SCHERZO


LEM - STANDARD

Drogi panie Stanisławie,
pan przyszłości naszej zręby kładł
uwieczniając w swoich książkach
obraz ludzkich niezniszczalnych wad.
Świat się przecież ciągle zmienia,
co dzień nowy mamy plan -
Pan potrafił to zrozumieć,
że tak rzadko chce się człowiek zmienić sam.

Więc brniemy w przyszłość,
słoneczny widząc dzień
za nami wciąż biegnie nasz cień...
I obraz jutra
tworzymy w barwie róż,
z palety wciąż chcąc zetrzeć kurz,
a słowo "człowiek"
tak pusto w uszach brzmi,
nam "ludzkość" w planach się śni..
Więc brniemy w przyszłość
słoneczny widząc dzień -
za nami biegnie nasz cień.

 

FOTOGRAF

W miasteczku niedużym
fotograf niewielki
rozstawia aparat
w słoneczne dni.
Kilimek zielony
jak szkło od butelki,
dwa miejsca na główki,
w nich ja i ty.

Romantyczni przez moment,
jutro sobie nieznani,
retusz przeszłość wymaże
gdy fotograf tak chce.
Zatrzymajmy tę chwilę
w cudze piórka ubrani
zanim pójdzie, nie wróci,
nim zapomnisz już mnie.
Gdy będziesz daleko,
w czas szary, codzienny,
odnajdziesz to zdjęcie,
błysk flesza sprzed lat.
Ten nastrój miasteczka,
klimacik półsenny,
z zamierzchłej epoki
nasz wspólny świat.

Zatrzymajmy tę chwilę
w cudze piórka ubrani
zanim pójdzie, nie wróci,
nim zapomnisz już mnie.
Romantyczni przez moment,
jutro sobie nieznani,
retusz przeszłość wymaże
gdy fotograf tak chce.

 

UNION PACIFIC

Raz przez prerię wędrowali
dwaj kowboje - Mick i John.
Chcieli szukać swego szczęścia
wśród słonecznych, lepszych stron.

Szkapy ledwie się ciągnęły,
droga długa, niech to szlag,
przy ognisku więc usiedli
i zaczęli myśleć tak:

jakby kolej poprowadzić
prostym szlakiem jasnych tras,
co w dobrobyt nas zawiezie,
ten dostępny i dla mas.

Jechać można zawsze szybciej,
niżby się piechotą szło.
Pomyślawszy - założyli
Union Pacific and Co.

Wnet zebrano specjalistów,
udziałowców wzrastał krąg:
ów wytyczał, ten zakładał,
inny nowy wznosił zrąb.

Inwestycja wciąż szła naprzód,
inżynierom wciąż rósł brzuch,
budowniczych przybywało,
pasażerów było dwóch.

Jest i linia, i kierunek,
jest idea, jest co jeść...
Gotów już parowóz dziejów,
ale nie ma kogo wieźć.

I zostali wraz z koleją
dwaj kowboje - Mick i John;
kolejarze samochodem
pędzą do słonecznych stron.

Szkapy znowu się ciągnęły,
droga długa, niech to szlag!
Lech kowboje się nie spieszą -
widać być musiało tak.

 

RZECZY PROSTE

Pamiętacie prace domowe
i tych nudnych od algebry gości?
Zadawali ułamki piętrowe,
żeby skrócić, albo całkiem je uprościć.
To nam przeszło w lata dojrzałe:
Praca prosta i łatwe dziewczyny,
jak decyzje - to tylko nieśmiałe,
jeśli dowcip - to o czymś tam u Maryny.
Albo, wiecie, taki witz: dyrektor, w samych gaciach, wychodzi do sekretariatu i mówi: żona dzwoni, że czegoś znów zapomniałem. Dobre, co?

Lubimy tylko rzeczy proste,
Bez komplikacji - jasność z cieniem.
Tekst jednoznaczny, kontury ostre -
kto by tam męczył się myśleniem.

Na malarstwie już się nie znamy,
teatr - owszem, bo czasem wypada,
telewizji codziennie słuchamy
i coś niecoś do półgłówek naszych wpada.

Podrzemiemy nad "Polityką",
wypijemy coś mocniejszego,
by się wzruszyć na trochę muzyką,
gdy orkiestry nam zagrają coś dętego.

Lecz klaszczemy wciąż na zebraniach -
należymy przecież, gdzie należy -
nie myślimy podczas głosowania
i, jak wszyscy, źle mówimy o młodzieży.

