze piersi, długie czarne włosy do pasa, długą suknię do ziemi, z falbanami, w rękach dwa małe, ale jadowite węże, a na głowie kotkę. Minos był zachwycony – żeby się pochwalić przed innymi królami, kazał kilku nadwornym rzeźbiarzom wykonać parę miniatur figury i rozesłał do innych królów Krety. W rewanżu dostał miniaturę Bogini z Festo i z satysfakcją przyznał, że jego Matka jest piękniejsza. Dedal został uwolniony, jako honorarium dostał na własność modelkę, a dziewięć miesięcy później urodził się Ikar. Oczywiście rzeźbiarz wiedział, że matka jego syna nadal bywa w pałacu, służąc Pazyfe i relacjonuje Minosowi wszystko, co zdoła zapamiętać z tego co robi i mówi Dedal, ale wiedział też, że Naukrate większości jego spraw nie rozumie, zresztą nigdy nie pozwalał jej zaglądać do warsztatu, w którym pracował – w końcu, odlewanie figur z rozpalonego brązu czy wykuwanie ich wielkim młotem nie były ani atrakcyjne, ani bezpieczne. Jego pracą nie interesował się też Ikar, spędzający całe dnie najpierw z matką, potem z innymi chłopcami, ćwiczącymi gimnastykę i rytualne skoki przez byka.

Słońce stało już wysoko i sylwetki gości wciąż widać było wyraźnie, mimo że odeszli już dość daleko w górę zbocza Idy. Widział też, choć przez zamglone łzami oczy, idącego na przedzie Japyksa, który wraz z kapłanem z Tery szli na czele. „Już nie spotkamy się nigdy” – pomyślał Dedal – „jeśli nawet przetrwamy gniew Bogini, to rozdzieli nas czas i przestrzeń.” Wiadomości, które mu przekazano, były potwierdzeniem tego, co już kilka miesięcy temu zapowiadali marynarze, przepływający obok Góry. Starsi pamiętali, jak dymiące wulkany zapowiadały trzęsienie ziemi, a w dawnych kronikach były opisy poprzedniej tragedii, która dotknęła Terę przed wiekami, kiedy to zniszczona została Dzielnica Pierwsza i świątynia Bogini. Wtedy górna część wyspy została zalana lawą i zasypana popiołem. Teraz miało być znacznie gorzej. Wiedział też, że wysłańcy arcykapłana z Tery nie mogą stanąć przed Minosem, który już niejednokrotnie pokazał, że ofiarami złych wiadomości stają się najpierw ci, którzy te wiadomości przynoszą. Poza tym jeśli przewidywania Kamaresa były słuszne – Kreta, a przynajmniej jej północna część także nie była bezpieczna. Japyks podjął się więc zaprowadzić Terejczyków do Festo, a Dedal miał nadzieję, że król tego miasta da im statek i pozwoli odpłynąć ze swojego portu Kommos do Egiptu. Japyks obserwując prace ojca zawsze mówił, że ta praca mu się podoba, ale chciałby zajmować się nie martwymi figurami, tylko żywymi ludźmi – leczyć ich i ulepszać ich życie. Kapłani z Zau potrafili to robić, a Dedal był tam dobrze znany. „Jutro dotrą do Festo. Jak dobrze pójdzie, za dwa dni odpłyną z Kommos. Za tydzień będą na Nilu – pomyślał – może zdążą…” Japyks był poważny, zdecydowany i bardzo dorosły, przy swoich ledwo dwudziestu latach. I tak bardzo przypominał swoją matkę, że Dedal coraz bardziej się obawiał, iż Minos też to podobieństwo dostrzeże.

Po urodzeniu Minotaura Pazyfe została na jakiś czas wyrzucona z pałacu. Dedal nadal był powiernikiem jej sekretów. Minos nie chciał jej widzieć przez prawie dwa lata. Mamką Japyksa była kobieta z Malii. Dedal przejął opiekę nad synem, gdy zaczął mówić. Król nigdy nie pytał, kto jest matką chłopca. W końcu – nie musiał wiedzieć wszystkiego o wszystkich poddanych. Dedal przypuszczał, że król podejrzewał o to swoją szwagierkę Kirke, która przyjechała pomóc Pazyfe przy porodzie i wszyscy w pałacu wiedzieli, że pomagała też Dedalowi rozproszyć jego samotność. Nie prostował tej opinii, zresztą – poniekąd była prawdziwa. Teraz Japyks znikł po drugiej stronie góry Ida i należało o nim zapomnieć. Szły ciężkie czasy i trzeba było przygotować i siebie, i króla, i całą wyspę do zmierzenia się z największym niebezpieczeństwem w jej dziejach.

W Knossos na ulicach było pusto. Nie widać było nawet szpiegów, którzy zwykle obserwowali poczynania Dedala. Przypomniał sobie, że właśnie rozpoczął się festiwal Boga-Ojca i król, który był zarazem najwyższym kapłanem, z pewnością siedział na złotym tronie w głównej części stadionu, gdzie pod wielkim posągiem Wielkiego Byka popisywali się młodzieńcy, których Minos miał właśnie dziś mianować mężczyznami i wojownikami. Wszyscy mieszkańcy stolicy zgromadzili się w miejscu, gdzie trwała uroczystość.

Stanął przy wejściu i jak co roku spojrzał w twarz Boga. Znał ją doskonale – stworzył ją sam we własnej pracowni, niedługo potem, jak został przez Minosa wykupiony z rąk sądu ateńskiego, który skazał do na śmierć za zabicie siostrzeńca. Mimo że od tamtych wydarzeń minęło przeszło ćwierć wieku, pamiętał każdy szczegół stroju, każde słowo sędziów i dźwięk każdego czarnego kamienia, który wpadał do amfory w czasie głosowania sędziów. Dziś już nie postąpiłby tak samo – zamiast zabijać Perdiksa z zazdrości, że to on wynalazł piłę jednoręczną i koło garncarskie, otworzyłby wspólny z nim warsztat. Nie, stanowczo nie powinien był spychać go na oczach tłumów ze skał Akropolu, zwłaszcza, że i siostrzeniec i tak przeżył, jako że Bogini podłożyła mu pod stopy swoją egidę i zamieniając w przepiórkę, przeniosła na Kretę. Na szczęście, gdy Minos przywiózł Dedala do Knossos, udało się Perdiksa odnaleźć i przy pomocy Bogini-Matki zmienić w metalowego potwora, który został wzięty na służbę przez Minosa. Perdiks przekształcił się w Talosa, zamieszkał w jaskini Melidoni i wuj Dedal dorobił mu skrzydła do nóg, dzięki czemu codziennie obiegał całą wyspę strzegąc jej wybrzeża przed niespodziewanym atakiem afrykańskich piratów lub ludów północy. Ale kiedyś koło knossowskiego portu Katsabas wylądował statek Jazona Argo. Oczywiście został przechwycony przez Talosa, ale kochanka Jazona, czarodziejka Medea odkryła słaby punkt potwora - piętę i łucznik Filoklet przeszył ją strzałą. Tego też Dedal na starość żałował. Gdyby udało się po prostu przywrócić Perdiksowi ludzką postać, miałby przy sobie kogoś bliskiego o podobnych zainteresowaniach. Teraz, gdy Japyks odszedł na zawsze, Ikar był wciąż rozpieszczonym przez matkę dzieciakiem, a Naukrate mocno się zestarzała, zbrzydła i zależało jej już tylko na tym, żeby jak najdłużej przebywać w pałacu, jak najbliżej Minosa i Pazyfe – został praktycznie sam, mogąc liczyć jedynie na towarzystwo swoich rzeźb. Wiele z nich umiało się poruszać - ale nie chodzić, patrzeć – ale nie widzieć, nawet mówić – ale nie rozumieć. Pożytek z nich był tylko taki, że odstraszały złodziei, a i szpiedzy Minosa nie śmieli przekroczyć progu jego domu.

Minos… Spojrzał na niego przez długość stadionu. Jak wszyscy z jego rodu był niezbyt wysoki, śniady, z brązowymi oczyma i ciemnymi włosami, w których pojawiły się już pierwsze pasemka siwizny. Siedział na złotym tronie – tak się wszystkim wydawało, ale tylko Dedal wiedział, że tron jest kamienny, tylko umiejętnie pozłacany – ubrany w purpurową, królewską szatę. By nabrała tej barwy, trzeba było uśmiercić trzydzieści tysięcy czerwonych ślimaków – po dziesięć tysięcy na kilogram tkaniny. Dedal usiłował zastąpić żywe stworzenia czerwoną ochrą, ale rezultaty były kiepskie. Zastanawiał się, czy ślimaki czują ból, jak tracą życie. Na pewno ich delikatna skóra czuje, gdy po wyłowieniu ze słonego morza wrzuca się je do słodkiej wody. A potem muszą czuć, że powoli ucieka z nich życie, gdy woda z zimnej staje się najpierw ciepła, potem gorąca, wreszcie wrząca.

Ale król musiał mieć purpurową szatę, więc ślimaki umierały. I tylko królowi wolno było nosić purpurę. Dedal zauważył, że Minos świetnie się prezentuje na tle otaczających go czarnych Nubijczyków, ubranych w pozłacane skórzane kaftany. Zgodnie z tradycją nikt na stadionie nie miał widocznej broni, choć można było sądzić, że królewska ochrona ma sztylety ukryte pod ubraniem. Jedynie król miał przy pasie długi, starożytny miecz – nie do walki, tylko dla ozdoby i do końcowego rytuału inicjacji.

Na stadionie nie było wizerunku Bogini – to był teren Boskiego Ojca, który kiedyś, dawno temu przypłynął pod postacią olbrzymiego byka, przywożąc na grzbiecie Boską Matkę - Europę, która zgodziła się porzucić swoje królestwo leżące za morzem i osiąść z boskim małżonkiem na tej górzystej wyspie – na której nie było żadnego miasta, portu, nawet budynku. Mieszkali tu prymitywni ludzie, nie umiejący budować domów i wykorzystujący na mieszkania jaskinie w wapiennych klifach nad morzem, były też dzikie kozy, lwy i dziwaczne małpy o niebieskawej sierści. Kwitły piękne kwiaty, szumiały drzewa, z gór spływała krystalicznie czysta woda. Kiedy Boskim Małżonkom urodził się syn – Bogini ukryła się z nim w głębokiej jaskini, by uchronić go przed palącymi promieniami Boga Słońca, który przebiegał codziennie przez bezchmurne niebo i pilnował, by na wyspę nie dostał się nikt, kto by zakłócił jej spokój. On sam czasem przysiadał na brzegu i spoglądał na północ, gdzie jego brat, Bóg Morza tworzył nowe wyspy przy pomocy kolejnego brata – Boga Wulkanów. Bogini Matka karmiła dziecko mlekiem z własnych, wielkich i pięknych piersi, a potem – mlekiem kozy, która zabłąkała się do jaskini. Raz podczas snu matki do kamiennej kołyski dziecka podpełzł wielki wąż, ale tylko zasyczał i pokornie owinął się wokół ręki Bogini. Potem pojawił się drugi i trzeci – wszystkie służyły jej jak niewolnicy. Chłopiec rósł szybko, Boski Ojciec uczył go wszystkiego, co było niezbędne by już niebawem mógł zacząć rządzić w nowo powstałym królestwie. Bóg Słońca został bowiem przekonany, by pozwolił osiedlić się na Krecie ludziom z dalekich wschodnich stron, których Sumerowie wypędzili z ojczyzny. Sam zaś, szukając samotności, za swoją stolicę uznał nieodległą, ale pustą jeszcze wyspę Rode.

Nadszedł czas, w którym Boscy Rodzice musieli opuścić wyspę, by zająć się stwarzaniem światów w innych stronach. Ale chłopiec musiał najpierw udowodnić, że jest w stanie rządzić królestwem, że przejął po Rodzicach odwagę, przemyślność, rozsądek i prawość. Ostatnim egzaminem, który miał uwieńczyć uroczystość inicjacji i przejścia ze świata dzieci do świata dorosłych był przeskok przez wielkiego byka. Boski Ojciec porzucił na ten czas swoją ludzką postać, powracając do postury zwierzęcej, w jakiej przypłynął przed laty na wyspę. Zadaniem chłopca było podbiegnięcie do byka, chwycenie go za długie i ostre rogi, odbicie się od ziemi i przeskoczenie przez cielsko tak, by podczas skoku dotknąć jego grzbietu i wylądować za ogonem, unikając uderzenia kopytami. Wykonał to z łatwością, rodzice pożegnali się z nim, a on został pierwszym minosem – królem Krety. Nazwę tę, jak Dedal dowiedział się podczas pobytu w Tebach – nosił też pierwszy faraon Egiptu, będący synem Boga Słońca i Matki Ziemi. Tak naprawdę nazywał się Narmer, ale tytułowano go Minas – król. Jego następca, Aha, także był nazywany Minasem, ale późniejsi faraonowie zrezygnowali z tego tytułu. Na Krecie było inaczej: każdy następca tronu nazywał się Sa, jak każdy syn. Dopiero po rytuale inicjacyjnym dostawał tytuł Minos Sa, a po śmierci ojca – dziedziczył jego tytuł i tracił imię. Jego rodzeństwo po inicjacji otrzymywało zwykłe imiona. Obecnie panujący Minos, mąż Pazyfe, był prawdopodobnie sto trzydziestym siódmym minosem. Tak wynikało z obliczeń Dedala, ale prawo królewskie zabraniało o tym mówić: Minos był po prostu Minosem, synem Boskiego Ojca – Wielkiego Byka i Boskiej Matki – Pani Nad Wężami. Rodzice byli nieśmiertelnymi bogami, ale każdy minos był człowiekiem, po kilkudziesięciu latach umierał, a miejsce na tronie zajmował jego pierworodny syn. Czasem – córka, gdy synów nie było, ale i ją nazywano minosem i traktowano jak mężczyznę.

Nad tronem Minosa widniała wielka głowa byka, wykonana przez Dedala z czarnego steatytu, w którym jasne wkładki magnezytu imitowały pofałdowaną  sierść zwierzęcia. Ostre i wygięte w kształcie liry rogi były autentycznymi rogami byka, kunsztownie jednak pozłacanymi. Jasnoróżowe nozdrza wykonano z masy perłowej, a oczy z górskiego kwarcu. Kiedy w południe promienie słońca padały prosto na Boga, kryształy kwarcu magazynowały w sobie światło tak, że po zmierzchu jeszcze długo świeciły niesamowitym blaskiem. Dedal podpatrzył tę sztuczkę w Egipcie, ale samej rzeźby nie lubił, bo – poza oczami – była zbyt zwyczajna. Najbardziej był dumny z innego swego dzieła, które umieszczone było przed bocznym wejściem do pałacu: poświęcone także Boskiemu Ojcu, przedstawiało sobą jedynie ogromne, wznoszące się pionowo do góry rogi, wyciosane z jednej bryły szarego granitu, wysokości wielkiego domu.

Na arenie stało już dwunastu chłopców, wśród których wypatrzył swojego syna. Ikar, tak jak pozostali, był niemal nagi, przybrany tylko w kolorową spódniczkę na biodrach i przepaskę podtrzymującą długie włosy. Czekano na znak króla, by rozpocząć uroczystość. Obok Minosa, na niższym, srebrnym tronie siedziała Pazyfe, koło której Dedal dostrzegł Naukrate. Nie widziała go, wpatrzona w Ikara. Ale królowa dostrzegła go, gdy tylko pojawił się w wejściu. Skłonił głowę, lecz Pazyfe spojrzała na niego z wyrzutem i odwróciła głowę. „Już wie o Japyksie” – pomyślał. Król, jeśli i on wiedział, nie dał tego po sobie poznać. Uniósł rękę i na arenę wszedł niewidomy harfiarz, dwie niemal nagie flecistki, kobieta w białej, powłóczystej szacie, grająca na bębenkach z koźlej skóry i Egipcjanka z sistrum, której ciało koloru miedzi prześwitywało spod cienkiej, złotej tuniki. Rozległa się melodia liturgii, najpierw powolna, potem coraz bardziej przyspieszająca. Taniec będący modlitwą o pojawienie się Wielkiego Byka, wykonywały cztery nagie tancerki z zakrytymi głowami i twarzami, objęte za ramiona i usytuowane w kamiennym kręgu, skonstruowanym z pomniejszonych kopii rogów Dedala. Rzeźbiarz nie rozpoznał żadnej z kobiet, ale wiedział, że są to dziewczęta z rodziny królewskiej, będące zarazem kapłankami Bogini Matki.

Muzyka urwała się nagle, tancerki znikły, wyniesiono kamienny krąg i w zupełnej ciszy na środek wprowadzono byka. Była naprawdę wielki, ciemnobrązowy, z rogami, kopytami i grzbietem pomalowanymi na złoto. Prowadziły go kobiety. Dedal wiedział, że jest to zwierzę spokojne i oswojone, specjalnie tresowane do tej ceremonii, ale wiedział też, że byk ma ostre rogi, wielką siłę i łatwo się denerwuje. Był też świadom, jak kruche są kości młodych chłopców i jak trudno jest w takich warunkach skoczyć przez byczy grzbiet i bezpiecznie wylądować poza zasięgiem twardych kopyt i umięśnionego ogona. Ale przygotowujący się do inicjacji chłopcy ćwiczyli to od wielu tygodni i zapewne nie byliby do niej dopuszczeni przez trenerów i kapłanów, gdyby nie było pewności, że potrafią ćwiczenie wykonać. Tak też się stało, choć pierwszy skok był pechowy: chłopak podczas skoku oparł się spoconą z nerwów ręką o grzbiet zwierzęcia, poślizgnął się, stracił równowagę i zamiast za bykiem, wylądował na szerokim zadzie. Byk wierzgnął, chłopak wyleciał w powietrze i został złapany przez trenera zanim się przewrócił. Publiczność skwitowała to śmiechem i przyjaznymi okrzykami, więc Minos nie mógł zrobić nic innego, jak tylko łaskawie skinąć głową, zaliczając skok. Był to zresztą syn arcykapłana Wielkiego Byka, więc inaczej się nie mogło stać.

