Miejski Ośrodek Kultury w Nowym Targu

 

Spotkania literackie

 

Wydawnictwo

pod redakcją Macieja Pinkwarta

 

Nowy Targ 2004


 

Mariola Socha (Łódź)

 

Błogosław mnie, Bettino…

 

 

Nie jestem delikatnym skrzypkiem z orkiestry, który czeka, któremu nic nie może się przytrafić… który trzyma instrument w pogotowiu, gdy musi trwać w harmonii rzeczy – w niewiarygodnej historii, w jaśniejszym tle… to zdolność cierpliwego czekania – jak pisze Rilke do Lou Andreas Salome w Berlinie – piętnastego sierpnia 1903 roku, w sobotę. Ale ten skrzypek, Bettino, trwa w sobie i sobie tylko znanej materii czekania, siedząc wygodnie, najwyżej trochę spięty, a ja? Moje różane pola dawno zdeptane. Wczoraj sąsiad chciał mnie uderzyć laską, gdy schodziłem z półpiętra.

Żyję szybko, jak na mnie, o wiele za szybko. Zamknij drzwi... W wolnych chwilach usiłuję myśleć, próbuję nie oszaleć, Bettino.

Wybacz, ale ciągle nie mogę zorientować w tym chaosie.

Nikt nie zada sobie trudu, aby zarzucił mi, że to zdanie pochodzi z „622 upadków Bunga” ze strony 346. Abyście nie musieli tu zaglądać, już tłumaczę się… Stąd pochodzi.

Ale ja też mogę je napisać.

Gdzieś czytałem, że najbardziej niepopularne są historie pisane w pierwszej osobie. Bo i cóż to taka PIERWSZA osoba może o sobie napisać. Mój jedyny bilet do świątyni... potem metamorfozy, najgłębsza istota wydaje się... Wydaje się pojawiać znad ciemnych chmur, albo znad linii morskiego horyzontu, albo z komputerowych klawiszy, napiszmy, tę suchą, cholernie smutną prawdę. Od kiedy nie piszecie już piórem, poeci? Przez jakie „P” teraz klawiaturowo przetwarzacie swoje poetyckie imiona?

Nie tracąc więzi, nie gubiąc dnia – ...Boże, jakie pretensjonalne, ale co zamiast tego, powiedz Bettino, jak mam do ciebie o tym napisać?

Wiesz, że można policzyć długość ludzkiego życia? Ilość uderzeń serca, wydajność człowieczego organizmu, powiedz mi, Bettino... Dlaczego „człowieczego”, znaczy więcej niż „ludzkiego”? Ten „ludzki”, kojarzy się z anatomicznym atlasem, a człowieczy – z melancholią i człowieczym duchowym marazmem.

Piję czerwone wino, w wysokiej szklance, z plastikową rurką, z cytrynką. Nareszcie nie bolą mnie nogi, serce nie tłucze się, chociaż jutro będzie tłukło się, a niech się szarpie, jutro będzie nowy dzień, odpłynie 9 księżyców Saturna, zamówiłem bilet do kina, przez Internet – cud natury, bilet będzie tańszy – dzięki mojej komputerowej inteligencji.

Zniknie obłęd i może naprawi się mój los. Może – co za cudowne nieortograficznie, polskie słowo z „ż”.

Miłość nigdy nie jestem wyborem, jest przymusem, to właściwie nawet wygodne.

Nie zatrzymałbym się przy oknie. Nie położyłbym dłoni na parapecie.

Kto koronę Ariadny rzucił na niebiosa.

Jeden gwiazdowy ruch Dionizosa.

Jaki ładny rym, prawda?

Gdyby nie mgła za drzewami wrześniowymi ..

Gdyby nie dal za dalą...

Gdyby nie ten cholerny rym -

Byłbym poetą, Bettino...

 

W listopadzie spadł pierwszy śnieg. Leciutkie płatki spadały na tramwajowe torowisko, o piątej rano. Reklamy nie dają spać. Pasaż finansowy rozdaje karty kredytowe za darmo.

