Maciej
Pinkwart
Układanka
5 października 2025
Zawsze lubiłem klasyczne, zamknięte kryminały: odosobniony zamek, wyspa odcięta
od reszty świata przez sztorm, zamknięta rezydencja, a w nich kilka, co najwyżej
kilkanaście osób, a wśród nich ofiara lub ofiary, morderca lub mordercy i
detektyw. Agata Christie i przede wszystkim najlepszy w tej branży: Joe Alex,
czyli Maciej Słomczyński, autor kilku znakomitych powieści, w tym dzieła
number one w tej dziedzinie: Jesteś tylko diabłem. Nie czytaliście?
To nic nie wiecie o doskonałych kryminałach.
Na współczesnym rynku czytelniczym dominują kryminały otwarte, w których albo od
początku wiemy kto zabił, a detektyw po prostu tropi mordercę, albo szuka go,
mając do sprawdzenia cały świat.
Ale książka, o której dziś opowiadam, jest poniekąd odwrotnością klasycznego
kryminału: do wyśledzenia jest nie ten, kto zabił, ale ten, kto urodził.
Akcja powieści Stowarzyszenie Miłośników Zagadek rozgrywa się w Londynie
i jego okolicach i jest tak bardzo british, że w pierwszych rozdziałach
odnosiłem wrażenie, iż czytam tylko lekko uwspółcześnionego Dickensa. Ale
niekoniecznie przychodził mi na myśl Klub Pickwicka, raczej Dawid
Cooperfield. Aha, uwaga: nie chodzi mi o popularnego niedawno magika.
Powieść zaczyna się od tego, że 64-letnia kobieta o wdzięcznym imieniu Pippa
znajduje sześciokątne pudło na kapelusze, w którym okropnie drze się podrzucone
jej niemowlę. Chłopczyk. Otrzyma imię Clayton. Pudło na kapelusze ktoś podłożył
przed drzwiami, na których widnieje – zaszyfrowany – napis Witamy w
Stowarzyszeniu Miłośników Zagadek.
Kilka stron dalej i przeszło dwadzieścia lat później jesteśmy świadkami czuwania
przy trumnie głównej bohaterki będącej do niedawna prezeską stowarzyszenia,
zrzeszającego autorów krzyżówek, szarad, puzzli, szyfrów, labiryntów, anagramów,
kostek do układania i rozmaitych gier, które pozwalają na przyjemne i ciekawe
spędzenie samotnych, zimnych i deszczowych wieczorów, jakich w Zjednoczonym
Królestwie nie brakuje oraz – jeśli się jest członkiem organizacji – na
przyjemne towarzyskie imprezy, z wypitkiem i zagrychą w zaprzyjaźnionym barze, a
z czasem – nawet na wspólne zamieszkanie w swoistym domu spokojnej starości, w
jaki powoli zmienia się rezydencja, zakupiona dla zagadkowiczów przez Pippę
Allsbrook. Organizatorem czuwania przy zmarłej prezesce jest wychowany przez
Pippę Clayton.
I dalej powieść toczy się niejako dwoma nurtami, opowiedzianymi w rozdziałach,
które się przemiennie wymieniają: pierwszy nurt pokazuje jak bohaterka wpadła na
pomysł Stowarzyszenia, jak zebrała wokół siebie starszawe towarzystwo,
spotykające się najpierw w barze, którego właściciel lubił zagadki i zapraszał
do siebie innych miłośników rozrywek umysłowych, jak dzięki spadkowi kupiła swój
dawny rodzinny dwór Creighton Hall w hrabstwie Bedfordshire, niecałe 60 km na
północny zachód od Londynu, który stał się siedzibą Stowarzyszenia i jakie
towarzystwo zamieszkało tam wraz z nią. Te rozdziały doprowadzają do momentu, w
którym Pippa znajduje pudło z niemowlęciem.
Równolegle toczy się akcja usytuowana po śmierci Pippy. Clayton otrzymuje od
niej w spadku cały cykl szyfrów i zagadek, które mają go doprowadzić do
rozwiązania największej zagadki: kim są jego biologiczni rodzice, kto go
podrzucił przed drzwi Creighton Hall.
