RZEKI |
wygrywasz z niebem i trawą
kolorem oczu
wygrywasz z kwiatem i wodą
gładkością skóry
wygrywasz z motylem i wiatrem
delikatnością dotyku
wygrywasz z ogniem i słońcem
muśnięciem warg
wygrywasz z halnym i burzą
jednym spojrzeniem
wygrywasz z całym światem
moje myśli
wygrywasz ze mną
moje życie
Twoje dłonie
szukające moich
jak kwiaty splątane w bukiecie
przez wiatr
Twoje usta
szukające moich
jak drzewa wzywające ptaki
do gniazd
Twoje piersi
szukające moich
jak chmury wypełnione deszczem
po brzeg
Twoje oczy
szukające moich
jak ogień niesiony przez kapłana
na stos
Po kamieniach przez wodę
przechodzimy na nieistniejącą
wyspę szczęścia.
Na wędkę twojego uśmiechu
łapiemy złotą rybkę
słonecznego promienia.
Trzymając się za ręce
wykrzykujemy oczami
trzy życzenia:
- niech ona mnie kocha
- niech on mnie kocha
- niech ta bajka trwa dłużej
niż refleks słońca na wodzie w nurtach rzeki.
Dzwoni budzik.
Taki obrazek powiesimy
na ścianie w naszym pokoju
dwie zamyślone skały
milczą przyjaźnie nad rzeką
woda wesoło przeskakuje
z kamienia na kamień
słońce do nas wyciąga promienie
spoza różowych chmur
na horyzoncie najwyższe szczyty Tatr
w twoich oczach mój szczęśliwy uśmiech
Taki obrazek powiesimy
jeśli nasz pokój będzie kiedyś miał ściany...
Wypływa z górskiego stawu
porywa skalne okruchy
zimą przymiera pod lodem
płaczesz po nocach
Połyka mniejsze strumienie
przeciska się między skałami
głaszcze po płetwach łososie
idziesz do szkoły
Na wiosnę tyje od śniegów
rozbija mosty i drogi
lśni gwiazdami na falach
poznajesz miłość
Ciemnieje drzewem na brzegach
na plażach tuli dziewczyny
dźwiga kajaki i tratwy
piszesz piosenkę
Pierwszy zawał kry przepływa
tysiąc ścieków ginie w wodzie
w morzu zatraca tożsamość
przechodzisz przez Styks.
Boże mój, Boże piękna i
dobra, światła i ciepła,
Boże słońca, wiatru i kwiatów!
Boże mój! Boże natury!
Pozwól mi żyć
i pozwól mi przeżywać,
spraw, by moje oczy
widziały słońce
w czyichś oczach,
by moje ręce
czuły gładkość skóry
i szorstkość skały,
by mój rozum
nie wygrywał
z moim sercem.
Boże mój, pozwól mi
nie obliczać rachunków
prawdopodobieństwa,
pozwól mi nie myśleć
o zasadach,
o prawach i obowiązkach,
o tej całej drętwej mowie
z ambon
z katedr
z mównic
z foteli
z krzeseł
z łóżek.
Pozwól, niech żyję
zgodnie z naturą,
zgodnie z wyrokiem
opatrzności.
Bo to Ty stworzyłeś mnie
i to wszystko
co mnie chwyta za serce
i bierze za rękę
prowadząc po tęczy.
Dzięki Tobie
czujemy szczęście razem
i beznadzieję osobno,
dzięki Tobie rosną kwiaty,
które kładziemy
dziewczynom na piersiach,
dzięki Tobie rzeka nam śpiewa
skacząc po kamieniach
i całuje nasze ręce
zanurzone w wodzie.
A my, schowani,
w olszynie pod skałką
modlimy się do siebie
jako obrazu
i podobieństwa Twojego.
Pozwól mi więc jeszcze żyć
i jeszcze przeżywać -
Boże mój
Boże nasz
Boże natury
Boże piękna.
Między Scyllą nadziei
a Charybdą zwątpienia,
między sierpem miłości
a młotem rutyny,
pomiędzy kajdankami
bezwzględnych praw,
między Kramnicą radości
a Obłazową smutku
przeciska się rzeka naszych myśli.
Siadamy na wątłej tratwie marzenia
powierzając swój los flisakom przypadku.
Nasze życie płynie prosto na skałę.
Czy zdążymy wziąć się za ręce?
Potok Trzydniowiański
zbiega Ptasińcowym Żlebem
jak przez Genezaret
idziemy po wodzie
z dzieckiem za rękę
Białka pod Trybszem
oblężona jak fontanna di Trevi
zamiast soldina
wrzucamy serca do rzeki
żeby powrócić
Dunajec za Frydmanem
otwartymi ramionami
wita zadyszaną Białkę
płyną szczęśliwi po głazach
by razem umrzeć
rozbici o tamę
Wisła pod Modlinem
gęsta i ciepła jak zupa
grzanka naszego kajaka
szuka gniazda w wilkinie
twoje włosy na wietrze
- nie pamiętam gdzie
twoje oczy w słońcu
- nie pamiętam jakie
twoje dłonie w moich
- nie pamiętam czyje
Rokitnica - pamiętam - spinała
sobotę z niedzielą
Grodzisk z Milanówkiem
ojca z matką
trzymali się za ręce
stojąc na dwóch brzegach
w mięcie i tataraku.