Potem w domu, po kryjomu,
przed sąsiadem i przed gościem -
narzekamy, narzekamy, narzekamy,
narzekamy...
Choć niczego nie umiemy,
choć na niczym się nie znamy -
narzekamy -
bo tak przecież jest najprościej.

 

LA ROMANCE A MON PETIT

Poznałam cię, gdy lato się kończyło,
spostrzegłeś mnie, ku sobie niósł nas tłum.
Spojrzenie twe tak dziwnie się zamgliło,
a ja poczułam we krwi jakiś szum.

Był halny wiatr, gdy wniosłam cię do domu,
mówiłeś "nie" i bardzo drżał ci głos,
prosiłeś by nie mówić nic nikomu,
uległeś wreszcie, widać tak chciał los.

I cóż kochany, teraz z tobą robić
gdy gaśnie dzień i z gór już schodzi mrok?
Wziąć cię na ręce i do snu sposobić,
czy pomóc ci ostatni zrobić krok?

Przez kilka dni wychudłeś ty i portfel,
czytałeś myśl mą każdą tak jak pies,
opadłeś z sił, nie mogłeś grać już forte,
a wtedy, chłopcze, głupia sprawa jest.

W słoneczny dzień, gdy wiodłam cię na halę,
zmęczyłeś się, choć lekki niosłeś koc,
wieczorem zaś nic nie mówiłeś wcale -
żal mi cię było, gdy nadeszła noc.

I cóż, kochany...

Aż wreszcie gdy mi książkę czytać chciałeś,
tak zbladłeś, bo zmarszczyłam z gniewu brwi.
No cóż, mon petit, już nie możemy dalej,
uciekaj stąd i dobrze zamknij drzwi.

Szepnąłeś "nie" i sięgasz do kieszeni,
pistolet colt, kaliber... mniejsza z tym!
Daj spokój, przecież to już nic nie zmieni...
Ty mówisz "żegnaj" - potem huk i dym...

I cóż, kochany...

 

NOC FARYZEUSZY

Gdy na Golgotę szedł pewien gość,
źle ubrany, z pokaźnym bagażem -
współczuli mu, lecz szepnął ktoś:
"nie, ja się tak nie narażę".
Zakryli twarze, otarli łzy,
władza patrzyła spod oka -
gość poszedł w dal i trochę wzwyż
i spojrzał na nich z wysoka.
- Cóż, dobrze chciał -
rzekł ten i ów -
przeliczył się, i to wszystko.
miał jasny cel, robił co mógł,
lecz w kiepskie wpadł towarzystwo.
I gość z łotrami pozostał sam.
Widownia opustoszała.
Lecz w domach mieli
niemały kram,
bo chandra odejść nie chciała.
Władza ma rację,
w tym władzy moc -
wierzą, bo chcą i bo muszą.
Lecz kiedy głupia nadejdzie noc -
źle śpi się faryzeuszom.

KAWIARNIA "ORBIS"

Siwe ptaki z papierosów
przelatują nad stolikiem
i tak bardzo chce się odejść
by nie wrócić już tu.
Długo mieszasz swoją kawę,
pod serwetką szkło i nikiel.
Czy ten obraz kiedyś wróci
w najsmutniejszym ze snów?

Bure wzorki na dywanie,
starszy pan przy fortepianie,
jednostajny szum rozmów,
ktoś zachwyca się grą.
Było pięknie? Może było,
na zwyczajnie się zmieniło.
Łaczą nas wszystkie sprawy,
dzieli to, że już są.

Tak milczymy wiele minut...
Gdyby można to zapomnieć,
zacząć krzyczeć, zrzucić maskę,
zedrzeć z twarzy ten cień.
W lustrze widzę twoje oczy
jak uśmiechasz się do mnie,
kiedy mówisz - mój kochany,
mamy dzisiaj zły dzień...

Już noc zbliża się uparta,
starszy pan dziś gra Mozarta,
jak to dobrze, że jesteś,
spójrz - rozchmurzył się świat.
Wiele gwiazd nam pospadało,
tyle słów się zapodziało,
może jednak pamiętamy
tamtych siebie, sprzed lat.

SŁODKIE MIASTECZKO

Częstym gościem
na twych ustach
gorzki uśmiech, pieprzny żart,
słono płacisz twarzy z lustra
za chwilowy choćby fart.

