Miejski Ośrodek Kultury w Nowym Targu
Spotkania literackie
Wydawnictwo
pod redakcją Macieja Pinkwarta
Nowy Targ 2004
Elżbieta Samsel-Czerniawska (Świebodzin)
W Smutni (fragmenty)
Ranek jest smutny. Z nieba sączą się maleńkie kropelki deszczu. Kapuśniaczek. Szaro-szary świat budzi się do życia, w ustalonej od dawna kolejności. Pierwsze samochody rozdzierają ciszę poranka. Rozchlapują brudną ciecz, która niepodzielnie wypełnia pęknięcia i dziury w asfalcie. Na ulice wychodzą ubrani w pomarańczowe kamizelki pracownicy porządkowi. Z chodników z wolna znikają pozostałości nocnego życia. Niedopałki, potłuczone szkło i dywan śmieci po chwili wydają się już tylko nocnymi marami, spłoszonymi przez pierwszy blask pomarańczowych kamizelek. Znowu jest czysto, miło i przyjemnie. Stuk-puk - na wybojach chodnika podskakuje wózeczek lichwiarki wyładowany tandetnymi błyskotkami - tombakowymi bransoletkami, aluminiowymi pierścionkami, kolorowymi wiatraczkami i innymi drogocennymi przedmiotami. Po pięćdziesiąt groszy sztuka. Dziecięca wyspa skarbów na rozklekotanym sezamie. Zza ściany dolatuje znajome pikanie. Jak zawsze pięć cyklicznych sygnałów i budzik milknie. Chwila ciszy. Skrzypienie łóżka i znajome szuranie podartych kapci. Trzask przekręconego w drzwiach zamka. Litwiński zmierza w stronę znajdującego się na strychu wychodka.
Szósta piętnaście, witajcie w Smutni.
*
Niebieskie światło pulsując przebijało się przez cienki welur zaciągniętych szczelnie zasłon. Niewyraźne kontury mebli majaczyły w mroku, by za chwilę zupełnie wyraźnie ukazać się w sinofioletowym zmienionym przez kolor zasłon świetle. Wycie syren dawno już ucichło i teraz tylko rytmiczne pulsowanie świateł świadczyło o tym, że nie wszystko jest w ustalonym porządku. Tego akurat pani Wścibskiej nikt nie musiał mówić. Wiedziała o tym, od kiedy w oku judasza zobaczyła chwiejącą się barczystą postać. Skalski zatoczył się i pani Maria przez moment myślała, że upadnie, ale w ostatnim momencie udało mu się złapać równowagę i oparł potężne ciało o poręcz schodów. Spojrzał w górę nieprzytomnym, zamglonym wzrokiem i gwałtownie potrząsnął głową jakby to miało mu pomóc. Czy w wejściu na pierwsze piętro, czy w chwilowym otrzeźwieniu, tego nie wiedziała. Wiedziała natomiast, ze stuprocentową niemal pewnością, co nastąpi później, gdy drzwi na pierwszym piętrze trzasną zamykając w mieszkaniu maleńki dramacik jego lokatorów. Sylwetka sąsiada znikła za załomem schodów i pani Wścibska nieco zdegustowana opuściła swój posterunek przy judaszu. Chwilę później usłyszała znajome trzaśnięcie. Zapadła cisza. Pani Wścibska wytężyła słuch. Zbyt długo tu mieszkała, aby dać się zwieść chwilowemu spokojowi. Gdy tylko przez głowę przemknęła jej myśl o ciszy przed burzą na górze dało się słyszeć podniesiony głos. Męski donośny bas, choć nieco bełkotliwy, zaczynał wieczorny rytuał. Odpowiedzi nie było słychać, ale pani Wścibska doskonale potrafiła sobie wyobrazić drobną postać Skalskiej, teraz jeszcze drobniejszą i jakby skurczoną pod wpływem strachu. Niemal słyszała jej cichy głos, którym próbowała uspokoić męża. Tak było zawsze. Do pierwszego uderzenia słychać było tylko gniewny bas Skalskiego. Później dochodził zdławiony krzyk jego żony, wreszcie na końcu włączał się chórek dziecięcych przerażonych głosików. Zazwyczaj w połowie tej kakofonii wychwytywała jeszcze odgłos przewracanych sprzętów. Jeśli Skalski wracał wcześniej, pani Wścibska widziała przez swojego judasza blade zalane łzami twarze najstarszych dzieci Skalskich i drobne postacie uciekające przez podwórko. Później wszystko cichło. Po jakimś czasie drzwi na pierwszym piętrze otwierały się cichutko i drobna postać schodziła ze schodów. Twarz zazwyczaj miała opuchniętą, choć jeszcze nie było widać charakterystycznych przebarwień skóry. Wracała po paru minutach prowadząc dzieci. Wszyscy wchodzili po schodach bezszelestnie jakby bojąc się, że nawet najlżejszy szmer zbudzi śpiące monstrum.
