Maciej Pinkwart

Zamordowany świat

 15 lutego 2026

TUTAJ wersja audio

Ojciec opowiadał dowcipy o Żydach. Były zabawne, zresztą potem wiele odnalazłem w książkach z humorem żydowskim. Nie wiem, czy to można byłoby nazwać antysemityzmem. Mama ostrzej włączyła ten temat w 1968 roku, kiedy jej – i mój, niestety – znajomy ubek i endek (częste wówczas połączenie) zaczął jej przynosić powielane pismo „Nasza Walka”, gdzie rozmaici moczarowcy demaskowali kto z tzw. komandosów i ich rzekomych popleczników we władzach jak naprawdę się nazywa, komu to służy i kto za tym stoi.

A ja początkowo myślałem, że wszyscy polscy Żydzi zostali zamordowani w czasie wojny, a jeśli zdołali uciec, to siedzą teraz w Izraelu albo w Ameryce. Pierwszego prawdziwego Żyda zobaczyłem w 1967 r., kiedy jeden z kolegów studenckich, po wybuchu czerwcowej wojny sześciodniowej po zajęciach w katedrze egiptologii stanął przed nami i powiedział, że tak naprawdę to on nie ma na imię Ignacy, tylko Levi i w tej wojnie popiera Izrael, bo jest Żydem. Przyjęliśmy do wiadomości, ale nie zaaprobowaliśmy: w końcu, byliśmy egiptologami.

I dopiero w marcu ‘68, kiedy ludzi, z którymi byliśmy blisko od paru lat i których nikt nigdy nie pytał o pochodzenie, bo wyglądali tak samo jak my, ubierali się tak jak my, tańczyli do tej samej muzyki co my, słowem – byli tacy sami jak my – zaczęło jakoś nieoczekiwanie ubywać. Wyjeżdżali profesorowie, u których już nie zdążyliśmy zdać ekonomii, filozofii czy socjologii, wyjeżdżali koledzy, którzy mieli razem z nami zaliczać kolejny semestr, dziewczyny nie przychodziły na randkę…

A potem w 1989 r. przyszła wolność i niebawem okazało się, że to jest nie tylko wolność „od”, ale i wolność „do”. I to „do” w niektórych wyzwoliło demony. Przed kościołami i wyższymi uczelniami znów pojawiły się książki z dowcipami o Żydach, przy czym to zwykle już nie byli Żydzi, tylko żydzi, albo żydki i nie były to dowcipy tylko ohydne pomyje, rodem nie tylko z Marca ‘68, ale i z nazistowskiego „Stürmera”. Faszyści i antysemici zaczęli pojawiać się w kampaniach wyborczych, kandydowali na posłów i prezydentów, przegrywali – ale z biegiem czasu mieli coraz lepsze wyniki. Zamawiali po pięć piw przy pomocy salutu rzymskiego, obchodzili urodziny Adolfa, niby to w konwencji zgrywy, więc bez żadnej stanowczej reakcji władz, choć kodeksowo to już były do przyklepania artykuły 256 i 257 KK. Ale szkodliwość społeczna była niewielka, bo co to za antysemityzm bez Żydów. No owszem, Żydzi się pojawiali, ale tacy bardziej symboliczni: palone kukły Judaszów na Wielkanoc, kupowane pejsate figurki z grosikiem, które miały przynieść powodzenie w interesach, Żydami dla ŁKS-u byli piłkarze Widzewa czy odwrotnie… Żydem mógł być każdy obcy, nie swój, a więc wrogi, którego można, a nawet trzeba nienawidzić w sposób społecznie akceptowalny. Jednak realny antysemityzm – dla mnie – był czymś zamierzchłym, zatrzymanym w kadrze przeszłości. Pisząc pracę doktorską o dawnej prasie lokalnej zająłem się też zakopiańskim antysemityzmem, który pojawił się w gazetach w początku lat dwudziestych, a kulminował na łamach tygodnika „Góral” (1925-27), organu Związku Ludowo-Narodowego, gdzie był już chamski, agresywny i polityczny, połączony z atakami na działaczy PSL „Piast”, zwolenników Piłsudskiego i aktywistów Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego. Irytujące, ale raczej folklorystyczne.

