Anna Maria Świerczek, Nowy Targ
Podróż nie-podróż
Rozdział pierwszy
Sen
Wypłynęliśmy o świcie. Niebo było przejrzyste, a powietrze cudownie świeże. Pomyślne wiatry dęły w żagle. Poranek był rześki i spokojny. Dziób statku ciął fale niczym nożyce krawieckie cienki materiał. Czułem się wolny i pełen nadziei. Tak, wszystko wydawało się możliwe. Bezpieczny wśród przyjaciół nie bałem się niczego. Stałem przy dziobie i patrzyłem na linię horyzontu – na tamten nowy i stary horyzont, który zwiastował nadejście wielkich zmian.
Tak zaczęła się moja choroba. Marzenie o świecie, którego nigdy nie znałem i raczej nigdy nie miałem poznać. Ten sen nawiedzał mnie od czasu, gdy skończyłem liceum i postanowiłem rozpocząć studia geograficzne. Stało się to możliwe jedynie dzięki śmierci moich ukochanych rodziców, którzy pozostawili mi skromny, acz zaspokajający wszelkie potrzeby majątek. Oboje zmarli tej samej nocy, przez zaczadzenie tlenkiem węgla. Nie chcieli naprawiać uszkodzonej instalacji, gdyż uważali, że skoro działa, to nie ma potrzeby wymieniania jej na nową. Przez głupotę i chciwość zakończyli pobyt na tym świecie. Po krótkim okresie żałoby musiałem zmienić swoje życie, by wziąć się wreszcie za coś, co pozwoli mi się utrzymać na przyzwoitym poziomie. Rodzicom nie zależało zbyt na mojej edukacji, gdyż sami nie mieli żadnego wykształcenia, a mnie uważali za mało bystrego.
Nigdy nie zachęcali mnie do nauki, a często wręcz przeciwnie – ganili za to, że rzekomo zbyt dużo siedzę nad książkami, choć tak naprawdę bardzo rzadko mi się to zdarzało. Rodzeństwa nie miałem ze względów finansowych – jedno dziecko było wystarczającym obciążeniem.
Jako przymusowy ulubieniec nie miałem zbyt wielu przywilejów, ale dzięki rodzicom nauczyłem się jednego: w życiu mogę liczyć tylko na siebie. Stojąc przed nowym etapem w życiu, wyjęty ręką losu spod ich skrzydeł mogłem wreszcie zacząć żyć po swojemu.
Uporczywe marzenie o morskiej wędrówce nękało mnie nawet na jawie. Chciałem gwałtem stać się podróżnikiem, choć byłem zaledwie ubogim studenciną. Doszedłem do wniosku, że coś z tym zrobię. Chciałem pozbyć się wizji i jednocześnie zrealizować ją. Z tym paradoksalnym problemem zwróciłem się do mojego przyjaciela, który studiował psychologię. Gdy tylko dowiedział się z czym mam problem, powiedział:
- Zobaczymy co da się zrobić. Poddam cię hipnozie, żeby sprawdzić o czym tak zawzięcie marzysz. Przyjdź do mnie jutro o 18.00.
Marek miał hopla na punkcie hipnozy odkąd skończył 15 lat. Podczas transu ludzie opowiadali mu takie rzeczy, że sami się dziwili kiedy słuchali nagrania z sesji. W moim przypadku to mógł być właśnie TEN sposób, by zrozumieć tajemnicze wizje i sny.
– Mam się jakoś specjalnie przygotować?
Marek mrugnął.
– Wystarczy, że się dobrze wyśpisz.
Oczywiście wizja nie ograniczała się do samego statku. Miała różne wątki, które bezpośrednio nie łączyły się ze sobą, a jednak należały do pewnej całości. Był w niej ogromny klasztor i mnóstwo modlących się ludzi, czasami uczucie wielkiego smutku, bezsilności, innym razem zawziętości, albo rozpierającej radości.
Cały następny dzień zastanawiałem się czegóż nowego dowiem się od Marka. Kiedy tylko przekroczyłem próg jego mieszkania oznajmił mi:
- Słuchaj, Jacek. Jakieś pięć procent populacji nie jest podatne na hipnozę. Poza tym niczego nie mogę obiecać. Sam wiesz, to loteria. Na szczęście jesteś facetem inteligentnym więc powinieneś szybko wpaść w trans.
Rozpiąłem kurtkę i powiesiłem ją przy wejściu.
- A co to ma do rzeczy? – spytałem nieco zdziwiony.
– Tyle ma, że im jesteś mądrzejszy, tym łatwiej cię zahipnotyzować. Z ludźmi, delikatnie mówiąc, ograniczonymi - niewiele da się zrobić. Jednak to tylko pięć procent.
- Miejmy nadzieję że do nich nie należę – uśmiechnęliśmy się porozumiewawczo – Jestem gotowy.
Sesja podobno przebiegła pomyślnie, choć i tak niczego nie pamiętałem. Marek nie chciał mi nic powiedzieć, tłumacząc, że jeżeli bym się dowiedział co mówiłem na sesji, przekaz mógłby zostać zerwany. Oczywiście nie miałem pojęcia o czym mówił. Doszedłem do wniosku, że lepiej będzie jeżeli poczekam aż wszystko się wyjaśni. Być może opowiedziałem mu dalszą część historii, więc chciał, żebym mógł ją zakończyć? Wiele pytań tłukło mi się po głowie. Przy wyjściu zapytał czy uczyłem się kiedyś portugalskiego.
Odpowiedź była prosta, bo i skąd chłopak ze wsi miałby znać portugalski? Jeden z jego współlokatorów był Portugalczykiem, ja sam miałem kilku znajomych w Portugalii, ale nie wydawało mi się, żeby to miało coś do rzeczy.
Rozdział 2
Nowy Świat
- Płynąłeś na statku na wyprawę. Tamten poranek był rześki i wietrzny. Czułeś się bezpieczny, bo byłeś blisko swoich przyjaciół. Co się stało dalej? Dokąd dopłynąłeś?
Jacek podniósł nabożnie ręce do modlitwy i przeżegnał się ze słowami:
- In nomine patris, et filii et spiritus sancti. Amen1.
Następnie wzniósł ręce do góry i przemówił:
- Pater noster qui es in caelis, sanctificetur nomen tuum. Adveniat regnum tuum, fiat voluntas tua sicut in caelo et in terra. Panem nostrum cotidianum da nobis hodie, et dimitte nobis debita nostra, sicut et nos dimittimus debitoribus nostris. Et ne nos inducas in tentationem, sed libera nos a malo. Amen2..
Marek w czasie wysłuchiwania monologu Jacka podnosił stopniowo brwi, aż w końcu zabrakło mu czoła by wyrazić swoje zdumienie. Szybko sprawdził, czy na pewno wszystko się nagrywa.
- Descansa em paz, meu amigo3. – nie przerywał Jacek.
Marek musiał przejąć kontrolę nad pacjentem.
- Jacku, mów po polsku. Ten język nie jest dla mnie zrozumiały.
Gorączkowo zastanawiał się jak zmusić przyjaciela do zmiany języka. Na szczęście problem rozwiązał się sam.
– Przyjacielu mój, ogarnia mnie wielki smutek, że właśnie dziś spotykamy się po raz ostatni. Spoczywaj w pokoju i czuwaj nad nami. Spełniłeś naprawdę wielkie dzieło, nigdy cię nie zapomnę. Bóg zabrał cię stąd, choć wszystko zapowiadało twój powrót do zdrowia. W głębi serca nie wierzyłem, że ta tragedia nastąpi. Teraz zapewne doznajesz boskiej chwały, a ja dotąd nie wierzę, że już cię nie ma. Będę modlił się za twą duszę i zrobię wszystko, by twoje ciało powróciło do kraju, który tak przecież ukochałeś. Tęskniąc przecież kochamy mocniej. Nawet śmierć nas nie rozdziela naprawdę…
Marek gorączkowo robił notatki. Coś podobnego nigdy mu się nie przytrafiło. Jak dotąd żaden pacjent nie mówił w podobny sposób. Nikt jeszcze nie mówił w obcym języku. A Jacka znał od dziesiątego roku życia.
- Opisz mi dokładnie miejsce, w którym się znajdujesz i osoby, które przemawiają. Możesz wstać i rozglądnąć się. Mów mi gdzie jesteś i co widzisz, żebym mógł pójść razem z tobą. Jeżeli chcesz, możesz otworzyć oczy.
Jacek wstał i zaczął przechadzać się po pokoju. Marek wahał się, czy aby na pewno jego propozycja była rozważna. Jacek chodząc po pokoju mógł przecież wpaść na jakiś mebel i zrobić sobie krzywdę.
– Jestem w niewielkim kościele wraz z kilkudziesięcioma innymi ludźmi. Wszyscy modlą się gorliwie. Mają dziwne ubrania, w kościele nie ma elektryczności. Zaraz rozpocznie się nabożeństwo żałobne. Nie wiem ile może mieć lat ten mężczyzna w trumnie, ale z pewnością przekroczył sześćdziesiątkę. Najbliżej niego stoi jakiś mnich. Nie widzę jego twarzy, bo zasłania ją czarny kaptur. Czuję, że byli dobrymi przyjaciółmi.
- Który jest rok? Czyj to pogrzeb? Czy widzisz tam innych mnichów?
– Jacek odwrócił się i przebiegł oczami po tyłach pokoju.
- Nie, tylko ten z przodu. Ja nie… Bo on… Nie wiem… Ale czuję co oni… Nie…
Pytań było zbyt dużo. Szybko usiadł na fotelu i przyjął pozycję embrionalną. Był przestraszony, więc Marek musiał dodać mu otuchy.
– Jacku, to jest twój świat. Wiesz tutaj wszystko, bo wszystkie informacje są w twojej głowie. Nie wszystko będzie jasne od razu, ale z czasem możesz cały ten świat kontrolować.
Jeżeli chcesz, możesz tylko obserwować. Przyjrzyj się dobrze tym ludziom i powiedz jak się nazywają.
Jacek poczuł się pewniej. Podniósł się z fotela i zaczął się rozglądać po pokoju.
- Tak… Tam klęczy Marco, Eduardo, Jose, Jorge… Byli ze mną na statku.
- Dobrze Jacku, wystarczy. Powiedz mi, czyj to jest pogrzeb?
- Jak to czyj? Przecież to wicekról Indii, wielki odkrywca Vasco Da Gama!
Nie dostałem od razu kasety z nagraniem naszej sesji. Marek powiedział, że mógłbym za bardzo się zainspirować sprawą i wszystko poszłoby na marne. W ten sposób nie wiedząc zupełnie nic, chodziłem do niego na kolejne spotkania. Wreszcie, po piątej sesji, moja ciekawość została zaspokojona. Z wypiekami na twarzy słuchałem historii ostatniej podróży do Indii Vasco Da Gamy i jego załogi. Niestety po śmierci Da Gamy cała wizja się urywała.