To ci niezbyt odpowiada,
wizją szczęścia drażnisz smak,
no i program swój układasz,
program życia, co brzmi tak:

Słodkie miasteczko,
lukrowy kraj,
słodką muzykę mi, grajku, graj.
Słońce z lizaka,
dropsy na krzakach,
domki z piernika
- miodowy raj.

Czasem nagle, niespodzianie,
czasem z pracy wielu lat,
tak ułoży się, mój panie,
że odmieni ci się świat.

Wszystko idzie ci jak z płatka,
forsa, miłość, żadnych łez,
miłe słówka,
droga w kwiatkach..
No i wiesz już, że to jest:

Słodkie miasteczko...

Gładkie życie, dobry stolec,
mocny sen... lecz czasem w śnie
powiesz brzydko: ja chromolę!
rzygać z tego mi się chce!

Marzysz wtedy o nadmiarze
żółci, soli, brzydkich słów,
trudnych dziewczyn,
mocnych wrażeń,
ale budzisz się i znów:

Słodkie miasteczko...

 

CZYTAJCIE ANDERSENA

Był raz król pewien, mądry i nie stary
co raz do roku uwielbiał publicznie
wśród surm i trąb, przy dźwiękach janczarów
z ludem się bratać dość demokratycznie.

Co rok na królu była nowa szata,
więc na ulicach tłum się wielki skupiał,
ciekawy co znów wymyślił szarlatan
i jak też władca się będzie wygłupiał.

La ri ri ram - czytajcie Andersena,
By nocą mieć pogodny, zdrowy sen,
na szpaltach pism, w raportach,
przemówieniach,
Życie nam w bajkę się cudowną zmienia,
La ri ri ram - czytajcie Andersena.

Przez długie lata władcy przyrodzenie
lud chętnie widział, król się z zimna skulał,
tłum wołał, że tak piękna jest szalenie
i przebogata nowa szata króla.

Aż wreszcie kiedyś wszystkim już się znudził
królewski streeking i błazeńskie blagi
i krzyk się wzniósł ogromny pośród ludzi:
Dość szwancparady! Król jest całkiem nagi!

La ri ri ram - czytajcie Andersena...

Król abdykował, krawców też zmieniono,
lecz się bajkowy nie odmienił schemat,
żurnali stos z zagranic zwieziono,
ale atłasów nie było i nie ma.

Tłum z satysfakcją spełnionych swych żądań
znów raz do roku widzi władcy skórę,
i nowy akt z radością ogląda
krzycząc: ach, królu, masz świetną figurę!

La ri ri ram - czytajcie Andersena...

CYGANERIA Z TAMTYCH DNI

Gdzieś w podniebnej mansardzie,
na przełomie dwóch wieków
pajęczyną czas osnuł
artystyczny ten mit.
Peleryny zniszczone,
harda dusza w człowieku,
we wspomnieniach gdzieś drzemie
cyganeria z tamtych dni.
Dawni twórcy i poeci,
Apollina złote dzieci,
wciąż bez forsy, z talentem i stylem;
dobrze żyli z dorożkami,
mieli Muzę przed oczami,
żyli w słońcu jak barwne motyle.

Świat się trochę zestarzał,
o niecałe stulecie,
fin de siecle znów się zbliża,
już artystom się śni.
Pękł Zielony Balonik
i gdzież dzisiaj znajdziecie
taką śmiesznie naiwną
cyganerię z tamtych dni.
Dziś się liczą inne sprawy,
trochę mniej w tym jest zabawy,
trochę więcej układów, koterii,
co pomogą jak najdrożej
sprzedać talent gdzieś za morzem...
Próżno szukać by w tym cyganerii...

CHERCHEZ LA FEMME

Jeśli popatrzeć z pewnej perspektywy
i historyczne dać rzeczy tło,
to - świat stwarzając - pan Bóg poczciwy
z najgorszych wybrał najmniejsze zło.
I było cacy, całkiem jak w raju,
w anielskich chórach mile biegł czas,
aż Bóg, co dobre wciąż poprawiając,
popełnił gafę stworzywszy nas.
Och, gdybyż Adam zeskoczył z drzewa
i na czworakach w świat poszedł sam,
miast na dwóch łapkach bełkotać "Ewa..."
i wzdychać tęsknie "cherchez la femme".

