Maciej Pinkwart
Trzecia pielgrzymka do Lewoczy z dłuższym postojem w Kieżmarku, podjęta dnia 5 sierpnia A.D. 2003
Przejeździliśmy tysiące kilometrów po Słowacji, głównie w czasie gdy pisałem przewodnik, a więc kilka lat temu. Potem już tylko rzadko i okazjonalnie, przeważnie towarzysząc znajomym czy rodzinie. Zazwyczaj jeździliśmy do Lewoczy, bo zazwyczaj jeździmy do Lewoczy, ale tym razem postanowiliśmy nadrobić zaległości i zaliczyć to, od czego nie wiedzieć czemu wymigiwałem się do tej pory starannie: zwiedzić zamek w Kieżmarku. To był zatem cel główny wycieczki, ale były jeszcze dwa poboczne: pracownia Mistrza Pawła w Lewoczy i tamże obiad, no i kasztel w Strażkach.
Pogoda z rana w Nowym Targu niepewna: dość ciepło, ale chmury wiszą nad Tatrami, jednak na wschodzie jasno, więc jestem pewien, że na Spiszu będzie przepięknie. Pieniądze, benzyna - i dopiero koło 10-tej wyjeżdżamy koło mleczarni w kierunku na Jurgów. W Białce remont szosy, więc ruch wahadłowy, tracimy kilka minut, ale na przejściu granicznym pusto. Zauważamy, że na odcinku może 100 metrów stoją teraz trzy szlabany, z czego jeden nie zamknięty. Sprawdzają nam dowody bardzo dokładnie, zielona karta, przejeżdżamy. Podspady, Przełęcz Zdziarska, Ździar, Tatrzańska Kotlina, Spiska Biała. Jeszcze przed tą miejscowością pojawiają się reklamy kasztelu w Strażkach, do którego dojeżdżamy w jakieś 45 minut od Nowego Targu. Skręcam w bramę dworu i zatrzymuję auto na niewielkim parkingu przed wejściem. Kasztel należy teraz do Słowackiej Galerii Narodowej i ekspozycja jest poświęcona głównie sprawom malarstwa. Bilety po 50 koron, zwiedzanie z przewodnikiem, wejście o 11-tej. Na dziedzińcu jest gdzie usiąść, pod zadaszeniem funguje restauracja, czy kawiarnia, renesansowe mury wypełnia dyskretna muzyka barokowa. Miło.
Od 1971 roku Strażki stanowią dzielnicę Spiskiej Białej, ale wciąż funkcjonują jako odrębne, świadome swej przeszłości miasteczko. Historycy datują początki osady na XII wiek, kiedy to miała być tutaj założona pierwsza warownia, strzegąca drogi do Polski. Wśród polskich badaczy istnieje przeświadczenie, że opodal miejscowości w wiekach XII i XIII przebiegała granica z Polską, a po sąsiedzku ulokowana była jakaś polska wieś, zaś w samych Strażkach był węgierski gródek, zwany Mons Castri. Także w XIII wieku miał w Strażkach stać klasztor templariuszy, ale zapewne to taka sama legenda, jak i poprzednie. Pierwsza pisemna wzmianka o Strażkach pochodzi z II połowy XIII wieku. Jak wiele okolicznych terenów - od XIV wieku okolica należała do rodziny Berzeviczych, zaś w 1556 roku zaczęli gospodarować tu Horváthowie, co przypomina nam dzieje zamku w Niedzicy i okolicznych wsi polskiego (obecnie) Spisza. Horváthowie byli właścicielami Strażek do początków XIX wieku, i to oni wznieśli obecny budynek kasztelu. Po nich pojawili się tu przedstawiciele rodu Csaký, a w II połowie XIX w. kasztel należał do wywodzącej się z Polski, węgierskiej rodziny Mednyánszkich. Mieszkał tu wówczas znany malarz-pejzażysta, który w zależności od koniunktur politycznych nazywał się László Mednyánszky lub Ladislav Medňanský. Ostatnią właścicielką była wywodząca się z Medňanských (siostrzenica malarza) Margita Czóbelová, po śmierci której w 1972 roku kasztel stał się własnością Słowackiej Galerii Narodowej.