A potem, po wielu latach przyszło Jedwabne, książki Tomasza Grossa, Jana Grabowskiego i Barbary Engelking i brutalne ataki na tych, co o polskim antysemityzmie zaczęli mówić głośno. Wreszcie pojawił się Sławomir Mentzen ze swoją piątką i Grzegorz „Szczęść Boże” Braun, na jednym oddechu walczący z żydokomuną, Eurokołchozem (z którego pobiera spore uposażenie), Kominternem i rządzącym Polską establishmentem. A wielu współczesnych górali zapewne nie lubiących pamiętać o tym, że część dawnej ludności Podhala w ramach Komitetu Góralskiego w czasie okupacji niemieckiej ochoczo włączyła się do tzw. ostatecznego rozwiązywania kwestii żydowskiej, stało się najwierniejszymi stronnikami Korony Polskiej i jej programu.

Okazało się jednak, że wiedząc to wszystko, nie byłem przygotowany do tej lektury. Dwa tygodnie temu na moim biurku pojawiła się wstrząsająca książka Karoliny Panz o Żydach w Nowym Targu. Autorka jest warszawianką, od 2005 r. zamieszkałą na Podhalu (obecnie w Rabie Wyżnej), socjolożką, absolwentką Uniwersytetu Warszawskiego, zajmującą się naukowo tematyką Zagłady (praca magisterska 2006 – Losy żydowskich mieszkańców Grójca – historia Zagłady. Między pamięcią a zapomnieniem, doktorat 2018 – Zagłada żydowskich mieszkańców Nowego Targu w perspektywie mikrohistorycznej – głosy, obrazy, przybliżenia i oddalenia). Jest też autorką rozdziału o powiecie nowotarskim w czasie okupacji w słynnej książce Dalej jest noc…, w opracowaniu Barbary Engelking i Jana Grabowskiego.

To nie jest lekturka na sympatyczne, niedzielne popołudnie, o, nie! I w ogóle ludzie o słabych nerwach nie powinni jej czytać. Nie jestem pewien, czy dla mnie też nie byłoby lepiej, gdybym tego nie przeczytał i dalej tkwił w nieświadomości, czy wręcz niewiedzy o historii tamtych czasów. Ale książkę kupiłem. Wiem teraz więcej – i nie jest mi z tą wiedzą dobrze.

Przyznaję ze wstydem, że moje wyobrażenie o losach Żydów w czasie wojny, a może w ogóle w czasach faszyzmu, pojawiającego się w Polsce przed wojną, podczas wojny i po wojnie było dalekie od historycznej rzeczywistości. Karolina Panz dość brutalnie uświadomiła mi, że z całą tą moją szkolną, peerelowską wiedzą jestem o sto mil od prawdy. Myślałem bowiem, że tu, na Podhalu było tak, że polski antysemityzm lat 30-tych był w zasadzie symboliczny, trochę inspirowany zza granicy (zachodniej), wywodzący się z konkurencji gospodarczej, a potem przyszli Niemcy i wysłali do obozów lub na śmierć wszystkich polskich Żydów. I Karolina Panz pokazuje mi, jak bardzo się myliłem.

Ciężko się czyta i przykro się potem myśli. To jest przerażający dokument, oparty na wręcz benedyktyńskiej pracy archiwistycznej. Książka, która najbrutalniej jak tylko można ilustruje tezy Mariana Turskiego o Holocauście, który nie spadł z nieba, który sobie tuptał powolutku w Polsce przedwojennej, a w czasie wojny też nie uderzył od razu. Pierwsze lata okupacji to pozory układania się Niemców z podbitym krajem, próby wciągnięcia do kolaboracji Polaków (władz samorządowych, policji, służb miejskich), a także Żydów. Ci, co prawda, od początku okupacji byli traktowani jak obywatele gorszej kategorii, zmuszani do źle opłacanej lub zgoła darmowej pracy zgodnie ze swoimi zawodami albo wykorzystywani do robót fizycznych znacznie poniżej ich kwalifikacji, jednak byli organizacyjnie uporządkowani, z własnymi samorządami i władzami (Judenrat), z rozbudowaną siecią pomocy społecznej dla dorosłych i dzieci, kuchniami dla bezrobotnych, z własnym systemem komunikacji, a nawet z własnymi żydowskimi czasopismami…

Potem przyszedł następny etap, w którym okupanci, wspomagani niekiedy przez okupowanych, pozbawiali Żydów majątków, planowali utworzyć w Nowym Targu żydowskie getto (co się nie udało), czasem stawiali się w roli arbitrów w sporach między Polakami i Żydami, a nawet – między jednymi Żydami a drugimi. Żydzi byli dzieleni na nieużytecznych oraz przydatnych dla okupanta, stawali się też na tym etapie niewolniczą siłą roboczą, wykorzystywaną w obozach pracy w Nowym Targu, Czarnym Dunajcu i Zakopanem.

