Maciej Pinkwart
Dyskretny urok brązów
Wernisaże w nowotarskiej Galerii „Jatki” mają niepowtarzalny
urok, niewątpliwie wywołany niespotykaną osobowością gospodarującej tam Anny
Dziubas, która jak nikt inny potrafi przyjąć gości jak u siebie w domu, artystę
otoczyć swoją ciepłą
serdecznością i dać wszystkim przeświadczenie, że
uczestniczą zawsze w wielkim wydarzeniu artystycznym. Nie inaczej było i w
chłodny wieczór 5 marca 2004, kiedy to w „Jatkach” prezentowała swoje prace
nowotarska plastyczka, Joanna Borowicz.
Patrząc na skromną, 30-letnią drobniutką brunetkę w błękitnych dżinsach i z maleńką, czerwoną torbeczką trudno było uwierzyć, że jest autorką tak wielu, tak różnorodnych i z takim wielkim rozmachem pokazanych prac.
Artystka ukończyła zakopiańskie Liceum Sztuk Plastycznych im A. Kenara na wydziale snycerstwa, a następnie studiowała w krakowskiej ASP, w 1999 r. uzyskując dyplom na wydziale rzeźby. Stąd rzeźba jest głównym sposobem jej wypowiedzi artystycznych, choć nie stroni również od innych dziedzin sztuki.
Na wystawie znalazły się więc rzeźby, z brązu, drewna i kamienia,
obrazy olejne i rysowane pastelami oraz akwarele. Przeważnie kameralne, ale
także kilka większych, a wszystkie niezwykle sugestywnie oddających skrót ruchu,
uczucia, ulotności chwili, nawet tej zatrzymanej w wylewce brązowej masy z
gorącego pieca. Takie też rzeźby zrobiły na mnie największe wrażenie - a wśród
nich Taniec i Na huśtawce, a także filigranowa kompozycja,
przedstawiająca skrzypaczkę. Wiele obrazów, w tym olejnych, przedstawiało konie,
za czym nie przepadam, bowiem jest to w sztuce temat nader popularny - choć
mogłoby być gorzej i nawet było, kiedy to zamiast koni malowano traktory. Urocza
była - chyba? - akwarela, pokazująca jesienne pola wśród gór, z pasącym się na
pierwszym planie stadkiem kóz. Moja żona powiedziała, że gdyby nie miała
wpojonych od dzieciństwa i do dziś przestrzeganych głębokich zasad moralnych,
ukradłaby te kozy, żeby je powiesić w swoim pokoju nad fortepianem. Ja, który
nie mam głębokich
zasad moralnych, zauważyłem praktycznie, że koło kóz jest
wielu widzów, a nawet redaktor Anna Szopińska z aparatem fotograficznym i Sabina
Palka z ekipą telewizji kablowej, więc ukraść nie ma jak. Poza tym całkowicie
się z żoną, jak zwykle, zgodziłem, z tym, że wolałbym kozy w swoim pokoju, nad
ekranem komputera. By nie zwracać uwagi na ewentualny przedmiot przestępstwa,
zapatrzyłem się dla niepoznaki w rzeźbę skrzypaczki, co nie powinno wzbudzić
niczyjej uwagi, bo jestem znany ze swej miłości do muzyki i muzykujących osób.
Pod tym względem szefowa Galerii kolejny raz mnie uwiodła, okraszając wernisaż
uroczym, choć króciutkim koncertem. Była bowiem na
wernisażu
także obecna muzyka na żywo, przepięknie wykonywana przez śpiewaczkę Sylwię Bastę-Fryźlewicz, która
wystąpiła solo, z własnym akompaniamentem na gitarze, a także w towarzystwie
kilku dziewcząt z prowadzonego przez nią chóru, działającego przy słynnym już z
muzycznych dokonań gimnazjum w Krempachach. Wśród wykonywanych utworów
szczególnie gorąco przyjęte zostało ogniste flamenco, zaśpiewane przez wszystkie
czarno ubrane śpiewaczki z iście kastylijskim temperamentem i w pięknym języku
Cervantesa i Iglesiasa.
Wystawa dedykowana została rodzicom artystki, którzy wraz z siostrą byli na wernisażu i którym Joanna Borowicz ze wzruszeniem dziękowała za wspieranie jej związku ze sztuką. Wśród licznych gości na wernisażu był obecny również burmistrz Nowego Targu Marek Fryźlewicz, stały gość „Jatek” i jeden z ich sponsorów. Wśród tych ostatnich szczególnie ciepło przyjmowani byli pp. Łukaszczykowie restauracji „Kaprys”, fundatorzy pysznych i prawdziwie artystycznych kanapek, dzięki którym od lat w Nowym Targu kwitnie miłość do sztuk pięknych, jako że nie od dziś wiadomo, iż przez żołądek trafia się do serca.