Renesansowy kształt budynku widoczny już z daleka wyznacza wspaniała spiska attyka, nawiązująca zresztą do położonego po przeciwnej stronie szosy kościoła, a właściwie jego wolno stojącej wieży. Sam kościół, pod wezwaniem św. Anny, w swoim założeniu gotycki, pochodzi z XV wieku, a w środku ma trzy ołtarze, z których najmłodszy, z 1524 roku, poświęcony Marii Pannie, nosi znaki pracowni Mistrza Pawła z Lewoczy.
Mocno niechętnie podążam za młodym przewodnikiem, w grupie kilkunastu osób. Nie cierpię zwiedzania w stadzie, a tutaj nie można inaczej... Pierwsza sala prezentuje kolekcję okropnych portretów rodzinnych Horváthów-Stansithów. Jak później się dowiem, dzieci, o brzydkich twarzach pomarszczonych karłów, malowano pośmiertnie, na podstawie podobieństwa do babek... Natychmiast przypomina mi się Szatan z siódmej klasy Makuszyńskiego i opowiadanie profesora Gąsowskiego o tym, jak wędrowny pacykarz za jednym zamachem namalował kilka pokoleń właścicieli Bejgoły. Tutaj w zasadzie podobieństwa rodzinnego widać niewiele - poza szpetotą... Na tym tle wyróżnia się piękny, wąsaty Karol Csaký, którego potomkowie zapewne gazdowali w moim rodzinnym Milanówku... Portret jest autorstwa Jozsefa Čaučika. Skądinąd ekspozycja jest bardzo porządnie przygotowana, pokazuje rozwój sztuki portretowej od renesansu do romantyzmu, pewno to nie wina pracowników Galerii, że portretowane osoby urodą się nie odznaczały...
Uśmiechnięty przewodnik odwala pańszczyznę, klienci kiwają głowami, w kolejnych salach pojawiają się mocno impresjonistyczne pejzaże i portrety Mednyánszkiego, którego nazywają tu najwybitniejszym malarzem Europy środkowej. Dość dyskusyjne stwierdzenie! Wydaje mi się, że Gierymski, Malczewski, Witkiewicz ociupinkę bardziej mi się podobają niż Mednyánszky i jego uczniowie i przyjaciele.
Ale nie można zaprzeczyć, że życiorys artysta ma ciekawy. Syn Edwarda Mednyánszkiego i Marii Anny Szirmayowej, urodził się 23 kwietnia 1852 r. w Beczkowie nad Wagiem. Na chrzcie otrzymał imiona Ladislaus Josephus Balthasar Eustachius, żeby zadowolić zacnych dziadków z obu stron. Ale dziadek Baltazar Szirmay, gazdujący w Strażkach, miał na wnuka wpływ największy. Wielki pan i wielki poliglota, władał kilkunastoma językami, w tym także tureckim. Pochylał się nad każdym biedakiem w swojej dziedzinie - ale niemniej chętnie uciekał od domowych problemów w dalekie podróże. To on skłonił wnuka do prowadzenia dziennika, ale niechętnie dzielił się jego treścią - sam prowadził notatki po niemiecku i węgiersku, ale zapisywał je greckim alfabetem...
Matka późniejszego artysty sama malowała i to ona skłoniła chłopca do ćwiczenia w tym kierunku. Podobno mały Vlado wcześniej zaczął malować niż mówić, w związku z czym trzeba było chować przed nim każdy względnie niewykorzystany kawałek papieru, bo miał bardzo dużo do przekazania w ten sposób... Po śmierci dziadka (1861) rodzina Mednyánszkich osiadła w Strażkach na stałe. Piękna okolica, park nad Popradem i wspaniałe pejzaże tatrzańskie fascynowały go więc od dziecka, ale z równym zainteresowaniem chodził po wsi i przypatrywał się pracy rolników i rzemieślników. Mimo tej ciekawości dla świata, pozostał do końca życia człowiekiem skrytym i nieprzystępnym. Od 1863 roku kształcił się w malarstwie początkowo pod kierunkiem wiedeńskiego malarza-akwarelisty Tomasza Endera, dość niechętnie szkicując kopie antycznych rzeźb, jako że od dziecka pociągało go przede wszystkim malowanie pejzażu i portretowanie otaczających go ludzi. Eksternistycznie ukończył kieżmarskie liceum, potem zaczął studia na politechnice w Szwajcarii, ale po pobycie u stryja w Chorwacji, jesienią 1872 roku zdecydował się na studia malarskie. Drogą, znana także z życiorysów innych środkowo-europejskich twórców podążył najpierw do słynnej "majsterszuli" w Monachium, gdzie studiował w latach 1872-73, czyli był kolegą Stanisława Witkiewicza i Adama Chmielowskiego, a potem w paryskiej Ecole des Beaux Arts u prof. Isidora Pisla. Po śmierci profesora, do którego się bardzo przywiązał, wbrew stanowisku rodziny wynajął atelier na Montmartrze i został "na paryskim bruku" na własnym utrzymaniu. Przez dwa lata maluje i uczy się, pozostając pod wpływem pejzażystów francuskich, przede wszystkim Julesa Dupré i Camille Cortota. Nawet wystawia swoje prace w Salonie. Później fascynuje go Pizarro, Monet, Sisley, Cezanne - impresjoniści i postimpresjoniści.