Marek mówił, że żadnym sposobem nie był w stanie ze mnie wyciągnąć informacji o późniejszych wydarzeniach. Znaleźliśmy jednak pewien trop, który naprowadził nas na…
Na lotnisku miałem mały komitet pożegnalny z Markiem na czele. Jako jeden z najlepszych studentów drugiego roku dostałem zagraniczne stypendium w Portugalii. Zagadka wizji i snu blisko wiązała się z tym krajem i byłem praktycznie pewny, że znajdę to czego poszukiwałem od wielu lat zupełnie nieświadomie.
- Chyba nigdy nie uwierzę w taki zbieg okoliczności! - Markowi aż trzęsły się ręce z podniecenia – Jeżeli nic nie znajdziesz to sam tam przyjadę i przekopiemy całą Lizbonę!
Uśmiechnąłem się pobłażliwie.
– Wątpisz w moje zdolności detektywistyczne?
Naszą rozmowę przerwał spiker wzywający pasażerów z mojego samolotu do zajęcia miejsc.
– Pogadamy po powrocie! – zdążyłem rzucić na pożegnanie i popędziłem na spotkanie z przeznaczeniem.
Przed rozpoczęciem roku szkolnego miałem dwa tygodnie na zapoznanie się z miastem. Zastanawiało mnie w jaki sposób znajdę ślady istnienia człowieka, który żył w XVI wieku i był zaledwie nic nie znaczącym mnichem. Drugiego dnia poszedłem na spacer do parku nieopodal mojego akademika. Pogoda była słoneczna, więc usiadłem na ławce w cieniu rozłożystego dębu i zacząłem czytać książkę. W pewnym momencie usiadła obok mnie dziewczyna i położyła między nami maszynopis. Już miałem coś do niej zagadnąć, lecz ona nagle wstała i odeszła szybkim krokiem znikając w tłumie ludzi. Nawet gdybym chciał nie byłbym w stanie jej odnaleźć, gdyż nie widziałem nawet jej twarzy. Maszynopis leżał obok mnie. Upewniłem się czy nikt na mnie nie patrzy i nie zwlekając zbytnio sięgnąłem po niego. Na wewnętrznej stronie okładki widniała naklejka z tajemniczym kodem i adresem strony internetowej. Doznałem olśnienia – bookcrossing! To rodzaj hobby polegającego na pozostawianiu w różnych miejscach książek tak, aby ktoś inny mógł je przeczytać i „uwolnić” dalej, a potem na stronie internetowej czytać komentarze tych, którzy te książki uwolnili.
Przyjrzałem się bliżej maszynopisowi. O dziwo, tekst nie był pisany po portugalsku, lecz po angielsku. Na stronie tytułowej widniała wyraźnie data – 1531 i podkreślenie, że jest to kopia wersji pisanej ręcznie z tegoż roku. Więcej informacji o druku nie było.
Bez problemu znalazłem stronę z naklejki, lecz kod książki zupełnie się nie zgadzał. Data tego tekstu była mi dziwnie znajoma – było to przecież zaledwie kilka lat po śmierci Vasco Da Gamy. Lekturę rozpocząłem niezwłocznie, zaniedbując zupełnie zwiedzanie miasta i szukanie śladów z mojej wizji. Poza tym żadne poszukiwania nie były już potrzebne – znalazłem to, czego szukałem.
Rozdział trzeci
Zapiski Fernanda Gomeza
Abril 1526
Nazywam się Fernando Gomez. Mieszkam w Indiach od śmierci Vasco Da Gamy i zarabiam na życie pomagając przyjezdnym handlarzom porozumiewać się z miejscowymi ludźmi. Tutaj, w Delhi, znalazłem się po wyjeździe z Kochin, gdzie pochowaliśmy naszego wicekróla. Do dziś wracam wspomnieniami do tamtego kościoła, pełnego bożego zamysłu i skromności. Kościół św. Franciszka w Kochin wybudowano dokładnie 10 lat temu. Były to zaledwie początki naszej dominacji na wybrzeżu indyjskim. Tu, gdzie się znajduję, wprawdzie nie ma zbyt wielu Portugalczyków, ale miejscowi ludzie pozwolili mi się zaaklimatyzować i poznałem ich kulturę na tyle, żeby spokojnie tu funkcjonować. Po przeszło dwóch latach pobytu w Indiach stwierdzam, że jestem już gotowy by ustatkować się i osiąść tu na stałe. Z Portugalią pożegnałem się na dobre, kiedy zrozumiałem, że tylko będąc tutaj mogę naprawdę przysłużyć się mojemu krajowi. Pragnę wybudować dom nieopodal Delhi i tam przyjmować wszystkich, którzy łakną słowa Bożego i dobrej rady. Chociaż czasy są niespokojne, tutejszych pogan znam lepiej niż chrześcijan, moich braci w wierze. Nauczyłem się strugać w drewnie małe przedmioty, może to pomoże mi utrzymać dom. Na razie jednak zaoszczędziłem pewną sumę i wierzę, że uda mi się zrealizować moje marzenie.
Zanim znalazłem się w Delhi, poznałem trochę kulturę i religię mieszkańców Indii. Oni sami są spokojnymi ludźmi, przyjmują los z pokorą i żyją z dnia na dzień niesamowicie angażując się w swoje wierzenia. Tak właściwie to nie mieszkam w Indiach, bo w zasadzie jest to sułtanat delhijski - państwo pod panowaniem Arabów. Jednak przeważa tu kultura indyjska. Delhi rządzi sułtan Ibrahim Lodi - mówią że dzięki niemu państwo wraca do dawnej świetności. Jeszcze w tym miesiącu wyjeżdżam do Panipatu przyjrzeć się miejscu, które wybrałem na mój dom. Wreszcie po dwóch latach osiądę na stałym miejscu.
Nie noszę habitu, jest to zbyt niebezpieczne, ale staram się pokazywać sobą jak dobry jest Bóg. Z zainteresowaniem obserwuję pogańskie zwyczaje tego ludu. Jako syn wynalazcy patrzę na wszystko bardziej oczami badacza, niż misjonarza.
Najczęściej spotykałem się tutaj z hinduizmem. Jest to religia, w której uznaje się jednego Boga, ale ma on różne wcielenia. Jednak ciężko mówić tu o jednoznaczności, bo ilu jest wyznawców tyle znajdziemy odłamów religii. Mujjiga – mój induski przyjaciel – opowiadał mi o zasadach działania wierzeń, które praktykuje. Przedstawił mi kilka głównych zasad hinduizmu. Pierwsza to dharma, polegająca na osiągnięciu doskonałości moralnej do stawania się dobrym. Druga nosi nazwę artha i polega na uczciwym zdobywaniu bogactw, osiąganiu władzy i innych korzyści życiowych. Zaś Kama to dążenie do rozkoszy zmysłowej.
Społeczeństwo hinduskie dzieli się na cztery główne warny, gdzie najważniejsi są kolejno bramini (kapłani), kszatrijowie (rycerze), wajśjowie (rolnicy i hodowcy bydła), a wreszcie śudrowie (słudzy, niewolnicy i artyści). Istnieje też piąta, nieoficjalna kasta „niedotykalnych” do której należą wszyscy ci, którzy zajmują się rzeczami „nieczystymi”, czyli paleniem zwłok, zabijaniem zwierząt i uprzątaniem śmieci, Mujjiga nazywał ich pariasami. Mimo, że z warny do warny nie można przejść, da się wyróżnić szereg innych „podwarn”, ale jest ich zbyt wiele, żeby o nich pisać szczegółowo.
Podobnie jak chrześcijanie hindusi mają swoją świętą księgę, a raczej zbiór tekstów - Wedy, które nazywają śruti. W nich zawiera się ogólna wiedza o świecie ludzi i bogów (spisane w dalekiej przeszłości, a wcześniej przekazywane ustnie), a także przekaz obrzędów ofiarnych i przeróżnych zaklęć i czarów. Hindusi niekiedy składają ofiary ze zwierząt, ale najczęściej swoim bogom ofiarują owoce albo kwiaty. W pewien sposób modlą się do nich – śpiewają pieśni, myją bóstwa, palą przed nimi kadzidła i lampy, ubierają je, noszą na procesjach. Mimo że hindusi uznają tylko jednego, raczej nieosobowego Boga (takiego który nie przyjmuje żadnej postaci), wierni oddają hołd szeregowi bóstw, które nie są wieczne i wszechmocne. Najważniejsze to Brahma, Wisznu i Śiwa. Mujjiga wierzy, że każda istota żywa posiada duszę i nie różnią się one w żaden sposób (czyli moja dusza ma taką samą wartość jak jakiejś świni czy innego zwierzęcia). Po śmierci przechodzi się reinkarnację, czyli człowiek może ponownie urodzić się mrówką, krową czy jakimś innym stworzeniem. Wcielenie zależy od czynów jakie człowiek popełniał w swoim życiu. Jeżeli dobrze czynił może przejść w jakiś wyższy byt, a jeżeli czynił źle przechodzi o byt niżej. Celem każdego hinduisty jest połączyć się z Brahmą lub jego wcieleniem (a ma ich bardzo wiele) i jest to najwyższy z możliwych bytów (ale nie ma to nic wspólnego z naszym rajem).
Zastanawiało mnie jak tutaj chowają zmarłych, gdyż nie zauważyłem żadnych cmentarzy. Ciała zmarłych nie są grzebane (z wyjątkiem ascetów), lecz palone na stosie. W praktyce tej najbardziej przeraziło mnie sati - wraz ze zmarłym mężem pali się wdowę! Hinduizm to zawiła religia, wśród ascetów i braminów wiele można się nauczyć, chociaż niektórzy z nich są obłudni i nieuczciwi. Jako najwyższa kasta pozwalają sobie na wiele (w końcu oni ustanawiają prawa) i czasami cnota, którą powinni się wyróżniać zupełnie u nich zanika.
Zamierzam wyruszyć do Panipatu już w połowie miesiąca. Mam nadzieję, że wszystko pójdzie pomyślnie. Panie, wspomóż mnie grzesznego!
Wyruszyliśmy z samego rana aby przenocować pod Panipatem. Moim towarzyszem był Mujjiga, który zgodził się zamieszkać ze mną dopóki nie skończę budować domu. Mujjiga należy do warny kszatrijów, ale nie jest już rycerzem, bo stracił prawą dłoń i nie jest w stanie władać mieczem. Niezbyt wyraźnie mówił mi o tym co stało się z jego dłonią, dlatego myślę, że stracił ją w niezbyt chwalebny sposób, być może w bójce, a może sam nawet nie pamięta jak to się stało. Opowiadał mi bowiem, że za czasów gdy jeszcze był rycerzem, często zdarzało mu się obudzić w zupełnie nowym miejscu bez pamięci jak się tam znalazł. Po utracie ręki już nie zdarzały mu się żadne zniknięcia.
