Miejski Ośrodek Kultury w Nowym Targu
Spotkania literackie
Wydawnictwo
pod redakcją Macieja Pinkwarta
Nowy Targ 2004
Elżbieta Plewa (Nowy Targ)
Podaj łapę!
Wracałam z kolejnej kontrolnej wizyty, zastanawiając się nad słowami lekarza:
- Lekarstwa nadal te same, ale proszę sobie kupić psa, bo tylko pies dopilnuje codziennych długich spacerów, co jest absolutnie koniecznie w tej chwili...
Zupełnie zgłupiałam.
- Czy to żarty, doktorze? – zapytałam, ale on spojrzał na mnie z wyrzutem i był bardzo poważny.
Wstąpiłam do biura i opowiedziałam koleżance o tej dziwnej diagnozie.
- Bardzo dobrze - usłyszałam - nasza Diana ma szczeniaki, dostaniesz jednego. Skontaktujemy się z tobą za jakiś miesiąc.
Klamka zapadła. Nie broniłam się wcale, bo pomyślałam, że to może jest właśnie sposób na życie? Nie pracuję już, jestem na rencie, mam trochę wolnego czasu. Przyjaciele, znajomi to bardzo dużo, ale w domu jest pusto. Tymczasem coś żywego będzie się plątać, będzie wymagać czasu, zainteresowania i opieki. W zamian mogę otrzymać wierność i szczerą przyjaźń, taką, która nie zdradzi i nie zawiedzie.
Decyzja moja została zaakceptowana i każdy starał się udzielać mi cennych rad i wskazówek, od których kręciło się w głowie. Najcenniejsze otrzymałam od zaprzyjaźnionych sąsiadów, którzy ofiarowali mi wspaniałą książeczkę o życiu i hodowaniu psa.
Wreszcie otrzymałam wiadomość, żeby zgłosić się po szczeniaka, bo Diana już nie interesuje się miotem. Dla mnie przeznaczono suczkę o imieniu Kropka. Był to wynik połączenia rasy cocer-spanielki i pudla.
Z kojca wygramoliła się maleńka kuleczka z niesamowicie krętym czarnym futerkiem, długimi uszami i ogromnymi brązowymi oczami. Patrzyłam jak śmiesznie biega po trawniku bawiąc się z rodzeństwem. Diana podeszła do mojego koszyka i dokładnie obwąchała go. Potem obwąchała mnie i Kropkę, którą podała mi właścicielka.
Szczeniaka umieściłam w koszyku, gdzie na nią czekała piszcząca zabawka, a Diana widząc to, dostojnie od nas odeszła. Byłam zaintrygowana jej zachowaniem. Czyżby matka w ten sposób oddała mi dziecko? Trudno w to uwierzyć, ale faktem jest, że podczas kilku następnych częstych odwiedzin, ani razu nie podeszła do nas i nie reagowała na zaczepki malucha.
Wróciłyśmy do domu i zaczęło się wspólne życie. Pierwsze dni były trudne, ale powoli przyzwyczajałyśmy się do siebie i uczyłyśmy się nawzajem postępowania ze sobą. Pierwszą opanowaną czynnością, oprócz zachowania czystości i sygnalizowania wyjścia, było podawanie łapki. Łapkę wyciągała do przywitania się, podziękowania za smakołyk lub przeproszenia za psotę, po otrzymaniu kary, a także do każdego, do kogo czuła zaufanie i sympatię.
Była absolutnie indywidualistką. Miała wszystkie cechy właściwe rasom od których się wywodziła. Czujna, wierna, łagodna, uparta. Szybko się uczyła i chętnie manifestowała swoje umiejętności. Momentalnie zdobyła sobie miłość rodziny, sympatię znajomych i sąsiadów.
Rzeczywiście chodziłyśmy na długie spacery, czasem same, a czasem z zaprzyjaźnionymi psami i ich właścicielami. Zabierałam ją na małe zakupy i wtedy Kropka spokojnie czekała przed sklepem lub w kąciku przy wejściu. Codziennie odwiedzałyśmy księgarnię i zaprzyjaźnione tam pracujące panie. Kropka siadała w kąciku, a ja rozmawiałam lub przeglądałam nowości.
Raz zgubiłyśmy się w tłumie. Ja weszłam do sklepu, w którym była duża kolejka do kasy. Nie widziała mnie i wybrała najlepszy sposób na odnalezienie. Wbiegła do pobliskiej księgarni, usiadła w kąciku i czekała. Po jakimś czasie zauważyła ją pracująca tam Basia, zainteresowała się, że mnie nie ma, więc postanowiła mnie szukać w sąsiednich sklepach. Kropka nie zareagowała na jej zaproszenie do wyjścia i nadal spokojnie czekała na swoją panią. Spotkałyśmy się z Basią gdy wychodziłam ze sklepu. Od tego czasu wiedziałam, że księgarnia będzie dla nas azylem w razie zagubienia się.
Mijały lata. Przywiązywałyśmy się do siebie coraz bardziej i coraz bardziej znałyśmy się nawzajem. Kropka przytulała się do mnie i żądając pieszczot, kładła mi łebek na ramieniu obejmując łapkami za szyję. A ja? jak było mi smutno i źle, szeptałam jej do ucha moje żale, troski i wszystkie kłopoty, wiedząc, że nigdy nikomu ich nie zdradzi, nie wywoła plotek.
Miałyśmy też swoje przyjaciółki. Ja Jasię, do dziś, ona kolejno Malutką, Besi, Kesi. Byli też „panowie” - przyjaciele od spacerów, Fafik i Rebus. U Jasi, a także u Witka, mojego brata, Kropka miała swój drugi dom, kiedy ja musiałam iść do szpitala. Bardzo lubiła podróżować autobusem, często wyjeżdżałyśmy razem z miasta na dłuższy czas. Była bardzo zdyscyplinowana w czasie podróży.
Kiedy czasami musiałam zostawić ją w domu na kilka godzin, czekała na mnie cierpliwie, a potem cieszyła się i witała mnie tak, jak nikt nigdy mnie nie witał.
Wiedziała, że w każdej sytuacji może liczyć na moją pomoc i opiekę i manifestowała to czasem w szokujący sposób. Kiedy wyczuła na spacerze jakieś niebezpieczeństwo natychmiast przybiegała do mnie i tuliła się do nóg nie pozwalając iść dalej. Albo gdy zbliżał się samotnie duży pies, nieoczekiwanie wskakiwała mi na ręce, brudząc mnie przy tym dokładnie. A ja, czyż mogłam karać ją za takie przywiązanie i ufność?
Gdy zachorowała, robiłam co mogłam żeby jej pomóc. Zaprzyjaźniony lekarz przychodził do nas, Kropka, gdy gorzej się czuła wyciągała do niego łapkę, jakby prosiła o pomoc, Kiedy nadeszła chwila na podjęcie tej najtrudniejszej w moim życiu decyzji, świat nagle zrobił się ponury, szary i okrutny. Chociaż powinno się cenić to, że najbliższym wśród przyjaciół, zwierzętom, jesteśmy w stanie oszczędzić cierpienia.
Kropka odeszła po 12 latach, pewna mojej miłości. I czasem tak sobie myślę, że pewnie czeka na mnie, gdzieś tam, z wyciągniętą na powitanie łapką.