NAD REGLAMI |
... zatem
rozważmy spokojnie, nie bacząc na porę spóźnioną mocno i
fakt, iż z obawy przed leśnym strażnikiem nie rozpaliliśmy
watry przed kolebą, której drewniane ściany są równie
gościnne dla orawskiego wiatru, jak i dla nas - rozważmy sine
ira et studio problemat zgoła filozoficzny, jeśli nie
ontologiczny nawet: gdzie owa góra, co swoim cielskiem opasłym
przysłania nam teraz pół rozgwieżdżonego nieba, gdzież ta
góra ma swój początek? Swój punkt pierwotny, swoją - by tak
rzec - literę A? Zauważ tylko, mój wysokopienny, że sama
litera A też jakby jest górą, eksponowaną nawet. Ma zbocza,
wierzchołek, jakiś trawersik. Ale u tej górskiej, pierwotnej,
powiedzielibyśmy, litery łatwo wyróżnić początek: jest to
miejsce, w którym pióro, patyk, czy też rylec rzeźbiarza,
rozpoczynający napis "Adamowi Mickiewiczowi - Rodacy"
styka się z owym materiałem podstawowym, mniejsza z tym, czy
jest to papier, piasek na plaży, zmywany przez powracające
fale, czy wiecznotrwały spiż. A - znów A - Ale u tej prymarnej
litery wielkość, górskość zjawia się tylko w jej wielkim,
A-lbumowym rzec można wydaniu: "a" małe, krągłe i
na laseczce wsparte zgoła owych taternickich ambicji nie
przejawia...
Więc góra. Gdzież się zaczyna? Czy tam, gdzie teren łagodnie
się wznosi, jeszcze nie przechodząc w stok, a już wywołując
pewną zadyszkę i zmuszając do zwolnienia tempa marszu? Czy
dopiero tam, gdzie zaczynamy posuwać się sposobem przodków, na
czworakach, drąc ręce i spodnie o nieprzystępne granity?
Nie, nie - nie uda ci się sprowadzić rzeczy całej do
anegdotycznej pointy twierdzeniem, że góra zaczyna się na
wierzchołku, w punkcie swoim ostatecznym, najwyższym. To dobre
dla górskich wichrów, które stąd rozpoczynają swoją
pospieszną wędrówkę ku ludzkim dachom, oknom czy
zapraszającym szerokimi szparami w ścianach szałasom. My
podchodzimy ku górom z dolin, ze ścieżek płaskich najpierw, a
potem wznoszących się wciąż wyżej, jakby na spotkanie tym
chmurom, co popatrując na nas ciekawie zdają się zastanawiać,
czy kropelki ściekające po naszych twarzach to już deszcz, czy
jeszcze pot, czy - nie daj Boże - łzy... Czy tam się góra
zaczyna, gdzie splątane i uniżone w swym botanicznym wstydzie,
w swej pełzającej pokorze płaty kosówki przestają nam
pętać nogi, ustępując skwapliwie niegościnnego miejsca
bajecznie kolorowym trawom, połogim piargom i ruchomym
kamieniom, porośniętym tylko kalkomanią mchów, zbryzganych
porostami? Czy może tam, gdzie ostatni potoczyna wybiega nam na
spotkanie z załomu skalnego, by zamrozić na chwilę spieczone
wargi i nie zostawiwszy po sobie nawet wspomnienia, pomykać
spiesznie i ze swarliwym gadaniem w dół, poza górę?
Gdzież zatem, przyjacielu, możemy już z całą pewnością
powiedzieć: oto ja, sam na sam z górą, na którą wstępuję
śmiało, choć nie bez pewnej bojaźni, właściwej wszystkim,
którzy stykając się z wielką, absolutną pięknością,
spodziewając się niejakiej łaskawości, ale i bojąc się
odtrącenia (czy może stosowniej byłoby powiedzieć:
strącenia) wiedzą, że w tym sam na sam pozostaną samotni,
sami...
Idziesz
sobie.
I nagle granica.
Babie lato na twarzy.
Już jesień.
Lisia czapa na głowie księżyca.
Pomykają brązy po lesie.
Żołędzie na dębach tłuste i zielone.
Biskupi fiolet astrów.
Antonówki w sadzie.