Panipat był pięknym miejscem, wprost idealnym by tam wybudować dom. Jednak kiedy już byliśmy prawie na miejscu zauważyliśmy coś niepokojącego. Od strony Panipatu wzbijała się gęsta chmura dymu. Mogło to znaczyć tylko jedno: wojna. Nie było sensu wracać, bo konie padały ze zmęczenia, a do Panipatu mieliśmy zaledwie kilka mil. Na miejscu znaleźliśmy się dosyć szybko, ale bitwa wyraźnie kończyła się. Udało nam się porozumieć z jednym z żołnierzy, który powiedział nam co się wydarzyło. Okazało się, że bitwa była wynikiem napadu mogołskiego władcy Babura, który w proch starł wojsko Ibrahima Lodiego. On to przyczynił się do śmierci sułtana delhijskiego, ja sam widziałem jego zmasakrowane ciało. Nie było rady, w zamęcie kończącej się bitwy musieliśmy jak najszybciej uciekać. O powrocie do Delhi nie było mowy, gdyż zupełnie niewiadomo było jaki porządek zaprowadzi mogołski władca, który przecież słynął z okrucieństwa. Zanim jednak wyjechaliśmy z zagrożonego terenu kilka razy o mały włos nie dosięgła mnie mogołska szabla. Muszę przyznać, że krew się we mnie wzburzyła na taki jednostronny atak, gdyż jako młodzian trenowałem sztukę walki białą bronią – ojciec zbierał namiętnie przeróżne szable, sztylety i inne bronie z ornamentami, dlatego i mnie udzieliła się w pewnym sensie ta namiętność. Wyszliśmy cało z tej opresji i mam nadzieję że znajdę jeszcze gdzieś spokojną ziemię. Mam jednak niejasne przeczucie, że to nie koniec problemów…
Maio, junho, julho, agosto 1526
Dotarliśmy z Mujjigą do Sudamapuri. Znajdujemy się w pobliżu portu, chcemy popłynąć do Kuwejtu, a stamtąd do Europy. Indie są teraz bardzo niebezpieczne, a my nie chcemy ryzykować. Poznaliśmy wczoraj włoskiego kupca, z którym będziemy teraz podróżować. Arturo wraca do Włoch, więc może nam towarzyszyć w podróży do Kuwejtu. Natrafiliśmy na niego w dosyć dziwny sposób. Otóż siedzieliśmy na nadbrzeżnych skałach i rozprawialiśmy o naszej przyszłej podróży. Rozważaliśmy też problem dostania się do Kuwejtu, gdyż nie mieliśmy żadnych informacji dotyczących odpływających statków. Zupełnie z zaskoczenia odezwał się do nas jakiś człowiek łamanym hiszpańskim oznajmiając nam, że nazywa się Arturo Morando i przez przypadek usłyszał naszą rozmowę o wyprawie. Zaproponował nam towarzystwo w swojej podroży ponieważ nie miał nikogo inteligentnego do rozmowy, a jego podwładni byli zwyczajnymi półgłówkami – zwłaszcza, że większość z nich to niewolnicy. Zgodziliśmy się bez chwili wahania. Włoch robił wrażenie człowieka zrównoważonego i nie mieliśmy żadnych wątpliwości co do tego, że potraktuje nas godnie. Jednak jako przezorny człowiek zapytałem go:
- Dziękujemy bardzo za gościnę i z chęcią przyjmiemy ją. Chciałbym jednak wiedzieć, czy za odtransportowanie nas do Kuwejtu możemy się jakoś odwdzięczyć? Umiem dosyć dobrze gotować, więc jeśliby się dało mógłbym pomóc w kuchni.
Mujjiga dołączył się do mojej prośby. Arturo uśmiechnął się do nas i powiedział:
- Widzę, że rozmawiam z ludźmi interesu. Owszem, nie ma nic za darmo, ale ja chciałbym was potraktować jak moich gości, gdyż niezmiernie się nudzę podczas tych długich podróży. Zgodzę się na pomoc w kuchni, bo mój kucharz zachorował na scorbutus i jeszcze dochodzi do siebie. Teraz muszę już iść, ale spotkajmy się jutro o świcie w porcie, wtedy odpływamy.
Podziękowaliśmy jeszcze raz za gościnę i łaskę i udaliśmy się do miasta, aby przygotować sobie własne zapasy. Po południu było bardzo gorąco, więc schroniliśmy się w opuszczonej chacie na brzegu morza. Leżałem na chłodnej ziemi i wspominałem minione lata w Portugalii, w Indiach i doszedłem do wniosku, że tak właściwie nie wiem dokąd zaniesie mnie los, jaka będzie Boska wola wobec mnie. Wszystko wydało mi się takie proste – po prostu dążyć przed siebie aż wreszcie się uda. Pełen sił, wierzyłem w każde swoje słowo.
Kiedy przebywałem w Indiach uświadomiłem sobie jak niewielu tamtejszych ludzi posiadło umiejętność pisania i czytania. Ja sam najprawdopodobniej nie miałbym pojęcia o tych sztukach, gdyby nie mój ojciec – fascynat wszelkich możliwych dziedzin nauki. Jego zainteresowania bardzo mi się udzielały, zwłaszcza kiedy byłem dzieckiem. Pokazywał mi tajemnice świata w którym żyjemy, mówił o nawigacji (mój dziadek był żeglarzem), podróżach, obcych krajach, ale przede wszystkim ukochał filozofię. Często mawiał cave ab homine unius libri4 . Nie zawsze chciałem zostać mnichem. Na początku moim największym marzeniem było stać się wynalazcą tak jak mój ojciec i kontynuować jego pracę. Niestety zmarł kiedy miałem 19 lat i nie zdążyłem się wiele od niego nauczyć. Niedługo po nim zmarła mi matka i wtedy już wiedziałem, że zostanę franciszkaninem.
Rozmyślania bardzo szybko wciągnęły mnie w głęboki sen. Śniłem o domu rodzinnym, o rodzicach, o dramatycznej decyzji wstąpienia do zakonu i o tym bólu, wielkim bólu po przedwczesnej utracie. Wszystkie obrazy były nieme, zupełnie bez koloru i smaku. Czułem się jak duch, który wraca w przeszłość po to tylko, by zwiększyć swoje męki czyśćcowe albo nawet piekielne. Kiedy traci się wszystko, co stanowiło jakąkolwiek wartość w życiu i zostaje tylko wiara, człowiek pragnie jak najmocniej przytrzymać się bogactwa, które stanowi ostatnią deskę ratunku, ostatnią namiastkę wspomnienia.
Obudził mnie dopiero Mujjiga, już nad ranem:
- Nieźle sobie pospałeś, Fernando. Spałeś jak zabity. Zbieraj się, wyruszamy na spotkanie z panem Morando.
Nie miałem wiele do zbierania, bo nasze rzeczy po spotkaniu z armią Babura znacznie się zredukowały, pieniądze jednak mieliśmy w całości, poza tym sprzedaliśmy konie, na których dotarliśmy do Sudamapuri.
- Co robiłeś kiedy spałem, Mujjiga?
- Rozmyślałem, Fernando. Zdaje się, że już tutaj nie wrócę. Wiesz jak kocham swoją ojczyznę, a opuszczanie jej jest dla mnie jak pogrzeb matki, ale wiedz, że nie zostawię cię, przyjacielu, nie mogę przecież cię zawieść.
Rzuciliśmy się sobie w ramiona.
- Mujjiga, jesteś najlepszym przyjacielem jakiego można sobie wymarzyć! Dziękuję ci, bardzo ci dziękuję!
W porcie trwały przygotowania do odjazdu, kręciło się tam mnóstwo ludzi noszących przeróżne pakunki. Nie mogliśmy nigdzie znaleźć Artura i zaczęliśmy się obawiać, że zwyczajnie nas oszukał i że wcale ten statek nie należy do niego. Tymczasem ni stąd ni zowąd, pojawił się przed naszymi oczami:
- Nareszcie jesteście! Już myślałem, że się rozmyśliliście i nie przybędziecie.
Odpowiedziałem lekko zirytowany.
– Nie mogliśmy cię znaleźć w tym tłoku. Tylu tu ludzi! Czy oni wszyscy dla ciebie pracują?
Arturo poklepał mnie po ramieniu.
– Cóż, z łaską Bożą po prostu mi się udało. Chodźcie, pokażę wam wasze miejsca do spania.
Weszliśmy do wspaniałej kajuty kapitańskiej, w której panował idealny porządek.
Usadowiliśmy się w kącie i czekaliśmy na polecenia Artura. Dostaliśmy jedzenie i picie, wcześniej wykąpaliśmy się w morzu. Arturo przybliżył nam trochę historię swojego życia. Opowiadał o swoich przygodach jako niezbyt szczęśliwego kupca. Wiele lat przed swoim przybyciem do Indii był bardzo biedny i myślał już o porzuceniu pracy kupca. Znajdował się wtedy w Portugalii i otrzymał propozycję popłynięcia do Indii z Vasco Da Gamą. Pomimo przeróżnych niebezpieczeństw i wielu ofiar Arturowi udało się dotrzeć do Indii. Nie wrócił jednak z powrotem lecz został w Indiach ze względu na paniczny strach przed morzem wywołany ciężką podróżą. Zajął się handlem obwoźnym i świetnie na tym zarobił. Podróż w którą nas zabrał była jego powrotem do domu – do Włoch.
- Czyżbyś znał Vasco Da Gamę? – spytałem, kiedy skończył swą opowieść.
– Oczywiście. Rozmawiałem z nim nieraz tak jak z wami tutaj stoję. Swoją drogą bardzo ciekaw jestem jak mu się powodzi. Nie wiem w ogóle co się z nim działo od czasu gdy powrócił do Portugalii.
Zasmuciłem się jego słowami.
– Vasco Ga Gama był bliski również i mnie.
Wesoły dotąd Arturo spoważniał.
– Co mówisz? Masz jakieś informacje o nim?
Pokiwałem głową.
– Przed dwoma laty przybył tutaj objąć rządy jako wicekról Indii. Niestety już po dwóch miesiącach ciężko zachorował i zmarł w wieku 55 lat. Byłem na jego pogrzebie, pochowaliśmy go w kościele w Kochin. Niedługo po tym wyjechałem w podróż w głąb Indii, aż wreszcie osiadłem w Delhi.
- Nie spodziewałem się, że Vasco tak szybko odejdzie. Taka widocznie była wola Boża. – Arturo na moment spuścił głowę, lecz chwilę później jakby ocknął się ze snu i znów stał się wesołym Włochem.
- Mówisz, że mieszkałeś w Delhi?
– Tak, Mujjiga stamtąd pochodzi.
– Ponoć jest tam wielu Muzułmanów? Zawsze chciałem się dowiedzieć czegoś bliżej o ich religii, ale nigdy nie miałem okazji czegoś usłyszeć. Czy bylibyście tak łaskawi opowiedzieć mi kilka słów o tym dziwnym ludzie?
Jako że sam interesowałem się różnymi wierzeniami, zdobyłem wiele informacji na temat islamu i mogłem wypowiedzieć się w tej dziedzinie. Arturo był bardzo zainteresowany:
- Islam to religia monoteistyczna. Podobnie jak my czczą tylko i wyłącznie jednego boga. Nazywają go Allachem, a ich świętą księgą jest Koran. Założycielem Islamu jest prorok Mahomet – stąd zowią ich „mahometanie”.
Arturo zasypał mnie pytaniami:
- A co jest w tym Koranie? Mają tam jakieś prawdy wiary, ewangelie? Czy słyszeli o Jezusie Chrystusie?
Przerwałem mu szybko.