W 1877 roku Mednyánszky wraca do Strażek, buduje sobie atelier i całkowicie poświęca się malarstwu. Domem rządzi wtedy jego siostra Miri, która usiłuje w tej odległej od centrów wysokiej kultury krainie stworzyć sztuczny świat sztuki, zapraszając na salony wybitnych przedstawicieli arystokracji, muzyki, sztuki i literatury. Władysław bliżej zaprzyjaźnia się wtedy z pisarzem Zygmuntem Justem, którego udatnie portretuje, a w zamian przyjaciel opisuje go szeroko w jednej ze swoich powieści, pod pseudonimem Lipót Czobor. Mednyánszky ma jednak naturę wagabundy i uroki statecznego życia w prowincjonalnym kasztelu pociągają go umiarkowanie. Wędruje więc między Strażkami, Beckowem, Wiedniem, Budapesztem i Paryżem, gdzie zresztą przebywał najchętniej. Głęboko przeżywa śmierć rodziców (matka zmarła w 1883, ojciec - w 1895), a tematyka śmierci coraz mocniej przewija się w jego obrazach. Od 1900 roku bywa w Strażkach już coraz rzadziej, dzieląc swój czas między Wiedeń i Budapeszt. Właśnie w Wiedniu zastała go pierwsza wojna światowa, po której wybuchu mimo słusznego wieku 62 lat zgłosił się na ochotnika do wojska, gdzie działał jako... korespondent wojenny. Szkicuje oczywiście widoki z frontu i nie unika kontaktu z rzeczywistością wojenną, aż w 1916 roku zostaje ranny. Po niemal rocznej rekonwalescencji zgłasza się ponownie na front włoski, ale kontuzja się odnawia i wiosna 1918 roku zostaje zwolniony z wojska i odesłany do Strażek. Po okresie rekonwalescencji przenosi się do Budapesztu, tam znów sporo maluje, ale do zdrowia w pełni już nie powraca. Umiera w Wiedniu 19 kwietnia 1919 roku, ale pochowany zostaje w Budapeszcie.
W jednym ze środkowych pomieszczeń kasztelu, za gęstymi kratami uwięziona jest część wspaniałej biblioteki Horvathów. Wiąże się ona z najlepszym okresem w dziejach Strażek, kiedy to miejscowość w 1556 r. została podarowana przez cesarza Ferdynanda I Markowi Horvathowi-Stansithowi za zasługi w walkach z nawałą turecką. Jego syn Gregor zostawszy spiskim podżupanem założył tu w 1584 r. łacińską humanistyczną szkołę dla dzieci okolicznej szlachty, a biblioteka była owej szkoły największą chlubą. Już w momencie tworzenia była jedną z największych w północnych Węgrzech i liczyła przeszło tysiąc tomów, przeważnie po łacinie i niemiecku. Kolejni właściciele powiększali księgozbiór tak, że w XIX wieku, już po likwidacji szkoły, liczyła przeszło 8 tysięcy tomów w kilkunastu językach. Najstarszym przechowywanym tu dziełem jest Historia Naturalis Pliniusza Starszego, druk z połowy XVI wieku. Zawsze mi przykro jak książki są pokazywane w muzeach, bo przecież powinny być u ludzi. Ale jak długo jeszcze ludzie będą czytać książki, zamiast korzystać z rozmaitego rodzaju ściąg czy abstraktów? Pewno już niedługo takie opasłe tomy będziemy widywać tylko w muzeach. Jedna z matek moich uczennic na literaturze w Szkole Artystycznej, skądinąd nauczycielka, usprawiedliwiając dziecko z nie przeczytanej lektury powiedziała mi, że zadanej książki w bibliotece nie było, no a ona przecież nie będzie kupować książki tylko po to, żeby dziecko ją przeczytało... Chodziło o powieść Umberto Eco...