Słońce niżej na niebie, chłodne i zamglone.
Oszroniała rosa na polach się kładzie.
W bezruchu powietrza leniwie się snuje
lekki puszek ostu - senna chęć przetrwania...
Dymy ognisk powoli na świecie wędrują
znacząc smutkiem jesieni przedsmak umierania.
Smętnieje
jesion za oknem -
liściom znowu czas w drogę.
Chciałem iść w góry samotnie.
Nie mogę.
Wiatr znad
Orawy nadleciał.
Jesion jesiennie szumi.
Chciałem zapomnieć o lecie.
Nie umiem.
Góry już
śpią, osiwiałe.
W potokach szkli się woda.
I ciepłych słów zapomniałem.
A szkoda.
W kropelkach
mgły
tęczowy cień postaci.
Idzie za mną wzdłuż grani
widmo Brockenu
Ponad
zakrytym miastem
ponad kotłem Świnickim
ponad Kozią Dolinką
tęczowe lustro
Kolorowe
nierealne
nad przepaścią
biegnie szybko
moje życie
pamiętam
jak wzbiwszy się
ponad Miedzianym
skrzydłami oparty
o rzadkie powietrze
granice królestwa
swych szponów i dzioba
mierzyłem złotymi oczami
i ciasno mi było
i wzrok się rozpychał
z szarego Dziumbiru
aż po Babią Górę
i leciał odbity od skał Osobitej
by zginąć w zielonym
szumiącym Turbaczu
na skalnym
zamku
bezlistnym
skostniałym
mieszkania pilnował mi sąsiad
wiatr halny
do snu mnie kołysał
grzmot lawin kamiennych
chłód świtu obwieszczał
zbyrk owiec na halach
wysoko nad światem
daleko od innych
widziałem
słyszałem
pamiętam
chrapliwe me pieśni
słyszało niewielu
a znał mnie tu każdy
pamięta do dzisiaj
wzrok mi
pociemniał
i śnieg starości
przysypał bystre ciemne pióra
i już mi słońce
różowi Granaty
maleje
niknie na perci orawskiej
gdybym
mógł dzisiaj
tak wzlecieć najwyżej
gdzie milknie głos ciszy
gdzie jeszcze nie byłem
tam
gdzie czerwienią
już wstydzą się chmury
tam
skąd mnie woła
głos dobrze mi znany
chodźcie Sabało
wierchy czekają
idę
Nad reglami,
ponad lasem,
wysoko -
strome hale
i kosówka
szeroko.
Nad reglami,
pośród turni,
pod wantą -
kotlik złota.
Zabierzemy?
Nie warto.
Nad reglami,
nad stawami,
pod chmurą -
przysięgniemy
miłość sobie
i górom
Nad reglami,
przy szałasie,
przy watrze -
pomilczymy,
pokochamy
na zawsze.
Coraz mi
smutniej, syneczku,
coraz mi smutniej,
że wieczór znów się zapalił,
że życie krótkie.
Coraz mi dalej, syneczku,
coraz mi dalej
od wiosen, które zbyt wcześnie
znikły na stałe.
Coraz mi spieszniej, syneczku,
coraz mi spieszniej
turkocą sierpnie i grudnie,
przechodzą wrześnie.
Coraz mi trudniej, syneczku,
coraz mi trudniej
śmiech swój beztroski usłyszeć,
mija południe.
Coraz mi ciężej, syneczku,
ciemniej i ciszej...
Te puste kartki w notesie
ty już zapiszesz.