– Powoli, wszystko po kolei. Zaraz wszystko ci powiem. Pytasz mnie co jest w Koranie? Słowo Koran oznacza dosłownie „recytację”. Zawiera w sobie 114 sur – rozdziałów w których opisana jest ideologia życia muzułmanina i jego społeczeństwa, teoria religijna, prawna i moralna, zasady ustroju państwowego a nawet zasady kulturalnego zachowania. Mahomet zaczął głosić nową wiarę zaraz po objawieniu którego doznał nocą w jaskini w której często prowadził rozmyślenia. Ich religia miała wielu przeciwników, więc zwolennicy Mahometa byli początkowo zmuszeni do emigracji. Islam jednak bardzo szybko się rozprzestrzeniał. Świętym miejscem stała się Kaaba w Mekce, gdzie wstęp mieli tylko muzułmanie. Każdy muzułmanin przynajmniej raz w życiu musi odbyć pielgrzymkę do Mekki do Kaaby, na podobieństwo Mahometa, który niedługo przed śmiercią tam pielgrzymował. Ponieważ Mahomet nie pozostawił żadnych wskazówek co do swoich następców, jego wyznawcy podzielili się. Mimo tego podziału różnią się niewiele w swoich wyznaniach.
- Dobrze, ale na czym polega ich religia? Mają jakieś główne prawdy wiary?
- Tak, z tego co wiem, obowiązkiem każdego muzułmanina jest wyznanie wiary, modlitwa, jałmużna, post i pielgrzymka do Kaaby. Jest to pięć filarów islamu.
- Podobnie jak u nas, ale podejrzewam że są jakieś różnice?
- Oczywiście. Wyznanie wiary wygląda nieco inaczej niż u nas, gdyż jest zdecydowanie krótsze – stanowi zaledwie kilka zdań i mówi o uznaniu wyłączności Allacha jako boga, a Mahometa jako jego ostatniego proroka, o wierze w anioły i święte księgi, w proroków, sąd ostateczny.
- A co z Jezusem? Nie uznają go za syna Bożego?
- Nie, dla nich Adam, Abraham, Mojżesz i Jezus są tylko poprzednikami Mahometa, ale za to uznają ich jako proroków.
- Jezus tylko prorokiem? Dziwni ci mahometanie.
- Cóż, my na to nic nie poradzimy. Po wyznaniu wiary mamy modlitwę. Każdy muzułmanin musi ją odprawić pięć razy dziennie z twarzą zwróconą ku Mekce. Wszyscy muzułmanie modlą się w tych samych porach: o świcie, w południe, po południu, o zachodzie słońca i gdy zapadnie noc. Muszą się do tego specjalnie przygotować przez obmycie rąk, nóg i twarzy.
- A jałmużna i post? Jak składają jałmużnę i w jaki sposób poszczą?
- Muzułmanie mogą składać dobrowolną daninę biednym, a post odbywa się na końcu jednego z miesięcy w roku muzułmańskim. Posługują się bowiem innym kalendarzem niż my.
- Ciekawi ci muzułmanie. Szkoda tylko że tacy niedostępni.
- Bardzo szanują i bronią swojej religii. Czasami mam wrażenie, że my nie szanujemy naszej tak bardzo jak oni.
- To trudny temat.
Po tych słowach rozpoczęliśmy zażartą dyskusję na temat Arabów i ich wierzeń, poruszyliśmy temat hinduizmu (tutaj pole do popisu miał Mujjiga) aż do pory obiadowej, kiedy przenieśliśmy się do kuchni zrobić jedzenie dla załogi. Zapasy były pokaźne, więc nie mieliśmy problemu z doborem menu.
Tak mijały nam dni, pełne dyskusji na temat życia w pogańskich krajach i wyznawcach dziwnych religii. Kiedy podróż dobiegała już końca, bo został nam zaledwie tydzień do Al Basry, Arturo zapytał Mujjigę o dźinizm:
- Drogi Mujjigo , czy mógłbyś mi powiedzieć kilka słów o dźinizmie?
- Oczywiście, ale wątpię, czy będzie to tylko kilka słów…
- W takim razie mów ile wiesz. Chętnie posłuchamy. – Zgodziłem się z Arturem. – O dźinizmie jeszcze nie rozmawialiśmy. Zaczynaj Mujjiga. – Zachęciłem przyjaciela.
- Dżinizm tak właściwie nie jest do końca religią. To bardziej system religijno – etyczny, w którym wyklucza się całkowicie istnienie Boga. Według tego systemu wszystko co istnieje ma swoją duszę: drzewa, kwiaty, kamienie, zwierzęta, a nawet żywioły. Jego wyznawcy kierują się pięcioma głównymi zasadami, które dla osób świeckich są mniej surowe niż dla mnichów. Dżiniści nie mogą kłamać, kraść, zabijać ani krzywdzić żadnych istot żywych, nie wolno im pozwalać sobie na swobodę seksualną (mnisi i mniszki obowiązuje celibat) ani posiadać zbyt wiele, co znaczy skromne życie (mnisi i mniszki nie mogą mieć niczego).
- Jak to niczego? Ubrania też nie? Chyba nie powiesz mi że chodzą nago?
- Ależ chodzą, tyle że nie wszyscy. Dźinizm dzieli się na dwa odłamy: digambarów i śwetambarów i właśnie mnisi tych pierwszych chodzą zupełnie bez żadnego ubrania, bo tak nakazuje im ślub nieposiadania.
- No dobrze, ale przecież oba rozłamy uznają te same zasady, dlaczego więc ci śmietanowie czy jak im tam noszą ubrania?
- Śwetambarowie, Arturo, Śwe-tam-ba-ro-wie. Oni wierzą, że Mahavira – ich właściwy założyciel i wzór do naśladowania – nosił ubrania, digambarowie z kolei są przekonani, że ich nie nosił. I tak wygląda ich podział.
- Pokłócili się o noszenie ubrań? Nieprawdopodobne…
- Ależ nie! Właściwym twórcą doktryny dźinizmu był Parśwa, a człowiekiem który zreformował jego założenia był właśnie Mahavira. Jednak śwetambarowie (ci ubrani) nie uznali wszystkich tych reform i przez to się odłączyli.
- Teraz rozumiem. Powiedz mi tylko co jeszcze ich odróżnia od siebie?
- Odziani w przestwór, czyli digambarowie nie uznają kanonu żadnych pism świętych, bo twierdzą, że kanon dżinijski zaginął. Z kolei kobiety nie mogą zostawać mniszkami.
- Skoro nie mają żadnych pism, skąd czerpią swoją ideologię? I dlaczego kobiety nie mogą być mniszkami?
- Głównie z tradycji i zasad o których mówiłem. Kobiety nie mogą zostać mniszkami, bo według digambarów ze względu na słabości psychiczne i rodzenie dzieci nie mogą osiągnąć pełnego wyzwolenia. U dźinistów najważniejsze jest osiągnięcie mokszy, czyli wyzwolenia się z kręgu narodzin i śmierci. To wszystko ma związek z karmanem…
- Czekaj, nie nadążam. Nie rozumiem nic z tego co mówisz…
- Wszystkie istoty obowiązuje reinkarnacja. Wiesz na czym polega reinkarnacja?
- Chyba wiem, to odradzanie się tej samej duszy w innym ciele.
- Dokładnie, tak więc przyszłe wcielenie dźinisty jest uwarunkowane przez czyny z minionych wcieleń. Nie da się w żaden sposób uwolnić takiej jednostki od odpowiedzialności za swoje czyny. A prawo rządzące tymi uwarunkowaniami nazywane jest karmanem. Świat wypełniony jest materią, w tym niezwykle subtelną, materią karmiczna. Dusza znajdująca się w ciele podejmującym jakiekolwiek działania, oblepiana jest materią - karmanem, przez co wzrasta jej ciężar, który ściąga ja w dół, do świata ziemskiego lub do piekieł.
- A co mają robić by osiągnąć niebo?
- Powstrzymanie się od aktywności lub ascetyczne wyrzeczenie się świata uwalniają stopniowo dusze od materii karmicznej, wskutek czego staje się ona lżejsza i unosi się coraz wyżej, by odrodzić się w jednym z niebios. W wyniku całkowitego uwolnienia się od materii karmicznej, w chwili wyzwolenia dusza staje się niesamowicie lekka i w prostej linii wznosi na czubek świata, zwany światem istot wyzwolonych, by już nigdy się nie odrodzić, gdyż nie ma tam materii, z którą mogłaby wejść znowu w kontakt. Uwolnienie się od materii wiąże się z odzyskaniem przez dusze jej wrodzonych cech przesłoniętych materią: zdolności poznawczych, wewnętrznej mocy i szczęśliwości.
- Ascezę w jakimś stopniu mogę pojąć, ale powstrzymanie się od wszelkiej aktywności? Na czym to wszystko polega? ]
- Możesz to rozumieć dosłownie. Wielu z nich po prostu zagładza się na śmierć, albo chociaż zamiata drogę przed sobą aby nie zabić żadnego żywego stworzenia. Wielu z nich poddaje się strasznym mękom po to tylko by wyzwolić się z karmana. Wyzwolenie z kręgu narodzin i śmierci możliwe jest tylko dla ascety, gdyż tylko on może całkowicie wyrzec się wszystkiego.
- Straszny ten dżinizm. Lepiej chodźmy na kolację. My na szczęście nie musimy się zagładzać.
Wymieniliśmy serdeczne uśmiechy i zeszliśmy do kuchni przygotować posiłek.
Kolejne dni mijały, a my nie wierzyliśmy, że tak mało czasu nam zostało. Nieubłaganie zbliżaliśmy się do brzegów Imperium Osmańskiego. Długie postoje w nadbrzeżnych miastach stanowiły dla nas pretekst do rozmowy na temat mieszkańców, religii czy ustrojów. Bardzo chcieliśmy pozostać na pokładzie statku Artura, ale wiedzieliśmy, że odciąganie pożegnania tylko pogorszy rozstanie.
Setembro, outubro, novembro, dezembro 1526
Imperium Osmańskie ukazało nam się w całej swej klasie rankiem 5 września. Al Basra, zwana Wenecją Bliskiego Wschodu, pokazała nam swoje wdzięki bardzo szybko. Gdy tylko pożegnaliśmy się z Arturem, poszliśmy oglądnąć miasto. Bardzo spodobał nam się system kanałów zamiast dróg w mieście i ruiny murów obronnych wokół starego miasta. Łatwo znaleźliśmy nocleg i do późna studiowaliśmy mapę w celu ustalenia dalszego celu wędrówki. Niemniej jednak dłuższy pobyt na lądzie napawał nas dziwną radością, choć wyprawa u boku Artura była całkiem przyjemnym doświadczeniem. Nie zmieniało to jednak faktu, że byliśmy zwyczajnymi szczurami lądowymi. Na kolejny etap wędrówki wybraliśmy Kuwejt.