Cherchez la femme, cherchez la femme,
panowie prowadzicie wojny,
Cherchez la femme, cherchez la femme,
tracicie chłód dostojny,
Cherchez la femme, cherchez la femme,
tworzycie najlepsze doktryny
Cherchez la femme, cherchez la femme,
a potem dla dziewczyny

w mig porzucacie cały kram.
No cóż - cherchez la femme!
Za bramą raju już nieco inaczej,
całkiem człowieczy czekał nas los,
noce bezsenne, gdy dziecko płacze,
ogień na kuchni, zmywania stos.
Raz w roku kwiaty, uśmiech od święta,
męskie rozmowy: "te baby, wiesz..".
Raz na rok prorok, co dwa - bliźnięta,
bo kinder, küche i kirche też.
Wy odkrywacie prawdy niezłomne,
wielkich idei tworzycie szlak.
My - przy historii przysiadłszy skromnie,
robiąc przepierkę, nucimy tak:

Cherchez la femme, cherchez la femme...

DOKTOR GUILLOTIN

W łazience przed lustrem
już z pianą na twarzy
stał długo bez ruchu
docteur Guillotin.
Błysk słońca na brzytwie
pomagał mu marzyć
i myślą wybiegać
w tę stronę i w tę.

Za oknem otwartym
wiosenny wiatr bujał
w szmaragdach trawników,
wśród drzew Fontainbleau.
Ogrodnik, splunąwszy,
sierp w dłoń krzepko ujął,
a doktor z uśmiechem przeczuwał już to:

Ostre przyprawy, cięte żarciki -
ludzie to lubią niesłychanie,
najlepsze zdrowie, wykwintny humor
- to coś ostrego przed śniadaniem.

A już najlepiej na podwyższeniu,
pośród gawiedzi gdy ktoś stanie:
czerwony chodnik, niewielki pieniek
i coś ostrego przed śniadaniem.

W pokoju jadalnym
bułeczki czerstwiały,
przed drzwiami głos dziatek
wciąż prosił pipi -
pan doktor w szlafroku
przed lustrem zmartwiały
wpatrując się w brzytwę
bez ruchu tak tkwił.
Aż wyszedł nareszcie
i podszedł do żony,
bo mimo jej dąsów
uściskać ją chciał -
cofnęła się w złości,
a doktor zmartwiony
zapomniał, że w ręku
zbyt ostrą rzecz miał...

Ostre przyprawy, cięte żarciki...

 

SZYBKO I GŁUPIO

Niejeden z nas tak długo musi czekać,
aż dobry los dla niego w kiosku kupią,
przez palce życie dzień po dniu ucieka -
albo zbyt szybko, albo też zbyt głupio.

Idee piękne - papierowe kwiaty,
dość tanim kosztem zdobią nasze stroje,
siejemy hasła, zebrać chcąc schematy,
szybko zwalczamy głupie niepokoje.

I budujemy mosty ku przyszłości
ponad akwarium z jedną złotą rybką
by niedaleko gniazdko móc wymościć -
byle nie głupio, byle nie za szybko.

A jeśli ktoś chce wyżej, głośniej, prędzej,
odetchnąć pełniej, światłem dnia się upić,
pokochać życie mocniej i goręcej -
tłum go przytrzyma, szybki tłum i głupi.

I wciąż patrzymy w księgi i rachunki,
szkiełkami mędrców życie chcemy zmieniać,
w krąg rozdajemy letnie pocałunki,
głupie dzień dobry, szybkie do widzenia.

Pełznijmy więc, bo droga wciąż daleka,
nad pracą znowu niech się mrówki skupią...
Zwyczajne życie obok gdzieś ucieka,
zwykle zbyt szybko, zwykle dosyć głupio.

GORYCZKI

Gdy słodyczą niebiesko już zapachną goryczki
i potoki się zbudzą do wiosennych przedbiegów -
ziewnie halny szeroko spoza Orlej Turniczki
i rozkopią się góry ze śniegu.
Rosa znowu wysrebrzy płaty trawy na Hali,
żółta pleśń mchów pokryje czarne skały Pośredniej,
słońce wcześniej swą lampę nad Koszystą zapali -
pakuj plecak, już wiosna i to jedno jest pewne:

Znów pójdziemy wysoko,
odetchniemy swobodniej,
w dole znikną złe twarze
i ta szara codzienność,
popatrzymy szeroko,
spróbujemy odmłodnieć,
będzie czas głupich marzeń,
chodź ze mną...