No i etap trzeci, który był planową eksterminacją – poprzez wywózki do obozów w Bełżcu i potem Auschwitz, oraz przez bestialskie zabójstwa – na terenie miasta, w okolicznych laskach, na stadionie miejskim i na żydowskim cmentarzu przy ul. Strzelniczej (dziś: Jana Pawła II).

A potem umarło dla Żydów miasto, w którym Żydzi byli od czterystu lat, a teraz już ich nie było. Spośród 2411 obywateli wyznania mojżeszowego sprzed września 1939, ocalało może kilkudziesięciu, którzy zdołali uciec i nie zostać zabitymi w czasie ucieczki. I razem z nimi zamordowany został świat, w którym dawny Nowy Targ istniał przez wieki.

Ale tak naprawdę to w zasadzie zawsze były dwa światy. Owszem, polskie i żydowskie dzieci bawiły się razem na podwórkach, wałęsały się po mieście, chodziły do gimnazjum, Nowotarżanie korzystali z usług żydowskich lekarzy, adwokatów, notariuszy, kupowali w żydowskich sklepach czy żydowskich kramikach na jarmarku… A potem Żydzi szli do domów, gdzie mieszkali po sąsiedzku z Polakami, na Krzywej, na Waksmundzkiej, na Ludźmierskiej, na Kościuszki, na Rynku, wchodząc dotykali mezuzy z cytatem z Tory, zamykali starannie drzwi i okna i żyli w swojej Anatewce, gdzie skrzypkowie grali na dachach, gdzie pachniał czulent, gdzie rabin wyjaśniał problemy i rozstrzygał spory, gdzie w synagogach błagano Jahwe o opiekę, gdzie doświadczony rzezak dbał o koszerność mięsa i gdzie gęsie szyjki trzeba było jeszcze nieść do rabina, aby zbadał, czy nie ma w nich jakiś dziurek, bo w takim wypadku gdy w szyjce była dziurka, to gęś została uznawana za „trefną”. Ten świat, istniejący obok o pół kroku, posługujący się własnym językiem i choć znający polski, to jednak często niezbyt dobrze, był może pociągająco egzotyczny, ale obcy i całkowicie niezrozumiały. Byli oczywiście Żydzi zasymilowani, niczym na pozór nie różniący się od Polaków, ale oni najczęściej byli traktowani nieufnie, przez jednych i drugich.

Aha, warto dopowiedzieć i to, co dziś nie jest wiedzą powszechną: Żydzi, bez względu na stopień asymilacji, byli obywatelami państwa polskiego. Byli Polakami narodowości żydowskiej i – choć nie zawsze – wyznania mojżeszowego, którzy kończyli (lub nie) polskie szkoły i wyższe uczelnie, służyli w polskich hufcach junackich i w polskim wojsku, walczyli w pierwszej wojnie w różnych armiach i w wojnie przeciwko bolszewikom w 1920 roku. Ich ojczyzną była Polska – taka, jaka wtedy była. Nawet, jeśli byli syjonistami i marzyli o własnym państwie w Palestynie.

Okno do tego świata otwiera, czy może raczej uchyla książka Karoliny Panz, którą na początku czytałem trochę jak reportaż z egzotycznego kraju, by potem z przerażeniem przerzucać stronę za stroną patrząc, czy spomiędzy tych stron nie wypłynie struga krwi. Która, żydowska czy polska, niemiecka, rosyjska czy słowacka – zawsze ma ten sam kolor. Bestialstwo Niemców było podbudowane ideologią i rozkazami rządzących nimi szaleńców. Podłość Polaków, którzy Niemcom denuncjowali Żydów i starali się na ich eksterminacji wzbogacić – oburzająca i ohydna, ale też jakoś uzasadniana chciwością, religią i poczuciem obcości, a w dodatku jakby tonowana przez liczne przykłady pomocy, jakiej Polacy udzielali żydowskim uciekinierom i ocalałym od zagłady dzieciom. Choć częściej do takich bohaterskich gestów byli skłonni ludzie obcy, niż sąsiedzi. Natomiast najbardziej odrażające było postępowanie mieszkańców Podhala, bestialsko mordujących tych nielicznych Żydów, którzy po wojnie do Nowego Targu wrócili i próbowali swój świat odtworzyć i zacząć tu żyć na nowo. Maniowy, Rabka, Nowy Targ, Zakopane, Kiezmark… Ludzie od Kurasia „Ognia”, jak ich ostrożnie określa autorka, swojego chamskiego bestialstwa nie uzasadniali w zasadzie niczym: ani konkurencją ekonomiczną, ani religią, ani ideologią, ani patriotyzmem. Tylko tym, że ich ofiary są Żydami (i Żydziętami, jak pisali w swoich pseudowyrokach) – i jako tacy nie mają prawa żyć. Morderstwom towarzyszył zwykle rabunek – ale co można było zrabować wiejskim czy małomiasteczkowym Żydom po sześciu latach Zagłady?