Schodzimy po schodkach do parku nad Popradem. Upał tu już tak nie doskwiera, wśród plenerowej galerii rzeźby spacerują pawie. Usiłuję namówić pana pawia do rozpostarcia pięknego ogona, ale oczekiwana erekcja nie następuje - jakoś nie mam widać zdolności przekonywania. Pewno nie umiem się zabrać do sprawy - ani cip-cip, ani taś-taś nie działa, ani skutkujące na indyki gwizdanie... A może upał za wielki... Nie przekonani do Strażek ruszamy dalej. Kieżmark pojawia się dosłownie za chwilę - przejeżdżamy most na cieniutkim tutaj Popradzie i nie dojeżdżając do kościołów ewangelickich na drugim skrzyżowaniu skręcamy w lewo, w stronę centrum. Hlavné námestie zalane słońcem, na parkingach sporo miejsca. Zatrzymuję i idę do sklepu papierniczego po parkovaču kartu.
- Ne treba - przekonuje mnie sprzedawczyni.
Jak ne treba, kiedy wszędzie rozstawione są tabliczki, że treba. Po dłuższej dyskusji okazuje się, że może i treba ale ne treba, bo parkovače karty ne su... Kart na policji zabrakło i nie dowieźli. Więc ne treba... Niedobrze się z tym czuję, ale zostawiam auto na nieopłaconym płatnym parkingu i mijając pięknie renesansowy Urząd Miejski kierujemy się na północ ulicą Hradną w stronę zamku.
Kieżmark jest partnerskim miastem Nowego Targu, ale jakoś tego specjalnie nie widać. Inna rzecz, że w Nowym Targu nie widać tego również. W Zakopanem, które jako jednego z partnerów ma miasto Poprad, żeby się o tym dowiedzieć, trzeba wejść do budynku magistratu. W Nowym Targu nawet w taki sposób się o tym nie dowiemy. Po co komu takie partnerstwo, jak partnerzy o sobie nie wiedzą, a może nawet nie chcą wiedzieć? Co dziwniejsze, Nowy Targ jest polską siedzibą Euroregionu Tatry, tak jak Kieżmark - słowacką. Oba miasta wstydliwie fakt ten ukrywają przed przypadkowym turystą. Nie ma się czym chwalić? Czy może urzędnicy, rządzący euroregionem chcą pozostać w ukryciu, żeby nikt przypadkiem nie zapytał co tam robią i za jakie pieniądze?
Inna rzecz, że w Kieżmarku w ogóle z informacją jest krucho (nie inaczej niż w Nowym Targu): nie ma żadnych widocznych drogowskazów, które zdezorientowanego turystę kierowałyby czy to na Zamek, czy do zabytkowego kościoła ewangelickiego. Idę w dobrą stronę, bo mniej więcej wiem, gdzie szukać, no i mam instynkt turystyczny. A jeśli kto nie ma? Kieżmark ma się czym chwalić, bo jest jednym z najstarszych i najważniejszych miast północnej Słowacji. Ale jakoś się nie chwali...