Przez czuprynki kosówek brnąć będziemy z mozołem,
znów w dolinie Pańszczycy gwizdnie świstak ciekawy,
zasłuchamy się w ciszę gdzieś za Turnią pod Kołem
i leniwie zagwarzą nam Stawy.
Odszukamy przyjazny dotyk ciepłych kamieni,
nasłuchamy się orłów, napatrzymy motyli,
aż po kilku miesiącach pierwszy śnieg nas odmieni,
tylko marzyć będziemy o nadejściu tej chwili -

Gdy pójdziemy wysoko...

MISSISSIPI

Ostry jak złoty dzwon
stalowej trąbki ton
puzonu tęskny płacz
to tutaj właśnie patrz

Gdzie Mississipi toczy
swe błotniste fale
w synkopach kół
parowców rzecznych
gdy księżyc srebrzy cicho
bawełniany krzew
pod nocy gwiezdnym szalem
najnowszy i odwieczny
z daleka
z wysoka
brzmi śpiew

tak właśnie jest

tak właśnie jest
gdy rodzi się jazz

Bieleją dusze czarnych braci
co niedzielę
a dobry Bóg powagę traci
w tym kościele

gdy pastor poda ton
gdy wiatr uderzy w dzwon
Dźwięk bębnów jeszcze dziś
doleci do Chrystusa
a więc śpiewajcie czarne dzieci
swego bluesa
Posłuchaj na nas patrz
to blues nie żal nie płacz

To właśnie tutaj
w Nowym Orleanie
w klaksonach aut
w policji gwizdkach
w oddechu miasta
można gdy się chce
usłyszeć to wołanie
zrozumieć
poznać wszystko
uwierzyć
na zawsze
w to że

tak właśnie jest

tak właśnie jest
gdy słyszy się jazz

ŻYCIE POETY

Czemuż to w kinematografie
tak przeżywacie z bohaterem
jego tragedie urojone,
miłości rzewne, łzy nieszczere?

A romansowe powieścidła
czytane nocą, po kryjomu,
sny powodują pełne wrażeń,
szepty przez sen i wstyd dla domu?

Gdy zaś realną waszą miłość
uwznioślić, urealnić chcecie -
szukacie póz i gestów z filmu,
słów kilka skradłszy wprzód poecie.

Przeżywać - tylko już przeżyte,
opisać - to co opisane,
szukacie siebie w cudzych szatach,
bo strach wam nazwać nie nazwane.

Pan patrzy na mnie z lekką drwiną.
Pan wszystko wie, ma żonę, dzieci...
Pan wszak nie będzie pisał wierszy!
Zresztą - od czegóż są poeci?

Za to, bym błądził, cierpiał, szukał,
za to, cni państwo, mi płacicie.
Wy kupujecie zestaw marzeń,
ja wam sprzedaję swoje życie...

 

MODELKA

Wyszłaś... Biegniesz w dół po schodach,
ze mną został znów twój cień.
Spieszysz się. On czeka. Szkoda.
Już noc. Nasz jest tylko dzień.
Nie, nie spojrzę na ulicę,
i tak wiem, że ty i on...
Że wiatr szarpie ci spódnicę
i że włosy, rudo-blond.
Mam tę barwę na sztalugach,
tutaj - kilka barwnych plam.
Szpilka z włosów... jedna, druga...
Po cóż mi ten cały kram?
Cóż? Modelka! Żadna gala.
Fach jak inna, żaden czar.
Za to płaci ci pan malarz,
by rozbierać cię z tych barw.
Mon Dieu... Obraz kiepski wielce:
zamiast pędzla serce weź
i zakochaj się w modelce,
która ma to - pardon - gdzieś.

 

JA SIĘ STRASZNIE DENERWUJĘ

Piłkarski mecz przez radio śledzę -
"Konkordia" Knurów
czy Szombierki,
już w odbiorniku cały siedzę,
zaciskam palce, ssę cukierki.
Choć sprawozdawca
wciąż się dławi,
kalecząc mocno polską składnię -
mnie tylko wynik dziś ciekawi,
nie wiem jak wszystko to wypadnie.

Ja się strasznie denerwuję,
jeden kłębek nerwów jestem,
fajek ciągle mi brakuje,
już nie kończę na trzydziestce.
Gryzę palce, mrużę oczy
i już dosyć mam czekania,
jak się dalej tak potoczy -
nie doczekam rozwiązania.

