Maciej Pinkwart
Bezimienna masa, czyli precz z
preczem!

W
pierwszej chwili chciałem zawołać: cóż to
za genialna sztuka!, ale popukałem się w głowę i tylko westchnąłem:
cóż to było za genialne przedstawienie!
Bo sztuka Bezimienne dzieło
Stanisława Ignacego Witkiewicza na pewno nie jest genialna, podobnie jak
jakakolwiek inna jego sztuka czy powieść. Do dyskusji, rzecz jasna, byłaby
definicja owej genialności, bowiem,
jak pisał Witkiewicz w Demonizmie
Zakopanego – Iluż
nieporozumień nie byłoby wcale, gdyby ludzie piszący zadawali sobie trud
definiowania pojęć, którymi się posługują...
Nie miejsce tu i nie pora na to, by znów pastwić się nad literackimi cechami
dzieł Witkacego, zresztą robiłem to (dość ostrożnie i, powiedziałbym, nieco
bojaźliwie) gdzie indziej. Forma Witkiewiczowskiej literatury na pewno nie jest
„czysta”, nawet jeśli gadka-szmatka
traktuje w nich o zasadach czystej formy. Oczywiście
kudy mi do znawstwa w tej materii,
więc tylko zapewnię sobie alibi, podpierając się autorytetem wielkim i ważnym.
Oto fragment recenzji Karola Irzykowskiego, zamieszczonej w 12 numerze
„Przeglądu Warszawskiego” z września 1922 r., po premierze
Kurki wodnej w krakowskim Teatrze
Słowackiego w reżyserii Teofila Trzcińskiego:
Pan Witkiewicz estetykę swoją wykłada
tylko negatywnie, ale nigdy nie powie po ludzku, na przykładzie, bez andronów
filozoficznych, co to jest ta jego fufa, ta Czysta Forma. Przyznam się, że
dłuższy czas brałem go na serio i usiłowałem dopatrzyć się w jego dramatach
owych idei formalnych. Nie znalazłem ich. Więc jeżeli teraz p. Witkiewicz nie
wylegitymuje swoich zamierzeń – bez wykręcania się, że w »natchnieniu«
formistycznym sam nie wie, co robi – ja jego sztuki i całe jego pisanie będę
uważał za szwindel i blagę.
Nie pójdę tak daleko i bynajmniej nie zamierzam wytykać Witkacemu przegadania,
nudy i niewielkiego sensu w niektórych dialogach, które w wielu przypadkach
stają się – próbują być – miniwykładami pseudofilozofii. Zapewne jest tylko moją
sprawą, jak bardzo mnie irytują – emblematyczne dla Witkiewicza – dziwactwa w
nadawaniu imion bohaterom jego dzieł. Ja rozumiem, że według jego teorii sztuka
musi być sztuczna, nie odzwierciedlać zwyczajnego czy nawet niezwyczajnego
życia, tylko kreować fantazję. I pewno dlatego nie mogą jej bohaterowie nazywać
się Nowak czy Malinowski. Chociaż, dlaczego nie? Genialny Szekspir nauczył nas
przecież, że to, co zwiemy różą pod inną
nazwą równie by pachniało. I po
co we wszystkich sztukach takie infantylne spieszczanie tych dziwacznych imion
męskich bohaterów? A, nieważne – to osobista sprawa i osobiste ryzyko autora,
który sam decyduje o tym, jakie postacie powołuje do życia i na co naraża siebie
w oczach widzów i czytelników, i co ryzykują ludzie, sięgający po jego powieść
czy sztukę. Dajmy temu spokój. Zresztą, we współczesnej Polsce krytykowanie
Witkiewicza juniora jest tak samo fi donc,
jak mówienie o bzdurach wygłaszanych przez polityków czy wytykanie Matce Boskiej
Częstochowskiej, że jest niebiałą niearyjką.
W Bezimiennym dziele (napisanym w
1921 r.) dla nas najistotniejsza jest treść i zawarte w niej przestrogi
polityczno-społeczne. A od oceniania jego teatru przez pryzmat treści sztuk
Witkiewicz tak bardzo się odżegnywał! Oto zaczyna się od intertekstualnego
odniesienia do Hamletowskiej sceny na cmentarzu, gdzie dwóch grabarzy kopie
grób. Ale nie dla Ofelii, tylko dla zramolałego pułkownika-bezpieczniaka, który
szykując sobie mogiłę w taki sposób mierzy się z bólem egzystencjalnym. A potem
na cmentarzu pojawia się coraz więcej coraz dziwaczniejszych postaci. Jesteśmy
świadkami, jak do ostatecznego rozwiązania zbliża się spisek, aranżowany przez
szpiegów obcego mocarstwa, który ma na celu obalenie istniejącej władzy
oligarchów i arystokratów przy pomocy zrewoltowanego ludu i przekupnego wojska i
policji, po to, by jedną oligarchię zastąpić drugą, a w gruncie rzeczy może
nawet trzecią. A może rządami ciemnej masy. Ciemnych mas raczej. W tym dość
ogranym temacie (znacznie ciekawiej i dramatyczniej ten sam temat opisał –
znacznie później, rzecz jasna – Sławomir Mrożek w „Tangu”) łatwo odnajdujemy
zarówno aluzje do tego, co było, jak i przestrogi przed tym, co nieuchronnie
nadejdzie. Ba, właśnie nadchodzi…
Oczywiste są tu odniesienia do tego, co Witkacy widział i w czym sam
uczestniczył w Rosji 1917 roku. Ale pseudofrancuskie nazwiska części bohaterów
każą nam też pamiętać o Wielkiej Rewolucji Francuskiej i smutnym losie jej
dzieci, zjadanych przez nią samą. W końcu, nawet propagator gilotyny, docteur
Joseph Ignace Guillotin o mało co nie zapoznał się osobiście z działaniem
wynalazku swojego przyjaciela, Antoine’a Louisa, bo na ścięcie skazał go sam
Maximilien Robespierre. Ale tak się historia potoczyła, że to symbol Rewolucji,
Robespierre, został wcześniej ścięty, a Guillotin uszedł z życiem, choć jego
rodzina sądownie zmieniła nazwisko…
Mógłbym oczywiście pokusić się o jak najbardziej współczesną interpretację
sztuki i chwalić rzekomą profetyczność Witkacego, podstawiając pod rozmaite
postacie współczesnych protagonistów polskiej polityki. Tylko po co? Każdy zrobi
to sobie sam, jeśli wola.