Jak większość miast tej części kraju, Kieżmark powstał w miejscu, gdzie notowano osadnictwo nieprzerwanie od czasów wczesnego neolitu, gdzie wznosiły się i upadały osady przedrzymskie, wczesnosłowiańskie, wielkomorawskie... Charakter targowy miała wczesnochrześcijańska osada gdzieś z IX wieku, usytuowana na prawym brzegu Popradu, z najstarszą kapliczką św. Krzyża, w miejscu, które do dziś nazywane jest Stary Targ. Handlowano tam pewno głównie rybami, bo osada była rybacka. Drugim starym centrum była osada na lewym brzegu rzeki z kościołem św. Michała. Po najeździe tatarskim dotarło tu na szerszą skalę osadnictwo saksońskie i ono zadecydowało o przyszłości i charakterze miasta. W połowie XIII wieku powstał pierwszy kościół niemieckich osadników - pod wezwaniem św. Elżbiety, a z 1251 roku pochodzi pierwsza wzmianka o mieście, które prawa miejskie otrzymał z rąk króla Beli IV w 1269 roku. Nazwa określa charakter miasta i pochodzi od niemieckiego Käse Markt - targ serowy. Przygraniczne położenie Kieżmarku powodowało, że kolejni panujący obdarzali go przywilejami, a w 1423 roku spotkali się tutaj Zygmunt Luksemburski i Władysław Jagiełło, by potwierdzić traktat zastawny z 1412 roku. Walki husyckie objęły miasto - i to był początek fatalnej serii w dziejach Kieżmarku, przez którego teren od 1433 roku do zakończenie II wojny światowej przeszło 13 frontów wojennych! Częstokroć w dodatku Kieżmarczanie stawiali na niewłaściwego konia w licznych sporach dynastycznych czy religijnych, co powodowało nieprzychylny stosunek władzy do tutejszych mieszczan. Wojna - tym razem na słowa i fortele - z Lewoczą o przywileje handlowe, prawo składu czy priorytet w rozmaitych dziedzinach życia po wielu latach skończyła się zwycięstwem Kieżmarku, bowiem tędy właśnie, a nie przez Lewoczę poprowadzona została mająca priorytetowe znaczenie kolej koszycko-bohumińska. Ogromne znaczenie w dziejach Kieżmarku miała nauka, skupiona wokół ewangelickiego liceum oraz turystyka tatrzańska.
Od początków turystyki zaczyna swoje oprowadzanie wspaniała przewodniczka po Zamku, Alżbeta. Zwiedzanie także i tu jest tylko z przewodnikiem, co godzinę, więc mamy dość czasu żeby przy Hradnej ulicy zjeść pyszne lody - velke, w podwójnym kubeczku i z pięcioma gałkami w różnych smakach tylko 20 Koron! - i ściągnąć samochód na spory parking pod Hradom, w cieniu koło starej szkoły. Tym razem legalnie bezpłatny. Zamek miejski - rzadkość w ogóle, a na Słowacji szczególnie - powstał po wojnach husyckich, początkowo jako element składowy miejskich murów, których resztki jeszcze widać w okolicy. Wieże niewysokie, zamek nieźle odrestaurowany, choć już przydałby się remont, bo wilgoć atakuje tynki. W środku - kilkanaście sal przeznaczonych jest na ekspozycję, ukazującą dzieje miasta w rozmaitych aspektach działalności jego mieszkańców. Alżbeta najpierw otwiera wierzeje wielgaśnym kluczem, potem zasiada w kasie i przyjmuje korunki. Po raz pierwszy wyciągam swoją legitymację członka Spiskiego Towarzystwa Historycznego, żeby uzyskać obiecaną zlavu vstupu. Pewno nie powinienem się targować, bo to przecież są żadne peniaze, ale chcę się pochwalić. Alżbeta ogląda zafoliowany papierek na wszystkie strony, mówi że jeszcze takiego nie widziała i po namyśle daje mi zniżkę studencką. Ja jako student płacę 30 koron, pozostałe osoby jako dospele - 60. Jakiś pan wrzuca 10 koron do katarynki, słuchamy wiedeńskiej muzyczki, wreszcie Alżbeta zamyka kasę, zamyka nas na klucz od środka i idziemy zwiedzać. W grupie jest jeszcze kilka osób z Polski, Słowacy, jeden Anglik. Przewodniczka mówi po słowacku, niektóre fragmenty tłumaczy biegle po polsku, z Anglikiem rozmawia po angielsku.