Ikar skakał jako ostatni. Wziął sporo dłuższy rozbieg niż inni chłopcy, trzymająca rogi byka dziewczyna lekko przykucnęła, Ikar ledwo ją muskając wskoczył na jej plecy i wylatując w górę jak kamień z procy wykonał w powietrzu podwójny obrót, klepnął byka w grzbiet i wylądował daleko za trenerem, stając pewnie na obu nogach i z uśmiechem kłaniając się w stronę tronu – nie wiadomo, czy Minosowi, czy swojej matce. Szmer uznania obiegł salę, ludzie na znak entuzjazmu podnieśli ku niebu obie ręce, a Minos skinął głową i wstał. Byka wyprowadzono, muzyka zagrała poważną melodię, w rytm której wszyscy adepci stanęli w szeregu przed królem. Minos wyciągnął miecz i zbliżył się do pierwszego z chłopców, tego, który o mało nie wpadł bykowi pod kopyta.

- Jesteś już dorosły – powiedział, dotykając jego odkrytej piersi mieczem – jesteś gotów żyć i umrzeć dla bogów i króla?

- Jestem gotów, panie – odpowiedział syn arcykapłana.

Minos delikatnie pchnął miecz w kierunku jego serca, ale nie pojawiła się ani kropla krwi, bo było to tylko lekkie dotknięcie. Chłopak ukłonił się i odszedł, kryjąc się wśród publiczności.

Zatrzymując się przed Ikarem, Minos powtórzył formułkę, skierował miecz w stronę serca chłopaka, po czym odwrócił głowę i popatrzył na Dedala. Ten niemal czytał w jego myślach: „No i co teraz? Twój syn jest nagi, nie ma żelaznej siatki, ani pancerza z żółwich skorup. Jest bezbronny. Jego serce jest o dłoń od ostrza mojego miecza. Wiesz o tym, prawda?”

Dedal wytrzymał spojrzenie, ale wsadził prawą rękę pod swoją tunikę. Minos wiedział, że jest tam ostry, żelazny sztylet, którym rzeźbiarz władał równie pewnie jak dłutem. Przesunął się też o pół kroku w stronę ściany, na której zawieszone były trzy wielkie labrysy – topory o podwójnych ostrzach. Dedal udowodnił kiedyś królowi, że nadają się one nie tylko do walki wręcz, ale że silny mężczyzna potrafi nimi rzucać do celu nawet na kilkanaście metrów.

Minos przesunął miecz z piersi na ramiona Ikara, delikatnie klepnął go ostrzem i wyszedł ze stadionu, kierując się do królewskich apartamentów. Ceremonia była skończona. Chłopak podbiegł do ojca i rzucił mu się na szyję. Było to zachowanie raczej nie spotykane u młodzieńców po inicjacji, którzy jak najprędzej chcieli udowodnić sobie i światu, że są już zupełnie dorosłymi i niezależnymi mężczyznami.

- Widziałeś, tato jak skoczyłem? Leciałem jak ptak, wysoko i daleko! Przeskoczyłbym nie jednego, ale dziesięć byków! Byłem ptakiem, miałem skrzydła!

Dedal delikatnie zdjął jego ramiona z szyi i odsunął syna.

- Widziałem, byłeś wspaniały. I na pewno kiedyś pofruniesz jak ptak, może już niedługo.

Widząc podchodzącą Naukrate, dodał:

- Wszyscy ludzie od wieków marzą o lataniu, ale to jest dozwolone tylko Bogom, ptakom i wiatrom. Na razie cieszę się razem z tobą, że pięknie skoczyłeś.

Matka ucałowała chłopca i szepnęła Dedalowi, że Pazyfe chce go widzieć i będzie czekać na niego w swoim megaronie. Poprosił, żeby zawiadomiła swoją panią, że musi najpierw porozmawiać z królem, potem przyjdzie.

Minos czekał na niego w sali tronowej i bez wstępów zaczął:

- Czego się dowiedziałeś od Terejczyków? Dlaczego nie przyszedłeś z nimi do mnie? Dokąd ich wysłałeś?

Dedal wywnioskował, że szpieg jednak był tylko w domu i nie słyszał rozmowy nad rzeką. Opowiedział Minosowi o ostrzeżeniach Kamaresa, poinformował też, że zgodnie z prośbą arcykapłana skierował ich do Egiptu. Ale jako port, z którego mieli wypłynąć na południe, podał Falasarnę, a nie Kommos koło Festo. Jeśli Minos zechce ich ścigać – wyprawi statek dookoła wyspy, którego załoga nikogo obcego w Falasarnie nie znajdzie, więc wróci po instrukcje, co zajmie tyle czasu, że uchodźcy będą już od dawna odpoczywać w cieniu piramid. Nie wspomniał też o Japyksie, a Minos o niego nie pytał. Było to podejrzane, bo przecież Naukrate musiała mu powiedzieć, że Dedal świtem wyszedł z domu z synem, a wrócił sam.

- Ale co nam może grozić? – zapytał Minos – nawet jak święta góra na Terze wybuchnie? Przecież to jest daleko, więcej niż dzień drogi szybkim statkiem! Ani ogień nas nie dosięgnie, ani lawa nie zaleje!

- Lawa nie – zgodził się Dedal – ale gdy zbocza góry ulegną rozerwaniu, to do jej rozpalonego wnętrza wtargnie morze.

- No i dobrze – Minos spojrzał na rzeźbiarza tak, jakby ten nie rozumiał najprostszych rzecz – zaleje palenisko, zgasi ogień i będzie spokój. Najwyżej trochę pary pójdzie w powietrze.

Dedal pokręcił głową. Wytłumaczenie było trudniejsze niż zrozumienie.

- Tak by było, gdyby góra była ogniskiem, a morze pitosem z wodą. Ale to jest wielki zbiornik ognia i płonącej lawy, która może wrzeć nawet na dnie morskim. Są wulkany, które wybuchają pod wodą i wyrzucając w morze coraz więcej lawy tworzą nowe wyspy. Tutaj zapewne będzie tak: pod wpływem gorąca utworzy się otwór w zboczu, woda tam wtargnie i zagotuje się, a że para nie znajdzie ujścia – rozsadzi górę. W powietrze wyleci nie tylko szczyt wulkanu, ale wszystko, co jest na wyspie. Może cała wyspa. Wyleci w górę, a potem opadnie z powrotem. Nie na wyspę, bo wyspy już nie będzie, tylko do morza.

- No, dobrze. Tera zniknie. Szkoda, bo to piękne miejsce i mieliśmy z niej spory dochód. I mieszkają tam dzielni żeglarze. Jak to wie Kamares, to wiedzą i królowie dzielnic, a jeśli tak – to zarządzą ewakuację wyspy. Mają na to dość dobrych statków i marynarzy. Znajdą sobie nową wyspę, a potem my ich przyjmiemy z powrotem do naszego królestwa. Atlantydzie nic nie grozi, zapewniam cię.

- Królu… - Dedal nie umiał znaleźć argumentów, żeby trafić do umysłu upartego Minosa, wreszcie wymyślił – podejdźmy do basenu.

Na środku zbiornika umieszczonego w sali audiencyjnej była sztucznie usypana wysepka, na której rosły lilie. Dedal wręczył królowi spory kamień, leżący koło schodów, który zapewne ktoś położył przed uroczystością, żeby stanąwszy na nim lepiej widzieć chłopców, skaczących przez byka. Liturgia inicjacji wydała mu się tak odległą, jakby zdarzyła się wiele lat temu.

- Co się stanie, jeśli rzucisz kamień do wody?

Minos wzruszył ramionami.

- Co ma się stać? Utonie i już.

- To rzuć – powiedział Dedal – ale tak silnie, jak tylko potrafisz.

Kamień poleciał do wody, ale zanim utonął, rozpryskał wodę dookoła.

- Rozumiem – Minos otrzepał skraj zmoczonej szaty – woda rozpryśnie się wkoło?

Dedal podszedł do basenu, wszedł do środka i z wielkim wysiłkiem podważył całą wysepkę.

- Teraz naprawdę się odsuń.

Uniósł stertę kamieni do góry i w tym samym miejscu upuścił do wody. Fala przewróciła go na plecy, a zawartość fontanny rozlała się po całej sali. Trzy mniejsze posągi stojące najbliżej basenu przewróciły się i poturlały w stronę króla. Minos poślizgnął się i przewrócił, po czym wygrzebując z błota z trudem stanął na nogi. Przez tylne drzwi wpadła straż nubijska, ale odprawił ich niecierpliwym ruchem ręki.

- No, przekonałeś mnie, ale mogłeś to wytłumaczyć bez tych mokrych demonstracji. Czyli co, twoim zdaniem fala po wybuchu dotrze na Kretę i nas zaleje? Musiałaby być ogromna, żebyśmy się w niej skąpali…

Dedal wyszedł z basenu. Miał krwawiącą ranę na dłoni, bo oparł się o skorupę potłuczonej amfory, która stała koło fontanny. Nie zwrócił na to większej uwagi.

- Królu, to nie chodzi o kąpiel… Widzisz te posągi, które się przewróciły i amfory, które zostały zniszczone? Tamta fala, jeśli przyjdzie, będzie miała ogromną siłę. Zniszczy wszystko, co będzie stało na jej drodze. A na jej drodze stoi Kreta. Może nie cała, może nie zaleje góry Ida, czy nawet twojego pałacu w Knossos. Ale wszystkie porty na północnym wybrzeżu, miasteczka, stocznie – wszystkie stojące przy brzegu statki zostaną rozbite na miazgę. Ale to nie wszystko…

- Nie wszystko? Co może być jeszcze gorszego niż woda, pędząca z prędkością rozjuszonego byka?

Ściszył głos i rozejrzał się po sali. Nubijczycy stali w milczeniu pod ścianami, nie rozumiejąc co się dzieje, ale czujnie patrząc, czy królowi nic nie grozi poza zmoczeniem. Rzeźba głowy Wielkiego Byka, przyniesiona zaraz po liturgii ze stadionu z powrotem do sali królewskiej, patrzyła uważnie na Dedala jarzącymi się w zapadającym zmroku oczami.

- Powietrze. Ono też zostanie rozepchnięte naokoło przez wybuch.

- A cóż nam może zrobić powietrze? Powietrze to jest nic – na dowód swoich słów przesuną ręką przed twarzą Dedala.

- Nic? – powtórzył rzeźbiarz – a machnij ręką szybciej. Czujesz powietrze?

- Czuję - zgodził się Minos – ale przecież to nie groźne.

Dedal otarł krew skrajem szaty. Rozłożył ręce.

- Groźne, uwierz mi. Przypomnij sobie, jakie szkody wyrządził tej zimy wiatr północny. A wiatr to też tylko powietrze, tylko takie, które się szynko przemieszcza. A jak było latem, kiedy wiało od strony Afryki? Trzy statki rzucone na skały w Zakro, domy zasypane piaskiem. A podmuch, jaki wywoła wybuch Tery, przyniesie w naszą stronę nie tylko powietrze i piasek, ale niesione przez huragan pyły z wulkanu, dym, trujące wyziewy i popiół. Słońce skryje się za chmurami na długi czas, stanie się zimno, pola pokryte pyłem i nie ożywione słońcem wyschną, zwierzęta wyzdychają, nie będzie co jeść…

Król milczał. Dedal czuł, że robi mu się coraz zimniej i musi szybko iść do domu, bo jest sporo do zrobienia.

- Kiedy? – spytał wreszcie Minos – i co możemy zrobić?

Z tym „kiedy” był najpoważniejszy problem. Nie wiedział tego nikt. Równie dobrze wybuch mógł nastąpić dziś, jak i za rok. Co do przeciwdziałania skutkom – Dedal zaproponował, żeby wszystkie ważne statki odpłynęły na południową stronę wyspy, żeby jak najszybciej zacząć gromadzić zapasy żywności, wykorzystując do tego najwyższe sale w pałacach królewskich, w najwyższych punktach Knossos trzeba umieścić skarbiec królewski, a poza tym nakazać, żeby po wybuchu wszyscy nosili na twarzy maski płócienne, natarte anyżem, tymiankiem i macierzanką, co w pewnym stopniu zneutralizuje truciznę, jaka znajdzie się w powietrzu i zapobiegnie dostaniu się pyłu wulkanicznego do płuc.

Król krzyknął oburzony:

- Mam się pozbawić statków, które po zabiciu Talosa są jedyną obroną naszych wybrzeży przed wrogami? Marynarze i wojsko odpłyną na południe, a tutaj byle kto wyląduje i zdobędzie Knossos jak dziecinny domek z piasku? Nie! Flota zostanie na morzu, marynarzom z Krety fale nie są straszne, w końcu – pływają w tak dzikich stronach i pokonują takie sztormy, że u progu domu nie zginą. Nie, Dedalu, na to mnie nie namówisz – i nawet przypuszczam, że dzisiejsi twoi goście mogli wcale nie przypłynąć z Tery, tylko z Aten, które chcą z nami wyrównać rachunki z dawnych lat. Tezeusz pozostawił pewno godnych następców, nienawidzących rodziny Minosa. Nie będę się też ośmieszał noszeniem jakichś szmatek na twarzy. Ty możesz sobie obwiązywać głowę czym chcesz, ale nie zrobi tego Minos, potomek Wielkich Bogów. Owszem, zapasy możemy gromadzić – przydadzą się na najbliższą wojnę. Ale na pewno nie wystawimy skarbca na widok wszystkich złodziei świata, umieszczając je na dachu czy na pagórkach. Zostanie tam gdzie jest, albo powędruje w najdalsze miejsce Labiryntu – w końcu, zawsze przy klęskach żywiołowych źli ludzie kradną, co się da. Zresztą nie wierzę w ten cały wybuch – wulkany są, były i będą i świat jakoś z tym nauczył się żyć. Przetrwamy i teraz. Możesz odejść i obwiązać twarz chustą. Jeszcze możesz odejść, bo jak schwytamy tych twoich rozmówców w Falasarnie i okaże się, kim są i co ci naprawdę powiedzieli – raczej będziesz musiał odlecieć na skrzydłach, bo z chodzeniem po ziemi i pływaniem po morzu będziesz miał kłopot. Odejdź, na razie, wolno. I ciesz się towarzystwem swojego dorosłego od dziś syna. Rozumiem, że tylko on pozostał przy tobie?

Dedal ukłonił się i wyszedł. Stanął za drzwiami sali Wielkiego Boga i słuchał, jak Minos każe go śledzić dowódcy swojej gwardii. Wzruszył ramionami i zagłębił się w korytarze Labiryntu. W końcu, to on go zbudował, najpierw po to, by w jego magazynach przechowywać setki brązowych labrysów, a potem – by ukryć przez światem Minotaura i nie było człowieka lepiej znającego tę budowlę jak on. Jeśli ktoś go śledził, to zgubił się po kilku chwilach, a była szansa, że zgubił się na zawsze i po kilku miesiącach ktoś przypadkiem znajdzie jego szkielet. Labiryntowymi skrótami doszedł do sali audiencyjnej królowej. Strażniczka wpuściła go bez pytania. Megaron był pusty. Odchrząknął kilkakrotnie, wreszcie półgłosem zawołał:

- Jestem! Kazano mi tu przyjść do królowej.

- Wejdź – usłyszał – jestem w łazience.

Pazyfe półleżąc w niewielkiej wannie wypoczywała, podczas gdy dwie służące delikatnie masowały jej ramiona. Kazała im wyjść i zaczekać obok. Dedal za przyzwoleniem królowej przysiadł na kamiennej ławie pod ścianą.

Była córką Boga Słońca i to było zawsze widać – miała jasne włosy, wysoki wzrost, zgrabną figurę i bardzo jasną, niemal przezroczystą skórę. I co najważniejsze – w ogóle się nie starzała. Dedal został przywieziony na Kretę, gdy królowa była już matką pięciorga dorosłych dzieci, ale wciąż wyglądała na niespełna trzydzieści lat. Była nimfą, okeanidą, spokrewnioną a Atlantydami, więc zawsze miała pozostać młoda, atrakcyjna i uwodzicielska. Czas dla niej nie istniał, nie istniała też śmierć – choć mogła kochać, cierpieć i nienawidzić. Jak wszystkie dzieci Perseis – potrafiła korzystać z umiejętności czarowania, choć Dedal musiał przyznać, że nigdy nie zauważył, żeby to czyniła. Jej przygoda z Wielkim Bykiem, w czym Dedal wystąpił w roli zmyślnego rajfura, fatalnie zakończona urodzeniem przez nią Minotaura, który zginął z rąk Tezeusza wskutek podstępu, wymyślonego także przez Dedala nie zmieniła fascynacji rzeźbiarza piękną królową, a ona po latach sama znalazła go w jego warsztacie. Inna rzecz, że zaniedbywana przez Minosa, który zmieniał swoje upodobania co kilka tygodni, szukała przygód po całej Krecie. Dedalowi to nie przeszkadzało. Najpierw, jeszcze przed urodzeniem się Minotaura, uwiódł jej siostrę Kirke, bo była do Pazyfe podobna. Po jakimś czasie, gdy Kirke wyjechała na swoją wyspę Ajaja, związał się z Pazyfe na kilka miesięcy, i wtedy Minos uwięził ich oboje z czystej złośliwości, bo od dawna już kobietami przestał się interesować, a jeśli był o coś zazdrosny, to o swoją pozycję pierwszego mężczyzny na wyspie. Pazyfe zaszła w ciążę i uciekła do Malii, skąd Dedal przywiózł dziecko i wychował na porządnego człowieka.

