Maria Giłka
Kalambury polsko–amerykańskie
Siedzenie w living roomie i nie spoglądanie od czasu do czasu na stojący na kominku drezdeński zegar nie mogło wchodzić w rachubę, bowiem przykuwał on uwagę wszystkich swoją urodą, wiekiem, europejskim pochodzeniem. To nic że musiał być co dwie doby ręcznie nakręcany, skoro Mike - spadkobierca zegara - to nakręcanie traktował jak jakiś rodzinny rytuał trwania, przekazywany z pokolenia na pokolenie. Z drugiej zaś strony to patrzenie coraz na jego drezdeński cyferblat sprawiało, że czas wlókł się niemiłosiernie, więc siedząc w zasięgu jego działania musiałam dla zabicia czasu, wynajdywać sobie różne zajęcia jak np. przeglądanie magazynu dla kobiet. Z czasem zaczytywałam się w jakimś artykule bądź w opisywanej ludzkiej dolegliwości, której po ichniemu nie potrafiłabym wprawdzie wymówić, ale potrafiłam zrozumieć czytając w amerykańskiej wersji, pojąć objawy oraz skuteczność leczenia jej reklamowanymi właśnie lekami. Zaniepokoiła mnie trochę powszechność tej choroby, ale pomyślałam sobie, to tak pewnie jest jak u nas z kokluszem, czy ospą wietrzną, nabywa się ją i już.
Rozmyślania te przerwał mi Tomasz, mój trzyletni wnuk, dopominając się pomarańczowego dżusu, nadal bardzo zadowolony z życia, a że jeszcze bardziej brudny, to już inna sprawa. Nie człapał już w butach swojego ojca, ale teraz dreptał w gumiakach Bartosza, które sięgały mu do samego tyłka, przez co wyglądał bardzo śmiesznie. Tak też odebrał ten obrazek listonosz, który właśnie nadszedł i uśmiechając się do malca, zażartował:
- Czy mógłby mi pan pokwitować dostarczoną przesyłkę?
Na co zaskoczony nieco maluch odpowiedział:
- Ja nie jestem pan, ja mam tylko takie duże buty.
O Ameryko, będę twoją fanką, ujęłaś mnie podejściem pana listonosza - pomyślałam. Powracając jednak do malucha, ja niby ta pilnująca go osoba, nie miałam wpływu na jego wygląd, bo dzieciom w tej rodzinie, w tym stanie i pewno w tej Ameryce, nie zabrania się niczego co im nie zagraża. Dzieci mają czuć się wolne i szczęśliwe. Zresztą od brudnej buzi czy rączek, nawet anioł by się nie ustrzegł bawiąc się w tym ogrodzie, który kiedyś był szumiącym lasem, a teraz po wykarczowaniu drzew przypiekana słońcem ziemia wysychała na pieprz a może raczej na popiół i wystarczyło tylko trochę ożywczej wody ze sprawnie działającego zraszacza, aby poczuć się szczęśliwym, lecz nie koniecznie już czystym. Ale przecież to tu właśnie w Ameryce słyszałam stale kierowane do dziecka pytanie You are happy boy? bądź trochę inne, ale też pełne troski czy miałeś dobry czas?