W pierwszej salce słyszymy właśnie anegdotę na temat tego, jak to Beata z Kościeleckich, żona polskiego szlachcica Olbrachta Łaskiego (tu nazywanego Albertem), pana na Kieżmarku (po ojcu, z nadania króla Jana Zapolyi), nudząca się okrutnie z racji braku zainteresowania ze strony męża, młodszego od niej o 21 lat, widząc przed oknami piękne szczyty tatrzańskie, postanowiła urządzić wycieczkę w góry. W towarzystwie zatem kilkorga dworzan, a nawet mieszczan kieżmarskich w 1565 roku dotarła w głąb Tatr, zapewne wjeżdżając powozem, a potem konno w głąb Doliny Kieżmarskiej, z pewnością nie dalej jak do Zielonego Stawu Kieżmarskiego. Jedenaście lat później zmarła. Tyle niesporne fakty. Teraz legenda: Beata podjęła tę wycieczkę bez wiedzy, wbrew woli i bez obecności męża. Za takową niemoralność Łaski zamknął ją za karę w wieży zamkowej o chlebie i wodzie, z małym oknem wychodzącym na Tatry. Po jakimś czasie zwariowała i przewieziono ją do domu dla obłąkanych w Koszycach, gdzie w 1576 roku zmarła. Mąż zawładnął jej pieniędzmi, które zresztą migiem przehulał, skutkiem czego musiał zastawić zamek kieżmarski, który przez to przeszedł we władanie innych wielmożów węgierskich. Teraz naukowcy (o czym wiem głównie od Witolda Paryskiego, Alżbeta przezornie o tym milczy): Olbracht, urodzony na zamku kieżmarskim syn polskiego dworzanina - Hieronima, ożenił się w 1564 roku z piękną i majętną wdową księżną Beatą Ostrogską, wówczas 49-letnią. Była zresztą jego drugą żoną... A on jej drugim mężem. Wycieczkę w Tatry odbyła prawdopodobnie 11 kwietnia 1565 roku, ale w towarzystwie swego męża, co wyraźnie zapisano w kronice miejskiej Kieżmarku (Anno 1565-to Ist Herr Lasky mit seiner Gemahlin nach Käsmark kommen und dann mit ihr auf das Carpathische Gebürg gefahren). Nikt nikogo w zamkowej wieży nie zamykał, tylko jaśnie pan położył łapę na kasę, żonę uwięził w zamku, a sam zemknął od starszej pani w nudnym miasteczku do wielkiego świata i hulał tam jak się patrzy. Gdy Beata zachorowała - pozwolił na wyjazd do Koszyc, ale już było za późno.
Alżbeta wspomina też o rodzinie Tőkőlych, ale słuchamy tego mniej uważnie, bo jeszcze przed przed wejściem przypomnieliśmy sobie o nieszczęsnym Imrichu, którego losy związały z Turcją, dokąd po zwycięstwie Sobieskiego pod Wiedniem musiał wyemigrować i gdzie dokonał żywota, z dala od swego rodzinnego Kieżmarku. A potem defilujemy przez sale, gdzie spod eksponatów wygląda średniowieczna polichromia, w których oglądamy imponujące osiągnięcia pięknego miasta, gdzie działało dziesiątki cechów, gromadzących wspaniałych rzemieślników (czego pamiątką są organizowane od 1991 roku Dni Rzemiosła), gdzie gromadzono oręż i zbroje, gdzie funkcjonowały liczne szkoły - ze sławnym Liceum Ewangelickim na czele, którego profesorowie i uczniowie tworzyli zarówno zręby słowackiej kultury, jak i podwaliny turystyki tatrzańskiej, gdzie w umiejętnościach prześcigali się członkowie Towarzystwa Strzeleckiego i licznych zespołów muzycznych, gdzie wreszcie kwitło malarstwo i literatura. Osobna sala jest poświęcona na prezentację dzieła i twórczości doktora Vojtecha Alexandra - ucznia Konrada Röntgena, twórcy węgierskiej rentgenologii, który eksperymentował z promieniami X na sobie, swojej żonie i nie narodzonych jeszcze własnych dzieciach. Jedno z nich, syn, na skutek eksperymentów urodził się z wadą mózgu, i zapewne nie zdając sobie ze wszystkiego sprawy, oglądał śmierć swoich rodziców, zmarłych w wyniku nadmiernych naświetleń, a sam dożył 73 lat... Na szczycie jednej z wież w pełnym słońcu oglądamy panoramę miasta i okolicznych wierchów. Jak zawsze w Kieżmarku, zwraca na siebie uwagę Nowy Kościół Ewangelicki i jedna z polskich turystek pyta o to, skąd taki dziwny styl. Alżbeta tym razem dość zdawkowo odpowiada, więc postanawiam się wykazać i wykonuje niewielki wykład o obydwu świątyniach protestanckich. Przewodniczka kiwa głową z aprobatą, nie ukrywam, że odczuwam sporą satysfakcję, kiedy mówi - No tak, vy ste su z teho dejepisneho spoloku.... Czuję się trochę, jakbym zdał ważny egzamin. Na koniec oglądamy zamkową kaplicę - Alżbeta opowiada, że niegdyś kaplicę tę łączył 5-kilometrowy tunel z kasztelem w Strażkach - na początku tak szeroki, że mogło nim przejechać koło siebie dwóch rycerzy na koniu, potem ulegał stopniowemu zwężeniu i zniszczeniu, dziś jest zasypany. Przez moment usiłuję sobie wyobrazić, jak do kaplicy wjeżdżali rycerze na koniach, ale w końcu w sytuacjach ekstremalnych zarówno człowiek jak i koń potrafią dać z siebie wszystko...