Dzisiaj było podobnie. Krótki krzyk Skalskiej i odgłos upadku zakończył występ Skalskiego. Pani Wścibska zdążyła się położyć, gdy usłyszała złowróżbne wycie syren. Najpierw myślała, że za chwilę samochody przejadą obok ich kamienicy, choć w głowie już kiełkowała myśl, że stało się coś złego. Gdy radiowóz zaparkował na podwórku już była na posterunku. Ambulans wjechał tak szybko, że policjanci nie zdążyli jeszcze wysiąść z samochodu. „Zabił ją” - pomyślała pani Wścibska obserwując twarz młodej kobiety z lekarską torbą wbiegającej po schodach. Za nią biegli nieco wolniej sanitariusze z noszami. Niecodzienny korowód zamykało dwóch młodych policjantów. „Może ją jeszcze odratują, to silna kobieta po mimo filigranowego wyglądu”.
Pani Wścibska dość wyraźnie przypomniała sobie ostatni poważniejszy incydent, jaki wydarzył się w mieszkaniu na górze. To było chyba ze trzy miesiące temu. Usłyszała trzaśnięcie drzwi na górze i chwilę później zobaczyła niewielką postać Agaty Skalskiej. Dziecko podeszło do drzwi i niepewnie spojrzało na dzwonek. Jeszcze przez chwilę stało pod drzwiami, po czym ostrożnie przycisnęło przycisk. Mała wyglądała jakby za chwilę miała uciec, lecz po mimo to pani Wścibska odczekała chwilę. Robiła tak zawsze by przychodzący do niej nie zorientowali się, że stoi patrząc przez szklane oko judasza. Otworzyła i przez chwilę nie mogła wypowiedzieć słowa. Oczy dziecka wyglądały jak oczy zbitego psa. Strach i czujność wyzierająca z czarnych źrenic na chwilkę zdezorientowała kobietę.
- Dzień dobry, czy jest Ola? – prawie wyszeptało dziecko i pani Wścibska musiała wytężyć słuch by rozpoznać sens poszczególnych słów.
Panią Wścibską zaskoczyło to pytanie. Ola była jej starszą córką. Miała trzydzieści sześć lat i kobieta nie bardzo potrafiła sobie wyobrazić, czego Agata chce od jej Oli. Olśnienie przyszło już parę sekund później. Ola z zawodu była pielęgniarką. Nagle bardzo wyraźnie usłyszała odgłosy wczorajszej awantury. Była dużo gwałtowniejsza od poprzednich. Skojarzenie tego faktu ze stojącą w drzwiach dziewczynką zajęło pani Marii tylko kilka sekund.
- Ola jest w pracy, a co chciałaś?
Dziecko przestąpiło z nogi na nogę, jakby nie spodziewając się takiego pytania. Przez chwilę było widać jak się waha, nie wiedząc czy wyjawić sąsiadce powód swojej wizyty, czy też nie.