- Coś nam grozi, prawda? Inaczej nie wysyłałbyś syna w daleką podróż… - stwierdziła raczej niż zapytała, spłukując ciało ciepłą wodą o różanym zapachu. Podał jej ręcznik i pokiwał głową.

- Zawsze chciał się uczyć u egipskich kapłanów. Tam będzie bezpieczny, gdy Tera wybuchnie.

- A my? Tera wybuchnie, wiem o tym i ja, mój boski ojciec zniknie i przez wiele dni nie pokaże nam swojej twarzy. Mnóstwo ludzi zginie, i podczas wybuchu i długo po nim. A co nam grozi?

Dedal pomyślał, że to miłe z jej strony, że owym „my” obejmuje jego, śmiertelnika i siebie – której nie groziła śmierć w dosłownym znaczeniu. Ale mogła doznać bólu, a w razie katastrofy – utraciłaby swoją ludzką, piękną postać i zostałaby zamieniona w ciało niebieskie. „Kiepska perspektywa” – pomyślał – „przez całą wieczność spoglądać na świat, w którym się było królową i nie móc korzystać z jego uroków”…

Wytłumaczył jej, co może ich czekać w najbliższej przyszłości, ale słuchała go nieuważnie, jakby to wszystko mało ją obchodziło. W pewnym momencie zamknęła mu usta pocałunkiem i nerwowo powiedziała:

- Odejdź, szybko i na zawsze. Nie spotkamy się więcej, wiem o tym. Za chwilę przyjdzie tu Minos, a wiesz przecież, że on doskonale orientuje się we wszystkim, co dotyczy ciebie i mnie. Nie mówi o tym, bo nas potrzebuje, ale jeśli będzie miał okazję – zabije cię.

Pomyślał, że Pazyfe jest jedyną częścią jego kreteńskiej niewoli, do której będzie tęsknił, ale nie powiedział jej tego, bo wiedział, że ona i tak to wie. Skinął głową i odszedł w mroki Labiryntu.


 

V

 

Wszystko szło dobrze do trzydziestej szóstej triery. Żołnierze admirała powstrzymywali ludzi na nabrzeżu, podpływał statek, odliczano mniej więcej po sześćdziesiąt osób, które tłoczyły się na pokładzie, triera podnosiła żagiel, wioślarze napinali mięśnie i statek odpływał, a jego miejsce zajmował następny i cała procedura się powtarzała. Gdy zapadał zmrok – ewakuację wstrzymywano, ludzie rozkładali się na ziemi i czekali świtu. Ale trzeciego dnia późnym popołudniem rozległ się głośny trzask, góra rozbłysła mocniej, a ziemia się zakołysała. Trwało to krótką chwilę, po czym wszystko się uspokoiło. Prawie wszystko – ludzie nie. Histeria opanowała cały wielotysięczny tłum, broniący wejścia na kolejny statek marynarze zostali zepchnięci do wody, w ślad za nimi wskoczyli ludzie. Matki porzucały w wodzie niemowlęta, młodzi ludzie topili starszych, wreszcie tłum wdarł się na trierę, która pod nadmiernym ciężarem przechyliła się na bok i zatonęła, zanurzając się w płytkiej wodzie portu tylko do połowy, ale skutecznie blokując dostęp do nabrzeża. Załoga dopłynęła do brzegu i przemoczeni żeglarze – a za nimi cały tłum – skierowali się w stronę portu handlowego, gdzie na redzie czekały następne statki. Admirał po chwili zauważył, że jeden za drugim wypływają na pełne morze: były od dawna załadowane żywnością i dobytkiem, marynarze, żołnierze i wioślarze sprowadzili na nie swoje rodziny i widząc co się dzieje, postanowili ratować się nie tyle przed wybuchem, ile przed ogarniętymi paniką współobywatelami.

- Chyba to jest bunt? – półgłosem powiedział do siebie Midias – jeśli tak, to pora się do niego przyłączyć.

Mała wódź wiosłowa czekała przy brzegu kanału. Wsiadł, czteroosobowa załoga bezszelestnie odpłynęła w głąb wyspy, w stronę Czwartej Dzielnicy. Nikt ich nie zauważył, bo wszyscy patrzyli w morze, albo w stronę Góry. Z domu admirał wziął tylko dwie szkatułki z kosztownościami i sporą amforę wina. Reszta jego rzeczy czekała na lekkim statku, zakotwiczonym nieopodal. Jasnowłosy Kelt stał przy burcie, a jego twarz jak zwykle nie wyrażała żadnych uczuć. Midias wraz z wioślarzami wspięli się po trapie, łódka została przywiązana za statkiem i powoli ruszyli, wypływając na pełne morze z dala od głównego portu.

- Płyniemy na północ, przyjacielu. Może tylko do krainy Achajów. A może do twoich ojczystych stron. Postawić żagle i cała naprzód.

Opłynęli wyspę i gdy Góra zakryła zachodzące słońce, zobaczyli stado odlatujących na południe ptaków. Po kilkunastu dniach, opływając Ketrę, wylądowali na ziemi Pelopsa. Wiatr zaniósł ich na niewielki cypel, wysunięty na wschód w głąb Egei. Midias polecił przeciąć kanałem dostęp od strony lądu i wybudować tylko jedną, silnie ufortyfikowaną bramę. Miasto o jednym wejściu i bezpiecznym, naturalnym porcie okazało się też świetnym amfiteatrem teatralnym, z którego jakiś czas później zobaczyli jak niebo na wschodzie zapłonęło, jakby wzeszło na nim drugie słońce, a niebawem dotarł do nich potężny huk. Kilka dni później gigantyczne fale rozbiły się o kamienne fortyfikacje Jednobramnego Miasta, które Midias nazwał Minoą.

 

 

 

VI

 

Kokalos już trzeci dzień płynął na zachód. W przeciwieństwie do admirała, który chciał wszystkim zorganizować ewakuacje, król Dzielnicy Trzeciej pozostawił sprawy ich naturalnemu biegowi. Wezwał do siebie wszystkich wójtów i przekazał im informację, że Góra prawdopodobnie zagrozi im i ich domom, więc należy na jakiś czas opuścić wyspę, odpłynąć na bezpieczną odległość, najlepiej tam, gdzie i tak pływają po rudę miedzi i zaczekać, aż się wszystko uspokoi. „Nie ma pośpiechu – kłamał – może góra wcale nie wybuchnie, a może stanie się to za miesiąc czy rok. Niech nasi górnicy porozumieją się z rybakami z Dzielnicy Piątej i płyńcie z nimi na kutrach i transportowcach”. Wójtowie ukłonili się i poszli. Pierwsze kutry odpłynęły dwa dni później. Kokalos, który kilka lat temu owdowiał, wsiadł na statek z obydwiema córkami, wziął tylko najpotrzebniejsze rzeczy i skierował statek na zachód. W przeciwieństwie do innych królów słuchał arcykapłana uważnie i zrozumiał, że nie wystarczy uciec na najbliższe wysepki – Ię czy Anafe. Tereny kontynentu, skąd coraz częściej napływały informacje o pojawianiu się hord nieokrzesanych i brutalnych Achajów także należało omijać. Chciał, jeśli wiatry będą sprzyjające, dotrzeć na daleką wyspę na zachodzie, skąd jego ludzie przywozili najwięcej bogactw ziemi i gdzie były wspaniałe winnice, w których powstawało ciężki i słodkie wino marsala i gdzie mieszkali łagodni i gościnni Sykanowie.


 

VII

 

Syn arcykapłana, Peteras z resztą rodziny czekał przy brzegu kanału. Wioślarze siedzieli już na statku na swoich miejscach, rzeczy osobiste były załadowane, a Kamares właśnie wychodził z drzwi świątyni. Za nim sześcioro ludzi w procesji niosło przykryty cienką tkaniną posąg Wielkiej Bogini, który po raz pierwszy, odkąd przed wielu laty został wykonany przez Dedala i umieszczony w świątyni, opuszczał swój przybytek. Specjalnie przygotowaną tratwą dowieziono figurę do triery, ostrożnie zaczepiono liny i żeglarze wciągnęli rzeźbę na pokład. Dziób pochylił się do przodu i statek stracił stabilność, ale Peteras nakazał umieszczenie ładunku w samym środku łodzi. Nie było w niej dość miejsca, żeby figurę położyć, więc postawiono ją pionowo i przywiązano do masztu. Jako ostatni wszedł na pokład arcykapłan. Światła w świątyni zgasły, nawet zachodzące słońce, które zazwyczaj zalewało czerwono-złotym ogniem jasne, wykładane kruszcem ściany budynku – wydało się ciemniejsze niż zwykle i zmrok zapadł szybciej. Wszyscy ludzie z obsługi świątyni, z wyjątkiem tragarzy posągu i najbliższej rodziny Kamaresa odpłynęli już wcześniej, wspólnie z mieszkańcami Dzielnicy Pierwszej.

Arcykapłan skinął głową, wyciągnięto kamienną kotwicę i postawiono żagiel. Wiejąca od wyspy bryza, wspólnie z wysiłkiem wioślarzy szybko wyniosły statek na pełne morze. Kierowali się na wschód, chcąc jeszcze przed zapadnięciem nocy zatrzymać się u wybrzeży wysepki Anafe. Oddalająca się Tera rysowała się ciemną plamą na zabarwionym purpurą zachodnim horyzoncie. Cała rodzina zgromadziła się koło Kamaresa i bez słowa obserwowali oddalającą się ojczyznę, do której nie mieli już nigdy powrócić. Teraz widać było wyraźnie, jak regularny kształt ma Tera – z daleka wyglądała co prawda nie jak okrąg, tylko jak talerz odwrócony do góry dnem, na środku którego wznosiła się Góra, oświetlona teraz wachlarzem czerwonawego dymu. Wszyscy bez słów obserwowali widok, który za chwilę miał zniknąć z ich oczu, chowając się za wypukłym horyzontem morza, a za niedługo – na zawsze zatonąć w głębinie.

Nagle Kamares zauważył, że szczyt wulkanu rozbłysnął na moment jasnym światłem, a z oddali nadleciał grzmot. Przytrzymał się mocno liny. „To już? Tak szybko?” – pomyślał. Ale wybuch nie nastąpił. Światło nad Górą przygasło z powrotem, morze nadal było spokojnie, tylko z oddali narastał szum, jakby wiejący od Tery wiatr wzmagał się w miarę nadchodzenia nocy. Rozluźnił mięśnie i podniósł głowę, podnosząc ręce ku linom żagla, w oczekiwaniu, aż wypełni się ciepłym tchnieniem nocnej bryzy. I to go zapewne uratowało. Fale, wywołane pierwszym drgnięciem góry i spowodowanym przez nie trzęsieniem ziemi, nie były wielkie i z pewnością statek dałby sobie z łatwością z nimi radę, gdyby nie ustawiona pionowo figura Wielkiej Bogini, przywiązana do masztu. Statek zanurzony niemal po krawędzie burty miał znacznie podwyższony środek ciężkości. Uderzony przez falę pochylił się lekko do przodu, odzyskał równowagę na chwilę i zakołysał się do tyłu. Rufa zanurzyła się pod powierzchnię i triera zaczęła nabierać wody. Wiosła, pociągane szalonym wysiłkiem przez żeglarzy, bezradnie młóciły powietrze, Peteros rzucił się do przodu, żeby wyrównać położenie łodzi, ale w tym momencie przechylona razem z masztem rzeźba zerwała liny i łamiąc wręgi burty sturlała się do morza. Statek nabierając coraz szybciej wody poszedł w jednej chwili na dno, a wraz z nim cały ładunek i wszyscy ludzie, zaplątali w liny, owinięci płótnem żagla, przygnieceni skrzyniami, przywiązani do wioseł.

Prawie wszyscy. Arcykapłan Kameros, nie zdoławszy utrzymać równowagi w momencie pierwszego uderzenia fali wyleciał za burtę, a gdy przyszła większa fala – błyskawicznie odepchnęła go od tonącego statku. I on poszedł początkowo pod wodę, pociągnięty przez ciężką, przetykaną złotem szatę liturgiczną, ale udało mu się ją zrzucić. Gdy się wynurzył – nie widać było już ani śladu statku, ludzi ani ładunku. Tylko kilka desek z rozbitej burty pływało koło niego, stanowiąc jedyną pozostałość tego, co udało się wywieźć z domu i świątyni. Kameros uchwycił się ich z nadzieją, że wiatr i fale płynące na wschód zniosą go na brzeg Anafe. Nadzieja była dość wątła – wysepka była bardzo mała, miała stromy brzeg i tylko niewielki port, w którym stacjonowały dwa małe stateczki, obsługiwane przez załogę jedynej faktorii i utrzymujące łączność z Terą i Kretą, na którą woziły wydobywaną tu glinę o znakomitej jakości, doskonale nadającą się do wyrobu największych nawet pitosów, w których przechowywano oliwę i wino.

Próbował płynąć w tamtą stronę, ale jak większość terejczyków będąc doskonale obeznany z żeglugą – pływał słabo. Noc stawała się coraz ciemniejsza, fale uspokoiły się i wiatr osłabł. Jednak sterować było łatwo – szczyt Góry nadal świecił jasno na tle czarnego nieba i wystarczyło mieć go dokładnie za plecami. Było mu coraz zimniej, stawał się coraz słabszy i z trudnością poruszał cierpnącymi nogami. Wiedział, że kiedy zaśnie – ześlizgnie się z desek i pójdzie na dno. Myślał, że to będzie zupełnie dobre rozwiązanie – tam gdzieś, daleko od powierzchni, w królestwie Boga Morza byli już jego syn, żona i ci wszyscy, którzy zawierzywszy jego wiedzy, doświadczeniu i bliskiemu obcowaniu z Boginią Matką, wyruszyli z nim w tę ostatnią podróż. Mogłoby być jeszcze gorzej – w okolicy łowiono często wielkie rekiny, dla których mógł stać się smacznym kąskiem. Z odgryzionymi przez żarłacza nogami mógł żyć jeszcze długo i niewyobrażalnie cierpieć. Wiedział też, że zrobił wszystko tak, jak mu podpowiedzieli bogowie – w końcu, on sam był ich wyrocznią. Ale tylko oni wiedzą, jak to się dalej potoczy. Zresztą – jego świat już się skończył, a materialne ślady po nim znikną całkowicie za kilka czy kilkanaście dni, a wraz z nimi wszystko, na co dotąd miał wpływ. Stracił przytomność.

Świtało już, kiedy się ocknął. Sprawdził, że wokół nadal jest morze i że wciąż jeszcze nie stał się kolacją czy śniadaniem dla rekinów. Zęby szczękały mu z zimna, w dodatku uczucie chłodu potęgował silny wiatr, wiejący mu teraz z twarz. Woda wokół kipiała i szumiała, ale nie czuł się mokry. Zniknęły też gdzieś deski, których trzymał się dotąd kurczowo nie bacząc na wbijające się w skórę drzazgi. Czuł pod sobą żywe ciało, pokryte mokrym, ale ciepłym futrem. Kilka metrów z przodu wodę pruła para największych rogów, jakie widział w życiu. Wielki byk zmierzał prosto do piaszczystej łachy, za którą rozciągała się wielka zielona łąka, a nad nią szaro-czarne góry. Znał ten przylądek – jego łódź kiedyś utknęła w wąskim przesmyku, gdy wracał z podróży do jednego z najpiękniejszych miast świata, z okrągłym, bezpiecznym portem i malowniczymi białymi domami, jakby przyklejonymi do nadbrzeżnych skał – Lindos.

Byk zatrzymał się na płytkiej wodzie i obrócił w jego kierunku głowę. W wielkich, brązowych oczach wyczytał, że ich wspólna podróż dobiegła końca. Zsunął się z grzbietu, odczołgał na suchy piasek i na kolanach odwrócił się, żeby podziękować Boskiemu Ojcu za uratowanie kapłana, służącego jego Boskiej Małżonce. Już go nie było, tylko daleko na zachodzie widać było spienione fale wiry w wodzie. Z trudem stanął na nogi i przez zieloną łąkę poszedł w głąb wyspy Rode. Nad jego głową leciały stada ptaków, ciągnących od morza na wschód.