Więc czy mogłam się zatem dziwić, kiedy ten umorusany do granic możliwości chłopiec, rozpoznawalny jedynie po błyszczących oczach, w słoneczny dzień, w krótkich spodenkach, ale wielkich gumiakach, zapragnął jechać do city-marketu - to jego ojciec, bez najmniejszego sprzeciwu wsadził go do samochodu jak stał, dorzucając za nim gumiaki, które mu w między czasie pospadały z nóg. Taka pobłażliwość dla dziecięcych fanaberii była powszechna. Nie dziwiły się np. przedszkolanki, że Karol ubrał się w Tomka koszulkę bo miała jakiś rysunek czy napis, który mu się akurat spodobał. A to, że owa koszulka sięgała mu do kolan, to już był zwykły detal. Było i tak, że Karol zamienił się w przedszkolu z kolegą butami, więc chodził kulawy, bo buty były dla niego za ciasne. Wtedy ojciec nie wnikając w powód zamiany, zabrał go do sklepu by kupić mu nowe buty. Wiedziałam, że nie będzie to takie proste, bo Karol miał szczególny gust i dziwne upodobanie do dużych butów. Kiedy wrócili po godzinie z pudełkiem pod pachą i wciąż z kulawym Karolem, spodziewałam się jakichś wyjaśnień, ale tego było zaskakująco niewiele, poza stwierdzeniem: pozwolił sobie przymierzać różne buty, ale kiedy spytałem, no to co te będą dobre, odpowiadał nie! chcę większe. Dlaczego więc zamienił się z kolegą na mniejsze buty - pozostało zagadką. Kiedy utrudzony kulawieniem Karol zainteresował się wreszcie nowo nabytymi adidasami i zaczął je siedząc na podłodze przymierzać, zorientowałam się, że choć niby takie same w kolorze i nie różniące się fasonem to jednak jeden od drugiego różniły się wielkością. I tą różnicę z zachwytem przyjął Karol ciesząc się że choć jednego buta będzie miał dużego. Ojciec nie psuł mu radości, podsumowując wydarzenie iście po amerykańsku: przecież mogło być jeszcze gorzej, gdyby się trafiły obydwa buty z jednej nogi. A wygłaszając tą uwagę odsłonił górną szczękę w pełnym uśmiechu zarezerwowanym tylko dla synów.
Właśnie chronometr drezdeński wskazywał godzinę 15.00. Jaką tam piętnastą, tu w Ameryce nie ma piętnastej. Jest tylko trzecia PM. Więc to ostatnia pora podjąć decyzję, czy zabieram się do gotowania obiadu, czy idziemy na obiad do restauracji, czy przywozimy dania w styropianowych opakowaniach sami, czy zamawiamy telefonicznie obiad do domu.
Nie byłabym matką-Polką gdybym się nie starała w każdej sytuacji pokazać z dobrej strony, pokazując tym samym w dobrym świetle mój kraj, rodzinę i siebie. A przecież już byłam bardzo chwalona za pilogi, golombki, krymouki, koklety. Byłam więc dobrej myśli proponując barszcz z uszkami. Ale poniosłam całkowitą klęskę, bo ten przysmak nie spodobał się zięciowi. Ani wygląd, ani nazwa, ani smak. Na pytanie co to takiego uświadomiony został że czysty barszcz z uszkami. I choć próbował powtórzyć słowo barszcz, nie potrafił mimo kilkakrotnego powtarzania a nawet spelowania, zawsze wychodziło mu bosz. Odmówił też spróbowania potrawy tłumacząc, że ten krwisty kolor odbiera mu apetyt. I tak wdzięcznie brzmiący barszcz w swojej nazwie, przezwany boszem, porównany do krwistej zawiesiny, odarty ze smaku, musiał w przyszłości ustąpić miejsca zwykłemu bulionowi, do którego wrzucone uszka zaraz zagustowały, a myślę że nawet zachwyciły amerykańskie podniebienie.
W czasie moich kilku pobytów w USA stale słyszałam: mamuś nie przyjechałaś aby tu pracować, więc gotowanie było wyłącznie sprawą mojej dobrej woli. Ale lubiłam robić rodzinie niespodzianki kulinarne. Więc tym razem wymyśliłam sznycle, inaczej nazywane kotletami siekanymi, do tego duszona marchewka z zielonym groszkiem i purée ziemniaczane. Kiedy przygotowane jadło trafiło na stół, zięć Amerykanin i jego latorośl patrzyli na chwilę skonsternowani na ten rodzaj dania, po czym z pogodą ducha sięgnęli po amerykańskie dodatki, sznycel trafił do miękkiej buły, i przyodziany został grubymi plastrami pomidora cebuli i z wdziękiem skonsumowany, a marchewka przetykana groszkiem, ze wstydu zasychała na półmisku. Po tym doświadczeniu pomyślałam, to się jeszcze okaże i podjęłam wyzwanie. Jak tak - to ja też potrafię gotować po amerykańsku. Więc wzięłam do ręki amerykańską książkę kucharską, wyszukałam przepis, który zaczynał się mniej więcej tak: przysmaż bekon na patelni, potem uduś dwie marchewki oraz pietruszkę startą na grubej tarce, potem dodaj trzy łodygi selera naciowego i duś do miękkości, dolej do tego trzy kubki wody, dorzuć cztery pokrojone w kostkę ziemniaki i kiedy ziemniaki będą już ugotowane połącz to wszystko z usmażonym boczkiem. Choć wszystko z nazwy było takie amerykańskie to zupa smakowała jak nasza rodzima kartoflanka, a uzupełniona przez Amerykanów krakersami znowu zrobiła się amerykańska.