- Chciałam, żeby Ola zbadała mamę, bo mama źle wygląda - odpowiedziała Agata.
- Ola jest pielęgniarką i nie może badać twojej mamy. Musisz zadzwonić po lekarza - odpowiedziała pani Wścibska.
- A czy Ola mogłaby przyjść jak skończy pracę? – uparcie kontynuowało dziecko.
Pani Maria była już wytrącona z równowagi. Wyznawała jedną zasadę: nie wtrącać się w życie innych. Obserwować - owszem.
- Dziecko, dlaczego nie zadzwonisz po lekarza? - zapytała
Agata patrzyła proszącym wzrokiem. W oczach pojawiły się łzy.
- Proszę, niech pani ratuje moją mamę. Tata nie kazał dzwonić po lekarza, a ona jest bardzo chora - dziewczynka zaniosła się płaczem.
- Ale ja ci nie pomogę, a Oli nie ma. Musisz zadzwonić po lekarza – powtórzyła Wścibska obserwując łzę spływającą po pucatym policzku.
Dziecko odwróciło się nie powiedziawszy już ani słowa. Pani Maria jeszcze przez chwilę patrzyła na wstrząsane łkaniem oddalające się małe plecy. W końcu weszła do mieszkania i poszła do kuchni, by zrobić sobie mocną kawę. Przechodząc obok pokoju córki jeszcze tylko zerknęła na śpiącą spokojnie postać i ciężko westchnęła myśląc o tym ile porządny człowiek ma kłopotu z takimi sąsiadami.
*
Kasia była zmęczona. Powoli zaczynała wątpić w sens tego wszystkiego. Jeszcze pół roku temu, gdy przeprowadzali się do Smutni była pełna zapału. Piotr mówił, że wszystko będzie wspaniale, a ona wierzyła mu bezgranicznie. Nic nie było wspaniale. Czasami patrząc na to miasteczko myślała, że się rozpłacze. Smutnia była jak wielka próżnia, która wysysała wszystko. Chęci, zapał, życie…I tak z dnia na dzień Kasia powoli, lecz konsekwentnie traciła całą energię i chęć. Nie do życia, to byłoby zbyt banalne. Traciła chęć do podniesienia się z łóżka, do zaczynania nowego szaro-szarego dnia. Przez chwilę leżała spokojnie usiłując wykrzesać z siebie choć odrobinę motywacji. Maleńką cząstkę ukrytą gdzieś na samym dnie świadomości. Żelazne rezerwy, tak o nich myślała. Później powoli wstawała i wkładając bose nogi w zbyt duże kapcie zastanawiała się, kiedy to się stanie. Kiedy po przebudzeniu podniesie się na łokciach tylko po to by z powrotem opaść na poduszkę.
Kiedyś powiedziała o tym Piotrowi, ale on tylko spojrzał na nią wzrokiem mówiącym o tym, że on, Piotr i tak wie, że to jej kolejna fanaberia. Kasia już tylko czekała na pytanie „Zbliża się menstruacja?”. Jednak to pytanie nie padło. Piotr spokojnie patrząc za okno raczej stwierdził niż zapytał.
- Czego ty chcesz od tego miasta? Jest ładne, czyste i spokojne. W dodatku ma całkiem ciekawą architekturę – dodał.
Kasia poczuła nagłą złość. Dlaczego nigdy nie umiał czytać między wierszami? Jego matematyczny umysł śledził i układał tysiące wzorów i równań, klasyfikując bezbłędnie rzędy cyfr. Jeśli chodziło o intuicję, Piotr był jak bezradne, nie znające świata dziecko.