VIII

 

Było późne, gorące popołudnie. Od wizyty gości z Tery i odejścia Japyksa minęło kilka miesięcy. Dedal leżał z zamkniętymi oczami w hamaku, który wymyślił i uplótł z delikatnych lin konopnych. Zapach konopi koił nerwy i usypiał, ale natłok myśli kłębił mu się w głowie, nie dając zasnąć. Nie wiedział, co ma robić i czy w ogóle może zrobić cokolwiek. Wobec sił bogów i potęgi natury ludzki umysł okazywał się bezradny i choćbyś, człowieku, był najwybitniejszym rzeźbiarzem, konstruktorem i wynalazcą – niczego tu nie wyrzeźbisz ani nie skonstruujesz. Zresztą nie bardzo już mu zależało. Po ostatniej rozmowie Minos wzmocnił wokół niego straże i pilnowano go już teraz jawnie – nie mógł się nigdzie ruszyć bez towarzystwa. Ucieczka była niemożliwa – przez góry na południe nie dałby rady ujść dalej niż do połowy zbocza Idy – a już by go schwytano i delikatnie acz stanowczo zawrócono do Knossos. Mógłby, rzecz jasna, skonstruować małą, ale silną łódź, która zwodowana na rzece Kairates dowiozłaby nawet kilka osób do morza, ale u ujścia rzeki była warownia, której załoga kontrolowała nabrzeże. Wszystkie porty były obsadzone przez wojsko. Próbował nawet stworzyć kostium, w którym mógłby płynąć pod wodą, trzymając w ustach trzcinę, przez którą mógłby oddychać. Nogi wkładał w obcisły skórzany worek, zakończony płetwą, jaką mają delfiny. Ale nie miał jak tego wypróbować, bo wciąż był pilnowany. Pomyślał, że poćwiczy w wodach pobliskiego jeziora, gdzie by go nie podejrzewano o chęć ucieczki, bo stamtąd do morza był spory kawałek drogi lądem… Ale jakoś nie mógł się zmobilizować. Zresztą, czy był sens uciekać? Co ma być, to będzie. On sam miał dość Krety, Minosa, tworzenia na rozkaz i wszechobecnych szpiegów. Ikar w ogóle nie rozumiał takich rzeczy – chciał się bawić, tańczyć, skakać przez byka i zdobywać pochwały – od matki, od królowej, nawet od Minosa. Ale przecież syna nie zostawiłby na pastwę pałającego żądzą zemsty króla. Naukrate… Nie, nawet nie myślał o jej towarzystwie w czasie ucieczki – urodziła się na Krecie i nie była nigdy wolna, więc do wolności nie tęskniła.

A on sam? Ile to już lat minęło od momentu, kiedy straż miejska pod Akropolem związała mu ręce i odprowadziła do więzienia? Ile lat minęło, kiedy jego ojciec Eupalamus i matka Alcippe usłyszeli jego pierwszy krzyk, a dziad, stary król Erechteus wypowiedział – podobno – nad nim prorocze słowa: będzie wielki, ale trudny. No, był trudny. I nie było mu łatwo. Ile to już lat? Czterdzieści? Pięćdziesiąt? Ile jeszcze? Miesiąc? Rok? Dziesięć?

Usłyszał obok siebie ni to śpiew, ni to jęk i płacz. Otworzył oczy. Stały obok niego trzy dziwaczne stwory, przypominające wielkie, oskubane kurczaki, na których wiotkich szyjach kołysały się kobiece głowy – długie, czarne włosy miały narzucone na twarze, połyskiwały pod nimi wielkie, zapłakane oczy. Trzęsły się z zimna i na piersiach miały gęsią skórkę. „Syreny” – pomyślał – „jeszcze tego nam tu brakowało. Ale co się z nimi porobiło?”

- Dedalu… - ledwie dosłyszał swoje imię wśród płaczu – pomóż…

Wstał z hamaka. Dziwne stwory cofnęły się, przestraszone i skupiwszy się w gromadkę, przycupnęły pod krzakiem, zza którego z krzykiem uciekł strażnik. Mimo woli uśmiechnął się – Nubijczycy imponowali wzrostem i siłą, ale byli zabobonni i w ogóle nie znali Krety i jej mieszkańców. Najpierw nalał z pitosu świeżej wody do amfory i podał syrenom. Piły łapczywie, widać już długo przebywały na palącym słońcu, do czego jako stworzenia morskie zupełnie nie były przystosowane. Przyniósł z domu kilka sukien Naukrate, żeby się przykryły i dopiero wtedy spytał, co się stało.

Wczesnym rankiem, kiedy jeszcze wylegiwały się na piasku w zatoce Suda, nie stąd ni z owąd pojawiły się Muzy. Najpierw rozmowa była dość spokojna, jak to między kuzynkami – tytanidami. Potem Aojde zaczęła się wyśmiewać, że Syreny nie umieją śpiewać i wcale nie czarują marynarzy pięknem głosu, tylko powodują, że usiłują oni uciec od tego wrzasku. Doszło do bójki, po czym Muzy zaciągnęły Syreny na pobliską górę i powyrywały im pióra. Na koniec śmiejąc się powiedziały, że odtąd góra będzie upamiętniać to wydarzenie i nazywać się Aptera, czyli bezpióra, po czym uciekły. A Syreny umierając ze wstydu i bólu, dowlekły się do Dedala, o którym wszyscy wiedzą, że potrafi poradzić w każdym kłopocie.

Wyglądały jak siedem nieszczęść i Dedal zdawał sobie sprawę, że pomoc może być trudna, jeśli w ogóle możliwa. Kucały przed nim, wpatrując się w niego wielkimi oczami, trzymając w rękach garść piór, które przed walką z Muzami porastały ich skrzydła. Gołe teraz ramiona broczyły krwią i nie bardzo było wiadomo, co zrobić. Wiadomo było, że pióra odrosną, ale wymagało to czasu, a tego nie było. Syreny musiały szybko znaleźć się w swoim domu na jednej z wysepek na północ od Krety. Wszedł do pracowni i rozejrzał się. W kącie leżało trochę cienkich, ale mocnych deszczułek, które miał zamiar wykorzystać do budowy zabawek dla królewskich dzieci. W środku stało kilka rozpoczętych rzeźb – wykonane z wosku modele oblepione gliną czekały na napełnienie brązem, którego niestopione jeszcze bryły leżały pod ścianą. Obok złociły się góry wosku.

Z deszczułek wykonał rusztowanie, które rzemieniami można było przymocować do ramion. Drewienka pokrył żaglowym płótnem, roztopił wosk na palenisku i rozsmarował go grubą warstwą na płótnie, po czym starannie odwzorowując układ skrzydeł ptasich zaczął przyklejać na nim pióra. Starczyło na dwie pary skrzydeł. Po kilku próbach Syreny odleciały, niezgrabnie trzepocząc sztucznymi skrzydłami. Trzecia płakała – jej pióra wiatr rozrzucił po całej Apterze. Dedal wyniósł z pracowni kostium pływaka, z którego sam zrezygnował – Syrena włożyła do niego nogi, rzeźbiarz ściśle obwiązał ją sznurem w pasie i nauczył, jak ma sterować w wodzie ogonem delfina, po czym zaniósł ją do rzeki.

- Uważam, że powinnyście wszystkie nauczyć się porządnie pływać. Skrzydła niezbyt się przydają istotom ziemiowodnym jak wy. Tylko proszę, nie śpiewaj, bo zaraz będziemy tu mieli na karku wszystkich strażników Minosa.

Dwie sylwetki wielkich ptaszysk niknęły już za horyzontem, trzecia z pluskiem odpływała w dół Kairatesu. Dedal wrócił na hamak. Chwilę później Ikar wrócił do domu. Nie pytał o nic i niczego nie był ciekaw, więc ojciec musiał mu niczego tłumaczyć ani opowiadać. Siedzieli w ciszy do momentu, kiedy od strony morza dał się słyszeć łopot skrzydeł. Pomyślał, że to Syreny wracają, ale pomylił się. Pół nieba zakryła chmura ptaków, lecących na południe. Mewy towarzyszyły flamingom, gołębie leciały obok kormoranów, orły górowały nad żurawiami. „Zaczęło się” – pomyślał i mimo woli skulił się w hamaku, po czym zszedł na ziemię i stanął w drzwiach pracowni. Ikar przyglądał się uważnie, jak ptaki przeleciały nad nimi i zniknęły za wyniosłym szczytem Idy. W tym momencie ziemia pod ich nogami zakołysała się, a z dala usłyszeli głuchy huk.


 

IX

 

Minos od wielu dni spędzał większą część dnia w wieży obserwacyjnej na szczycie knossyjskiego pagórka. Przed Dedalem udawał, że mu nie ufa, że proroctwa Kamerosa to bzdury, albo prowokacja wrogów Krety, dążących do zniszczenia jego władzy. Ale w głębi ducha wierzył w każde słowo, ba – podejrzewał, że przewrotny rzeźbiarz nie mówi mu wszystkiego, że najgorsze rzeczy, które mogą ich spotkać - ukrywa, bojąc się gniewu króla. Jednak nie mógł się do tego przyznać. Flota pozostała na miejscu, o żadnych maskach na twarz dalej nie chciał mówić, choć na wszelki wypadek kazał kilka przygotować – dla siebie i swojej rodziny. Nubijczycy znieśli skrzynię ze skarbami i tabliczkami z historią rodu Minosa do najgłębszej części Labiryntu, tam też król kazał umieścić urny z prochami przodków, starannie opisane przez pałacowego skrybę, który wyrył ich imiona w glinie. Niewiele z tego było pożytku – do czasów Minosa zachowało się tylko około setki pitosów, z których większość mieściła prochy królów. Wszystkie były takie same i na każdym widniało imię władcy - Minos. Królowe miały własne imiona, ale obecny władca nie umiał przyporządkować ich do któregokolwiek z królów, tym bardziej, że nawet prochy jego własnego ojca zagubiły się wśród innych minosów.

Po wykonaniu tych prac spędzał całe dnie obserwując morze, które wciąż toczyło spokojne fale od strony Tery w kierunku Krety i dalej, do Afryki. Stado ptaków, które zakryło pół wieczornego nieba, dostrzegł tuż przed zejściem z wieży. Przeraziło go nie tylko to, że pierwsza przepowiednia nadchodzącego kataklizmu właśnie zaczęła się sprawdzać, ale fakt, iż ptaki najwyraźniej uciekały w panice przed czymś strasznym, straszniejszym niż wrodzony lęk, jaki miały wobec drapieżników, ptaków większych od nich lub po prostu wobec obcych. Mali lotnicy, o krótkich skrzydłach, byli najwidoczniej śmiertelnie zmęczeni, bo niemal jak kamienie pospadali między drzewa i budynki Knossos, otwierając dzióbki i spoglądając ze strachem to na ludzi, to na widoczne z daleka morze. Po odpoczynku porwały się do lotu i znikły za czerwieniejącymi od południa stokami Idy.

I wtedy usłyszał chrzęst i łoskot, jakby spod knossyjskiego pałacu usunęła się ziemia. Kilka kolumn przewróciło się z hukiem, słychać było trzask pękających naczyń. Po chwili wszystko ucichło. Morze nadal było spokojnie, słońce zaszło za wzgórzami i tylko purpurowy blask, rozświetlający niebo nad Terą był coraz silniejszy. Minos kazał przynieść sobie do wieży jedzenie i został tam na noc. Pazyfe nikt nie mógł znaleźć, ale już wielokrotnie w ostatnich latach znikała by spędzić noc w towarzystwie coraz to innego kochanka – więc nikt się tym nie przejął. Król – najmniej. Miał teraz zupełnie co innego na głowie.

Żeglarze, wysłani do Falasarny w pościg za zbiegami z Tery i towarzyszącym im starszym synem Dedala, kilka dni później wrócili z niczym. A raczej – mniej niż z niczym. Nie było śladu po Terejczykach i Japyksie. Nie było też śladu po Falasarnie – port i przyległe  miasteczko znikły, zanurzając się całkowicie pod wodę. Nie było w okolicy ani jednego statku – albo zdołały odpłynąć, albo zatonęły, gdy ich kotwice nagle znalazły się znacznie niżej, niż je umieszczono. W tym samym czasie dotarli do Knossos posłańcy od króla Zakro, który donosił najwyższemu władcy, że jego stolica i położony w jej pobliżu port także zmieniły położenie, tym razem unosząc się wysoko w powietrze. Port przestał tym samym być portem, górne partie pałacu uległy zniszczeniu, statki zatonęły lub roztrzaskały się o skały, a ludzie w panice opuścili miasto. Wyglądało to wszystko tak, jakby jakiś olbrzym o sile Atlasa przechylił Kretę jak półmisek z rybami, naciskając w dół od strony Falasarny i unosząc Zakro na wysokość najwyższych drzew. Dedal był pewien, że z woli bogów Kreta znalazła się na wielkiej huśtawce, albo zachowywała się jak okręt na falach: jeśli dziś zanurzyła się w morzu jej część zachodnia, a wynurzyła wschodnia, to po jakimś czasie musi zajść zjawisko odwrotne – Falasarna uniesie się w powietrze, a Zakro zatonie… O ile, oczywiście, wyspa nie przełamie się na pół i zniknie z powierzchni morza, jak to miało się niebawem stać na Terze.


 

X

 

Tera eksplodowała w samo południe. Łuna objęła pół nieba, ale nikt nie zdołał dojrzeć, co stało się z wierzchołkiem góry i czy morze rzeczywiście wtargnęło do jej środka. Zresztą po chwili blask nieba przygasł, przysłonięty ogromnym, szaro czarnym obłokiem, w którym pulsowało czerwone światło. Chmura błyskawicznie się powiększała, jak nadmuchiwana ośmiornica wysuwająca swe macki we wszystkie strony. Prawdę powiedziawszy, nikt w Knossos nie myślał w tej chwili o Górze, o tym co pozostało z Tery, o potokach lawy, wpływających do morza i o ludziach, którzy być może nie zdążyli się ewakuować z wyspy. Chmura zbliżała się coraz bardziej, jednocześnie narastał złowrogi szum od strony morza. Wreszcie Minos dostrzegł sięgający nieba sinozielony wał wodny, posuwający się w jego stronę z szybkością huraganu. Woda spotkawszy się z brzegiem Krety spiętrzyła się jeszcze bardziej i król mógł tylko bezradnie patrzeć, jak morski potwór połyka coraz to wyższe części wyspy i dociera do królewskiego pałacu.

Minos wzniósł ręce do nieba błagając Boską Matkę i Wielkiego Ojca o ratunek dla ich miasta. Woda zalała stadion, teatr i wszystkie dolne kondygnacje, łącznie z piwnicami i Labiryntem. Przelała się przez reprezentacyjne dziedzińce i spływając po schodach dotarła do gigantycznych Rogów Byka. Tu morze się zatrzymało i powoli zaczęło się cofać. Prośba do Bogów została wysłuchana, ale spustoszenia były ogromne. Król usiadł na schodach wieży, której podstawę jeszcze obmywały fale i bezradnie opuścił ręce. Wszystko, co kochał, zalała woda. Zostały resztki pałacu, którego odbudowa – o której pomyślał natychmiast – zajmie wiele lat i pochłonie mnóstwo złota. O ile – spojrzał przerażony w miejsce, gdzie ledwie kilka dni wcześniej Nubijczycy znieśli do podziemi skarbiec królewski i prochy przodków – o ile morze nie zabrało i tego. Czemuż nie posłuchał Dedala i nie wyniósł skarbów na dachy Knossos? Albo do jaskini w Idzie? Któżby wobec takiej tragedii połaszczył się na złoto czy tym bardziej na zetlałe prochy minosów sprzed wieków?

Dopiero teraz pomyślał o poddanych i o służbie pałacowej, o żonie i dzieciach. Ale i o nim dopiero teraz sobie przypomniano. Z jednej strony nadbiegali nubijscy strażnicy, z drugiej – z rozwianymi, długimi włosami biegł jego najstarszy syn, Katreus.

- Ojcze… Królu… Matka… - nie mógł złapać oddechu.

Jeden z marynarzy królewskiej triery, uciekając przed wielką falą w stronę góry Prassas, gdzie schroniła się część ludności portu, dotarł do pałacu i opowiedział, że Pazyfe, spędzająca poprzednią noc na morskiej plaży w towarzystwie jednego z dworzan, widząc nadbiegającą falę nie uciekła jak inni, tylko stojąc twarzą do morza wyciągała ręce, wołając swoją matkę, okeanidę Perseis. Fala opłynęła ją dookoła, pozostawiając nietkniętą, po czym królowa dostojnie weszła w głąb morza i zniknęła.

Minos pokiwał głową – przynajmniej o żonę mógł przestać się martwić: była nimfą, więc śmierć jej nie groziła, w dodatku morze było naturalnym środowiskiem jej matki. Wyglądało jednak na to, że ich małżeństwo zdecydowanie dobiegło końca.

- Lepiej późno, niż wcale – pomyślał gorzko, schodząc na mokrą ziemię. Posadzki pałacu były pokryte szlamem i drobnym kamiennym gruzem, który przyniosła woda. Kamienie śmierdziały siarką i były lekkie jak pióra – było ich mnóstwo, jakby cała Tera zamieniła się w pumeks i teraz został on przerzucony na Kretę.

- Pozbieraj ludzi – powiedział do Katreusa -  sprawdź, czy nikt w pałacu nie utonął i każ im zabrać się za sprzątanie. Woda wkrótce ustąpi i trzeba będzie zacząć normalne życie.

Katreus nie słuchał. Odwrócony tyłem do coraz silniejszego wiatru kasłał i nie mógł złapać oddechu. Czarna chmura dotarła do Krety, zakryła słońce, oparła się o szczyt Idy i zaczął z niej padać brudny deszcz. Gorące krople padające na gołą skórę powodowały powstawanie swędzących bąbli. Minos poczuł się jak po długim biegu – spocony, ledwo dyszący, nie mógł ustać na nogach.

- Maski… - wystękał – przynieście maski.


 

XI

 

Dedal miał pracownię na wysokim wzgórzu, na zachód od Knossos. Doskonale widział ogromną falę i czarno-purpurową chmurę nadciągającą od Tery. W dodatku, będąc nieco z boku zobaczył, co stało się z portem Katsabas. Słynna flota Minosa wraz z urządzeniami portowymi i stocznią w mgnieniu oka przestały istnieć. Marynarze, których wybuch zaskoczył na statkach – poszli na dno razem z nimi, podobnie ci, którzy usiłowali się ratować skacząc do wody. Ocaleli tylko ci, którzy byli na lądzie i widząc nadciągające niebezpieczeństwo – zdążyli dobiec do Prassas i wspiąć się na jego szczyt, raniąc nogi w kolczastych zaroślach, które pokrywały górę. Ale Dedal wiedział, że to tylko przedłużenie bezzasadnej nadziei na życie – chmura trującego dymu miała dogonić ich lada moment.