Nie zrażona tym niepowodzeniem, podjęłam jeszcze jedną próbę, zniewolona ważnością nadchodzącego Christmasu. Będzie indyk, szynka pieczona z ananasami i może pasztet z gęsich wątróbek. To tak dystyngowanie zabrzmiało w tej zwykłej kuchni, że pomyślałam, warto się potrudzić aby się dowartościować. Zabrałam się więc ochoczo do pracy - mielenie, siekanie, warzenie, mieszanie, wszystko według amerykańskiego przepisu i amerykańskiej miary. Wreszcie końcowy etap starań, czyli zawinięcie produktu w lnianą materię i gotowanie na ogniu w rynience o takich to a takich wymiarach. Wszyscy domownicy byli przejęci tą kulinarną osobliwością, która musiała stygnąć w tej wodnej kąpieli do drugiego dnia i dopiero wtedy mogła być obnażona z opakowania. To co się ukazało nie było ani piękne ani smaczne, mnie przypominało w smaku naszą dobrze znaną z czasów PRL–u podgarlankę.
Wtedy ostatecznie pokonana została moja kosmopolityczna próżność, ale i tak pisana mi była jeszcze jedna próba. W rewanżu za moje starania, Mike miał ugotować swoją słynną potrawę, która podobno w jego wykonaniu była rewelacyjna czyli chyle, rodem z Ameryki Łacińskiej, ale w USA bardzo powszechnej. Głównym składnikiem tej potrawy była fasola, ale to nie ona budziła mój strach, tylko sama przyprawa składająca się z różnych gatunków tropikalnych pieprzowców. To właśnie ta przyprawa zwalała z nóg, i pozbawiała oddechu. Ostrzeżona o zagrożeniu, pouczona o sposobie ratowania się mlekiem, drwiłam: jak to - Karol przełyka i nic, choć jest dziesięć razy ode mnie młodszy, to ja z takim doświadczonym przełykiem, nie potrafię? Nie było jednak lekko, honor Polki obroniłam, ratunku nie wołałam, ale nie przestawałam się dziwić, że mi łyżka nie zardzewiała, ani mi się talerz nie rozpuścił od te żrącej papki.
Znając dobrze to porzekadło o wspólnym krakaniu, kiedy los rzuci cię między obce wrony, bez najmniejszych zastrzeżeń przyjęłam tutejszy zwyczaj pozdrawiania się nawzajem, na ulicy stacji benzynowej, sklepie, hotelu, mało tego, zaczęłam w tym prym wodzić, zachwycona taką ludzką serdecznością, ze wstydem myśląc, że my Polacy wobec tego jesteśmy gburowaci. Aby się jednak całkowicie nie pogrążyć w wyrzutach, przypomniałam sobie że i u nas kiedyś pozdrawiało się ludzi pracujących słowami Szczęść Boże. Ludzi starszych, znanych i nie znanych i wszystkich duchownych witało się słowami Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. Ale gdzieś ten zwyczaj zapodział się widocznie speszony bezwzględnością ludzką w parciu do przodu. A tam nadal wśród piękna koloradzkich gór i lasów, ludzie trwają w poczuciu wspólnoty lokalnej, pozdrawiając się nawzajem prostym słowem hi.
