Maciej
Pinkwart
Trzy grzyby w barszczu
W recenzjach, w których – jak mi się wydawało – dość skrupulatnie zdawałem
relacje z moich bieżących lektur,
jakoś pominąłem powieść z 2023 roku o tytule Holly, gdzie Stephen King
opisuje heroiczną walkę tytułowej bohaterki z dwojgiem staruszków, profesorów
uniwersyteckich, skutecznie zajmujących się przez parę lat seryjnymi
morderstwami, dokonywanymi w celach gastronomicznych. Niczego nie spojleruję: w
ostatnio wydawanych horrorach kryminalnych stary mistrz zaczyna od dokładnego
opisu zbrodni, wraz ze szczegółowymi danymi morderców. A więc my wiemy to, czego
nie wie policja, środowisko i prywatni detektywi – w tym Holly Gibney.
Holly to zdaje się ulubiona przez Kinga bohaterka jego ostatnich książek.
Pojawia się nieco przypadkowo w Panu Mercedesie, by pod koniec narracji
tej powieści odegrać ważną, a nawet – rozstrzygającą rolę w rozwiązaniu trudnej
sytuacji. Jest dość nieatrakcyjna, wycofana, nienajmłodsza, zdominowana przez
rodzinę i jak się początkowo wydaje – nie ma żadnych cech, które
predestynowałyby ją do tego, by z czasem stać się szalenie skuteczną prywatną
detektywką. No, poza jedną – jest znakomita w posługiwaniu się komputerem,
Internetem i mediami społecznościowymi.
W
każdej
nowo wydanej książce Stephena Kinga – nie wszystkie czytam, a z tych, które
czytam nie wszystkie mi się podobają – zawsze zwracam uwagę na długą listę
podziękowań autora wobec tych, którzy pomogli mu napisać tę powieść. Zawsze jest
tam kilka osób, które sprawdzają realia w książce, która jest oczywiście czystą
fantazją Kinga. Ale zawsze jest to fantazja zbudowana na gruncie realiów.
Dlatego może zawsze są tak uderzająco bliskie naszym strachom. Bo te strachy, te
nasze lęki, pojawiają się w okolicznościach, które dobrze znamy. Jeżeli więc to
miasto, ta ulica, ten sklep, ten stadion, ta hala imprezowa i ten hotel dają się
łatwo zidentyfikować, wiemy, że istnieją i są takie, jak to zostało opisane – to
może i te strachy też naprawdę istnieją?
No i jest nowa książka Kinga. Na szczęście – bo ja wiem, czy to szczęście? – jej
akcja toczy się na amerykańskiej prowincji, w mieście Buckeye City w stanie
Arizona. Niby daleko od nas, więc tamte strachy nie muszą się u nas przyjąć.
Zresztą, mamy własne. Tamte, amerykańskie, mają swoją specyfikę: sądy
przysięgłych, powszechna dostępność broni, używek, lekarstw i narkotyków,
popularność odczytów i spotkań autorskich, miłość do bluesa i soulu. I rzeczy
wspólne – ciemnogród, agresja antyaborcyjna, wojna o prawa gejów i lesbijek. I
rasizm, który nie wiem, w jakiej „rubryce” wpisać – rzeczy wspólnych czy
specyficznych.
Uważa się, że powieść Nie wymiękaj, wydana w końcu maja 2025 r. (w Polsce
przez wydawnictwo Prószyński i S-ka) jest mocno zaangażowana politycznie i
społecznie. Moim zdaniem, znacznie mniej niż wspomniana wcześniej Holly,
której akcja toczy się w czasie pierwszej kadencji prezydenta Trumpa, podczas
kończącego się covidu (kiedy w USA rozprzestrzenia się zabójczy mimo szczepień
wariant delta), w okresie kiedy powstaje ruch Black Lives Matter.
Tego akurat u nas nie ma i nigdy nie będzie okazji do gorzkiego stwierdzenia
jednego z bohaterów, (super inteligentny, przystojny, utalentowany literacko i
czarny), który jest zmuszony do bardzo ostrożnego prowadzenia samochodu, by nie
być oskarżony (a może i zastrzelony) z powodu prowadzenia pod wpływem bycia
czarnym. W Holly King ostro rozprawia się z trumpistami, ignorantami
klimatyczno-medycznymi i antyszczepionkowcami – to ostatnie szczególnie dołuje
Holly Gibney, która jest po dwóch dawkach moderny i w pierwszym rozdziale
książki uczestniczy w odbywającej się za pośrednictwem Zooma ceremonii
pogrzebowej własnej matki, która jako osoba ignorująca covid (to tylko taka
grypka!) właśnie umarła w szpitalu pod respiratorem, do końca nie wierząc w
covid, szczepionki i maseczki.