Szybko wyjął maskę, nasączył ją wywarem z ziół i założył najpierw sobie, potem Naukrate i Ikarowi. Poinstruowana służba – nawet strażnicy, którzy go pilnowali – zabezpieczyli się w ten sam sposób. Słońce znikło za czarnymi chmurami i mimo, że był dopiero wrzesień – w jednej chwili zrobiło się zimno.


 

XII

 

Zaczęła się długa, mająca trwać wiele miesięcy zima. I noc, którą słońce rozjaśniało na chwilę tylko w południe. Nawet wtedy zresztą ciemność ustępowała tylko częściowo i na krótko. Nie było też wiatru, który przegoniłby chmurę, a jeśli padał deszcz – to wcale nie oczyszczał powietrza, tylko przenosił truciznę na ziemię oraz ciała ludzi i zwierząt. Drzewa potraciły liście, pnie oliwek – dotąd proste jak strzała - poskręcały się, jakby porażone bólem, trawa na łąkach pożółkła, zboża nie dojrzały, wyschły i zgniły. Zwierzęta wymarły albo uciekły, ptaki odleciały, ludzie umierali z głodu, zimna i nieznanych chorób, które przychodziły jedna za drugą falami, jak przynoszący złe nowiny posłańcy.

Minos nie wzywał go do pałacu, gdzie mimo niesprzyjających warunków trwała odbudowa. Maski Dedala – jak je nazywano – były powszechnie noszone, nawet przez króla i jego rodzinę, ale skutkowały słabo, bo nikt nie posłuchał rzeźbiarza i nie przygotował wywaru z ziół, które teraz wyginęły, przynajmniej w tej części wyspy. Dedal też nie szukał z władcą kontaktu – miał mizerną satysfakcję z tego, że powiedział królowi, czego można się obawiać, a on mu nie uwierzył i teraz ponosi tego konsekwencje.

Był przekonany, że cała społeczność Knossos, a może nawet w ogóle wszyscy mieszkańcy północnej Krety powinni podjąć trud wędrówki przez góry na tamtą stronę. Minos, który początkowo wpadł na ten sam pomysł – zrezygnował z niego, kiedy uświadomił sobie, że będzie musiał prosić o pomoc króla Festo. Oczywiste było, że im dalej od Tery, tym zatrucie powietrza i zniszczenia spowodowane przez wzburzone wielkie fale będzie mniejsze. Ale ludzie byli coraz słabsi, a Minos chciał jak najszybciej odzyskać symbol swojej władzy – wielki pałac, bez którego jego zdolność panowania nad wyspą i jej mieszkańcami wydawała się równa zeru. Do odbudowy potrzebował coraz więcej robotników. Nawet strażnicy, pilnujący Dedala w jego pracowni – dokąd rzeźbiarz przeniósł się po wybuchu, bo jego mieszkanie w zachodnim skrzydle pałacu zostało zniszczone – byli na zmianę wzywani do prac budowlanych. Gdy wracali do pracowni, jedynym ich marzeniem było móc się spokojnie wyspać – choć sen w takich warunkach także nie dawał wypoczynku: świszczący oddech, chrapanie, zatkany nos – wszystko to powodowało, że ludzie budzili się co kilkanaście minut, łapali powietrze – a raczej to, co było w powietrzu – i znów, zmęczeni, zasypiali na chwilę…

Dedal mimo wszystko był wciąż więźniem i wciąż nie miał swobody ruchów. Jednak to ograniczenie wolności nie dotyczyło Ikara i jego matki. Wskazał im drogę i opowiedział, jak mają trafić do Festo – był przekonany, że życie tam będzie nie tyle łatwiejsze, ile w ogóle możliwe. Ikar wrócił po dwóch dniach – sam. Z płaczem opowiedział, że gdy weszli do połowy szczytu Idy – Naukrate była tak zmęczona, że nie dała rady iść dalej, choć powietrze było tam znacznie czystsze i oddychało się łatwiej. Poleciła mu, żeby ją zostawił i szedł dalej, ale oczywiście jej nie posłuchał. Zostali na zboczu na noc, wciśnięci do płytkiej wnęki skalnej, która dawała niewielką osłonę przed zimnym wiatrem, a gdy nastał świt – nadleciało stado orłów. Próbował rzucać w nie kamieniami, opędzał się kijem, którym podpierał się w czasie wędrówki, ale zręcznie unikały ciosów i próbowały go zranić dziobem i ostrymi pazurami. Prawie by się to udało jednemu z nich – zapamiętał, że był największy i jego skrzydła były wielkie jak dom – ale wykonał nad nim jeden ze swoich wyćwiczonych skoków z podwójnym saltem, a zdezorientowany orzeł odleciał. Ikar wrócił do miejsca, gdzie zostawił matkę, ale Naukrate nie było. Dostrzegł ją dopiero po chwili – leżała u podnóża skalnego zbocza, a orły właśnie kończyły ucztę. Płacząc zszedł na dół, żeby ją pochować – i wtedy orły odleciały. Bynajmniej nie przestraszyły się chłopca, ani nie były wystarczająco najedzone: z pobliskiej pieczary wypełzły dwa węże, jeden położył się obok Naukrate, drugi wyciągnął płaski łeb w kierunku najbliższego orła i otworzył pysk, ukazując dwa wielkie kły. To wystarczyło żeby ptaki poderwały się do lotu. A węże wciągnęły ciało do pieczary i zagrodziły sobą wejście. Więc Ikar wrócił do domu.

Dedal mógł tylko z bólem przypomnieć sobie, jak Naukrate – dzięki niemu – została uwieczniona w figurze Wężowej Bogini. Naprawdę była piękna i naprawdę gorąco go kochała. I wszyscy uwierzyli, że tak jak rzeźbie oddaje się cześć jako wizerunkowi Bogini, tak modelka jest żywym wcieleniem Boskiej Matki. Talent Dedala przekonał do tego wszystkich. Nawet węże, mieszkające w jaskiniach góry Idy.

Kilka dni później była pełnia i wszyscy zauważyli, że już widzą księżyc, czego od wielu miesięcy nie doświadczali. Nadal otaczały ich mgły i nadal z Knossos nie było widać ani morza, ani gór. Dedal w zaciszu pracowni usiłował obmyśleć aparat do latania, doskonalszy od tych, na których odleciały Syreny. Im w końcu nie trzeba było tłumaczyć jak się lata – niedostatki techniczne nadrabiały doświadczeniem. Ale człowiek takiego doświadczenia nie ma i musi je zastąpić rozumem i umiejętnościami konstrukcyjnymi. Dedalowi nie brakowało ani jednego, ani drugiego, miał też do dyspozycji lekkie, ale wytrzymałe drewno na szkielet aparatu, płótno na wykonanie powierzchni nośnej i wosk, którym można by przykleić pióra, by umiejętnie sterować lotem. Tylko właśnie nie było piór.

Udało mu się upolować dwie dzikie kozy, które nieopatrznie nawinęły się pod jego topór. Zjedli trochę mięsa, żeby nabrać sił, po czym resztę Dedal zawinął w spore zawiniątko, które zarzucił sobie na plecy. Strażników – konkretnie jednego, starego i bardzo zmęczonego - poinformował, że idą z synem zapolować na grubszą zwierzynę, którą zamierzają zwabić do pułapki, w której umieszczone zostaną kości i tłuszcz z kóz. Zaproponował mu, żeby szedł z nimi i pomógł w polowaniu, to w nagrodę dostanie część zdobyczy, jeśli polowanie się uda. Zamachał rękami i powiedział, że jest za bardzo zmęczony, ale jak dostanie trochę mięsa, to nie powie nikomu o tym, że Dedal samowolnie się oddalił. Rzeźbiarz przystał na to, choć pomyślał z żalem, że szkoda, iż strażnik z nimi nie poszedł – w końcu, kozy były chude i wygłodzone, a strażnik nieźle odkarmiony, więc mógłby przywabić lepszą zdobycz.

Przeczekali noc na stoku, szczękając zębami z zimna. Zgodnie z przewidywaniami, orły przyleciały nad ranem, tylko trzy, ale duże i groźne. Jeden wylądował koło worka z koziną, dwa pozostałe krążyły coraz niżej nad ludźmi. Zaatakowały w momencie, kiedy Dedal miał naszykowany oszczep, a Ikar naładowaną procę. Trzeci ptak spłoszył się, ale rzucona przez Dedala włócznia dosięgła go, gdy podrywał się do lotu. Naukrate została pomszczona.

Mięso było twarde i łykowate, bez odrobiny tłuszczu, więc strażnik nim wzgardził, choć skosztował ugotowanego z ptaków rosołu i stwierdził, że z braku innej potrawy, można i tym się rozgrzać. Pomagał nawet w oskubaniu orłów z piór, które utworzyły spory kopiec, odgarnięty w kąt pracowni.

Teraz praca poszła łatwiej. Skrzydła były gotowe w dwa dni. Ćwiczenia odbywały się nocą, kiedy straże spały, ale noc niewiele różniła się od dnia, więc w zasadzie było im wszystko jedno. Dedal uważał, że powinni jeszcze trochę poczekać z odlotem, bo przy nieustannie panującej szarówce łatwo było nieopatrznie zderzyć się z drzewem albo zboczem góry, trudno też było kontrolować wysokość lotu. Groźne było zarówno wciąż niespokojne morze, które mogłoby zmoczyć pióra przy locie na niskiej wysokości, jak i mocny wiatr, który mógł lotnikom połamać skrzydła.

Z dnia na dzień robiło się jaśniej – a dokładniej, szarość stawała się coraz bardziej przejrzysta, a otaczająca ich czerń stawała się coraz bardziej popielata. Minos podkręcał tempo odbudowy pałacu i wreszcie posłał po Dedala, by ten przyszedł i ocenił straty wśród posągów i zdobień. Rzeźbiarz rozejrzał się wśród budynków Knossos i stwierdził, że praca zajmie Minosowi kilka lat i będzie potrzebował mnóstwo złota, szlachetnych kamieni i kości słoniowej. Ponieważ skarbiec królewski wciąż znajdował się pod grubą warstwą błota, a kontakty nie tylko z Egiptem, ale nawet z Malią, Zakro i Festo w zasadzie ustały – terminu rozpoczęcia prac nie ustalono i król odszedł bez słowa, obrażony – jakby wszystko to, co dotknęło Knossos było winą Dedala. Wyglądało na to, że trzeba się zbierać.

Kilka dni wcześniej powiedział Ikarowi, że pora pożegnać wyspę, z którą nic już ich nie wiązało. Nie było już nawet świętych byków, przez które młodzieńcy mogli skakać – Dedal podejrzewał, że wobec szalonych trudności aprowizacyjnych ich świętość znalazła się w brzuchach Minosa i jego rodziny. Od starego strażnika, tego samego, który pomagał im oskubywać orły z piór, dowiedział się, że po pełni księżyca Minos chce sprowadzić Dedala do ruin pałacu i zmusić go do udziału w pracach remontowych. A już od następnej nocy liczba strażników miała się zwiększyć do trzech.

Nie było na co czekać. Dedal postawił na stole amforę wina, do którego dodał wywar z szyszek chmielu, lawendy i melisy. Strażnik po wypiciu powinien długo i smacznie spać aż do rana. Ikar wyniósł przykryte płótnem skrzydła na drogę prowadzącą na Idę, Dedal chwilę porozmawiał przy winie ze strażnikiem, a gdy ten zaczął chrapać – wyszedł z domu, nie zamykając nawet za sobą drzwi.

Świtało, kiedy znaleźli się na występie skalnym w połowie wysokości góry. Świtało – to znaczy zrobiło się mniej szaro, a bardziej popielato. Uświadomił sobie, że przecież po wybuchu Tery słońce nie znikło, że jest tam gdzieś wysoko, więc jak wzlecą ponad chmurę, to może ich oślepić, a nawet spalić. Powiedział to Ikarowi napominając, by trzymał się środka – ponad chmurą, ale niezbyt wysoko i niezbyt nisko.

Przywiązali skrzydła rzemieniami do ramion, kilka wymachów rozgrzało mięśnie. Nie wzięli ze sobą nic. W domu w kącie pozostawili nawet niedokończone kopie skrzydeł, dla zmylenia śladów.

- Na trzy! – krzyknął Dedal, odliczył i skoczyli.

Dopiero będąc nad otwartym morzem zrzucili maski. Kilka mocniejszych wymachów wyniosło ich ponad chmurę i po raz pierwszy od wielu miesięcy zobaczyli słońce. Stało jeszcze nisko, świeciło purpurowo, a Dedal wiedział, że kolor ten wynika z filtrowania światła przez pełną dymu chmurę. Gdy znaleźli się jeszcze wyżej – zalało ich złote światło i zrobiło się gorąco. Podleciał do Ikara.

- Niżej! Musimy lecieć niżej, na granicy chmury. Tutaj jest za ciepło, wosk może się roztopić.

Zanurkował w powietrzu, opadając kilkadziesiąt metrów. Syn leciał za nim, ale wciąż za wysoko. Dedal znów się uniósł i pokazał skrzydłem kierunek lotu – w lewo i w dół, Ikar pokiwał głową i posłusznie zanurkował za ojcem. Po godzinie rzeźbiarz odczuł zmęczenie. Wiedział, że trzeba trafić na odpowiedni wiatr, który pozwoli im szybować w dobrym kierunku i na dobrej wysokości. I wiatr przyszedł, w tym samym momencie, gdy chmura, jaka wisiała nad nimi od momentu wybuchu wulkanu całkowicie ustąpiła. Zobaczyli spokojne, granatowe morze, na którym jak perły jaśniały wyspy.

- `Ellada – westchnął Dedal, przypominając sobie z trudem melodyjny, zapomniany język dzieciństwa i młodości, którego nie używał przeszło ćwierć wieku, posługując się na co dzień mową Kreteńczyków, całkowicie odmienną od greki. Wiatr jednak okazał się niesprzyjający – zniosło ich mocno na północ. Tery, czy raczej tego, co z niej zostało, nie było widać. Z lewej strony zobaczył dwie duże wyspy i znając ich położenie z opowieści żeglarzy uznał, że właśnie minęli Naksję i Paktię, a wiatr kierował ich w stronę Patmo i dalej, w kierunku wybrzeża Azji Mniejszej, gdzie były duże faktorie kreteńskie i gdzie nie mogli być bezpieczni. Trzeba było gdzieś wylądować i poczekać na sprzyjające wiatry, które poniosłyby ich na zachód, tam, gdzie władza Minosa nie sięgała.

Czuł się zmęczony – jednak wiek nie dawał o sobie zapomnieć. Ręce miał silne, mięśnie mocne, bo praca rzeźbiarza tak je ukształtowała, jednak brak treningu w długotrwałym wysiłku fizycznym sprawił, że serce nie nadążało za mięśniami. Zaczęło mu brakować oddechu. Zwolnił i lecąc coraz niżej, zaczął wypatrywać miejsca do lądowania.

Ikar naturalnie nie miał takich kłopotów. Gdy ustąpiły chmury i zobaczył przed sobą bezkresny przestwór morza – poczuł się wolny jak ptak. Kierował lotem niemal instynktownie, jakby się urodził ze skrzydłami. Wykonywał rozmaite ewolucje, jakby był podczas swego codziennego treningu na knossyjskim stadionie: zataczał koła, wzlatywał niemal pionowo w górę, to znowu nurkował ostro w dół, nabierał prędkości, mocno machając skrzydłami, a potem szybował bez ruchu, niemal nie tracąc wysokości. Już dawno wyprzedził ojca, choć kątem oka spoglądał, w jakim kierunku mają lecieć. Zauważył, że Dedal zwolnił i znacznie obniżył lot. Obawiał się, że ojcu nie starczy sił i za chwilę wpadnie do wody, a przynajmniej zamoczy pióra, co może zakończyć się tragicznie. Wiedział, że muszą wylądować, ale w zasięgu wzroku nie było widać lądu. Postanowił wzbić się w górę i przynajmniej określić kierunek, w którym mają dążyć. Wyspę dostrzegł na północnym zachodzie i chciał skierować się w tamtą stronę, jednocześnie pokazując ojcu cel drogi, ale nie udało mu się skręcić: lewa ręka, która powinna wykonać obszerniejszy ruch, nie napotkała oporu powietrza. Spojrzał. Pióra, przyklejone woskiem do płótna, rozpiętego na drewnianym rusztowaniu, odrywały się jedno po drugim i odlatywały do tyłu. Po chwili z furkotem oderwało się i płótno.

Dedal bezradnie obserwował to wszystko. Widział jak syn stracił lewe skrzydło, a prawe, trzymające się mocniej, wprawiło ciało chłopca w coraz szybszy ruch wirowy. Po kilku sekundach tylko głośny plusk i rozchodzące się na wozie kręgi wskazywały miejsce, w którym Ikar zakończył swój lot. Ojciec złożył skrzydła i jak pocisk skierował się w tamtą stronę, wpadając do morza w ślad za synem. Ogarnęła go zielona ciemność i stracił przytomność.

Obudził się, leżąc niewygodnie na skałach. Był na sporej wyspie, której klif wznosił się wysoko nad nim. Obok stały dwie Syreny. Jedna podtrzymywała mu głowę i oczyszczała usta z piasku, druga bezradnie trzymała w rękach jego skrzydła, które oderwały się w momencie zderzenia się z wodą. Choć to nie było zupełnie ważne w tym momencie, zauważył, że całe rusztowanie jest potrzaskane, pióra się poodrywały i urządzenie już nigdy nie da się naprawić. Tylko Syrenom pióra odrastają, ludziom nigdy.