Było jeszcze coś innego co skłoniło mnie do zmiany mojego stereotypowego myślenia o Amerykanach, dotyczyło to ich wrażliwości, a wyglądało tak. Wybrałam się z Tomaszem, wtedy czteroletnim brzdącem, na spacer. Taki w polskim stylu, czyli prosto przed siebie. Kiedy skończył się chodnik dla pieszych i w tyle pozostały zabudowania miejskie, nie zawróciliśmy, ale śmiało dalej maszerując poboczem drogi, podziwialiśmy widoki i przydrożne kępy kwiatów. Wówczas zaobserwowałam coś niezwykłego, co świadczyło niewątpliwie o dużej wrażliwości Amerykanów na drugiego człowieka, a może tylko na dziecko. W każdym bądź razie ku mojemu zdumieniu niemal każdy przejeżdżający samochód zatrzymywał się przy nas, a kierujący z troską pytał jak mogę wam pomóc. Dziękowałam z polską wylewnością, ale przecież wtedy nie wiedziałam, że amerykanie wzdłuż długiego highwayu na piechotę nie chodzą. Więc szliśmy dalej, aż na moje utrapienie zatrzymał się przy nas szeryf z naszego miasteczka i nie dał się zbyć serdecznością moich podziękowań, ale chciał wiedzieć wszystko, po co, na co, dokąd idziemy. Widocznie ta moja obco brzmiąca mowa nie wzbudziła zaufania, bo usadził malucha w samochodzie, a mnie zaprosił na miejsce obok siebie i z całą paradą w mgnieniu oka zajechaliśmy w tej szeryfowej gablocie z mrugającym kogutem na dachu na podjazd naszego domu, wprawiając moją córkę i jej męża w osłupienie.
Ale czy to osłupienie było bezpodstawne? Nie. Bo już raz dałam się poznać jako ekscentryczka, a rzecz miała się tak. Zajechały obok naszego domu dwa policyjne samochody, wysiadło z nich kilku policjantów i zaczęli otaczać sąsiadujące z nami kondominium. Zapowiadało się ciekawe widowisko. Więc zostawiłam wszystko i w pośpiechu zajęłam miejsce w wiklinowym fotelu przed domem z góry ciesząc się, że nareszcie zobaczę amerykański kryminał z pierwszej ręki. Dziwiło mnie jednak trochę dlaczego jeden z policjantów machał ręką jakby zaganiał kury. Ale nie dopuszczałam do siebie myśli, że to machanie może się do mnie odnosić. A moje polskie pochodzenie już brało górę nade mną: co się ta amerykańska glina do mnie przypieprza, przecież siedzę na swoim, a gapić się to on mi zabronić nie może. Więc może mi co najwyżej naskoczyć… To moje święte oburzeni rozwiał jednak mąż Agnieszki wołając mnie do domu i wyjaśniając, że policja chce zaczynać akcję, więc znowu wykrzyknęłam:
- To niech zaczynają, przecież na to czekam!
- Ale oni chcą aby mama była bezpieczna...
No więc co mogłam zrobić? Na tak widoczną troskę o moje dobro musiałam skapitulować i całą zabawę diabli wzięli.
Po raz trzeci udało mi się zadziwić zięcia moim spekulowaniem po polsku, kiedy to on dostał mandat za przekroczenie szybkości. A rzecz miała się następująco. Jechaliśmy na weekend do dziadków do Canyon City. Malutki wtedy Karol zaczął wrzeszczeć w samochodzie, jakby go kto ze skóry obdzierał. Zaniepokojony tymi wrzaskami, dotąd niezwykle praworządny ojciec nacisnął na pedał gazu znacznie przekraczając dozwoloną prędkość. Takie rzeczy nie uchodziły bezkarnie w rezerwacie przyrody. Więc najpierw usłyszeliśmy syrenę, potem zajechał nam drogę policjant na motorze, a jeszcze potem dostaliśmy mandat na pięćset dolarów. W poniedziałek zaś już koło południa dostarczono pozew do sądu a w środę wydano wyrok skazujący na odpracowanie czterdziestu godzin na rzecz miasta. Najpierw przysądzono zięciowi wymiatanie liści z rynien przedszkola. Potem trzy dni wydawania posiłków dzieciom w szkole, resztę godzin miał osądzony przeznaczyć na sprzątanie parku. Prowadzenie własnej firmy i odrabianie kary nie przychodziło oskarżonemu łatwo więc chciałam pomóc i zaproponowałam abyśmy wszyscy poszli sprzątać ten park. Wtedy wyjdzie każdemu z nas po trzy godziny, więc w jedno popołudnie odwalimy robotę. Rozumowałam po polsku, przyzwyczajona do kombinowania, ale to moje polskie myślenie sprawiło, że jeszcze raz udało mi się widzieć osłupiałego zięcia. W osłupieniu tym nie trwał długo, bo musiał przecież jednoosobowo przystąpić do sprzątania.