Pierwszą rzeczą jaką zrobiliśmy po zebraniu się do drogi było zakupienie koni. Jednak zamieszki na targu zmusiły nas do szybkiego opuszczenia tego miejsca i niespodziewanie zostaliśmy pojmani przez arabskich żołnierzy. Wraz z naszymi końmi odwieźli nas do bagdadzkiego więzienia Abu Ghraib. Nie wiedzieć czemu odnosili się do nas z szacunkiem i mimo że nie mogliśmy się praktycznie w żaden sposób porozumieć zauważyli w nas ludzi niewinnych i po niespełna dziesięciu dniach… puścili nas wolno! To było zupełnie nieprawdopodobne, ale widocznie kupiec, od którego wzięliśmy konie uświadomił im, że zakupiliśmy je uczciwie. Dostaliśmy jednak eskortę, która wiozła nas niewiadomo gdzie. Obozowaliśmy z nimi, a ja i Mujjiga przyrządzaliśmy jedzenie. Pomyślałem, że musieli nas po prostu z kimś pomylić, darząc nas tak ogromnym szacunkiem, albo po prostu wieźli nas na stracenie. Kiedy zrozumieliśmy, że eskorty tak łatwo się nie pozbędziemy, dolaliśmy im do wina środka usypiającego i zbiegliśmy do Damaszku. Ponieważ byliśmy prawdopodobnie poszukiwani, w pośpiechu wyruszyliśmy do Bejrutu.
Janeiro, fevereiro, março, 1527
W Bejrucie nie zabawiliśmy zbyt długo ponieważ bardzo szybko natrafiliśmy na statek handlowy. Dzięki pomocy Bożej udało nam się na niego zaciągnąć i zapoznać z jego załogą. Okazało się, że kapitan tego statku jest kuzynem Artura i gdy tylko usłyszał, że niespełna kilka miesięcy temu podróżowaliśmy z jego krewniakiem, uściskał nas tak serdecznie, że o mało nie udusił nas z radości. Opowiedział nam o wspólnych młodzieńczych przygodach z Arturem, kiedy to u boku Vasca Da Gamy pierwszy raz przybyli do Indii. Bernardo, bo tak miał na imię kuzyn Artura, nie był zbyt rozmowny, ale rozsiewał wokół siebie aurę spokoju i szczęśliwości, co uwidaczniało się w nastrojach jego załogi.
Bernardo był Portugalczykiem, co znacznie ułatwiło nam (a raczej mnie) komunikację. Podobnie jak przedtem zjednaliśmy sobie serce kapitana Bernarda. Z początku niewiele rozmawialiśmy, zamienialiśmy jedynie uprzejme uśmiechy, jednak po przeżyciach pewnej nocy wszystko zupełnie się odmieniło. Byliśmy na pełnym morzu, gdy zerwał się nagle rwący wiatr. Fale zaczęły się burzyć, lunął ostry deszcz. Woda miotała statkiem jak dziecinną zabawką i wszystko zapowiadało na to, że utoniemy. Wspólnie z całą załogą staraliśmy się utrzymać statek w dobrej pozycji, ale z każdą chwilą sytuacja stawała się coraz gorsza. Minęły wieki, które w rzeczywistości były zaledwie kilkoma godzinami. Sztorm uciszył się w zaledwie kilka minut. Wiatr ustał, niebo rozpogodziło się, a fale stały się przejrzyste zupełnie tak, jakby sztorm był tylko nierzeczywistym koszmarem. Jedynie ochłodzone powietrze przypominało o nierównej walce na życie i śmierć z żywiołem. Kiedy gwiazdy ukazały się naszym oczom, a bezkresne niebo pochłonęło resztki strachu, odetchnęliśmy z ulgą. Zasiedliśmy z Bernardem do stołu i zaczęliśmy rozmawiać ze sobą zupełnie tak, jakbyśmy znali się od zawsze i nigdy nie byli sobie obcy. Tak właśnie bliskość śmierci, przybliża nam żyjących.
Jak się okazało podczas nocnej rozmowy, Bernardo był człowiekiem oczytanym i elokwentnym. Miał dużą wiedzę o świecie i swoim kraju. Interesował się historią, więc z jego ust wypłynęło wiele opowiadań o ludziach i bogach, życiu i śmierci.
- Zapewne kiedyś już słyszeliście o tym człowieku, ale ja chciałem wam opowiedzieć tak, jak dowiedziałem się w Indiach od Mirzy.
- Bardzo chętnie posłuchamy twojej historii, Bernardo – powiedzieliśmy niemal jednocześnie z Mujjigą.
- Bardzo dawno temu, w odległym kraju, było sobie niewielkie królestwo. Para królewska miała syna, którego bardzo kochała. Jeden z miejscowych mędrców zapowiedział mu jednak niezwykłą przyszłość, która bardzo nie spodobała się władczym rodzicom. Dlatego od najmłodszych lat chłopiec był odizolowany od nieszczęść tego świata – nie wiedział czym jest głód, cierpienie czy starość. Nie znając życia swoich poddanych młody książę był bardzo ciekawy jak im się powodzi. W międzyczasie założył rodzinę, żona urodziła mu syna. Któregoś razu udało mu się wyrwać z królewskich murów na obchód po mieście. Ujrzał wtedy prawdziwe życie, wraz z jego zaletami i wadami. Doznał ogromnego szoku widząc okrucieństwo, ból, zarazę i ubóstwo panujące w jego królestwie, zaraz za murami jego zamku. Podczas trzech wypraw spotkał kolejno trzech ludzi - starca, człowieka chorego i człowieka umarłego. Podczas czwartej, ostatniej, wyprawy spotkał pustelnika. Wtedy podjął decyzję o porzuceniu bogactwa, rodziny i władzy, aby odnaleźć sens istnienia. Przez sześć lat żył w surowej ascezie, aż prawie doprowadził się do śmierci przez wyczerpanie. Nie osiągnął jednak celu, więc uznał, że asceza którą prowadził, była równie bezsensowna jak życie w bogactwie. Doszedł do wniosku, że żadna skrajność nie jest dobra i podążał „drogą środka”. Niedługo potem, podczas medytacji pod drzewem figowym, doznał oświecenia. Po osiągnięciu tego stanu miał do wyboru dwie drogi – mógł pogrążyć się w nirwanie lub zacząć nauczać. Wybrał nauczanie.
- Wiem o kim nam opowiadasz, Bernardo. – Mujjiga odezwał się nagle. – Chodzi o Siddharthę Gautamę, tego, który się przebudził, jak go nazywają jego uczniowie.
Popatrzyliśmy na Mujjigę zaskoczeni, więc pospieszył z wytłumaczeniem.
– Czyli Buddę. Był pierwszym człowiekiem, którego tak nazwano, bowiem musicie wiedzieć że „budda” to tytuł, a nie imię.
Rozjaśniło nam się w umysłach. Bernardo wyraźnie nie wiedział o prawdziwym imieniu Buddy.
– Chyba nawet nie wypada mi opowiadać dalej, skoro widzę tu lepszego znawcę – powiedział nieco zmieszany.
– Ależ nie, kontynuuj swą historię! Nie znam tak dokładnie dziejów Buddy – odrzekł wyraźnie uradowany Mujjiga.
Spojrzeliśmy na Bernarda oczekująco. Podszedł do biblioteczki i wyciągnął z niego cienki zeszyt.
- Jak już mówiłem Budda wybrał nauczanie, które uskuteczniał przez następne czterdzieści pięć lat swojego długiego życia. W nauczaniu tym zawarł cztery szlachetne prawdy, które stanowiły zasady jego nauki.
Otworzył zeszyt i zaczął czytać:
1. Prawda o cierpieniu mówi, że życie jest cierpieniem, ponieważ cierpieniem są narodziny, śmierć, starość, choroba, rozstanie. 2. Prawda o powstawaniu cierpienia mówi, iż cierpienie - efekt pragnienia życia - ma trzy odmiany: pragnienie rozkoszy, pragnienie stawania się oraz pragnienie przemijania. 3. Prawda o zniweczeniu cierpień mówi, iż cierpienie można usunąć przez stłumienie w sobie pragnienia życia i pożądań, co w istocie jest wygaśnięciem egzystencji. 4. Prawda o drodze do usunięcia cierpienia mówi o "szlachetnej ośmiorakiej ścieżce": poznania, postanowienia, słowa, czynu, życia (jego sposobie), wysiłku, myślenia oraz medytacji.
- Widzę że zainteresował cię temat buddyzmu, Bernardo. Myślę że wiele dobrego doświadczyłeś od twojego przyjaciela. – Mujjiga przenikliwym wzrokiem spoglądał na kapitana.
- Cóż, tak właściwie znajomość z Mirzą to była więcej niż przyjaźń...
Ze zdumieniem spojrzałem na uśmiechającego się Mujjigę i zakłopotanego Bernarda.
– Jak to „był”? – nie mogłem powstrzymać się od tego pytania.
– Ach, Mirza to imię żeńskie, Fernando – wytłumaczył mi przyjaciel – Kapitan chyba musi nam opowiedzieć jeszcze jedną historię…
Jeszcze jedna historia
Byłem wtedy jeszcze młody i dopiero zaczynałem podróżować na statkach. Poznałem ją w Goi, kiedy przechadzała się nad brzegiem morza i moczyła stopy w wodzie. Była wtedy taka piękna, tak cudownie piękna… Nigdy nie zapomnę jej czarnych oczu… Patrzyła na mnie w niesamowity sposób, przebijała mnie wzrokiem na wylot i zdawało mi się, że znała moje myśli, wszystkie myśli... Spotkaliśmy się tylko trzy razy. Trzy cudowne wieczory, podczas których… Ech, wspomnienia… Znała trochę portugalski, dzięki czemu mogliśmy zamienić kilka prostych słów – wtedy opowiedziała mi o Buddzie. Ona sama była Hinduską. Trzeciego wieczora rozmawiałem z nią po raz ostatni. Nie wiem w jaki sposób znalazłem się na miejscu gdzie stał jej stos… - Bernardowi załamał się głos. – Mogłem jej pomóc, może nawet wiedziała o tym, a ona tylko radowała mnie swoją obecnością i była, tak po prostu przy mnie trwała… Została spalona wraz z ciałem swojego męża według tej głupiej hinduskiej tradycji! – Spokojna twarz Bernarda zadrżała, rysy skrzywiły się. – Byłem taki bezsilny! Tam było tylu ludzi, wszyscy patrzyli i nie ruszali się z miejsca! To było takie przerażające, takie straszne. Jak ludzie mogą być tacy okrutni?
Kapitan oddychał szybko i ukrył twarz w dłoniach. Po chwili jednak opanował się i zaczął nas przepraszać za swoje zachowanie. Więcej już nie rozmawialiśmy o Mirzy.
Innym razem nasza rozmowa zeszła na tory militarne:
- Drogi Bernardo, jesteś już starym wilkiem morskim, więc na pewno uczestniczyłeś w jakiejś wojnie czy chociaż bitwie. Może zaszczycisz nas jakąś opowieścią? Mój dziad był weteranem wojennym i zawsze z lubością słuchałem jego morskich opowieści.
- Z przyjemnością powspominam stare czasy. Chociaż nie wszystkie wydarzenia były takie chwalebne. Z tamtymi przeżyciami łączą się dwie bitwy. Było to w roku pańskim 1508. Walczyliśmy wtedy jeszcze o dominację na kontynencie Indyjskim. Chodziło oczywiście o wyłączność na import przypraw i innych produktów do kraju. Sułtanowi egipskiemu nie spodobała się nasza dominacja i postanowił się przeciwstawić. W tym celu Egipcjanie sprzymierzyli się z muzułmańskim władcą Gudźaratu Mahmudem Begara i hinduskim władcą Kalikatu i w wysłali do Indii eskadrę okrętów pod dowództwem Mir-Hoca. Większość marynarzy egipskiej eskadry tworzyli Turcy. Za bazę floty sprzymierzonej, której najsilniejszy trzon stanowiły jednostki egipskie, obrano Diu.