Chwilę później kolejne dwie syreny wynurzyły się z morza, niosąc przed sobą ciało Ikara.


 

XIII

 

Przez cały dzień siedział bez ruchu na skałach z martwym Ikarem na kolanach. Syreny widząc jego rozpacz milczały wraz z nim, potem wróciły do morza i stamtąd przyglądały się Dedalowi, ale patrzył przed siebie niewidzącym wzrokiem, więc odpłynęły. Tak znaleźli go rybacy, którzy wieczorem wrócili na wyspę z połowu. Zaprowadzili go do wioski, nie pytając co się wydarzyło, umieścili w niezamieszkałej chacie na skraju miejscowości i pomogli nazbierać drewna do ułożenia stosu. Płonął przez całą noc, a rano dusza Ikara odleciała do słońca, które dzień wcześniej go zabiło.

Dedal mieszkał na wyspie prawie trzy lata. Nikt go nie szukał, nikt go nie niepokoił. Dość szybko opanował miejscowy dialekt i został przez sąsiadów włączony do miejscowej, niewielkiej społeczności. Uznali, że płynął z synem od strony Naksji łodzią, która zatonęła, on się uratował, syn nie. Nie prostował tego. Nie pytali go o imię, nie ciekawiła ich jego przeszłość – żyli dniem dzisiejszym i jedynym ich zmartwieniem było to, czy połów się uda, czy będą mieli wystarczająco dużo jedzenia, żeby wyżywić wszystkich mieszkańców wioski, czy przyjdzie zimowy sztorm i zaleje ich niewielki port, czy niewysoki owies, zasiany na spłachetku pola, wyda dość ziaren, żeby starczyło na placki do ryb. Pływał z nimi na łowisko, pomagał w naprawianiu sieci i łodzi, majstrował dla nich niewielkie maszyny, które pomagały w domu i polu. Po roku oznajmił, że chce zbudować własną łódź. Pomogli mu w dostarczeniu drewna i obserwowali, czy ma dość umiejętności, by je odpowiednio wykorzystać. Gdy stwierdzili, że tak – przestali się tym interesować. Niebawem pływał na połowy już sam, czasem z sukcesem, czasem bez. Próbowano mu swatać młodą wdowę, skończyło się na obopólnych uśmiechach.

Syreny odnalazły go podczas kolejnej wyprawy rybackiej. Zarzucił sieci i drzemał, kiedy obudził go śpiew. Opowiedziały mu, że z trudem doleciały dzięki jego skrzydłom do morza, dopłynęły do Naksji, gdzie miały główną siedzibę i schowane w jaskiniach doczekały, aż pióra im odrosły. A ta, której Dedal pożyczył kostium ryby, tak się do niego przyzwyczaiła, że zrezygnowała całkiem ze skrzydeł, a dzięki swoim umiejętnościom skopiowała urządzenie tak, że utworzyła się już cała gromada syren z rybimi ogonami. Ostatnie momenty lotu Dedala i Ikara obserwowały z Naksji, oczywiście od razu go poznały i wiedziały, że to się źle skończy. Myślały jednak, że to Dedalowi zbraknie sił i wpadnie do wody, więc od razu płynęły blisko niego, Ikar wyglądał na silnego i pewnego siebie, leciał coraz wyżej i one w żaden sposób nie mogły mu już pomóc. Nie żył już, kiedy wpadał do wody.

Dedal pokiwał głową i spytał, czy pomogą mu w przedostaniu się na zachód. Wysepka, gdzie mieszkał i którą nazwał Ikarią, była co prawda bezpiecznym azylem i nikt tu nigdy nie widział wojsk Minosa, ale była zbyt blisko faktorii w Naksji i opowieść o dziwnym rozbitku mogła do króla dotrzeć. Zamierzał więc zrealizować poprzedni plan i znaleźć się w tej części morza, do której co prawda rzadko docierały statki z Krety, ale panowali inni królowie, mający dość sił, by Minosowi się przeciwstawić i dość złota, by je wydawać na pensje dla sławnego konstruktora.

Zaopatrzył swoją łódź w ster, maszt i żagiel uszyty z silnego płótna, którym sąsiedzi pokrywali dachy – po czym ze zdziwieniem stwierdził, że rybacy z Ikarii nie znają takich urządzeń. Powiększył więc warsztat, wykonał kilka zestawów napędowo-sterujących i przez całą zimę uczył sąsiadów, jak się nimi posługiwać. Gdy nadeszła wiosna, postawił na łodzi jeszcze niewielką budkę do osłony przed słońcem czy deszczem i z początkiem maja wyruszył, w towarzystwie niezwykłej eskorty – gromadki kobiet, z których część wyglądała jak przerośnięte kurczaki, a część – jak delfiny z piersiami i długimi włosami. Po tygodniu wylądował na południowym wybrzeżu Trinacji.


 

XIV

 

W Knossos nic się nie układało. Minos, który znał wszystkie dobre i złe strony Dedala i niejednokrotnie żałował tego dnia, w którym sprowadził go z Aten na Kretę, nie mógł sobie teraz bez niego poradzić. Strażnik, który pozwolił się uśpić i nie zapobiegł ucieczce rzeźbiarza, został przez króla osobiście zabity, ale nie przyniosło to władcy satysfakcji. Wszystkie ruchome figury we wszystkich świątyniach przestały się poruszać. Naturalnie, było to wynikiem albo trzęsienia ziemi, albo zalania przez wodę – ale w głębi duszy Minos uważał, że przyczyną tego buntu była nieobecność Dedala. Odbudowa pałacu postępowała, ale królowi wszystko wydawało się brudne, brzydkie, małe i niskie. Dedal nie pozostawił żadnych następców ani żadnych uczniów, nikogo nie wtajemniczył w arkana swojego zawodu, więc wszyscy pracownicy po prostu wykonywali swoją robotę i Knossos powoli powstawał z ruin, ale jako zwyczajny pałac w zwyczajnym mieście. A Minos czuł się w coraz większym stopniu zwyczajnym królem ubogiej wyspy.

Nieco lepiej szło z odbudową floty. Tu fachowcy byli do dyspozycji i gdy słońce powróciło nad Kretę, udało się najpierw odkopać port i stocznię spod grubej warstwy pumeksu i popiołu, które jeszcze nie zdążyły zestalić się w jednolitą skorupę. Pierwsi wyruszyli na morze rybacy, a połowy były tak obfite, że Minos zaczął podejrzewać, iż ryby przez ostatni rok karmiły się ciałami osób, zabitych przez wulkan. Tłumaczono mu, że to niemożliwe, że – jak niosła wieść – prawie wszyscy mieszkańcy Tery się uratowali, a ludność sąsiednich wysp ucierpiała w podobny sposób, jak Kreta, od fal, trującego powietrza, wyginięcia części roślin i przetrzebienia zwierząt. Rybacy więc dostarczali pożywienia, ludzie stawali się coraz silniejsi, specjalne ekipy drwali ścinały drzewa w masywie Idy i w Górach Białych, u podnóża których w Kidonii rozbudowano następny port i stocznię. Zbudowano nowe statki, na początek niewielkie, ale szybkie i zwrotne, które objechały całą Kretę, a ich kapitanowie raportowali Minosowi, że takie same straty jak Knossos poniósł pałac w Malii, zalany wodą i zasypany pumeksem został port w Lato Etera, zaś Zakro, podniesiony przez trzęsienie ziemi stracił górne kondygnacje domów i kolumny w pałacu, ale port szybko odbudował się w dolnej części królewskiej posiadłości. Po południowej stronie wyspy straty były nieznaczne – tu niszcząca fala nie dotarła, ale pył pokrył pola, a pumeks zablokował dostęp do portów w Pytnie, Itii i Kommos. Król Festo, którego pałac pozostał nietknięty, wysłał do Minosa posłańców z zapytaniem, czy nie potrzeba mu pomocy, pytał też, czy Dedal ma u niego dużo roboty, bo w Festo rzeźbiarz miałby też kilka rzeczy do zrobienia. Minos poczuł się obrażony, posłańców natychmiast stracił, a poniewczasie zorientował się, że byli to jego właśni dworzanie, mieszkańcy Knossos, których żołnierze z Festo pojmali w chwili, gdy usiłowali oni uprowadzić ich stado bydła. Przełknął jednak złość i upokorzenie, odkładając zemstę na później.

Teraz najważniejsza była zemsta na Dedalu, którego należało odnaleźć, sprowadzić z powrotem na Kretę i przykładnie ukarać. Wiadomość o dwóch lecących na północ ludzkich ptakach dotarła do Minosa już w kilka dni po ucieczce, ale nie mając statków nie mógł podjąć pościgu. Wiedział jednak, że nie mogli daleko odlecieć. Pierwszy nowo zbudowany statek był gotowy do rejsu dopiero w dwa lata po katastrofie. Najpierw kreteńczycy popłynęli w stronę Tery, ale nie zbliżali się do wulkanu – wystające z morza skały wciąż jeszcze wydzielały gryzący dym, a woda wokół nich bulgotała od gorąca. Opłynęli więc to miejsce szerokim łukiem, docierając do Ii, Naksji i Paktii, gdzie spotkali rybaków z północy. Od nich dowiedzieli się o tragedii Ikara i o tym, że jego ojciec, którego imienia nigdy nie poznali, zamieszkał na ich wyspie, a potem zbudował dziwną łódź i któregoś dnia zniknął. Z tymi wiadomościami wrócili do Minosa, który poczuł się usatysfakcjonowany tym, że Dedal już poniósł karę, ale naturalnie nie zaspokajało to królewskiej żądzy zemsty, która stała się jego obsesją i życiowym celem.

Czuł się stary, słaby i pozbawiony najlepszego z doradców. Po odejściu Pazyfe rodzina praktycznie przestała się ze sobą kontaktować. Ale jeszcze wcześniej stracił dwie ukochane córki: Ariadna, która miała zostać najwyższą kapłanką, a potem – wcieloną Matką-Boginią, zakochała się w Tezeuszu, gdy ten przybył na Kretę wraz z innymi więźniami ateńskimi, którzy mieli być ofiarowani Minotaurowi na pożarcie. Na nieszczęście – jako przyszła bogini wężów Ariadna była już przeznaczona Bogu Wina, o czym wiedział tylko arcykapłan Bogini-Matki, Kamares na Terze, przekazujący wróżby o przyszłości. Wiadomość o tym przechwyciła młodsza siostra Ariadny, Fedra i sekretnie zakradła się na statek, którym Tezeusz wywiózł Ariadnę na Naksji, gdzie oddał ją w boskie ręce. Po próbie samobójstwa starsza córka Minosa została wskrzeszona i przeniesiona na Olimp. Fedra – której Tezeusz nie chciał, bo była jednak brzydsza od 12-letniej Heleny Spartańskiej, z którą królewicz ateński spędził kilka płomiennych miesięcy – czekała na okazję. Ateńczyk pokonał, a potem poślubił królową Amazonek Antiopę, która zmarła po urodzeniu ich syna Hipolita. Tak Fedra doczekała się swojej kolei, ale że Tezeusz był w ciągłych rozjazdach i bardziej interesowała go sława wojownika niż małżeńska łożnica – zakochała się w swoim pasierbie. Kiedy Hipolit dorósł i odrzucił jej zaloty – oskarżyła go o nastawanie na jej cześć, Tezeusz wygnał syna z domu, a ten spadł pod koła wozu i został przez własne konie stratowany na śmierć. A Fedra powiesiła się…

Ukochany synek Minosa Glaukos utopił się w kadzi z miodem. Owszem, został potem wskrzeszony świętym wężowym zielem, ale stracił rozum. Przeznaczony na następcę tronu Androgeos zginął rozszarpany przez byka, którego pokochała Pazyfe. Jego miejsce w kolejce do tronu zajął więc Katreus, ale jemu z kolei terejski wieszczek przepowiedział, że zostanie zabity przez jedno ze swoich dzieci. Dwie jego młodsze córki zostały więc sprzedane w niewolę piratom, a starsze dzieci – Altemenes i Apemozyna, nie chcąc kusić losu – nie mówiąc nic rodzicom uciekły na wyspę Rode, gdzie żyli szczęśliwie i nawet bardzo się kochali miłością bynajmniej nie braterską i siostrzaną. Altemenes tęsknił jednak do Krety, narzekał na pobyt na emigracji nawet w czułych ramionach siostry, która znudzona jego marudzeniem oddała się uwodzącemu ją boskiemu posłańcowi – Hermesowi. Młody książę zabił ją z zazdrości, a gdy dowiedział się o tym jego ojciec – przybył w przebraniu na Rode, no i Altemenes, sądząc że ma do czynienia z piratem – przebił go oszczepem… Następna córka Minosa, Akalle, spotkała nad morzem tegoż Hermesa, a potem Apolla – i urodziła dwójkę chłopców. Zanim to się stało, wściekły Minos wygnał ją do Libii, gdzie urodził się Kidon, który potem założył jedno z największych miast Krety – Kidonię. Drugim synem był szybko rosnący, mądry i piękny chłopiec Miletos, który też wrócił na Kretę, gdzie uchodził za syna pasterza. Pechowo w pobliżu Knossos spotkał go król, który od dłuższego czasu zaczął się interesować mężczyznami. W ostatniej chwili tuż przed wybuchem na Terze Akalle zdążyła wsadzić syna na statek płynący do Azji Mniejszej. Minos dowiedział się o wszystkim w ostatnich dniach, kiedy część jego reaktywowanej floty wróciła ze wschodu i marynarze opowiadali o nowo założonym mieście Milecie i panującym tam królu, który pochodził z Krety.

W efekcie został Minosowi jeden syn i on miał objąć rządy na Krecie. Władca Deukaliona nie lubił i uważał go za maminsynka, ale nie miał już wyboru. Postanowił zostawić sprawy królestwa w rękach bogów i zajął się poszukiwaniami Dedala, którego uważał za przyczynę wszystkich swoich nieszczęść. Ale Dedala nigdzie nie było, nie natrafili na żaden jego ślad marynarze ani kupcy i można by było sądzić, że rzeźbiarz już nie żyje, gdyby nie to, że od czasu do czasu docierały na Kretę wieści o nowo powstających maszynach, figurach bogów, które potrafiły chodzić i mówić, o statkach, prześcigających inne i potrafiących pływać pod wiatr i w czasie zimowych sztormów. Ich twórcy czy twórców nigdy nie ujawniono, ale Minos dobrze wiedział, że za tymi wynalazkami musiał stać Dedal. Postanowił pójść tym tropem.


 

XV

 

Gdy mieszkańcy miasta Kamikoss na Trinacji dowiedzieli się, że Kokalos, który z córkami wylądował na brzegu wyspy, jest królem i pochodzi z potężnej i mądrej Tery – poprosili go, by rozsądził wszystkie spory, toczące się w tej części wyspy, zamieszkałej przez spierające się plemiona Sykanów, Sykulów i Elimów, z których żadne nie miało władcy zdolnego nie tylko do rządów nad innymi, ale nawet umiejącego panować nad własnymi rodakami. Potem, gdy Kokalos zarządził, by wszyscy mieszkańcy wybudowali w każdej osadzie wielki magazyn żywności i przygotowali się na wiele miesięcy bez słońca – o mało nie stracił tronu, bo nie bardzo chcieli brać się do dodatkowej pracy na wyspie pełnej słońca, gdzie zboże samo rosło, ryby z ochotą wskakiwały rybakom do sieci, a wino lało się strumieniami. Jednak gdy on sam, jego dwór i rodzina zaczęli sami budować spichlerze i stawiać piwnice – niechętnie, ale poszli jego śladem. Wybuchu nie słyszeli, ale gdy nadciągnęła czarna chmura i zakryła słońce, powietrze stało się gorzko-słone, a na brzeg zaczęły wdzierać się wysokie fale – zrozumieli, że król dobrze wiedział o czym mówi. Kilka miesięcy później słońce wróciło, a dzięki zapasom wyspiarze nie zaznali głodu. Gdy parę lat później Dedal wysiadł ze swego dziwnego statku, opuszczonego nieco wcześniej przez zmęczone Syreny – władza Kokalosa była niepodzielna, a stolica prowincji, Kamikoss, była kwitnącym i doskonale zorganizowanym miastem. Równie kwitnące były córki króla – Melopa i Ardena, prawie dorosłe, wychowywane bez matki, a po wyjeździe z Tery – również bez nauczycieli. Tę właśnie posadę zaproponował Dedalowi król, który oczywiście wiedział kim jest jego niespodziewany gość i jakie Trinacja może mieć korzyści z przebywania słynnego konstruktora na dworze.

Uczył dziewczęta wszystkiego, czego chciał nauczyć swoich synów, ale nie było mu dane. One odpłacały mu się dziewczęcą miłością, widząc w nim mądrość, siłę i człowieka, ciężko doświadczonego przez życie. Wieczorami, gdy Melopę i Ardenę udało się wreszcie wygonić do łóżek, siadał do stołu z Kokalosem i opowiadał o swoim pobycie w Knossos, o trudnej współpracy z Minosem i o tym, że mimo sławy i bogactwa, które dzięki niemu zdobył – nigdy nie przestał myśleć o wolności i młodości, spędzonej w Atenach, za czasów Egeasza i Medei. I o tym, jak w obliczu tragedii Tery trwał przy królu i mieszkańcach Krety, a gdy bezpośrednie niebezpieczeństwo minęło – jak potrafił porzucić wszystko i bez sztuki złota przy duszy odlecieć w poszukiwaniu wolności. I jaką cenę przyszło mu za to zapłacić.