- Nie rozumiesz? Aż za bardzo spokojne, tak spokojne, że aż martwe. Nienormalne. To wielka czarna dziura pochłaniająca wszystko, co dobre. Szare dni podobne do siebie jak dwie krople wody. Szarzy ludzie żyjący monotonnym pozbawionym wzlotów i upadków życiem. Ludzie, którzy nie czekają już na nic, bo nie mają i nie chcą mieć przyszłości. Wieczorami gaszą nocne lampki w swoich malutkich domkach i z ulgą odhaczają następny miniony dzień. Mówisz mi o architekturze? To nie małe ciasne mieszkanka umieszczone w małych ciasnych kamieniczkach tworzą to miasto. Smutnię tworzą ludzie. Wyprani z uczuć, z silnych emocji, z życia. To chodzące, smutne trupy.
Piotr spojrzał na nią nie starając się zrozumieć, o czym mówi. Doskonale wiedział, że oboje tworzą ten swój wspólny świat, który stoi na podwalinach z dwóch zupełnie różnych i tak dalekich od siebie istnień. Byli jak dwa zbiory zupełnie innych cech, które tylko przypadkiem połączyły się w niewielkim wspólnym mianowniku.
Kasia wytrącona z równowagi bezsilnie opadła na poduszkę. Nie popatrzyła nawet w stronę leżącego obok męża. Od kiedy postanowiła założyć lokalną gazetę wszystko wyglądało jeszcze gorzej niż wcześniej. Wcześniej starała się nie zwracać uwagi na wyrostków stojących pod bramą, na sąsiadki siedzące przed swoimi domami, na twarze wyglądające z brudnych okien. „Czy ci wszyscy ludzie nie mają niczego do zrobienia? Żadnego hobby, celu, zajęcia?” – myślała. Jej nie wystarczało czasu na leniuchowanie. W wolnych chwilach czytała książkę lub szła do kina. Zawsze było coś ciekawszego do zrobienia niż bezproduktywne obserwowanie życia innych czy ulicznego ruchu. Od czasu, kiedy redagowała „Dzień za dniem” wszystko wyglądało inaczej. Już sama nazwa gazety, którą wymyśliła patrząc na kalendarz, teraz wydawała jej się drwiną. Tu faktycznie każdy żył dzień za dniem. Pomaleńku, po cichutku, byle przetrwać ten jeszcze jeden dzień. Główne plany „na przyszłość” ograniczały się do wyboru dania na dzisiejszy obiad. Nikt niczego nie potrzebował i nikt niczego nie robił w kierunku choćby podniesienia standardu życia. Czasami myślała, że powiedzenie „nie samym chlebem człowiek żyje” sprawdza się wszędzie, tylko nie tutaj. Redagując poszczególne działy gazety, coraz lepiej poznawała mieszkańców. I co raz częściej rano zamiast z zapałem wyskoczyć z łóżka, podnosiła się powoli, jak gdyby przypadkiem.
Na początku było dziwnie. Nie bardzo mogła uwierzyć w bezsens życia, jakie prowadzą ci tutaj. Do dzisiaj pamiętała rozmowę z kobietą, która już w pierwszych dniach funkcjonowania gazety przyszła poskarżyć się… No właśnie, na co? Na kadrową jakiegoś maleńkiego zakładu, czy może na swoje życie, które zapętliło się gdzieś po drodze i teraz już tylko powoli kręciło się wokół własnej osi.
- I ta pani, proszę pani, zapytała mnie, jakie ja mam wykształcenie - kontynuowała kobieta nie zwracając uwagi na co raz bardziej zdumioną minę Kasi – Odpowiedziałam, proszę pani, że mam podstawowe wykształcenie. A ta pani, proszę pani, powiedziała, że z podstawowym to oni nie potrzebują. No i powiedziałam tej pani, że ja właśnie chce iść do wieczorówki, ale na to potrzeba pieniędzy, bo książki i zeszyty kosztują. A ona wie pani, co mi powiedziała? Że to nie jej problem. Że trzeba było o tym wcześniej myśleć. Wie pani, wszystkie moje koleżanki, co tam pracują, mają podstawowe. I co mi tu będzie kit wciskała. No, niech pani sama powie. A ja proszę pani mam troje dzieci, a mąż, niech go diabli, chleje i nic go nie obchodzi.