W tym czasie, w Indiach znajdowała się nasza eskadra okrętów pod dowództwem Francisca de Almeidy (surowy, a często bardzo okrutny, był pierwszym wicekrólem Indii). Miał on zorganizować faktorie handlowe i bazy w Indiach i Afryce wschodniej. Francisco wysłał stamtąd swojego syna Lourença z niewielką eskadrą okrętów w ekspedycję na Malediwy i Cejlon w celu nawiązania kontaktów.
Pamiętnego roku 1508 okręty ekspedycji wpadły pod Chaul w zasadzkę zastawioną przez flotę Egipcjan (która faktycznie składała się z Turków). Po trzydniowej bitwie, jedynie dwie karawele portugalskie uciekły, reszta została zatopiona lub zdobyta przez Egipcjan. Wśród zabitych był syn Francisca, a kilkuset Portugalczyków dostało się do niewoli. Mnie samemu udało się uratować, ale widziałem wiele strasznych obrazów niedoli i męki umierających. Ci jednak ginęli na własną prośbę lub chociaż mogli się bronić. Moja ukochana Mirza takiej możliwości nie miała… Oczywiście wicekról Francesco nie mógł wybaczyć śmierci swego ukochanego syna i mimo nakazu króla o powrocie do Portugalii wyruszył na odwet Egipcjanom i innym im sprzymierzonym. Nasza eskadra przybyła do Diu po południu, 2 lutego 1509 roku, kiedy to odbyła się krótkotrwała walka artyleryjska okrętów, jednak nie przyniosła żadnych efektów. Następnego dnia, niedługo przed południem podnieśliśmy kotwice i ruszyliśmy wraz z przypływem przez wąski kanał portowy do portu Diu, mimo że byliśmy ostrzeliwani od frontu przy wejściu. Wtedy zaczęła się nasza szczęśliwa passa...
Bernardo miał zamknięte oczy i lekko drżał przy mówieniu, tak jakby jeszcze raz wszystko przeżywał. – Najsilniejsze jednostki przeciwników były rozmieszczone po lewej stronie kanału. "Espírito Santo" jedną salwą zdołał zatopić egipski galeon, po czym zaczęliśmy walczyć na pokładach statków. Kolejno wchodzące nasze statki przyłączały się do walki, ostrzeliwując i atakując statki za pośrednictwem artylerii i ludzi. Dzięki temu że kanał był wąski, nasi przeciwnicy nie mogli wykorzystać przewagi liczebnej, bo ich statki były stłoczone na wąskiej powierzchni. Nasze zwycięstwo było miażdżące: straciliśmy zaledwie 32 ludzi, nie zatopiono żadnego z naszych okrętów, wzięliśmy do niewoli wielu Turków i ich sprzymierzeńców. Jednak Mir- Hocowi udało się zbiec i zemsta Francisca de Almeida nie była pełna. Jednak zrekompensował swoją stratę każąc zabić większość wziętych do niewoli Turków. Następnego ranka Meliqueaz poddał flotę i miasto, zwalniając przy tym jeńców portugalskich wziętych pod Dżaul. Wyszliśmy z tego obronną ręką, a moje oczy to wszystko widziały i teraz opisałem wam tak jak tę historię zapamiętałem.
- Niesamowite dzieje opisujesz. Ja byłem wtedy zaledwie małym chłopcem, nie wiedziałem co dzieje się w kraju. Zresztą mnie te przemiany nie dotknęły tak bardzo jak ludzi mieszkających na wybrzeżu.
- Opowiedz coś więcej o tym Franciscu de Almeidzie, nigdy o nim nie słyszałem – wtrąciłem się do rozmowy.
- Don Francisco de Almeida urodził się w Lizbonie, pochodził z arystokratycznej rodziny. Za młodu uczestniczył w walkach z Maurami, a w 1505 roku został mianowany przez króla Manuela I pierwszym portugalskim wicekrólem Indii. Podczas swojej podróży na wschód, założył forty na wschodnim wybrzeżu Czarnego Lądu, w tym Kilwa i spalił stawiającą opór Mombasę. Słynął z okrucieństwa i bezwzględności dla przeciwników. Budował faktorie handlowe w Indiach, jako bazę czyniąc Kochin. Wysyłał też dalsze wyprawy odkrywcze: na Cejlon pod dowództwem swojego syna, o którym wam już opowiadałem, i na Madagaskar.
- Król Maunel I! To on właśnie finansował wyprawę Vasca Da Gamy. Wspierał też duchowieństwo, a zwłaszcza misjonarzy. Był miłośnikiem sztuki i kultury, ale… Bardzo surowo podchodził do innowierców…
Bernardo zasmucił się moimi słowami.
– Tak, wiem o czym mówisz. Chodzi ci o masakrę Żydów w Lizbonie. Wstyd się przyznawać że taki pobożny król, takie rzeczy robił…
- Żadna śmierć nie jest dobra, a on wierzył że jeżeli zabija Żydów, zbawia nasz kraj. Cóż, mimo wszystko był dobrym królem.
Mrugnąłem do Bernarda. Obaj odwróciliśmy wzrok na Mujjigę – spał głębokim snem, zupełnie nic sobie nie robiąc z naszych wywodów.
– To chyba delikatna sugestia, że pora już spać.
Wyszliśmy jeszcze na chwilę na zewnątrz, aby zaczerpnąć świeżego, morskiego powietrza.
Była to jedna z naszych ostatnich rozmów, bo już wkrótce mieliśmy dotrzeć do brzegu Neapolis.
Abril 1527
Tym razem pożegnanie było niezwykle trudne. Przywiązaliśmy się wszyscy do siebie, a musieliśmy się rozstać. Wraz z Mujjigą doszliśmy do wniosku, że zamieszkamy gdzieś w Italii, uprzednio zwiedzając ją w miarę możliwości. W Neapolis urzekł nas klimat, piękne budowle katedr i zamków. Podobał nam się Castel dell'Ovo i kościół Monteoliveto. Ludzie w tym mieście byli dla nas niesamowicie uprzejmi, więc bardzo szybko znaleźliśmy nocleg. Do swego domu przyjęła nas pewna wdowa z córką (dreszcz mnie przeszedł, kiedy powiedziała, że jest wdową - wspomnienie opowieści Bernarda stało przede mną jeszcze bardzo żywo) i zaopiekowały się nami jak rodziną. Elena, córka wdowy Marii, była moją rówieśniczką. Była bardzo inteligentna i bystra. Potrafiła cudownie śpiewać i recytować. Zakochałem się w niej od pierwszego wejrzenia i była dla mnie pierwszą kobietą, z którą łączyła mnie tak bliska przyjaźń. Mujjiga widział to wszystko, ale jako dobry przyjaciel nie mówił nic.
Wiedziałem, że miłość moja musi ograniczyć się jedynie do sfery psychicznej, gdyż jako mnich, nie mogłem zabiegać o kobietę. Starałem się mocno nie urazić uczuć Eleny, gdyż wiedziałem, że nie jestem dla niej obojętny. Pewnego dnia opowiedziałem jej kawał historii z mojego życia i wyznałem jej przy tym, że składałem śluby czystości jako franciszkanin. Nie kryła zaskoczenia, gdy o tym się dowiedziała. Następnego dnia oznajmiła mi, że wolałaby abyśmy odjechali, bo moja obecność sprawia jej cierpienie. Rozumiałem dokładnie co czuje i niezwłocznie zabrałem się do pakowania. Mujjiga jako obserwator całej sytuacji powiedział mi, że dobrze się dzieje, bo słabości ludzkie często są silniejsze od woli. Obydwoje mieli rację, ale nie zmieniało to mojego cierpienia. Z Eleną ostatni raz widziałem się 10 kwietnia 1527 roku. Pożegnaliśmy się chłodno i z rezerwą. Niestety, tak trzeba było uczynić. Moje wcześniejsze wybory zadecydowały o całym życiu.
Z królestwa Neapolu postanowiliśmy udać się do Rzymu, z nadzieją zobaczenia papieża, Klemensa VII. Kupiliśmy konie i pogalopowaliśmy w stronę Rzymu. Nasza podróż miała się niedługo szczęśliwie zakończyć. Od Eleny wiele dobrego nasłuchaliśmy się o Rzymie. W związku z tym pomyśleliśmy, że żyjąc tak blisko namiestnika sprawiedliwości Bożej, wreszcie będziemy bezpieczni.
Maio - julho 1527
Dotarliśmy na miejsce 6 maja. Ku naszemu zaskoczeniu spotkaliśmy się z chaosem i zamętem. Jakieś wojska plądrowały Rzym! Niewiele pamiętam z tych wydarzeń. Byłem w zbyt wielkim szoku. Co tak właściwie się wydarzyło? Nie udało nam się uniknąć wiru walki i wpadliśmy w sam środek wydarzeń. Nieszczęśliwie Mujjiga został ranny i musiałem go jakoś ratować. Konie przepadły, a my nie mieliśmy żadnej broni (pomijam już fakt, że będąc mnichem nie mogę walczyć). Mimo usilnych starań nie udało mi się uratować przyjaciela. Umierał na moich rękach! Co najgorsze zginął przez papieskich … Nie wiem jakim cudem znalazłem się w zamku św. Anioła, gdzie opiekowano się moimi ranami (nie pamiętam nawet kiedy mi je zadano). Powiedziano mi tylko, że wszyscy gwardziści zginęli oprócz mnie… Oprócz mnie?! Przecież nie jestem gwardzistą! Mimo moich zaprzeczeń wszyscy słudzy papiescy traktowali mnie jak bohatera wojennego. Nie dość, że niczego nie osiągnąłem, to jeszcze byłem mylony z gwardzistą szwajcarskim. Nie miałem jednak ani siły, ani ochoty na wyprowadzanie nikogo z błędu. Czułem się straszliwie smutny i opuszczony, bo straciłem przyjaciela…
Dni mijały, a ja czułem się coraz lepiej. Miałem nawet okazję rozmawiać z papieżem Klemensem VII, który chciał mnie pobłogosławić za jego protekcję. Nieproszony przez nikogo wyznałem całą prawdę, że wcale nie jestem gwardzistą, lecz mnichem i że nie mam pojęcia co ze mną się stało, że znalazłem się w tym zamku. Wtedy to opowiedziano mi, że znaleziono mnie leżącego z szablą na piersi, całego we krwi. Byłem jedynym żywym człowiekiem na pobojowisku jakie stanowiły martwe ciała gwardzistów. Podobno odnalazła mnie jakaś dziewczynka, która schroniła się na czas bitwy w pobliskiej uliczce. Jednak nikt później jej nie odnalazł. Ze sługami papieskimi, którzy tak naprawdę byli ludźmi bardzo oczytanymi, prowadziłem wieczorami rozmowy o przemianach w ich państwie. Dowiedziałem się jak to we Florencji wygnano ród Medyceuszów i jak powrócili na tron i kilka innych ciekawych historii. Jednak najbardziej zaciekawiła mnie historia o Marcinie Lutrze.