Kokalos – niewysoki, rudy, z kręconymi włosami był człowiekiem miękkiego serca, choć potrafił wydawać surowe rozkazy i żelazną ręką egzekwować ich wykonanie. Śmierć Ikara opłakiwali wszyscy czworo, i cieszyli się z każdej wieści na temat Japyksa, o którego karierze na dworze egipskim wiadomości rozchodziły się po całym świecie. Starszy syn Dedala stał się bowiem najsłynniejszym lekarzem, o którego pomoc ubiegali się królowie, wojownicy i marynarze, a także prości ludzie ze wszystkich ziem, otaczających morze.

Zbierał te wiadomości jak żebrak monety, rzucane przez przechodniów, chodząc niemal codziennie do portu, wypytując marynarzy z obcych statków, kupców, nawet niewolników, sprzedawanych na targu w Kamikoss. Wypytywał o Kretę, o okoliczne wyspy, o Ateny, o egipskie miasta nad Nilem… I tak dowiedział się o konkursie.

Marynarze statku, który płynął z Tyru, rozwozili po wszystkich portach świata ofertę, że pewien bogaty król ofiaruje tysiąc sztuk złota dla tego, kto potrafi przewlec cienką jak włos nić przez wszystkie zwoje muszli ślimaka trytona.

- To pułapka! – przestrzegł go Kokalos – To żaden król z Tyru. To podstęp Minosa! On doskonale wie, że jeśli to jest w ogóle możliwe, może to zrobić tylko jeden człowiek na świecie – Dedal. I w ten sposób cię odnajdzie. Dla zemsty zrobi wszystko. Przypłynie tu, odnajdzie i zabije ciebie, a potem zniszczy moje królestwo. Nie odpowiadaj na to wyzwanie.

Dedal pokiwał głową. Tego wieczora nie było już opowieści o Krecie i wynalazkach.

Rano rzeźbiarz jak zwykle spotkał się z uczennicami. Opowiedział im o zagadce i zapytał, jak one by zrealizowały zadanie.

- Trzeba wywiercić dziurkę w końcu muszli – podpowiedziała starsza, Melopa.

- Wiadomo - pochwalił ją nauczyciel – ale jak przeciągnąć nitkę? Zaklinuje się w pierwszym skręcie muszli.

- Nalać do muszli wody. Albo lepiej oliwy – powiedziała Ardena – przywiązać do nitki jakiś cienki ciężarek, igłę może, potem wodę wypuścić tą małą dziurką. Nitka wypłynie razem z wodą.

Dedal spojrzał na nią z uznaniem. To nie mogło się udać, nitka przykleiłaby się do brzegu muszli, ale pomysł był niezły. Było obie zaczerwienione z emocji i szczęśliwe, że pozwolił im uczestniczyć w takim doświadczeniu.

- Spróbujmy – powiedział.

Poszli we trójkę do łazienki – po czym Dedal stwierdził, że mają tu wodę, mają nici, mają nawet oliwę. Tylko nikt nie pomyślał o muszli.

- Wyślemy kogoś po trytona, rybacy powinni mieć takie muszle – zaoponowała Ardena – zaraz przyniosą i sprawdzimy.

- Nie ma się z czym spieszyć – powiedziała z zastanowieniem starsza z sióstr – ale skoro już jesteśmy w łazience, to ja na przykład jeszcze się nie kąpałam, więc…

Obie suknie powoli zsunęły się z nagich ramion, a gorąca woda, którą Dedal doprowadził rurami z zewnętrznego zbiornika, pomalowanego na czarno i ogrzewanego przez słońce, zmieszana z zimną z miejscowego źródła, wypełniła wielką wannę.

 


 

XVI

 

Wiadomość o rozwiązaniu zagadki i tym samym zakończeniu konkursu dotarła do Minosa z końcem zimy. Żeglarze, którzy ją przywieźli, wracali z Trinacji z ładunkiem siarki. Tam właśnie, w Kamikoss, dostali pięknie opakowaną muszlę trytona z przewleczoną przez nią nitką i polecono im zawiadomić Minosa, że nadawcy czekają na nagrodę. „Dedal” – pomyślał król – „łyknął przynętę”. Teraz należało go pojmać i przywieźć do Knossos. Postanowił zająć się tym osobiście. Wymierzenie kary też zamierzał wykonać własnoręcznie. Nie, z pewnością nie będzie to proste skrócenie o głowę. Może jakaś nauka latania bez skrzydeł, może bliski kontakt z gniazdem orłów, które chętnie zajmą się kimś, kto pozbawił ich bliskich piór…

Pięć trier pełnych żołnierzy wyruszyło na zachód wczesną wiosną. Minos postanowił przypomnieć Dedalowi, kto jest najpotężniejszym królem na świecie i kto jest jego panem. No, a poza tym – pomyślał złośliwie – tak wielkiemu konstruktorowi i wynalazcy należą się honory na miarę jego geniuszu.

W pałacu Kokalosa oczekiwano statków z Krety. Władca Trinacji, tak samo jak Dedal byli prawie pewni, że Minos pofatyguje się osobiście, narażając swoje zdrowie i życie dla osiągnięcia satysfakcji, jaką niewątpliwie dawało mu przechytrzenie rzeźbiarza. Królewskie triery wpłynęły do Kamikoss później niż przewidywał Dedal, bo nowo zbudowane statki były znacznie gorzej skonstruowane i wyposażone w gorsze sprzęty niż było to za czasów, gdy on sam nadzorował pracę stoczni. Statek z Minosem na pokładzie płynął pierwszy, co poznali po rzeźbie rogów byka, umieszczonej jako przepiękny galion. Nie zatrzymywana przez nikogo królewska triera podpłynęła majestatyczne jak najbliżej miasta i rzuciła kotwicę przy brzegu. Wtedy żołnierze Kokalosa wyciągnęli z wody niewidoczny wcześniej brązowy łańcuch, który zagrodził ciasne wejście do portu. Pozostałe statki nie mogły dostać się do zatoki i musiały pozostać na morzu. Król Krety, ubrany w majestatyczną purpurę, z długim mieczem u boku zszedł po trapie i w towarzystwie swoich Nubijczyków podszedł do witającego go uroczyście gospodarza.

- Szlachetny królu Minosie – ukłonił się lekko Kokalos – to zaszczyt gościć cię na naszej ziemi, zapraszamy w nasze skropmne progi.

Minos naturalnie wiedział, że do niedawna Kokalos był skromnym władcą Trzeciej Dzielnicy Tery i obecne królestwo dostał w spadku, by tak rzec, po chaosie, jaki na Trinacji zapanował akurat wtedy, gdy katastrofa zagnała Terejczyka w te strony. W dodatku – jako mieszkaniec Tery był poniekąd podległy Krecie, więc trudno było mówić o paktowaniu jak równy z równym. Niemniej jednak pewne zasady między królami obowiązywały i Minos, z trudem, postanowił się im podporządkować.

- Prowadź zatem, Kokalosie, do tych skromnych progów. Nie ukrywam, że podróż była długa i ciężka, i że jestem zmęczony, głodny i niewyspany.

Ruszyli w stronę pałacu. Kokalosowi towarzyszyło dwóch przybocznych – ani oni, ani on sam nie mieli broni, natomiast Nubijczycy Minosa ostentacyjnie trzymali ręce na głowniach sztyletów, jeden zaś wymachiwał sporym labrysem. Po wejściu na teren pałacu wszyscy znaleźli się na sporym dziedzińcu, otoczonym podcieniami. Brama została zamknięta.

- Jeszcze raz cię witam, wielki Minosie. Bądź tak miły i rozkaż swoim sługom, by udali się z moimi ludźmi do wyznaczonej im kwatery, a ty pozwól ze mną na salony.

- Oni pójdą ze mną! – stanowczo oświadczył Minos.

- Wybacz, panie – Kokalos pokręcił głową – u mnie służba nie wchodzi na pokoje królewskie. Moi poddani zajmą się nimi i okażą im stosowną gościnność.

Klasnął w dłonie i w tym momencie z podcieni wynurzyło się kilkudziesięciu żołnierzy w pełnych zbrojach, z obnażonymi mieczami, z włóczniami przygotowanymi do rzutu. Zza ich pleców wystąpiło kilkunastu łuczników. Nubijczycy opuścili ręce, żołnierze Kokalosa zrobili szpaler i popychając ich lekko, wyprowadzili straż Minosa do osobnego pomieszczenia.

- To tak mnie gościnnie witasz, Kokalosie? Mnie, wielkiego króla królów, władcę wielkiej Krety?

- Czynisz mi zaszczyt, wstępując moje progi, Minosie, i wiem, jak wielkim jesteś królem i jak wielka jest Kreta, od której większa jest tylko moja wyspa. Ale zapewniam cię, że włos ci z głowy nie spadnie.

- To akurat wiem – zgodził się Minos, zdejmując kryjący głowę hełm. Był łysy jak kolano.

Służba nalała wino do ozdobnych rytonów i znikła, ale Minos był pewien, że w cieniu wielkiego megaronu kryje się przynajmniej kilka dobrze uzbrojonych osób. Nie wiedział, co się dzieje z jego statkami – na tym, któremu udało się wpłynąć do portu Kamikoss, było, poza Nubijczykami, jeszcze stu dzielnych i doświadczonych żołnierzy. Pozostałe miały trochę mniejsze załogi, ale przywiózł z sobą doborową kompanię, która z pewnością dałaby sobie radę z prowincjonalnym królikiem i jego ciężkozbrojnymi Sykanami, którzy zapewne nigdy w prawdziwej bitwie nie brali udziału. Daliby radę – gdyby nie to, że Kokalos pochodził z doskonale zarządzanej i świetnie zorganizowanej Tery, mającej co najmniej równie dobrą flotę i wojsko, jak Kreta. I że miał na swoim dworze Dedala.

Bo jego obecność wyczuwał od momentu wylądowania, a efekty jego działania widział na każdym kroku. Był pewien, że scenariusz powitalny, który przed chwilą został zrealizowany, jest także jego dziełem. Postanowił bez wstępów przystąpić do pertraktacji.

- Drogi Kokalosie, powinienem teraz najpierw pochwalić twoje wino, które naprawdę jest doskonałe, skomplementować urządzenie twojego pałacu, ale go jeszcze nie obejrzałem i długo opowiadać ci o tym co stało się z twoją Terą i moją Kretą po wybuchu waszej świętej Góry, ale na pewno to wszystko wiesz od kogoś, kto jest moją własnością i kogo stąd zabiorę i natychmiast odjadę. Gdy mi go oddasz – odpłyniemy i nigdy was nie będziemy niepokoić, a tobie włos z głowy…

Zakrztusił się winem, uświadomiwszy sobie, że właśnie powtórzył to, co jemu przed chwilą powiedziano. Kokalos uśmiechnął się, pogładził rudą czuprynę i powoli dopił wino.

- Nie wiem, co masz na myśli, Minosie. Nikt nie jest niczyją własnością – wszyscy ludzie rodzą się i umierają wolni i równi. Jak to wiesz na pewno.

Wiedział. Od tych słów Dedala wypowiedzianych jeszcze przed wybuchem Tery, zaczęła się rozchodzić ich droga.

- Doskonale, Kokalosie. Teraz chciałbym zobaczyć mężczyznę, którego poszukuję. Tego, który rozwiązał zagadkę muszli trytona.

Kokalos spojrzał na niego ze zdziwieniem.

- Jakiego mężczyznę? Zagadki tej nie rozwiązał mężczyzna, tylko kobieta. A dokładniej – dwie młode kobiety. Dziewczęta.

Znów klasnął w dłonie i do sali weszły córki króla. Minos siedział, oszołomiony. Był tak pewien, że za chwilę zobaczy Dedala, iż od dłuższego czasu ściskał dłonie w pięści i teraz oglądał pobielałe kłykcie. Podniósł wreszcie oczy. Stały przed nim dwie najpiękniejsze kobiety, jakie spotkał w życiu. Przypominały mu Pazyfe z młodości, Ariadnę sprzed spotkania z Tezeuszem i Naukrate, kiedy rzeźbił ją Dedal. Opanował się jednak i łaskawie skinął głową.

- No, to bardzo ciekawe – powiedział – takie techniczne umiejętności w takich ślicznych główkach… Jak tego dokonałyście, piękne córki mojego przyjaciela Kokalosa?

- Mamy bardzo delikatne palce – powiedziała starsza. Mimo woli spojrzał na dłonie Milopy, które opierały się o biodra, a długie i wąskie palce delikatnie gładziły błyszczący materiał sukni.

- I umiemy się nimi posługiwać – dodała młodsza – to nie było takie trudne, gdy się ma trochę wprawy.

Ardena patrzyła mu śmiało w oczy, uśmiechając się zalotnie. Ale Minos dostrzegł, że oczy dziewczyny pozostają zimne jak lód, białe zęby przypominają kły pantery, a palce zaciskają się na nagich ramionach tak, że zostawiają ślady.

Kokalos zapytał czy jego córki mogą usiąść koło Minosa. Zgodził się oczywiście i zapytał, jak rozwiązały problem muszli i nitki.

- To dzięki łazience – powiedziała Milopa - Leżałyśmy sobie w wannie, bawiłyśmy się trochę i myślałyśmy, że wystarczy nalać do muszli wody, a nitka sama przepłynie na drugą stronę.

- To był mój pomysł – pochwaliła się Ardena – ale zły. Nitka nie przepłynęła. Potem wyszedł ten projekt z mrówką.

- Z mrówką?

Minos nie wiedział już, na którą z nich patrzeć i której słuchać. Robiło mu się gorąco. Wolał mężczyzn, ale te dziewczęta były tak piękne i tak zalotne… Zdjął wierzchnią szatę i purpura spłynęła na podłogę.

- Z mrówką – potwierdziła Milopa – rozwiązanie twojej zagadki, wielki królu, jest takie: trzeba w miejscu, gdzie ma wyjść nitka, a więc w najcieńszym szpicu, przewiercić cieniutki otwór i jego brzegi posmarować miodem. Potem złapać mrówkę, przywiązać do niej delikatnie nić pajęczą, do niej z kolei – nitkę, która ma przejść przez muszlę. Mrówka chce skosztować miodu, więc pędzi przez muszlę, nieświadomie ciągnąc za sobą pajęczynę, a ta ciągnie nitkę. I zagadka rozwiązana!

- A co z mrówką? – spytał, właściwie mimowolnie, król Krety.

Dziewczęta spojrzały na siebie, zaczerwieniły się, wreszcie młodsza powiedziała:

- Nic. Potem mrówka jest już nieważna. Najważniejsze, że osiągnęła cel. Nasz cel.

Zapadło milczenie, służba dolała wina, Minos sięgnął za pazuchę, wyciągając woreczek, z którego wysypał dziesięć sztuk złota.

- Nie miało być tysiąc? – przytomnie spytała Milopa.

- To tylko zaliczka. Przecież król nie będzie nosił przy sobie wora ze złotem. Jest na statku, jutro dostaniecie.

Zapadła cisza. Wreszcie odezwał się władca Trinacji.

- Przygotujcie królowi kąpiel, przecież mówił, że jest zmęczony. Pokój królewski jest już przygotowany.

Córki Kokalosa wyszły, a Minos pochylił się nad stołem i spokojnym głosem zapytał:

- No dobrze, to gdzie jest Dedal?

Kokalos nie odpowiadał.

- Przecież obaj wiemy, i ty i ja, że on tu jest. I że to on rozwiązał zagadkę. Może i nauczył twoje córki tego i owego, może przekazał im trochę swoich umiejętności, ale to on zorganizował obronę portu i nauczył cię strategii. Znam go jak nikt, jego i jego umiejętności. I jeszcze ci powiem – chętnie skorzystam z twojej oferty, kąpieli i wypoczynku, ale jutro wydasz mi Dedala. Bo gdy jutro nie odwołam rozkazów, pojawiając się z jeńcem na statku, to moje wojsko zaatakuje twoją wyspę. I żadne sztuczki Dedala nie ocalą – jak się nazywa ta twoja wieś? – Kamikoss, bo ani port, ani pałac nie są w stanie przeciwstawić się potędze Krety. Wydasz Dedala – odpłyniemy spokojnie i będziesz sobie dalej rządził tą swoją wysepką. A twoje córki oczywiście dostaną tysiąc sztuk złota za rozwiązanie zagadki, daję na to moje królewskie słowo.

Kokalos pochylił głowę.

- Skoro bogowie tak chcą – dostaniesz, co ci się należy.


 

XVII

 

Weszły do łazienki dopiero wtedy, gdy leżał już w wannie. Zrzuciły suknie, stanęły przed nim nago i namydliły go starannie. Milopa zacząła masować mu plecy i kark, Ardena rozluźniała mu mięśnie łydek i ud. Poczuł, że zmęczenie odpływa gdzieś razem z przelewającą się wodą, a do niektórych miejsc ciała napływa gorąca krew.

- Nie za chłodno, Minosie? Może dolać trochę ciepłej wody?

Skinął głową. Milopa wrzuciła do wanny garść pachnących ziół, pochylając się nad królem tak, że jej sterczące piersi dotknęły jego łysej głowy. Zamknął oczy i przypomniał sobie, jak przed dziesiątkami lat znalazł się pierwszy raz w wannie, zbudowanej przez Dedala. Towarzyszyła mu wtedy Pazyfe oraz jej młodziutka wówczas niewolnica Naukrate. Po latach pierwszy raz kąpał się z żołnierzem nubijskim. Woda i wtedy, i teraz wydała mu się gorąca, ale to było dobre, bo rozluźniało wszystkie mięśnie i pozwalało zapomnieć o kłopotach, jakich każdy król ma niemało. Im większy król, tym więcej kłopotów. Zioła i gorąca woda powodowały, że przyjemnie kręciło mu się w głowie.