Czasem oglądam program w TV
gdy captain Kloss ujarzmia Rzeszę.
Nic mnie właściwie już nie dziwi,
z anachronizmów się nie cieszę.
Kloss akcję wikła znakomicie,
agentkom w mini bardzo ładnie,
choć stawka większa jest niż życie,
nie wiem, jak koniec
dziś wypadnie.

Więc się strasznie denerwuję...

Prasa mnie codzień informuje
w sposób tak jasny i logiczny
jak się dobrobyt nam zbuduje
na mocy uchwał i wytycznych.
Z dnia na dzień
wszystko się poprawia,
narady biegną dosyć sprawnie
i inny mówca dziś przemawia,
więc wiem, że dobrze to wypadnie.

Lecz się strasznie denerwuję...

 

BALLADA WOŹNICY DYLIŻANSU

Gdy zza gór już wstaje nowy dzień
i w potokach budzi brzask -
dżentelmeni, pora kończyć sen,
bo zaprzęgać konie czas.
Długa droga czeka was i mnie,
co po drodze, czort to wie!
Swym dziewczynom zatem jeszcze rzućcie kwiat -
wsiadajcie, dyliżans jedzie w świat.

Poprzez prerię droga tak jak stół,
bizon gdzieś w żubrówce śpi,
was też uśpi równy turkot kół
Złoty Kanion wam się śni.
Za zakrętem tuż, za dziesięć mil,
znów zatrzyma nas Zły Bill,
cóż, napada mnie tak już od czterech lat -
wsiadajcie, dyliżans jedzie w świat.

A na wzgórzach przy Rio Grande gdzieś -
wigwam kategorii lux:
to rezerwat i indiańska wieś,
wsiądzie do nas stary Siuks.
Żyje w zgodzie z nami długo już,
lecz tomahawk ma i nóż,
hej, nie bójcie się, to nasz czerwony brat -
wsiadajcie, dyliżans jedzie w świat.

Czemu, chłopie, kiepską minę masz?
Nie chcesz, bym cię w drogę wziął?
Naucz się mieć pokerową twarz -
mawiał szuler, łysy Joe.
On to umiał z życia nieźle brać,
wiedział kiedy przestać grać.
Nie zna więc dziś stary Joe Sing-Singu krat -
wsiadajcie, dyliżans jedzie w świat.

Może powódź gdzieś tam zerwie most,
konie przejdą, choćby w bród.
Może nie ma drogi tak na wprost,
martwić się - daremny trud.
Niewiadoma to podróży czar,
opuszczamy saloon-bar.
Czy garnitur masz, czy stare dżinsy z łat -
wsiadajcie, dyliżans jedzie w świat.

Szkapy ciągną wózek już lat sześć,
nie poniosą, Boże broń!
Muszę tylko nieźle dać im jeść
i wziąć lejce mocno w dłoń.
Czasem powiem do nich kilka słów,
czasem z bata strzelę znów,
z jednej strony obrok czują, z drugiej bat -
wsiadajcie, dyliżans jedzie w świat.

Kiedy z gór już spłynie ciemna noc
i kojotów zabrzmi śpiew,
czeka na nas pięknych wrażeń moc
w tej hacjendzie pośród drzew,
w tym miasteczku, co powyżej chmur
zakopane pośród gór -
dojedziemy tam, żebym tak z kozła spadł!
Wsiadajcie! Dyliżans jedzie w świat!.

CYRK

Co wieczór na żółtym kolisku areny
widowni się kłaniał pogromca lwów,
a bestie dostojne szły za nim wzdłuż sceny
uległe, łagodne jak stado krów.
Gdy werbel tremolem obwieszczał tę chwilę,
największy drapieżnik otwierał swój pysk,
a treser do bestii uśmiechał się mile
i głowę kładł w paszczę na moment, na błysk.
Siostro - szczęko, jakaś mi daleka,
jak nas dzieli to, co między nami:
jakaś brudna głowa człowieka
tak nas drażni, łaskocze siwymi włosami...
Tak bym chciała cię ścisnąć jak siostrę,
choćby zetknąć się tak jak miecz z tarczą,
właśnie teraz, gdy światło tak ostre,
właśnie wtedy, gdy werble uparcie tak warczą...
Co wieczór pogromca swój numer powtarzał;
oklaski jak zarzut w twarz rzucał mu tłum,
gdy w świetle areny znów lwa upokarzał,
gdy głowę miał w paszczy, a w głowie miał szum:
w cyrkowych przepisach się jasno wspomina,
że treser jest panem - i lew o tym wie.
Choć robi co każe - on kark przed lwem zgina
i "król" - myślą ludzie jedynie o lwie.
Siostro - szczęko, jakaś mi daleka...
Aż znudził pogromcę ten status niejasny -
dla kogo ten aplauz, dla niego czy lwa
i gdy wokół szyi miał kołnierz przyciasny,
lwich zębów garnitur chciał zrzucić raz - dwa.
I głowę chciał podnieść w człowieczej swej dumie,
by gniew suwerena pokazać choć raz -
lew pysk zamknął nagle, lew sporo rozumie...
Pogromcy, niestety, już nie ma wśród nas.