Słyszałem o tym, że narobił wiele zamętu w naszym kościele, ale nie do końca wiedziałem z czym wiązał się jego bunt. Od Pabla dowiedziałem się naprawdę wiele. Tak właśnie mi o nim opowiadał:
- Mówi się, że Marin Luter przybił młotkiem do drzwi kościoła swoje 95 tez, jednak prawda jest taka, że to pismo zostało zwyczajnie przesłane do Rzymu. Jak to wszystko się w ogóle zaczęło? Było pogodne letnie popołudnie, aż nagle niebo stało się czarne i zaczęła się straszliwa burza z piorunami. Akurat podczas tej biedy podróżował drogą młody Marcin Luter. Tak bardzo przeraziły go pioruny i błyskawice (o mało sam nie został jedną trafiony), że zaprzysiągł św. Annie, że jeżeli tylko uda mu się przeżyć, zostanie mnichem. Szczęśliwie udało mu się przeżyć. Przysięgę spełnił, wbrew woli rodziców i wstąpił do klasztoru augustianów, którzy słynęli z surowych reguł. Uczył się pilnie, był jednym z najlepszych, aż wreszcie stał się doktorem teologii. Niestety nie był usatysfakcjonowany swoim życiem duchowym. W sprawach zakonnych miał odbyć podróż do Rzymu. Liczył, że w świętym mieście uda mu się zaznać spokoju. Na kolanach poczołgał się przez dwadzieścia osiem stopni "schodów Piłata", chcąc w ten sposób wybawić z czyśćca duszę swego dziada. W mieście Piotrowym widział rozpustę i zepsucie. Wyniósł z Rzymu uczucia mieszane, wrócił jednak do Wittenbergi (miasta w którym był profesorem) jako wierny katolik.
Jednak jego dusza była niespokojna – tutaj Pablo ściszył głos - W 1517 roku wystąpił otwarcie przeciwko zainicjowanej przez papieża Leona X praktyce sprzedawania odpustów na rzecz budowy Bazyliki Św. Piotra. W 1520 roku Luter opublikował sporo prac, w których wyjaśniał swoje stanowisko i poprzez które zyskał na popularności między innymi wśród teologów i humanistów, ale także wśród zwykłych ludzi. 10 grudnia 1520 roku zerwał ostatecznie z Rzymem i papiestwem poprzez publiczne spalenie papieskiej bulli. W 1521 roku powołano go do obrony siebie i swoich poglądów pod zarzutem herezji przed kongresem niemieckim. Od tego czasu człowiek ten jest ekskomunikowany. Jeżeli zaś chodzi o jego sławne 95 tez, to arcybiskup poparł aż dziewięćdziesiąt cztery z nich. Jednak papiestwu było to nie na rękę.
Ze zdumieniem patrzyłem na mojego rozmówcę.
– Boże kochany! Pablo, co ty wygadujesz?
Uśmiechnął się i ze spokojem odpowiedział:
– Znałem tego człowieka i słuchałem jego kazań. Mimo, że jest nazywany heretykiem, wiele się można od niego nauczyć. Naprawdę, gdybyś tylko poznał Marcina Lutra, odnosiłbyś się do jego osoby z wielkim szacunkiem. Mówię ci to, gdyż widzę, że masz otwarty umysł i możesz pojąć że wielkie umysły nie zawsze spotykają się ze zrozumieniem możnowładców.
Jego słowa zapadły mi głęboko w pamięć.
– Niewątpliwie masz rację. Powiedz mi jednak coś o naszym obecnym Papieżu, ponieważ nie wiem zbyt wiele o nim…
- Przynajmniej wiesz jak wygląda.
– Niewątpliwie tę wiedzę już posiadam. A może coś więcej?
– Z miłą chęcią. Giulio de Medici urodził się 26 maja 1479 r. we Florencji jako syn Giuliano de Medici i Fioretty. Po zamordowaniu jego ojca Giulio był wychowywany przez swego wuja Wawrzyńca Wspaniałego, władcę Florencji. Był kuzynem papieża Leona X, który mianował go w wieku 34 lat arcybiskupem Florencji, a następnie wyniósł do godności kardynalskiej. Po śmierci Hadriana VI, wybrano go po pięćdziesięciodniowym konklawe. Jak już wiesz, przyjął imię Klemens VII. Słyszałeś kiedyś o Michale Aniele? To wielki florencki artysta, który na zlecenie naszego papieża upiększa rzymskie świątynie…
W tym momencie wypowiedź Pabla zupełnie mi się urwała, ponieważ zostałem uderzony czymś twardym w głowę, co spowodowało nagłą utratę przytomności. Fakt uderzenia wywnioskowałem po ogromnym strupie znalezionym na głowie. Inną kwestią było to, że w ogóle nie znajdowałem się na terenie zamku. Na oczy przejrzałem po kilku ciągnących się w nieskończoność chwilach, gdyż rażące słońce nie pozwalało tak szybko uaktywnić zmysłu wzroku. Okazało się, że leżałem na trawie w towarzystwie pasących się nieopodal kóz, które zdążyły zabrać się za moje odzienie. Odpędziłem się od natrętnych przeżuwaczy i sprawdziłem stan mojego skromnego ekwipunku. Na szczęście nikt mnie nie przeszukał, bo sakwa z pieniędzmi na podróż (tak, wiem, porządnemu franciszkaninowi nie wolno…) trwała niewzruszona pod ubraniem u mojego boku.
Ruszyłem dalej przed siebie w poszukiwaniu jakichś śladów życia na tym obcym lądzie. Nie minęło wiele czasu, gdy zaczepił mnie jakiś pastuszek:
- Widzę że zaprzyjaźniłeś się już z moimi kozami.
Wskazał na zjedzoną do połowy nogawkę spodni.
– Martwiliśmy się o ciebie, a ty robisz sobie piesze wycieczki.
Zupełnie obcy mi człowiek uśmiechał się serdecznie. Od razu przyszły mi na myśl zniknięcia Mujjigi, który nie pamiętając kilkunastu dni wstecz, często spotykał ludzi, których poznawał podczas nieświadomych wypraw i musiał udawać że doskonale ich zna. Postanowiłem zrobić to samo, żeby nie napytać sobie większej biedy.
– Tak właściwie to trochę się zdrzemnąłem. Powiedz mi, którego dzisiaj mamy? Straciłem rachubę czasu – podrapałem się po głowie, udając że się zastanawiam.
– Dziwny masz wyraz twarzy – odpowiedział pastuszek bacznie mi się przyglądając. Zdawało mi się że czyta w moich myślach. – Z tego co wiem, dzisiaj mamy 19 czerwca. Chodźmy już lepiej, bo obiecaliśmy Niccolowi, że go odwiedzimy. A co do spodni, zaraz skombinujemy coś nowego.
Nie miałem pojęcia ani w jakim mieście jestem, ani kim jest człowiek, z którym mamy się spotkać. Znałem jedynie datę i wiedziałem że mam miesięczną dziurę w pamięci. Nie dość, że było to nieprawdopodobne, to na dodatek miałem dostać nowe spodnie od obcego pastuszka. Na domiar wszystkiego, pastuch wcale nie zachowywał się jak pastuch, chciał mi dać spodnie (te które miałem na sobie i tak nie były tymi które nosiłem w Rzymie) i jeszcze do tego mieliśmy razem odwiedzić jakiegoś Niccola. To wszystko brzmiało dla mnie jak wyjątkowo kiepski żart.
Nowe spodnie dostałem (leżały jak ulał), miasto okazało się przepiękne, a do Niccola zmierzaliśmy w dosyć dużym pośpiechu. Pastuszek miał na imię Marco. Po drodze spotkaliśmy kilku ludzi, którzy właśnie tak go nazywali. Jednak nie przystawaliśmy na dłuższe pogawędki pod pretekstem pośpiechu.
– Ach, jak tu pięknie! – powiedziałem w nadziei, że poznam nazwę tego tajemniczego miasta.
– Tak, Florencja o tej porze roku tętni życiem i energią. Jutro pójdziemy zobaczyć kilka prac pana Buonarrotiego. Obiecał mi, że jutro je pokaże…
Florencja?! Jestem we Florencji? Takiego szoku zupełnie się nie spodziewałem. Miałem cichą nadzieję, że Marco nie zauważył zaskoczenia jakie wymalowało się na mojej twarzy.
- Czy coś jest nie tak?
Zacząłem się zastanawiać czy aby na pewno Marco nie jest kobietą.
– Wszystko w porządku Marco, daleko jeszcze do Nicolla?
To pytanie bardzo łatwo mogło mnie zgubić, więc dodałem pospiesznie:
– Zupełnie pomyliła mi się droga.
– Jesteśmy już na miejscu.
Marco otworzył drzwi ukryte pod zwisającym bluszczem i wprowadził mnie do ciemnego korytarza. Znaleźliśmy się w dusznym pokoju z zasłoniętymi zasłonami i ogromnym świecznikiem na biurku. Kiedy przyzwyczaiłem oczy do półmroku panującego w pomieszczeniu, dostrzegłem sylwetkę mężczyzny siedzącego przy łóżku i chorego wspartego na poduszkach. Dyskutowali o czymś żywo i w pierwszym momencie nie zauważyli naszego przybycia. Kiedy tylko siedzący mężczyzna dostrzegł nas w drzwiach, podszedł do nas szybko i ukazała się nam jego twarz. Ku mojemu zaskoczeniu rozpoznałem w nim papieskiego sługę Pabla! Przyszło mi na myśl, że może uciekliśmy razem z zamku św. Anioła, bo przecież był oblężony. Oczywiście jak to zrobiliśmy było dla mnie zupełną tajemnicą.
– Kogo ja widzę? Fernando, dobrze że już jesteś. Niccolo przeczyta nam krótki fragment swojej książki.
– Jaki jest jej tytuł? – wyrwało mi się.
– Il Principe – Książę – odpowiedział mi autor.
- Bardzo chętnie posłuchamy… - odrzekłem.
I chociaż nie słuchałem zbyt uważnie, kilka zdań zapadło mi w pamięć. Niccolo Machiavelli czytał nam:
- ...moim zamiarem jest pisać rzeczy użyteczne dla tego, kto je rozumie, przeto o wiele bardziej właściwym wydaje mi się iść za prawdą rzeczywistą zdarzeń niż za jej wyobrażeniem. Wielu wyobrażało sobie takie republiki i księstwa, jakich w rzeczywistości ani się nie widzi, ani się nie zna; wszak sposób, w jaki się żyje jest tak różny od tego, w jaki się żyć powinno, że ten, kto chce postępować tak, jak się powinno postępować, a nie tak, jak się postępuje, gotuje raczej swoją klęskę, niż zapewnia panowanie.
Niccolo nie czytał nam zbyt długo, gdyż bardzo szybko poczuł się zmęczony i przeprosił nas za swoją niedyspozycję. Ja natomiast czułem się jak nowonarodzony i zadawałem pytania na temat miasta i jego mieszkańców.