Ale tu się myliłam, bowiem byli i inni, którym też przytrafiło się popełnić podobne wykroczenie, więc skład ekipy był ze wszech miar ciekawy: lekarz, mechanik samochodowy, barman, instruktorka aerobiku, właściciel restauracji... Ten rzucający się w oczy pozorny brak kompetencji u sprzątających nie miał większego znaczenia, gdyż wkrótce zawarta przyjaźń między uczestnikami wspólnej niedoli oparta o bar i restaurację, zagwarantowała ogólne zrozumienie i dobre samopoczucie, wytrwałość i rzetelność wykonywanej pracy. Więc na tę okoliczność tak sobie pomyślałam, że ten wysoki sąd w Breckenridge zna się na rzeczy, skutecznie kompletuje preferencje zawodowe, ale to przecież wszystko dla społecznego dobra. Więc znowu udało ci się wzbudził mój podziw, Ameryko.
Zdarzało się jednak, że pewne wydarzenia budziły we mnie zgoła inne uczucia. Na przykład historia Becky. Becky to pies amerykańskiej rasy, lat około sześciu, słusznego wzrostu, czarnej maści i łagodnego charakteru. Nic więc nie mogło wskazywać na to, że posiadającej tyle zalet psinie przyjdzie przeżywać taki melodramat. Becky przywiązana do łańcucha, leniwie spędzała wiosenne przedpołudnie, wylegując się w ogrodzie i z widoczną nudą obserwując spacerujące po podjeździe kruki. Nagle ciszę tę przerwał przebiegający niemal środkiem naszej posesji młody człowiek, który akurat miał ochotę skrócić sobie drogę na Mainstreet, naruszając tym samym bezprawnie prywatną własność. Tego występku nie miała zamiaru tolerować Becky i ugryzła go w łydkę, dziurawiąc mu przy tym nogawkę dzinsów. Właściciele psa, moja córka i zięć, pożałowali delikwenta i pouczając go, że nie miał prawa tędy przebiegać, bo to droga niepubliczna tylko prywatny ogród, dali mu parę dolarów na nowe spodnie. Jakież było moje zdziwienie, kiedy po godzinie pojawiła się policjantka i w całym majestacie prawa zaaresztowała Becky odwożąc ją do psiej ciupy. Można było ją tam odwiedzać, a nawet dokarmiać, ale jej więzienne menu niczym nie różniło się od domowego. Tam suszone bulki i tu suszone bulki, ot takie psie życie. Wreszcie nadszedł dzień, kiedy sprawa Becky stanęła na wokandzie sądowej, przedstawiono zarzuty, pogdybano o zagrożeniu i wydano wyrok. Dożywocie w klatce. Jęknęłam, biedna Becky skazana na przebywanie tylko w domu, albo w ogrodzie, ale w klatce. W mojej głowie się to nie mieściło. Więc komentowałam to na różne sposoby. Ale tam prawo znaczy prawo. Więc już dalej musiałam się wyżywać w polskiej mowie, pocieszając Becky, że gdyby bliżej była ta Polska, to zabrałabym ją ze sobą i wtedy mogłaby mieć w … no właśnie ten wysoki sąd i jego wyroki. Bo w Polsce jakby ktoś skracał sobie drogę przez czyjś ogród i ugryzł by go pies, który byłby w dodatku na łańcuchu, to by na spodnie nie dostał, a jakby się stawiał do tego, to by jeszcze w ryj oberwał. To użalanie się nad Becky nie miało większego sensu, ona i tak nic nie kumała, ciesząc się po psiemu, że jest już w domu a nie w pace. A gdyby podobna sytuacja zdarzyłaby się jeszcze raz, to Becky mimo wzniosłego gadania sędziego ugryzłaby jeszcze raz.
Kiedy ja sobie tak gadałam sama do siebie, to mój zięć raczył się odezwać w te słowa:
- Mama znowu rozmawia z mamą - i dodał - czy mama wie, że mówienie do siebie pachnie paranoją.