BALLADA O ZŁOTEJ GWIEŹDZIE SZERYFA

Na zachodzie Gór Skalistych grzebień
kryje cieniem prerii szmat,
słońce pasie stado chmur na niebie,
młody kowboj jedzie w świat.
Niezbyt dobrze jeszcze w siodle siedzi,
w olstrach kolt po dziadku tkwi,
w sakwach tylko zdjęcie Mary-Ann,
lecz sława mu się śni.

Hej, jupi, jupi ja
szeryfa gwiazdy w niebie lśnią,
jedną skradnę księżycowi
i na piersi przypnę ją.
Hej, hej, jupi ja,
takiej złotej gwiazdy blask
sił dodaje mi na długą drogę,
wiedzie mnie najprostszą z tras.

Z Arizony jechał do Kentucky,
za nim listów gończych pięć,
w Oklahomie już się dał we znaki,
a na Texas też miał chęć.
Ale wciąż chciał być uczciwym gościem,
w straży prawa gnębić zło,
lecz za dobre oko chłopak miał
i lubił śpiewać to:

Hej, jupi, jupi ja...

Wiele lat na koniu swym przeskoczył,
w olstrach kolty zżarła rdza,
deszcz kapelusz zsunął mu na oczy,
Mary-Ann już wnuki ma.

Ale spójrzcie! Jakże pewnie w siodle
trzyma się dziś kowboj nasz,
a szeryfa złotej gwiazdy blask
mu opromienia twarz.

NASZA MIŁOŚĆ

Nasza miłość przemyka chyłkiem gdzieś pod ścianami,
biegnie szybko, zdyszana, bez celu...
Czy na drodze dalekiej kiedyś spotka się z nami?
Czy spotkawszy - poznamy, jedną spośród tak wielu?
Może dobrze już znana, nową twarz nam odsłoni,
trzeba tylko poczekać na chwilę,
która musi wnet nadejść i tęsknimy wciąż do niej,
jak podróżny, co kupił już bilet.
Może gdzieś, na ulicy, powierzona chodnikom
nasza miłość nam w oczy popatrzy...
Potwierdzimy ją wzrokiem i odejdzie do nikąd,
bo los inne jej ścieżki wyznaczył.
Kiedyś stanie przed nami i oddechu nabierze,
by powiedzieć nam to, co już znamy.
Uwierzymy jej znowu, pokochamy najszczerzej,
całych siebie jej w darze oddamy.
Będą listy serdeczne i spacery wśród kwiatów
i majowe spotkania wieczorem,
rzeczy wielkie, bo wspólne, zaklinanie wszechświatów,
myśli dziwne, z tęsknoty aż chore.
Będą szepty najczulsze, które serce ukryło
i warg pierwsze, nieśmiałe spotkanie...
Więc przejdź obok bez słowa. Bo największa jest miłość
chwilę przedtem, nim wreszcie się stanie...

BALLADA O OBCYM

Nie ma takiego obcego
co by się nie zaprzyjaźnił,
nie ma takiego zdolnego
co by się z czasem nie zbłaźnił.
Nie ma takiego błahego
co by uwagi nie skupiał,
nie ma takiego mądrego,
któryby u nas nie zgłupiał.
Najbliżej słońca, blisko chmur,
gdzie senny rycerz chrapie pod księżycem,
bez złych kompleksów wobec gór
białe niedźwiedzie krążą przez ulice.
Bo tylko u nas, tylko tu
Ikarom skrzydła rosną oraz lotnie,
dostojnie lecą z góry w dół -
jakoś nie widać, żeby też odwrotnie.
Tutaj historii halny wiatr
zaledwie muska skalne gołoborza,
a czas przystanął u stóp Tatr,
prawie kilometr nad poziomem morza.