- Czy odwiedzimy dzisiaj tego Michała? Bardzo chciałbym zobaczyć jego dzieła.
Marco był rozpromieniony.
- Zobaczysz jaki jest niesamowity. Co prawda większość jego dzieł jest w Rzymie, ale możesz zobaczyć szkice, które zawsze robi po oddaniu rzeźby.
Do pracowni Michelangela Buonarrotiego dotarliśmy bardzo szybko. Pierwszą rzeczą jaka rzuciła mi się w oczy była niesamowita precyzja, z jaką rzeźbiarz tworzył swoje postacie. Z taką dokładnością jeszcze się nie spotkałem. Poza tym cała jego pracownia była uporządkowana i pedantycznie czysta. Ujrzeliśmy liczne szkice rzeźb które wykonał, wybraliśmy się na spacer do biblioteki, którą uświetniał. Wszystko to robiło na mnie ogromne wrażenie. Kilka dni później 21 czerwca, niespodziewanie doszła nas wieść o śmierci Niccola Machiavellego, który chorując wcześniej, prawdopodobnie zaraził się od innych Florentczyków.
Mimo wspaniałych dzieł sztuki, pięknych świątyń, i inteligencji ludzi, których tam spotykałem, Florencja była bardzo niebezpieczna. Jak później się dowiedziałem, Machiavelli należał do rodu rządzącego tym miastem i został niedługo przed śmiercią odsunięty od władzy – cały jego ród został oficjalnie wypędzony z Florencji. Teraz rozumiałem dlaczego trzymano go w tak niepozornym miejscu. Od Pabla, z którym często się spotykaliśmy, dowiedziałem się, że Niccolo był pisarzem, historykiem i dyplomatą florenckim. Zamknięto go nawet w więzieniu oskarżając o spisek. Po odbyciu kary wycofał się z życia politycznego miasta i rozpoczął pisać swoje poematy i traktaty (jeden z nich miałem okazję usłyszeć) o tematyce politycznej i filozoficznej. Gdy zmarł miał 58 lat.
Kiedy zmierzaliśmy na pogrzeb Machiavellego, niespodziewanie zostaliśmy pojmani i uznani za spiskowców (historia lubi się powtarzać?). Więziono nas przez długi miesiąc, aż wybrany został Niccolo Capponi, który przyczynił się do naszego uwolnienia. Zanim jednak wyszliśmy cało z opresji, poznaliśmy w lochach więzienia wiele ciekawych osobowości, które były równocześnie skarbnicami historii. Jednym z nich był Antonio Frenco.
- Było to prawie 20 lat temu, ale pamiętam tę bitwę jakby się odbyła wczoraj. Wszystko zaczęło się od tego, że władca francuski Ludwik XII, papież Juliusz II, Hiszpania, Anglia, Węgry Jagiellonów, Sabaudia, Ferrara, Mantua oraz Florencja zawarli Ligę w Cambrai. Chcieli odebrać terytorium Wenecji i podzielić je między siebie. Walczyliśmy w służbie u francuskiego króla, gdyż z jego inicjatywy doszło do zawarcia ligi. Była to bitwa pod Agnadello. Najpierw zaatakowaliśmy siły weneckie kawalerią, następnie włócznikami. Opór wenecki złamał się jak chrust na opał. Opanowaliśmy prawie całą Lombardię i wszystko zapowiadało, że wygramy wojnę. Jednak zostaliśmy pokonani (my, żołnierze!) przez chłopskie masy nie liczące się zupełnie z możliwością utraty życia.
Agosto - dezembro 1527
Zaraz po wyjściu z więzienia wyruszyliśmy z Pablem do Bolonii, gdzie miał on rodzinę. Uznałem, że właśnie to jest właściwe miejsce, aby osiąść tam na stałe. Jednak bliskość ojczyzny nie dawała mi spać po nocach i musiałem wyruszyć w dalszą podróż. Zamieszkałem w Parmie nad rzeką Parmą. Zająłem się wreszcie posługą ludziom chorym i cierpiącym. Czas mijał mi spokojnie, ale w ciągu dalszym czułem się niespełniony. Ogromna potrzeba wyruszenia w świat (a najlepiej do domu) dręczyła mnie każdego dnia. W taki właśnie sposób wyjechałem do Pawii.
Janeiro - junho 1527
Miasto wprost urzekło mnie swoim prostym urokiem. Spędziłem tam całą zimę i byłem przekonany, że to już ostatni etap mojej wędrówki. W czerwcu jednak znów spotkały mnie zawirowania losu. Niedaleko Landriano miała miejsce bitwa pomiędzy francuskimi i włoskimi armiami. Tak się akurat złożyło, że byłem w pobliżu i trafiło mi się kilka ran. Na szczęście cudem uratowałem się wpadając do lisiej nory i tym samym ratując swoje marne życie. Wtedy właśnie, 19 czerwca złożyłem Pannie Najświętszej ślub, że powrócę do Portugalii i dam świadectwo mojej niezwykłej wędrówki po świecie. Z Pawii wyruszyłem do Genui, gdzie był port, z którego zamierzałem wypłynąć do Portugalii. W Genui jednak napotkałem kogoś, o kim zupełnie zapomniałem przez długie miesiące tułaczki.
Julho 1527 - junho 1528
Mój przyjaciel Arturo Morando po przypłynięciu do Genui, postanowił odpocząć trochę od podróży morskich i zająć się handlem w rodzinnym mieście. Kiedy tylko się rozpoznaliśmy na ulicy, oniemieliśmy z zachwytu nad naszym cudownym spotkaniem. Arturo od razu zaproponował mi gościnę, którą ochoczo przyjąłem. Opowiedziałem mu całą historię od naszego rozstania, o spotkaniu jego kuzyna i innych dziwnych sytuacjach. Najtrudniejszym tematem była śmierć Mujjigi, o której bardzo ciężko mi było mówić. Ja sam nie wierzyłem w to, że umarł. Zawsze przychodziło mi z trudem wierzyć w śmierć, w to że naprawdę kogoś już nie ma i nie będzie. Tak mijały nam dni, w radości i trudzie, w pogodzie ducha i kłótniach. Udało mi się nawet założyć przytułek dla bezdomnych dzieci. Miejscowe siostry od razu mnie wspomogły i potem przytułek istniał bez żadnej mojej pomocy. Wszystkie pieniądze jakie miałem oddałem dzieciom, pozostawiając sobie jedynie niewielką część na powrót do Portugalii.
Julho 1528 – abril 1530
Decyzję o opuszczenia domu Artura podjąłem bardzo szybko. Przytułek świetnie sobie radził, a ja chciałem znowu zacząć żeglować. Przez dwa lata pływałem na statkach handlowych najczęściej w roli kucharza wzdłuż wybrzeża Hiszpanii. Będąc blisko z kupcami, słuchałem od nich wielu ciekawych historii o sławnych królach i wojnach, które miały miejsce w Europie. I wreszcie pewnego wietrznego dnia przybiliśmy do portu w Lizbonie. Ucałowałem ojczystą ziemię na znak hołdu i pomaszerowałem do Mostiero dos Jerónimos. Właśnie tam Vasco Da Gama modlił się na noc przed wypłynięciem do Indii. Początkowo była to kaplica, jednak kiedy wyprawa morska Da Gamy powiodła się, król zadecydował o rozbudowie. Usiadłem w kościelnej ławie niedaleko ołtarza. Zamknąłem oczy i począłem się gorąco modlić do Panienki Przenajświętszej. Nie zorientowałem się, że zacząłem opowiadać całą moją historię na głos. Kiedy skończyłem, wokół mnie siedziała grupka ludzi wysokiego urodzenia (poznałem po strojach) i starszy mężczyzna, bardzo zamyślony. Z niedowierzaniem spojrzałem na jego twarz i rozpoznałem w nim naszego króla João III. Rzuciłem mu się do stóp i począłem mówić jakieś nieskładne słowa. A on podniósł mnie i ucałował! Ucałował mnie jak ojciec syna marnotrawnego! Potem były odznaczenia, ordery i zasługi… Wszystko oddałem na nowy przytułek, tym razem w Lizbonie, bo jako franciszkanin nie mogłem mieć żadnych dóbr. Moją największą przyjemnością było oddanie się pełnej kontemplacji w zaciszu klasztornej celi.
Wierzę, że dokończę swojego żywota właśnie tu, w Lizbonie.
Rozdział 4
Koniec?
Jacek ocknął się - leżał z głową położoną na maszynopisie. Wziął go do ręki i otworzył. Potem przewrócił pierwszą stronę, drugą i trzecią… Jednak ku jego zdziwieniu w maszynopisie nie było żadnego tekstu. Znalazł tylko ilustracje i szkice przedstawiające różne fragmenty podróży Fernanda Gomeza.
Po powrocie z Portugalii wrzucił maszynopis (gdzie tak naprawdę tylko tytułowa strona była zapisana) do skrzynki pocztowej Marka. Niedługo potem kamienica, w której mieszkał wybuchła w wyniku awarii nieszczelnej instalacji gazowej. Oprócz Jacka, żaden mieszkaniec nie przeżył wybuchu. Jedynym obrażeniem jakie odniósł była utrata prawej dłoni.
Marek ocknął się – leżał z głową położoną na maszynopisie. Wziął go do ręki i otworzył….
Bibliografia
Arthur L. Basham, Indie. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1973 r.
Jan Wierusz Kowalski, Katolicyzm nowożytny XV-XX wiek, Krajowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1985 r.
Georges Minois, Kościół i wojna. Oficyna Wydawnicza Volumen, Warszawa 1998 r.
Wielki Atlas Świata. Praca zbiorowa. Wydawnictwo Demart, wydanie drugie 2004 r.
Życie Świata. Dzieje i wydarzenia. Praca zbiorowa. Amer.Com SA, wydanie pierwsze 2002 r.
Atlas historyczny świata, praca zbiorowa, Państwowe Przedsiębiorstwo Wydawnictw Kartograficznych, Warszawa 1974
Mapy Indii – www.mapsofindia.com
Forum historyczne – www.historycy.org
Kompendium wiedzy na temat religii – www.racjonalista.pl
Encyclopaedia of the Orient - http://lexicorient.com/
Multimedialna nowa encyklopedia powszechna PWN z 1998 r. – www.pwn.pl
Wielka Interaktywna Encyklopedia Multimedialna edycja 2004 (WIEM 2004) – www.wiem.onet.pl
Encyklopedia internetowa Interii – www.encyklopedia.ineria.pl
Encyklopedia internetowa Wirtualnej Polski - www.encyklopedia.wp.pl
Wolna Encyklopedia Internetowa – www.wikipedia.org
A Chronicle of the Battle of Diu - http://www.dancingwithdolphins.com.au/discovery/
The Battle of Agnadello - http://www.boglewood.com/timeline/agnadello.html
Nowy Targ, 17.04.2005
---------------------------------------------------
1 W imię Ojca, i Syna, i Ducha Świętego. Amen (łac.)
2 Modlitwa pańska (łac.)
3 Spoczywaj w pokoju, mój przyjacielu (portug.)
4 Wystrzegaj się człowieka jednej książki (łac.) – św. Tomasz z Akwinu