- A czy ty wiesz – odparowałam - że któregoś dnia możesz ugryźć tą swoją wygadaną buzią więcej niż będziesz mógł w stanie połknąć?
Na co on niezwłocznie odpowiedział, że woli umrzeć w nieświadomości.
Nasze słowne aluzje czy głośno wypowiadane komentarze w żadnym wypadku nie miały wpływu na nasze wzajemne stosunki, my się po prostu lubimy, wzajemnie szanujemy, a czasami podziwiamy. Jednak odrębność naszych kultur musi nas dzielić w niektórych sprawach. Melodramat Becky zasiał we mnie obawę, aby historia się nie powtórzyła, tym bardziej, że w domu były jeszcze dwa psy, Barni i Adelka. Więc martwiąc się wymyślałam różne wyjścia, a że rozumowałam po polsku, doszłam do wniosku, cóż prostszego jak wywiesić tabliczkę zły pies, albo może dla pewności złe psy. I rezultat swojego myślenia przekazałam zięciowi. On na chwilę stracił mowę, już wiedziałam, że znowu powiedziałam coś głupiego, więc ratowałam się jak mogłam powoływaniem się na polski zwyczaj, że u nas tak się robi i każdy ma obowiązek ostrzeżenie przeczytać i uszanować. A on kiedy już odzyskał moc amerykańskiego argumentowania, wygłosił mowę, która brzmiała mniej więcej tak:
- Świadomość, że ma się złe psy już sama w sobie jest zła i karalna. A jeszcze ogłaszanie tego publicznie za pomocą tabliczki, to jest jak drwienie z przepisów czyli z władzy. A jakby trafił się obcokrajowiec i tego napisu nie byłby w stanie zrozumieć i gdyby załóżmy przez chwilę to ostrzeżenie miało moc prawną …
Tu zrobiło mi się głupio, straciłam pewność siebie, a broniąc się brnęłam dalej w absurd.
- U nas wszyscy umieją czytać i co napisane rozumieją i respektują. Ale nie mogę się specjalnie dziwić, bo moja ojczyzna ma już ponad tysiąc lat. A wy trochę ponad dwieście. Więc w tym względzie się nie dogadamy.
I z rezygnacją machnęłam ręką, resztę dopowiadając po polsku głupie porządki, zdziwaczała Ameryka.
No tak, dla mnie była dziwaczna czasami, ale też ile w niej przykładów obywatelskiej postawy, poszanowania prawa i znów w obronie twojego dobrego imienia Ameryko, przypomniałam sobie jak uciekł z domu Dodo, łasiczka Tomasza. A że dom nasz stał przy głównej ulicy, to ta ucieczka zaraz stała się sprawą publiczną: niewinne zwierzątko narażone na śmierć pod kołami samochodów. Powiadomiona przez przechodniów policja z całą determinacją przystąpiła do akcji łapania Doda, wstrzymując ruch i uganiając się za wystraszonym zwierzątkiem, oczywiście z pozytywnym skutkiem, bo łasiczka będąc oswojona dała się złapać bez trudu z pomocą przechodniów. A więc Ameryko masz i takie przyjazne oblicze, kiedy władza schodzi z piedestału dostojności, by uganiać się za Dodem, a potem wręczyć go zapłakanemu maluchowi, odstępując od dochodzenia, kto i dlaczego.
Wspomnienie zaczęłam od zegara i na zegarze chcę skończyć. Otóż zdarzyło się tak, że zajęta sadzeniem kwiatków w ogrodzie posłużyłam się swoim wnukiem Bartoszem, który wczesne dzieciństwo spędził w Polsce, więc posiadł umiejętności mowy polskiej, aby poszedł i spojrzał na ów drezdeński zegar i zobaczył na jakiej cyferce jest mała wskazówka a na jakiej duża. Pobiegł chętnie, jeszcze prędzej wrócił pytając: a co jak obie na kupie.
No nic odpowiedziałam, przypominając sobie maksymę mojej babki na okoliczność kłopotów diasi wezmą wej takie pucone zycie i otrząsając się z lenistwa sama poszłam spojrzeć w cyferblat drezdeńskiego zegara.