Późno się robi, ale nie rezygnujemy z Lewoczy. Co prawda, na Namesti wypatrzyłem tu w Kieżmarku także restaurację "U 3 Apostołów", dokładnie z takimi samymi figurkami Piotra, Jana i Pawła, ale myśl, że musiałbym od nowa sobie wyrabiać tu "stanowisko" mnie zniechęca. Tam, w Lewoczy, mnie znają, wiedzą co jadam, gdzie siadam... Odkładamy więc do następnej okazji "oswajanie" Kieżmarskich Apostołów i hajda na Lewoczę.
Wjeżdżam przez Koszycką Bramę i przy "Slovence" zatrzymuje mnie chłopak-parkingowy, który sprzedaje parkovače karty. Z uśmiechem płacę 30 koron za 2 godziny - jeszcze w lipcu kosztowały 10 koron za godzinę. Ale w końcu to tylko złotówka różnicy... Obchodzimy Namestie. Szkoła Artystyczna zamknięta na cztery spusty, nawet w szkolnej galerii pokazują jakieś profesjonalne chrystusiki z drewna. Na parkanie otaczającym remontowany Kościół Jakuba kolorowe rysuneczki, malowały je dzieci ze Szkoły, doprawdy zachwycające. Przechodzimy pod arkadami Radnicy, wprost do Muzeum Majstra Pawła. Tu także remont, cała kamienica zakryta szmatami, ale stosowny napis sugeruje, żeby się nie zniechęcać, więc wchodzimy. Znów się okazuję legitką Spoloku, bez mrugnięcia okiem dają obojgu nam ulgowy, ale jazda, wytaniłem na bilecie aż 1,50 zł.
W muzeum przepiękne rzeźby Pawłowe, kopie oczywiście, nareszcie mogę sobie z bliska obejrzeć Ostatnią wieczerzę z Jakubowego Kościoła, tam przecież podobno Paweł umieścił własny autoportret. Kilka innych okazów z innych kościołów słowackich, ciekawa mapka, wykazująca gdzie to są jego rzeźby - i nic o nim samym. W holu oglądamy fotokopię protokołu Bractwa Bożego Ciała, w którym pierwszy raz o Pawle piszą. Postanawiam sobie ambitnie, że jak tylko będę miał chwilkę, to przetłumaczę najpierw artykuł Ivana Chalupeckeho, a potem większą książkę o Pawle. Tylko kiedy będę miał...
U "Trzech Apostołów" znajomy kelner wita mnie serdecznie, ściskając dłoń, kelnerka nie pytana przynosi colę z ogromną ilością lodu, zupa česnaková jak zawsze, na drugie diabolské svečkové rezy. Te befsztyki z polędwicy na ostro są tak pikantne, że nawet ja - twórca słynnego gulaszu po pakistańsku, po którym konsumenci zwykle chcą wzywać straż pożarną - zionę ogniem jak smok wawelski i ordynuję mocno schłodzone winko z Modrej. Za poradą pana kelnera jest to winko białe, które nazywa się Zelené...
Do Spiskiego Zamku tym razem nie zdążymy. Słońce świeci mi prosto w oczy, kiedy wracamy na zachód przez Łysą Polanę.