Kasia nie wiedziała, co ma powiedzieć. Tok myślenia jej rozmówczyni zbił ją z tropu i wprawił w konsternację. Miała ułożyć tej kobiecie życie? Zasypać dobrymi radami w stylu „proszę podać męża o alimenty”? Czy może wytłumaczyć, że kadrowa miała rację mówiąc, że to nie jej problem? Zbyła kobietę zapewnieniami, że zrobi, co w jej mocy. Czyli nic. Bo cóż można poradzić na czyjeś okaleczone życie, skoro nawet sam właściciel owego życia nie dostrzega jego ułomności?
Opowiedziała o tym Piotrowi. Długo patrzył na nią zastanawiając się, co ma powiedzieć.
- To kaleka życiowa i tyle - skwitował w końcu.
- Smutna kaleka, Piotrze...
Spojrzał na nią nie kryjąc ciekawości. Pomyślał, że jak zwykle dorobiła sobie teorię, by kreować rzeczywistość według własnego punktu widzenia.
- Tych ludzi nie okaleczyło życie. Tych ludzi okaleczyła Smutnia. Życie od pokoleń w próżni, zawieszonej gdzieś po miedzy niebytem a normalnym światem.
- Może jaśniej? – spytał.
- Popatrz, ta kobieta, która dzisiaj u mnie była, ona nie jest głupia czy niezdarna. Tak ją po prostu wychowano. To skutek uboczny minionej epoki i zamknięcia w szarej społeczności. Pomyśl, gdyby mieszkała w dużym mieście, w którym miałaby innych rodziców... Co piętnastoletni dzieciak wie o życiu? O obowiązkach, nauce? Gdyby jej rodzice pchnęli ją do szkoły, to pewnie by ją skończyła. Ale oni jakoś to swoje życie przeżyli bez wykształcenia. Nie mając innego wzorca wykreowali ją na obraz i podobieństwo…
- Kasiu, pracuje ze mną młody inżynier, któremu matka powtarzała, że ma zostać tokarzem, jak ojciec. Bo ojciec ma dobrą pracę i dobrze zarabia. A jednak chłopak się uparł i skończył studia.
- To tylko potwierdza to, co ci powiedziałam. Nie każdy ma tyle samozaparcia. Ten człowiek jest jednostką wybitną. Niestety, jednostką.
Spuścił głowę i Kasia pomyślała, że po raz pierwszy zrozumiał, o czym ona mówi.
Następny był incydent z kandydatką na sekretarkę. Po nim Kasia przestała się dziwić czemukolwiek. Zaczęło się banalnie. Przestała sobie dawać radę z telefonami, redagowaniem czasopisma, wyszukiwaniem materiałów i pisaniem artykułów. Kandydatek było nie wiele i szczerze mówiąc zaczynała już wątpić w zatrudnienie kogoś do pomocy. Ten dzień na domiar złego zaczął się od kłopotów. Musiała przeglądnąć wiadomości, a tu jak na złość coś ciągle zrywało połączenie. Usłyszała pukanie do drzwi i zdążyła powiedzieć „proszę”, gdy na ekranie pojawił się komunikat wygenerowany przez skaner antywirusowy.
- Ja w sprawie pracy - nieśmiały głos oderwał Kasię od monitora.