Byłbym poetą, Bettino, gdyby nie pieniądze na wszystko... na telefon, czynsz, przedszkole dla Irmy.

Czuję, że moje ciało może poszybować nad ziemią, zmienić przestrzeń, nie dotrzymać umów... Dlaczego czasami chcesz dbać o wspomnienia? Starzejesz się? Reszta życia nie ma znaczenia?

Chrystus zawsze był zdradzany? Wczoraj ogrodzenie Wieczernika było niedostępne. Dzisiaj można się w nim modlić.

No to już! Przekraczać granice. Niewiele trzeba.

Nieodmiennie wydaje mi się, że tu kiedyś byłem. Zatrzymuję samochód. Za oknem szarzeje. Wysiadam. Idę kilka kroków na łąkę... Ktoś dzwoni. Samotny dźwięk telefonu na łąkowej, zielonej planecie. Siedzisz przede mną, w jodełkowym płaszczu, z dużym guzikiem na prawym rękawie. Jesień nie zmienia cię na nikogo innego. Odbierasz ten telefon, Bettino..

Siadasz na przestronnym parapecie okna, który służy ci za łóżko w ciepłe dni. Za oknem morze, plaża. Słuchasz głosu, który obudził cię w świecie realnym.

Spójrz na mnie, Bettino... Odwracasz twarz do szyby.

Określenia, wytłumaczenia, definicje, przekazy, dowody wynikające z tez, spuścizna matematyków, filozofów, artystów - delikatnych istot, żyjących najwyżej kilkanaście, kilkadziesiąt jesieni. Czasami nie dłużej niż Chrystus... Zakatarzeni geniusze wsłuchujący się w swoje obolałe serca, rzeźbiarze o długich palcach i uważnych oczach – określeni, wytłumaczeni, zdefiniowani. Nareszcie! Spokój przestrzeni.

 

Dzisiaj obudziłem się bardzo wcześnie. Bolały mnie oczy, nie mogłem ich otworzyć, a w nocy miałem same koszmary, budziłem się, aby pić wodę, której cały dzban postawiłem wieczorem przy łóżku. Nic nie pomogło - dzień zastał mnie w kompletnym rozpadzie sił, Bettino.

Może uratowałaby mnie miłość. Ale ty z miłości śmiejesz się z politowaniem, bo masz jej za wiele. Namiętności są dla ciebie uczuciami negatywnymi, kompleksami. Jak mam uwierzyć, że z Górnego Miasta do Dolnego nie wiedzie już żadna ścieżka? Wyruszam z samego rana, kamienie są już gorące od słońca. Idę kamienistym, szarym korytarzem między siedzibami ludzkimi niepodobnymi do tych, które widziałem tu wczoraj. Droga zaczyna wznosić się, jestem zmęczony, Bettino, bardzo zmęczony...

Gdybym nie szedł przy ścianach domów zmiotłaby mnie woda, rozszarpała wichura. Sięgam ręką w mrok okiennego otworu - nie ma ludzi? Nie ma moich niepokornych braci?

 

Dzisiaj na pokazach z okazji pożegnania lata, spadła mała awionetka. „Motyl” rozbił się na łąkach za miastem. Dwie osoby nie żyją.

 

Telefon przestaje dzwonić, nareszcie. Przede mną na łące dymi ciemny kształt. Podchodzę tak blisko jak mogę. „Motyl” leży przede mną nie usiłując już nawet poruszać skrzydłami... W strzaskanej kabinie dziewczyna i chłopak. On ma głowę opartą na sterach. Dziewczyna wygląda jakby spała. Ma zaróżowione policzki i lekko rozchylone usta...

Od strony szosy słychać głosy, przyjechało pogotowie, ludzie biegną tutaj.

