Maciej Pinkwart

Kwestia smaku…

TUTAJ skan artykułu

 

Gość w dom, Bóg w dom, ale gościnność powinna też mieć swoje granice. Przyjaźnimy się z Sopotem i miło nam widzieć na „Monciaku” drogowskaz do Zakopanego, a zapraszanie sopockich artystów na wernisaże do zakopiańskiej Galerii Sztuki może nie byłoby złym pomysłem, gdyby dokonywano właściwych wyborów. W Sopocie jest 200 pracowni plastycznych, ale na towarzystwo znakomitej wystawy rzeźb zakopiańczyka Czesława Podleśnego wybrano prace sopocianina Henryka Cześnika. Niestety, poza pracami, do Zakopanego przyjechał również ich autor, by dać popis braku kultury i leczyć kompleksy nadmiernym eksponowaniem swojego ego.

Najpierw gość kazał nam na siebie czekać, spóźniając się na otwarcie wystawy, ale jego wygląd i zachowanie dość dokładnie wyjaśniły przyczyny opóźnienia. Po wstępnych przemówieniach dyrektorki Galerii Anny Zadziorko, burmistrza Janusza Majchra i Czesława Podleśnego, w czasie których wydawało się, że nie ma takiego komplementu, którym by gość nie był obsypany, zabrał głos Henryk Cześnik uświadamiając nas, jakie to szczęście nas spotkały wraz z jego przyjazdem, przy czym problemem publicznej dyskusji między nim a dyrektorką była przez dłuższą chwilę data tego szczęsnego wydarzenia. Potem usłyszeliśmy, jak to został artysta spostponowany, bo będąc po trzech zawałach musiał sam wieszać swoje obrazy, a na koniec długo żalił się na to, że dostał za mało zaproszeń na wystawę, skutkiem czego wielu jego przyjaciół nie przyszło, za co ich przeprasza. Trwało to bez końca, publiczność usiłowała gościa wyklaskać, a nawet pojawiły się pojedyncze gwizdy, ale profesor słuchał tylko siebie. Wreszcie zbrakło mu pary, i w czasie gdy zbierał siły, zabrał głos jeden z jego przyjaciół z Sopotu, który jednak dostał zaproszenie i wygłosił nam referat o tym, kiedy i jakie obrazy artysty, zakupią sopockie galerie, i zapraszał obecnych na kolejne wernisaże Henryka Cześnika, co było bardzo dowcipne.

Kiedy ten żenujący spektakl się wreszcie skończył, do fortepianu zasiadła fantastycznie grająca jazz Dagmara Bujak, a goście w znacznej mierze rzucili się na poczęstunek, co jak wiadomo jest najważniejszą częścią wernisażu. Wino, a nawet soki znikły w okamgnieniu, więc kiedy gość z Sopotu stanął przed stołem, pozostało mu już tylko napełnić parę używanych kieliszków płynem z wyciągniętej z kieszeni flaszki. Potem kolebał się trochę po sali, aż wreszcie przysiadł się na stołek szesnastoletniej pianistki i usiłował poić ją z tego kieliszka. W tej sytuacji koncert skończył się nieco za szybko, a w tej sali była to największa frajda dla miłośników sztuki. I niech mnie nikt nie przekonuje, że wielkiemu artyście wolno więcej i nie można mieć pretensji do jego ekstrawagancji. Można mieć, i mam.

W sąsiedniej, mniejszej sali (dlaczego?), pokazano doskonałe rzeźby Podleśnego, którego artystyczna ekstrawagancja ograniczała się tylko do ciemnego garnituru i takiegoż kapelusza z dużym rondem, no i kapitalnej wyobraźni, zmaterializowanej w dziełach, objętych wspólnym tytułem Pnioki, krzoki i ptoki, czyli zakopiany i reszta.

Jest w Zakopanem przeszło setka zawodowych artystów. Warto im przede wszystkim poświęcić przestrzenie Miejskiej Galerii Sztuki. Goście będą naturalnie mile widziani, ale trzeba zachować właściwe proporcje. A Henryk Cześnik miał oczywiście rację, że z zaproszeniami było coś nie tak – jak się wydaje, zaproszono niewłaściwą osobę.