Dla mnie – jak powiedziałem na początku – spektakl
Bezimiennego dzieła w Teatrze
Telewizji w reżyserii Jana Englerta, który grał także jedną z głównych ról, był
świetnym przedstawieniem, z mnóstwem dobrych pomysłów inscenizacyjnych i
znakomitych, wypowiadających się z nienaganną dykcją aktorów. Wspaniały Daniel
Olbrychski jako Plazmodeusz Blödestaug,
dalekie echo starego Witkiewicza i Maciej Stuhr jako jego syn Plazmonik Blödestaug
(Plazio do niego mówią, a niech to!),
poniekąd alter ego autora, Beata Ścibakówna – księżna Barbara de Grifuellhes i
Mateusz Tomaszewski jako książę Padoval de Grifuellhes, no i wspaniała, wręcz
porywająca Justyna Kowalska jako Róża van der Blaast – kochanka głównego
organizatora przewrotu, agenta i szpiega Józefa Cyngi (Grzegorz Małecki) oraz,
trochę z przymusu i przewrotności – także
Plazia – Stuhra. Doskonała manifestacja poglądów Witkacego, który potrafił
świetnie (?) łączyć mizoginię z wybujałym erotyzmem. Dobrze, że reżyser usunął
ze swojej inscenizacji postać 10-letniej Zosi, córki Róży, którą Witkacy
umieścił w pierwotnej obsadzie, a która w zasadzie nic w sztuce nie ma do roboty
i nawet nie odzywa się jednym słowem – pewno ma podkreślać to, jak podłą osobą
jest jej niezamężna matka.
Jan Englert, grający pułkownika (a potem – generała) Manfreda hrabiego Giersa
był trochę mało wyrazisty jak na szefa bezpieki, nieudolnie przechodzącego na
stronę zamachowców. Nie specjalnie ciekawie zaprezentowali się też Grzegorz
Małecki jako szpieg i aspirant do roli przyszłego prezydenta – dyktatora barona
de Buffadero – to oczywiste uderzenie w dawnego formistycznego przyjaciela, a
potem wroga, Leona Chwistka, którego w powieści
622 upadki Bunga Witkacy opisał jako
barona Brummela de Buffadero-Bluffa. Główny szpieg występuje także jako Józef
Cynga – w czym domyślam się aluzyjnego odniesienia do Józefa Piłsudskiego.
Nieprzekonywująca była dla mnie Dominika Kluźniak jako Klaudestyna de Montreuil,
która jak się domyślam miała być teatralną przeciwwagą dla Róży, ale na jej tle
jest nie tylko przegadana, ale po aktorsku nijaka i na pewno nie byłaby
witkacowską kobietą demoniczną.
Wielką zasługą reżysera Jana Englerta jest utrzymanie dynamiki akcji, co przy
sztukach Witkacego łatwe nie jest. Ogromną rolę odgrywa tu muzyka. Sporo o niej
mówią osadzeni we wspólnej celi Róża i Plazio. Ona jest kompozytorką i malarstwo
ma za nic, a już na pewno nie za sztukę, zaś on pogardza muzyką, której odmawia
metafizycznych wartości. A w inscenizacji Englerta co i raz słyszeliśmy
doskonałą muzykę, świetnie podkreślającą to, co dzieje się na scenie. Jej
autorem jest Piotr Moss.
Ostatnia scena spektaklu wbija w fotel. Przez ogromne okna nieostro widać dwóch
wisielców huśtających się na szubienicach. Okno poszerza się na cały ekran,
powoli zielenieje i z góry w pionowych rzędach zaczynają spływać cyfry i litery
kodu komputerowego.
Rewolucja została pokonana przez ciemne masy i nieubłagany matrix.
----------------------
Stanisław Ignacy Witkiewicz, Bezimienne
dzieło, Teatr Telewizji, reżyseria Jan Englert, scenografia Arkadiusz
Kośmider, kostiumy Dorota Roqueplo, muzyka Piotr Moss, premiera TVP 1, 2 marca
2026. Dostępne na TVP VOD.