Patrzę jak wyciągają ich z kabiny, jak lekarze z karetki nachylają się nad nimi cierpliwie sprawdzając oddechy. Ale za moment jest po wszystkim. Oto dwa motyle leżą pod białymi prześcieradłami koło jasnoszarej awionetki.

Słońce już prawie zaszło. Reporterzy robią zdjęcia, przyjeżdża samochód telewizji. Jasne kształty wyraźnie kontrastują z ciemniejącą wieczorną łąką. Ktoś usiłuje odciągnąć od nich operatora z kamerą.

- Po co to kręcisz i tak nie pójdzie – kolega operatora macha ręką.

- To mój pierwszy wypadek – mężczyzna marszczy oczy, kierując kamerę na ciała pod białymi prześcieradłami.

- Aha – mówi tamten z przyzwalającym zrozumieniem.

Stoję blisko, obserwuję operatora, myślę, że poczuł się trochę nieswojo. Mój uważny wzrok robi swoje. Wiem, że ludzie nie lubią jak na nich patrzę, Bettino...

Wszyscy są teraz przy awionetce, usiłują powyciągać jakieś rzeczy, operator też tam idzie. Wkładam ręce do kieszeni, stoję przy nich jak na minucie ciszy.

Nagle wiatr porusza prześcieradłem, włosy dziewczyny unoszą się nieznacznie spod niego. Biedne, nietrwałe, marzycielskie motyle. Gdybym pomógł im przelecieć przez kolejne ściany, też nie byłbym tutaj. Moje ręce niczego nie znajdują w ciemności.

Cofam je z okiennego otworu.

Muszę przecież dalej iść... Dalej iść to nie dojść nigdzie. Może trzeba zatrzymać się. Nareszcie, Bettino.

 

Liczymy na to, że ktoś przeżył coś podobnego jak my, że chociaż trochę ocali w nas błysk porozumienia. Chęć zachowania wspólnej emocji zdarzenia. Nadzieje, postacie z setek wyobrażeń, odczuć, do których najczęściej nie chcemy wracać, ani nie chcemy przyznawać się. Cierpienie zmienia nas, deformuje. Nigdy nie umacnia. To tylko tak czasami wygląda. Smutek, strata, beznadziejność starań. Nadzieja na chwilowe zrozumienie. Dlatego do naszej drogi dodajemy inne, aby wszystko było pełniejsze, bardziej możliwe do odczytania. Chcemy „złapać” słuchacza, czytelnika. Ze strumienia emocji robiąc szerokopasmową opowieść.

 

Przyjdziesz tu kiedyś, do kawiarni, która ma internetową kamerę. Dzięki niej widzę stoliki w półcieniu, obserwuję niewielu bywalców spragnionych kawy, turystów, którzy zwiedzali akurat okolice Ratusza.

Nie wiem gdzie cię szukać gdy zaczyna się burza. Gdzie jesteś Bettino, taka piękna zawsze? Moje ręce nikogo nie znajdują w ciemności.

Cofam je z okiennego otworu.

 

Księżyc do mnie mówił nie od dziś. Ale przedwczoraj zaczął wysyłać e-maile. Zdenerwowany, przeszukałem internetowe gadu-gadu, wszędzie był taki numer, z nazwą. No nie, ale to przecież nie jest niemożliwe – każdy chciałby mieć takie chwytliwe imię.

Poczta zapełniała się sukcesywnie.

- Odpowiedz, proszę – pisał Księżyc.

Zacząłem się bać, że nabawiłem się jakiegoś wirusa, ale mój system antywirusowy nie przyznawał się do nieprawidłowości.

Księżyc naprawdę chciał ze mną rozmawiać.

A może to ty, Bettino, cudownie zamieniona w srebrnego wędrowca, chcesz mnie pocieszyć?

Na tarasie padał deszcz, na mojej twarzy drobniutkie kropelki dobrze ukrywały łzy. Bo któż to płacze, w naszych niesłonych, wegetariańskich czasach?

 

Powrót do spisu treści

Dalej