Zaranie,6h25',X kompozycja
pierwszaka |
|
Ranek, 9h, XI w
czerwonej rękawiczce |
|
Temat nie
było nas |
|
Świt, 4h45', VI ziewający
potok |
|
Przedpołudnie10h15',
VIII |
Wschód, 7h23', II nad
uśpionymi lawinami perłowych i niebieskich cieni |
Południe, 12h30', III rośnie
pierzyna |
Przedobiedzie, 14h10', VII po
deszczu |
Popołudnie, 16h40', I dzieciaki
robią lekcje
|
Podwieczerz, 18h07', IX schodziłem
z Orlej |
Wieczór,
18h30', XII na
Cyrhli mruczą |
Noc I, 2h10', IV pogasły
światła w schronisku |
|
Noc II, 3h55', V wracają
do domów |
ze ścian gładkich jak obłudny uśmiech
spod przewieszek
oślizgłych jak twarz topielca
z sypiącego się próchna granitów
z kryształowych języków lodowca
idą
z Galerii Gankowej
ze ściany Rumanowego
z płyt Zamarłej
z filaru Mont Blanc
schodzą
z kastanietami wyrwanych haków
ze strzępami lin przeciętych jak żyły
z okruchem skały w zesztywniałych palcach
idą tutaj
łachmanem mgieł po turniach
tęczą nad wodospadem
sierpniową kurniawą
dalekim werblem kamieni
ciszą śnieżnych pól gotowych do drogi
schodzą tutaj
na długi biwak w nagrzanych skałach
w cieniu limb powtórzonych w jeziorze
gdzie wiatr w igłach kosówki
opowiada o tych
którzy właśnie dziś
poszli jeszcze wyżej
a jutro
przyjdą tutaj
po sypiącej się kaszy piargów Osterwy
by zatknąć nowy bukiet
czarnych krzyży
z wieńcem czerwonych i żółtych kwiatów
co je tak zabawnie pomalował
jeden stolarz z Detvy
i na ścianie gładkiej jak obłudny uśmiech
zobaczysz te dwie dłonie
zaciśnięte na ostatnim kawałku ziemi
i pójdziesz dalej
nad spokojnym dniem
poza śmierć
wyżej
dawno
przestałem rosnąć
mutacje idei
pozostawiły po sobie
tylko lekką chrypkę
znam na pamięć
tysiąc wieloznacznych określeń
skok w dal
ma coraz dłuższy rozbieg
na eksponowanych decyzjach
nie czuję lęku przestrzeni
wkładam okulary
żeby zobaczyć marzenia
coraz częściej
śnią mi się umarli
Chrystus na Brzegach
szczegółowy jak Dionizos u Fidiasza
kobiety nawet z Warszawy
zanoszą mu rumieńce
z nieskromnych nocnych modlitw
on udaje
że patrzy w niebo
myśli
o Tatrach
o dziewczynach pod krzyżem
o swoim stwórcy
stolarzu
cobyś puknon dziadu sakramencki
ześ mie krucafuks
dobieł do tyj deski
co hipnońć nie mogem
ni ku dziewkom
ni ku holom
na wieki wieków jamen
od
tęczowych jeleni
zesmutniałych na rykowisku
od lakierowanych orłów
kulejących
na drewnianych skrzydłach
od pijackich pogwarek
zawodowych zbójników -
do wymuskanych heroin,
galicyjskich pastiszy
i kostiowych fantasmagorii
w pracowni brzozowskich
do kwiatów paproci
ukrytych w cieniu śmigła
do stylowych pazdurów
i zaklętych
słonecek witkiewiczówki
do archiwów paryskich
złotogłowi pod jedlami
i kobierców
w cyrankiewiczówce
z nosala przez olczyską
na kopieniec
z krokwi przez białe na łysanki
z koszystej do jarząbczej
płynie z twoich skrzypiec
bachowska chaconna
jak
ścieżka nad morzem
wśród wyjącej szpetoty
mimo powodzi
chamstwa
obok zawiści i głupoty
ponad codzienną małością
gdy gwiazdy znad kościelca
spływają na struny
by migotaniem blasku
ogrzać twoje palce
na kwadrans można zapomnieć
o krótkiej smyczy
jedynie słusznych racji
nie wiem
czy tamten śnieg
na ósmym tysiącu metrów
smakował lepiej
niż na Skibówce
nie wiem
czy czekałeś radośniej
na pierwsze dziecko
czy na Broad Peak Middle
nie wiem
dlaczego właśnie ty
rzuciłeś poręczówkę
żeby o zmroku
szukać tych dwóch pierwszych
nie wiem
czy w tych
parunastu minutach
nocy w Karakorum
kiedy przestały
ci być potrzebne
twój czerwony skafander
lodowy czekan
i ciało
czy wtedy myślałeś o tych
których zostawiłeś
czy o tych
którzy ciebie zostawili
nie wiem
czy wpadasz czasem
obejrzeć buki
na Buńdówkach