W powieści Nie wymiękaj o Trumpie bezpośrednio się nie mówi, covid jest
już tylko nieprzyjemnym wspomnieniem, za to od pierwszej chwili mamy do
czynienia z brutalną agresją. Oto właśnie w więzieniu został zabity więzień,
odsiadujący wyrok z pedofilię – i w tym samym czasie chory, a właściwie
umierający na raka jego dawny kolega z pracy przyznaje się, że to on, w zemście
za to, że nie on objął w pracy jakieś ważne stanowisko – podrzucił mu fałszywe
dowody na przestępstwo seksualne. I zaraz potem policja dostaje wiadomość, że
ktoś nieznany postanawia pomścić śmierć niesłusznie skazanego poprzez zabijanie
kilkunastu niewinnych osób po to, żeby ci przysięgli, którzy niesłusznie owego
podejrzanego skazali, zostali pognębieni przez wyrzuty sumienia. Wariat?
Oczywiście, ale ludzie naprawdę zaczynają ginąć, a odnajdywane zwłoki mają w
rękach kartki z nazwiskami kolejnych przysięgłych.
Ale to nie wszystko – równolegle toczy się inna akcja: oto po kraju jeździ
progresywna pisarka i publicystka, propagująca prawo kobiet do samodzielnego
decydowania o swojej ciąży, uważana za promotorkę aborcji. Na każdym jej
spotkaniu są oczywiście mniejsze i większe grupy antyaborcjonistów,
obrzucających ją wyzwiskami i protestujących przeciwko jej poglądom, z czym ona
sobie zresztą świetnie radzi. Ale nie do końca – od pewnego momentu jej tropem
podąża osoba, zamierzająca ją zabić – działająca w imieniu Prawdziwego Kościoła
Chrystusowego, który prowadzi apostołowanie poprzez eliminację wrogów swojej
religii.
I jest jeszcze trzeci wątek – do Buckeye City przyjeżdża niemłoda już pieśniarka
soulowa, gwiazda na miarę Boba Dylana czy Bruce’a Springstina, która ma wystąpić
w tej samej sali (i początkowo – w tym samym czasie) co progresywna pisarka.
Wszystkie te trzy wątki łączy osoba Holly Gibney, która próbuje pomagać
zaprzyjaźnionej policjantce w śledztwie w sprawie zwariowanego zabójcy
zastępców przysięgłych, zostaje zaangażowana jako ochroniarka pisarki i
kibicuje młodej poetce, uczestniczącej wcześniej w kilku jej śledztwach, która
właśnie została przyjaciółką i współpracownicą śpiewaczki soulowej.
Wiem, że to niełatwe związki. Oczywiście na koniec książki wszystkie te trzy
wątki się łączą, co pozwala dzielnej Holly nie tylko wyjść z życiem z całej
afery i ocalić wszystkie główne bohaterki (i, rzecz jasna, wykończyć męskich
antybohaterów), ale i rozwikłać wszystkie tajemnice, które zresztą specjalnie
tajemnicze nie są. Dla mnie największą tajemnicą były i są dalej zasady gry w
baseball, choć początek meczu, który rozgrywają w celach charytatywnych strażacy
i policjanci w Buckeye City opisuje rozgrywkę nader szczegółowo, ale nie
posunęło to mojej wiedzy naprzód.
Czyta się, jak zwykle u Kinga, znakomicie, ale per saldo w zasadzie spokojnie
podążamy za akcją i możemy książkę w każdym momencie odłożyć na chwilę, bo
powrót do lektury nie wymaga cofnięcia się o kilku akapitów wstecz – wszystko
rozwija się jako ten rozmaryn, niespiesznie i przewidywalnie. Suspensy są dwa,
po jednym w każdym wątku wariackim.
Warto przeczytać, ale jestem ciekaw, czy uda się Kingowi napisać kolejną powieść
o jego ulubionej bohaterce tak, żeby następnymi ofiarami jego kryminalnej
fantazji nie byli zanudzeni na śmierć czytelnicy.
------------------------
Stephen King, Nie wymiękaj (oryg. Never Flinch), Wydawnictwo
Prószyński i S-ka, tłumaczenie Tomasz Wilusz, 576 stron.
8 czerwca 2025