Właśnie zaczęła domyślać się, co spowodowało jej problemy z siecią i za nic w świecie nie dałaby się oderwać od klawiatury. Spojrzała na dziewczynę. Mogła mieć około trzydziestu lat. Rude włosy spięte na karku tworzyły fantazyjny koczek. Makijaż zbyt wyrazisty jak na poszukiwanie pracy, kazał jej się przez chwilę zastanowić czy dziewczę aby na pewno nie wybiera się na bal sylwestrowy. Kolczyk w nosie połyskiwał działając na Kasię jak płachta na byka. Dziewczyna miała na sobie rozciągnięty sweter i modne dżinsy poszerzane u dołu. „Jak wszystkie dziewczyny w Smutni” - kwaśno pomyślała Kasia. „Zupełnie jakby je powycinano z najnowszego numeru „Bravo” czy „Filipinki”. Paradoksalnie przez ten brak różnorodności ubiorów, wszystkie wyglądały jak wbite w chińskie drelichy, czy szkolne mundurki. „Tej dziewczynie tak będzie zależało na pracy jak na zrobieniu korzystnego wrażenia na przyszłej pracodawczyni”. Przemknęło jej przez myśl, zaraz jednak wzięła na to poprawkę. „To Smutnia...” - pomyślała. Poprosiła dziewczynę by usiadła i chwilkę poczekała. Znalazła nazwę wirusa w Internecie i w tym momencie ją rozłączyło. Doskonale zdawała sobie sprawę, że to jak walka z wiatrakami. W życiu nie zdąży ściągnąć potrzebnej poprawki by załatać dziurę w systemie. Wykręciła numer Piotra. Króciutko wyjaśniła mu, dlaczego dzwoni i poprosiła, by wysłał jej potrzebną poprawkę systemową. Kiedy skończyła rozmawiać dziewczyna patrzyła na nią szeroko otwartymi ze zdziwienia oczyma.
- To pani radzi sobie z komputerami? - zapytała.
Kasia spojrzała zdziwiona pytaniem.
- Oczywiście, jeśli coś się zepsuje, mogłabym usiąść i zacząć płakać nad rozlanym mlekiem. Mogę również nauczyć się jak to naprawić. Jak pani myśli, co powinnam zrobić?
- Oddać komputer do serwisu - odpowiedziała dziewczyna.
Kasia pomyślała, że równie dobrze mogłaby spróbować wyłożyć strachowi na wróble piątą zasadę elektrodynamiki. Tutaj praca nad sobą była równie abstrakcyjna.
*
Podobno gdzieś obok siebie istnieją dwa różne światy. Pytasz mnie, jak to jest znaleźć się nagle w innym świecie? W świecie, w którym nie ma planów na przyszłość, bo nie ma przyszłości. Gdzie żyje się pomaleńku z dnia na dzień. Gdzie głównym i najistotniejszym problemem jest przetrwanie dnia. Gdzie żyją ludzie, którzy nigdy nie byli w teatrze, którzy nie przeczytali ani jednej książki. Gdzie walczy się o to, by być innym. By nie zszarzeć i nie zesmutnieć. Gdzie dla innych jest się dziwnoludem. Dziwnie.
Uciec? Ze Smutni nie da się uciec. Wsiąść do pociągu i po prostu wyjechać… To tak jak chciałoby się uciec pociągiem od nocy. Pierwsza stacja i dalej jest noc, podobnie jak na każdym innym przystanku. Dopóki nie wstanie świt, noc będzie trwała niezależnie od tego gdzie się dojedzie. Bo ze Smutni nie ucieka się pociągiem. Ze Smutni można uciec co najwyżej pod pociąg. Lub po prostu podnieść głowę i patrząc w niebo przeczekać. Czekać cierpliwie aż wstanie dzień. Nie szaro-szary ranek. Wiosenny świt, który wschodem słońca zbudzi do życia.
W głębi świadomości rodzi się niejasne wrażenie. Może gdzieś obok toczy się prawdziwe życie. Może w Poznaniu lub Wrocławiu. Może tam żyją inni ludzie. Może nawet chodzą do kina czy teatru. Może tutaj życie podskakuje na wybojach jak wózeczek lichwiarki. Stuk-puk - wrażenie ulatuje.
Szósta piętnaście, żegnajcie w Smutni.