Trwa to wszystko trochę, akcja – także i przez pokawałkowany sposób jej
przedstawienia – toczy się dość niemrawo (jak na dzisiejsze normy, można by ją
ścisnąć do kilkudziesięciu stron) i może byłoby to wszystko nudnawe, gdyby nie
kapitalna galeria postaci, z którymi powiązani są Pippa i Clayton. Łączy ich, co
prawda, wspólna miłość do zagadek i sympatia wobec głównych bohaterów, ale te
zagadki są różnorodne, sposób dochodzenia do rozwiązań mocno niekonwencjonalny,
a i relacje z Pippą i Claytonem też mają dziwaczne meandry. Żeby nie powiedzieć:
labirynty, w których budowaniu specjalizuje się jeden z sympatyczniejszych
członków Stowarzyszenia. Nieoczekiwanie, zagadka za zagadką, powieść utrzymana w
konwencji kryminału, powoli przekształca się w dość skomplikowany romans, mający
chyba ilustrować beatelsowski przebój All You Need Is Love. Przebój jest
co prawda z końca lat 60., a akcja powieści usytuowana jest na przełomie XX i
XXI wieku, ale miłość pokonuje wszystkie przeszkody, choć jest ich niemało, a i
miłość wieloaspektowa. Najważniejsze romanse mniej więcej się równoważą – taka
sama jest liczba relacji hetero-, jak i homoseksualnych. No, nie –
heteroseksualne prowadzą jednym punktem.
Stowarzyszenie
Miłośników Zagadek
zyskało w Wielkiej Brytanii i USA wiele bardzo pochlebnych recenzji, a dzieło
jej młodego autora okrzyknięto najlepszym debiutem ostatnich lat. Wydana w
Anglii w 2024 r., do dziś podbiła – jak to mawiają na okładkach książek – serca
czytelników w kilkunastu krajach. Autor książki, Samuel Burr, jest dość młody,
ale zdecydowanie nie jest nastoletnim debiutantem, jednak jego wieku jak dotąd
nie zdołałem ustalić. Z kilku wywiadów z nim, jakie przeczytałem, wnioskuję, że
bohater jego powieści, Clayton Stumper (stumper
to po angielsku
łamigłówka)
to alter ego Burra: ma 25 lat (na tyle też wygląda Burr na zdjęciu zamieszczonym
w jego biografii, z której wynika, że już dawno minął trzydziestkę), jest gejem,
lubi koty i cukierki, a w głębi duszy czuje się
młodym staruszkiem.
Urodził się w Londynie, studiował w Westminster Film School, jest z zawodu
filmowcem-dokumentalistą, pracował m.in. dla BBC, teraz jest niezależnym
reżyserem i scenarzystą.
Najnudniejsze w książce o miłośnikach zagadek są same zagadki, zwłaszcza te,
które prowadzą Claytona do rozwiązania tajemnicy własnego pochodzenia. Ta
zagadka zresztą nie jest trudna, w przeciwieństwie do krzyżówek i szyfrów oraz
gier słownych, które jako drogowskazy pozostawiła mu jego patronka, Pippa.
Podziwiam pracę tłumaczki, Marii Jaszurowskiej, która te zabawy spolszczyła
prawie idealnie.
Nie umiem tylko rozwiązać jednej zagadki: po jaką cholerę prezeska
Stowarzyszenia Miłośników Zagadek (w polskim przekładzie tytuł książki jest
lepszy niż w angielskim oryginale:
The Fellowship of
Puzzlemakers)
zamiast pozostawić Claytonowi zalakowaną kopertę (albo – pójdźmy za Danem
Brownem – krypteks) z rozwiązaniem zagadki, na łożu śmierci tworzy mnóstwo
trudności, żeby tę, w końcu nie jakąś szczególnie tajemniczą, tajemnicę jej
wychowanek poznał. Powiem tylko, że nie okazuje się on nieślubnym synem księcia
Harrego, ani nie podrzuciła go pod drzwi siedziby Stowarzyszenia Angelina Jolie.
Ale w sumie, niektóre zagadki muszą pozostać zagadkami – tej nie zdołałem
rozwiązać. A innych nie próbowałem, podążając – nie przeczę, że z przyjemnością,
za akcją i obserwując poczynania interesujących
Brytoli.
Dzień, góra dwa przeznaczycie na lekturę, pozwalającą na odejście od zagadek,
jakie niesie nam codzienne życie, meandry polskiej (i nie tylko polskiej)
polityki i kolejne
puzzle,
jakie w swej biegunce słownej rozrzucają niektórzy prezydenci i prezesi. Inna
rzecz, że i w tych sprawach wspaniale byłoby móc kierować się rzymskim mottem
Stowarzyszenia Miłośników Zagadek:
Veni, vidi, solvi:
przyszedłem, zobaczyłem, rozwiązałem.
------------------------------
Samuel Burr,
Stowarzyszenie
Miłośników Zagadek,
tłumaczenie Maria Jaszczurowska, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2025, 422
strony.