- Chodź tu bliżej – sięgnął ręką do i tak bliskiej talii Ardeny.

- Dobrze, królu – położyła mu rękę na sercu. Sztylet wszedł w nie gładko jak w mokry piasek na nadmorskiej plaży.


 

XVIII

 

Dedal stanął przed królewską trierą i podświadomie rejestrował wszystkie błędy w jej wykonaniu i oszczędności w wyposażeniu. Spostrzegł, że dowódcą jest stary marynarz, którego dobrze znał ze wspólnych rejsów podejmowanych w czasach, gdy jeszcze wolno mu było pływać na statkach Minosa. Balos oczywiście wiedział, że rzeźbiarz popadł w niełaskę i celem ich wyprawy jest pojmanie go i wywiezienie na Kretę, gdzie prawdopodobnie zostanie ukarany za ucieczkę z wyspy, choć nie rozumiał dlaczego Dedal miałby ponieść śmierć za to, że po wykonaniu tylu ważnych prac dla króla nie mógł choć na jakiś czas zmienić otoczenia. Wiedział także, jak wszyscy, że w czasie ucieczki utonął Ikar i sądził, że śmierć syna jest już wystarczającą karą wymierzoną Dedalowi przez bogów, więc ludzie powinni mu już dać spokój.

- Balosie! – usłyszał – podejdź do burty i nie bój się, jestem bez broni. Zresztą, po cóż miałbym nastawać na życie starego przyjaciela.

Balos wiedział też, że ani nigdy nie byli z Dedalem przyjaciółmi, ani że ten nigdy nie ruszał się bez broni i żelaznej siatki pod ubraniem. Jednak podszedł bliżej, żeby nikt nie posądził go o tchórzostwo. Zresztą, zapadał zmrok i zgodnie z uświęconym tradycją zwyczajem, w nocy nie powinno się toczyć walk.

- Przyjacielu, mam dla ciebie dwie wiadomości, jak zwykle, dobrą i złą. Tylko nie wiem, która dla ciebie będzie dobra, a która zła.

- To zacznij od tej dobrej twoim zdaniem.

- Król Kokalos zezwala wam wylądować i przejść do koszar naszego wojska, gdzie znajdziecie nocleg, jedzenie i picie. Będzie się także można umyć i pomyśleć nad przyszłością.

Balos nie był naiwnym żółtodziobem i doskonale zrozumiał, co kryje się pod uprzejmymi słowami Dedala.

- Czyli będziemy uwięzieni i albo przejdziemy na służbę tutejszego króla, albo zostaniemy straceni? A co z naszymi okrętami stojącymi na redzie?

- Ich załogi będą miały większy wybór, ale dopiero jutro rano: albo przyłączą się do was, gdziekolwiek wtedy będziecie, albo odpłyną.

Dowódca triery rozejrzał się dyskretnie. Wyglądało na to, że Dedal jest sam, ale z mroków, które już ogarnęły portowe zabudowania, w każdej chwili mogły wychynąć setki żołnierzy Kokalosa.

- Nawet o tym nie myśl, nie warto narażać skóry dla władcy, który tak beztrosko wystawił na sprzedaż wasze skóry. Prawdę powiedziawszy, na waszej obecności na wyspie wcale nam nie zależy, chcemy tylko odebrać to złoto, które Minos przywiózł na nagrodę dla mnie. Pewno nie chciał mi ich początkowo wypłacić, ale teraz już godzi się na to i w zasadzie nie przeciwstawi się już niczemu, co my postanowimy.

- My? – zdziwił się Balos – Ty i ja? Czy ty i ten twój nowy władca?

- Przyjmijmy na razie, że rozmawiamy o sprawach, w których możemy zadecydować my, ty i ja. Moja propozycja jest taka: dobijacie do brzegu, udajecie się pod eskortą do koszar, my przejmujemy statek, zabieramy złoto z nagrody nie ruszając niczego więcej, a rano decydujecie, czy zostajecie w naszych szeregach, czy odpływacie wolno na Kretę.

- No a druga wiadomość, ta zła?

Dedal odwrócił się i machnął ręką. W mroków zabudowań portowych wyszło kilkudziesięciu żołnierzy, którzy przy nabrzeżu rozstąpili się, pozostawiając na środku, na wprost Balosa drewnianą lektykę w kształcie tronu, na którym siedział, przywiązany konopnymi linami, król Minos. Ubrany w królewską purpurę, z koroną na głowie, z mieczem położonym na kolanach i opuszczoną na piersi głową. Powaga śmierci wydłużyła mu twarz, wyostrzyła rysy i dodała majestatu.

- To na pewno nie jest dobra wiadomość, Balosie, ale o się stało, to się już nie odstanie. A może nawet wyjdzie na dobre. Królem Krety jest od teraz Deukalion. Minos odszedł do krainy cieni. Wziął zbyt gorącą kąpiel i jego nie serce tego nie wytrzymało.

Balos odwrócił się bez słowa i kazał spuścić trap. Żołnierze zeszli na ląd, oddali broń, klękali w pokłonie przed zmarłym władcą, i bezradnie stanęli koło nabrzeża, po czym Balos zwrócił się do Dedala:

- Czy ty tu dowodzisz, czy mam rozmawiać z Kokalosem? Mamy tylko jedną prośbę. Chcemy zabrać naszego króla, pochować go i zamieszkać w pobliżu. To był… - głos mu się załamał – to był do pewnego momentu dobry człowiek, wielki władca i wspaniały król. Zresztą, sam wiesz o tym dobrze. Ta przeklęta Tera złamała go, jak wiatr trzcinę. Jeśli chcielibyście pohańbić jego zwłoki, musielibyście nas wszystkich też zabić.

Rzeźbiarz zrozumiał, że Balos nie uwierzył w bajeczkę o zbyt gorącej kąpieli Minosa. Wiedział też, że Balos boi się, że Dedal mu nie wierzy, że będzie podejrzewał, iż Kreteńczycy będą chcieli pomścić króla, bez względu na straty, jakie by ponieśli. Dedal był prawie przekonany, że Balos mówi szczerze, że kieruje nim tylko chęć oddania hołdu królowi i nadzieja na przetrwanie w nowych okolicznościach. Prawie mu uwierzył.

Żołnierze kreteńscy otoczyli zwłoki Minosa zwartym kordonem, postanawiając przerwać z nim aż do rana. Balos osobiście wydał kilka worków złota wyznaczonym przez Dedala Sykulom, którzy odnieśli je do komnat Kokalosa. Odebrana Kreteńczykom broń została zebrana na wóz, zaprzężony w osła i miała pojechać za nimi do nowego miejsca pobytu, gdzie też miał został pochowany król. Kokalos zadecydował, że odda im w dzierżawę tereny koło Arkagas, nad dużą rzeką obrośniętą platanami, gdzie będą mogli założyć swoją osadę, w której będą rządzić się swoimi prawami, pod ogólną kontrolą Sykulów. Na króla osady Minoa, bo taką nazwę postanowiono jej nadać, Kokalos wyznaczył Balosa, ale ten się sprzeciwił.

- Nie nadaję się i nie chcę. Niech osadnicy wybiorą kogoś, kto będzie umiał zostać szczurem lądowym. Ja jestem marynarzem, nie umiem żyć na lądzie i pracować na roli. Wybaczcie też, że nie przyłączę się do waszego wojska i do waszego królestwa. Nie umiem zdradzić króla, nawet po jego śmierci. A poza tym jest jeszcze jedna sprawa. Minos, oby żył wiecznie, jeszcze w drodze wydał rozporządzenie, że jeśli nie wróci do swoich żołnierzy rankiem jutrzejszego dnia – znaczy, że został uwięziony i wtedy mają atakować bez względu na ewentualne straty. I ten atak nastąpi, czy to się wam podoba czy nie. Jest tylko jedna szansa, by uniknąć niepotrzebnego rozlewu krwi: ja popłynę rano na redę, wszystko im wyjaśnię i skłonię do powrotu na Kretę. Jeśli to wam nie odpowiada – możecie mnie uwięzić czy zabić, a kolejna przelana krew spadnie na wasze sumienia.

„A więc jednak nie uwierzył!” – pomyślał Dedal. W sumie, trudno się dziwić. Ale pokojowe załatwienie konfliktu w tej sytuacji wydało się już mało prawdopodobne. Popatrzył na Kokalosa i zrozumiał, że stary król przewiduje to samo. Lekko skinął głową, a władca zapewnił Balosa, że rozumie jego intencje i zgadza się na proponowany manewr. Zarządził tylko, by wymarsz żołnierzy nastąpił przed odpłynięciem statku. O świcie podjechał wóz wypełniony żywnością, którym kierował stary Sykul, znający prowadzącą górami drogę do Arkagas. On wyruszył pierwszy, za nim kilkudziesięciu żołnierzy z ciałem Minosa. Kokalos kazał też uwolnić Nubijczyków, którym Dedal polecił nadal pilnować króla i towarzyszyć mu aż do pogrzebu.

Dwie łodzie z obsługi portu odholowały statek Balosa w stronę przegradzającego bramę portową łańcucha i pospiesznie powróciły do nabrzeża. Król i jego najbliżsi powrócili do pałacu, Dedal zniknął z pola widzenia wchodząc na portową wieżę obserwacyjną. Potem wszystko potoczyło się bardzo szybko. Łańcuch opadł na dno zatoki, otwierając drogę do portu. Statki stojące na redzie ruszyły na wiosłach, Balos podpłynął do nich i krzyknął:

- Król zamordowany! Zdrada! Atakować!

Przełożył ster na burtę, ale Dedal ze swej wieży błysnął sygnalizacyjnym lustrem i łańcuch został znów wyciągnięty. Pierwsza rozpędzona triera nie zdążyła się zatrzymać i metal rozpruł wręgi jej kadłuba. Statek zaczął tonąć, pociągając za sobą łańcuch, którego kilka ogniw pękło i poszło razem z nim na dno. Wtedy Dedal błysnął po raz drugi i na kreteńskie statki posypała się z obu brzegów lawina płynnego ognia. Na klifach, ograniczających wejście do portu od wschodu i zachodu pojawiły się dziesiątki miotaczy, którzy rzucali w kierunku statków amfory z cienkiej gliny, wypełnione wynalezioną przez Dedala masą zapalającą, składającą się z wydobywanego w pobliżu oleju skalnego, siarki, której wielkie złoża były w okolicy dawnej stolicy Sykanów – Ragusy, oraz saletry, żywicy piniowej i wapna. Mieszanka płonęła nawet pod wodą i nie dawało się jej niczym ugasić. Co więcej – wapno palone, którego spore ilości Dedal dodawał do oleju i siarki, podgrzewało się w kontakcie z wodą i zapalało resztę substancji – a wraz z nią drewno, z którego były zbudowane statki, maszty, żagle, ubrania i ciała ludzkie. Po wykorzystaniu wszystkich przygotowanych pocisków miotacze wycofali się, a do walki wkroczyli żołnierze, trzymający na ramionach długie miedziane rury, w których z jednej strony znajdowała się substancja zapalająca, z drugiej – mieszanina saletry i sproszkowanego węgla, która wybuchała przy kontakcie z zapalonym knotem lampki oliwnej, wyrzucając płonącą kulę na odległość do połowy przesmyku portowego.

Wszystko trwało zaledwie kilka chwil. Statki, na których już niebawem nie został ani jeden żywy marynarz błyskawicznie zatonęły, a ich płonące pokłady dymiły długo nawet pod wodą. W płomieniach zginęli także ci, który ratunku szukali w morzu.  Uratowała się tylko królewska triera i jej jedyny pasażer – kapitan Balos, który nabrawszy rozpędu jeszcze w basenie portowym – minął miejsce ostrzału zaraz po wykrzyczeniu swego komunikatu o śmierci Minosa. Ale już po wyjściu na pełne morze okazało się, że samotny człowiek nie jest w stanie pokierować dużym i ciężkim statkiem. Triera, z pełnym takielunkiem i ożaglowaniem złapała silny podmuch wiatru, który połamał najpierw wszystkie sterczące poza burtę wiosła, potem niesiona przez fale w stronę zachodu słońca, znikła za cyplem, przez który wędrowali żołnierze z ciałem Minosa. Dedal usłyszał najpierw głośny trzask, przebijający się przez szum płonącego ciągle w porcie ognia, potem łoskot dartego przez skały pokładu, wreszcie zaległa cisza. Miał nadzieję, że dzielny Balos wydobył się z wraku i dołączył do swoich marynarzy. Szanował jego wierność królowi, ale musiał go powstrzymać szybko i skutecznie. Wiedział jednak, że gdyby kapitan przeżył – nie wróciłby już na Kretę i nie podejmowałby żadnych działań przeciwko Kokalosowi. Brutalne życie zamknęło ten rozdział i nie było czego więcej wspominać.


 

XIX

 

Mijały lata, król Trinacji starzał się coraz bardziej i wciąż namawiał Dedala, by został mężem jednej z jego córek i przejął po nim tron. Rzeźbiarz nie miał ochoty – on też był coraz starszy i zabawy z młodymi dziewczętami, choć wciąż go pociągały, nie stwarzały zbyt solidnej podstawy dla małżeństwa. W efekcie Melopa w końcu wyszła za mąż za Zankla władającego  północą wyspy, zaś Ardena za Eryksa z Drepany na Zachodzie. Pałac w Kamikos powoli pustoszał i tylko echo niosło kroków kulejącego starca – Kokalosa i wciąż trzymającego dobrą formę, ale już zupełnie siwego Dedala. Któregoś dnia, podczas tradycyjnego wieczoru spędzonego przy amforze miejscowego wina w ciepłym pokoju, ogrzewanym gorącą wodą z pobliskich źródeł, Dedal wyznał królowi, że dręczy go tęsknota za przeszłością.

- Nie gniewaj się, jest mi tu dobrze, choć po wyjeździe dziewcząt zrobiło się pusto i bez nawet tej pociechy, którą one dawały staremu człowiekowi. Ale myślę coraz częściej o dawnych czasach i zastanawiam się, czy mogłem pokierować życiem swoim i swoich bliskich inaczej. Czy na przykład  potrzebnie porzuciłem Kretę? Czy nie powinienem pomóc Minosowi przetrwać do dnia, kiedy musiałby oddać władzę Deukalionowi? To taka słaba postać, zupełnie tak jak ten cały prawnuk Minosa, Menelaos. Nic z niego nie będzie. Albo gdybym powstrzymał się od gniewu wtedy, w Atenach i nie napadł na Perdiksa-Talosa…

- Przeszłości nie potrafią zmienić nawet bogowie, jeśli w ogóle tacy są jeszcze na naszym świecie. Trzeba się umieć z nią pogodzić – odpowiedział cicho Kokalos – nie mówiłem ci, ale niedawno kazałem się zawieźć do Minoi, żeby zobaczyć jak sobie radzą żołnierze z Krety. I wiesz co? Radzą sobie świetnie, zadowoleni z życia, uprawiają zboże, hodują woły, a Minosa wspominają tylko raz na jakiś czas, urządzając na jego cześć coś, co nazywają walką byków. Choć to nie byki walczą, ale ludzie ścigają się ze sobą, kto pierwszy zabierze bykowi z rogów kokardę czy bukiet kwiatów. Byk się denerwuje, czasem kogoś poturbuje kopytami, czasem nawet zrani rogiem… Ale na co dzień Minos to tylko kapliczka, gdzie trzymają pitos z jego prochami. A sołtysem ich wsi wybrali Nubijczyka. Wiesz dlaczego? Bo jest najwyższy i wszystko pierwszy widzi i najsilniejszy, więc potrafi nalać wino z największego pitosa… Może i tak powinno się wybierać królów?

Dedal nie słuchał. Wreszcie podjął decyzję.

- Kokalosie, przyjacielu. Postanowiłem cię opuścić. Chcę to zrobić teraz, póki obaj jeszcze żyjemy i póki możemy się gorąco uściskać na pożegnanie. Póki możemy o sobie wspominać. Mówią, że już niebawem wybuchnie wielka wojna, że Mykeńczycy nie zadowolą się przejęciem naszych pałaców na Krecie, tylko będą chcieli kontrolować cały handel cyną ze wschodem, bo nie umieją żeglować tak daleko jak marynarze z Krety i Tery, którzy po miedź i cynę jeździli nawet daleko za Słup Heraklesa. O przygotowaniach do tej wojny pisał mi Japyks, który teraz jest lekarzem na dworze Priama w Troi, nad Skamandrem. Więc póki jeszcze nie ma wojny, póty spróbuję popłynąć, żeby wrócić do dawnych czasów.

Kokalos spojrzał na niego spod oka.

- Na Kretę? Idomeneos nie przyjmie cię tam życzliwie.

- Wiem. Nie, nie na Kretę. Chcę wrócić do Aten.


 

XX

Wziął najmniejszy statek, jaki był w porcie. Pożyczał go tylko – jak mówił. Dwudziestoosobowa załoga po dowiezieniu go do Aten miała wrócić do Trinacji. Poza zapasem żywności i wody miał tylko pitos z płynnym ogniem, beczkę siarki z saletrą i węglem oraz połowę nagrody, jaką kiedyś wygrał od Minosa. Drugą połowę już przed laty przekazał dziewczętom. Wypłynął wieczorem, kiedy od lądu wiała zachodnia bryza. Mała sylwetka Kokalosa, który żegnał go stojąc samotnie na nabrzeżu portowym znikła w ciemności jeszcze zanim zasłoniły go skały Kamikoss. Dedal długo jeszcze patrzył w tamtą stronę, obserwując jak nad Etną wznosi się purpurowo-szary pióropusz dymu.