Ciężko się to czyta. Książka ma ponad dwa tysiące przypisów, które umieszczone są na końcu, więc sięganie do nich jest – zwłaszcza przy obszerności publikacji – tak uciążliwe, że w końcu dokupiłem wersję elektroniczną, bo w e-booku na odnośnik do przypisu wystarczy kliknąć, by go przeczytać. Ponadto autorka operuje w zasadzie omówieniami lub wręcz cytatami z setek dokumentów archiwalnych, rzadko je komentując i próbując trzymać emocje na wodzy, choć tych nie brakuje i w cytowanej korespondencji, i w wywiadach z ocalałymi lub rodzinami wymordowanych Nowotarżan, które sama przeprowadziła lub przeczytała w archiwach. Głównym źródłem informacji są tu archiwa dwóch nowotarskich rodzin żydowskich – Becków i Singerów.

Jest w książce może za dużo pośpiechu, co przejawia się w sporej liczbie literówek i drobnych nieścisłości, które zniknęłyby przy staranniejszej korekcie i redakcji (np. słowackie Abrahamovce leżą nie sto kilometrów od Kiezmarku, tylko niecałe piętnaście…). Poważniejsze zastrzeżenie mam w zasadzie tylko jedno: w książce Karoliny Panz nie znalazłem informacji o zorganizowanym przez Niemców obozie pracy dla Żydów na zakopiańskiej Pardałówce. Pisze co prawda autorka o tym, że żydowscy robotnicy przymusowi pracowali m.in. w zakopiańskim kamieniołomie pod Capkami i mieszkali w postawionych tam pięciu barakach. To wszystko prawda, ale główny obóz dla zatrudnianych przez niemiecką firmę „Stuag-Strassen und Tiefbau Aktiengesellschaft” Żydów z Zakopanego, Nowego Targu, Mszany Dolnej, Jordanowa i Szczawnicy był na Pardałówce, a dokładniej w miejscu między dzisiejszymi ulicami Salwatoriańską i Paryskich, koło willi Prymulka. Więziono tam około czterystu osób. Dziwi mnie to o tyle, że w bibliografii znalazłem książkę Henryka Josta Zakopane czasu okupacji, co prawda pierwsze wydanie, z 1989 r. (ostatnie, czwarte, ukazało się w 2022 r., poprzednie w 2009, oba już po śmierci autora), który o obozie tym pisze szeroko i kompetentnie. Szkoda też, że w książce Karoliny Panz nie przeczytamy też więcej o działalności żołnierzy Polski podziemnej – co prawda, dowiadujemy się o Konfederacji Tatrzańskiej i co nieco o Związku Walki Zbrojnej, ale nic o działalności Armii Krajowej, w tym plutonu „Żuraw”, dowodzonego przez Adama Palmricha. Inna rzecz, że działał on głównie w Zakopanem (choć nowotarskie konteksty też tam były), no a Karolina Panz pisze o zagładzie nowotarskich Żydów, a nie w ogóle o okupacji na Podhalu.

To wszystko są sprawy nietrudne do poprawienia w kolejnym wydaniu, które niewątpliwie nastąpi, bo tę książkę powinien mieć każdy umiejący jeszcze czytać Nowotarżanin, każdy, kto interesuje się Podhalem – no a kto nie interesuje się Podhalem? – i każdy, kto w dzisiejszych sondażach politycznych zobaczy, ile procent poparcia ma Konfederacja Korony Polskiej Grzegorza Brauna.

------------------------------------------

Karolina Panz, Chciałabym opowiedzieć, jak zginęło miasto. Zagłada żydowskich mieszkańców Nowego Targu. Wydawnictwo: Centrum Badań nad Zagładą Żydów, Warszawa 2025, 654 strony (e-book: 894 strony).

Inne komentarze i recenzje