Nad umarłą strugą
cień ojca z cieniem matki
rozkładają na piasku
cień kocyka dla cienia dziecka.
Nieprawda: rzeka i ja wciąż żyjemy.
Stajemy twarzą w twarz
z wodą Liwca
Oczy - niebo bez chmury
włosy - przepływają fale
uszy - krzyk czapli w sitowiu
opalony nos - miękki piasek plaży
uśmiech - ważka o srebrnych skrzydłach
Moja? Twoja twarz?
Tęcza między nami.
We śnie i we wspomnieniach
wchodzę drugi raz
do tych samych rzek.
Najpierw były książki,
globus i mapy,
a na nich
Amazonka, Orinoko i Ukajali,
kolorowe papugi,
tropik i piramidy Azteków.
Potem wędrowałem nad Nilem,
spod piramid w Gizie
do Doliny Królów, do Luksoru i Karnaku,
do wielkookich czarnych kobiet Nubii.
Wreszcie pojechałem
Wisłą do Dunajca
i w górę Białki do słonecznych skałek,
do uśmiechniętych oczu
i gorących ust
pod piramidę Lodowego
z ziewającym pod jesień świstakiem.
Jutro albo pojutrze
nad Ciemnosmreczyńskim Stawem
otworzy się autostrada
Mlecznej Drogi,
która poprowadzi mój samochód
ponad piramidami wspomnień
na pusty parking nad rzeką.
Posyłamy sobie przez rzekę
kolorowy list jesieni
o wspólnych myślach
o wspólnym biciu serc
o wspólnych słowach
o całym wspólnym świecie
który wspólnie weźmiemy w ręce
jeśli kiedykolwiek nadejdzie
nasz wspólny czas
Posyłamy sobie przez rzekę
umarły liść jesieni
o zimie
która zatrzyma w miejscu
nurt rzeki
o czasie
który popłynie dalej
już sam
... staję przy tobie, jesteś obok, ale cały
czas znikasz. Odchodzisz wciąż ode mnie, pozostając przy mnie
bez przerwy... Twój dotyk jest miękki, gładki, ale porywasz
mnie ze sobą, gdy tylko chcesz - i muszę iść tam, gdzie tylko
zechcesz. W twoich objęciach tracę oddech, wypełniasz mnie
sobą bez reszty, zachłystuję się tobą - i nie potrafię, ani
nie chcę się uratować. Są dni, kiedy płyniesz powoli,
leniwie, niemal niechętnie. Kiedy indziej - jesteś szybka,
groźna, zawsze porywająca. W słońcu, które towarzyszy nam
tak często - delikatna i romantyczna. W cieniu, daleko ode mnie
- nieodgadniona. Wyciągam ręce, by cię objąć, zamykam oczy,
wierząc, że jesteś przy mnie - i budzę się sam, słyszę
tylko w swoim sercu, że szumi tam nurt twojej krwi. Pochylam
się nad tobą i czuję, jak dotykają mnie twoje usta - gorące,
pełne uśmiechniętych pocałunków, które zamykają mi w
ustach ostatnie słowa, jakie mogłyby związać mnie z realną
rzeczywistością. Twoje włosy, kępy nadbrzeżnych olszyn,
zasłaniają mi świat tak, że nie widzę już poza tobą nic -
nawet ciebie. Twoje dłonie najczulszym dotknięciem pieszczą
moje ręce i czuję, jak przemykasz się między moimi palcami.
Nie potrafię cię zatrzymać i nie umiem ci powiedzieć, jak
bardzo cię potrzebuję, jak bardzo cię kocham, jak chcę być z
tobą, jak bardzo jesteś moja - nie będąc nigdy naprawdę
blisko mnie. Nieraz jednak wydaje mi się, że nasza droga jest
wspólna, że wystarczy rzucić się głową w dół, na oślep -
a popłyniemy razem. Najpierw nieśmiało, nieumiejętnie
wchodzę w ciebie, a ty otaczasz mnie sobą, poddajesz się, ale
nie ustepujesz, przyjmujesz mnie, ale i wciągasz w siebie bez
reszty, wychodzisz naprzeciw mnie falami, które przebiegają od
ciebie do mnie. Na razie jeszcze wychodzę z ciebie i po
dłuższej, coraz dłuższej chwili wracam do swojego świata.
Ale wiem, że kiedyś to nastąpi - skoczę i zachłysnąwszy
się tobą popłynę w nieznane, kierowany tylko twoim nurtem i
twoim dotykiem. Skryjesz mnie przed całym światem i na zawsze
już będziemy razem - do ostatniej pełgającej w zakamarkach
umysłu iskierki świadomości. I potem - do zatracenia, do
unicestwienia, do rozpłyniecia się w sobie. Popłyniemy razem
do spokojnej niziny, na której będziemy tylko my, otoczeni
płaczącymi wierzbami dawno minionych żalów, połyskujący
promieniami zachodzących słońc naszych spotkań, szepczący
słowa najczulszych zaklęć o naszej wspólności. I dopiero
wtedy nie odpłyniesz ode mnie - gdy mnie już nie będzie...