Maciej
Pinkwart
Syberyjscy szamani
Z egzotyką zetknąłem się po raz pierwszy w literaturze
gdzieś pod koniec szkoły podstawowej, kiedy w milanowskiej bibliotece
parafialnej wypożyczyłem zbiór opowiadań Jacka Londona Syn słońca. Rzecz
działa się na wyspach tropikalnych, gdzie wśród sympatycznej i malowniczej
ludności miejscowej panoszyli się biali kolonizatorzy, przeważnie nieprzyjemni i
kompletnie nie akceptujący i nie rozumiejący miejscowych obyczajów. Do dziś
pamiętam, że jednym z miejsc akcji była wyspa Guvutu w Archipelagu Salomona na
Pacyfiku, zapamiętałem też tylko jeden cytat: Na Guvutu pije się nawet w
przerwach między wstawkami. Nie wiedziałem co to są te wstawki: wreszcie
zorientowałem się, że to słowo określa sytuację, w której bohaterowie są
wstawieni. Co było w tamtym czasie delikatnym eufemizmem słowa pijani.
W oryginale powieści zdanie to brzmi: Guvutu, over in the Solomons claims
that it drinks between drinks.
Długo potem przekonałem się, że egzotyki nie trzeba szukać na południowym
Pacyfiku. W początku lat 70-tych brałem udział jako wolontariusz (nie było wtedy
takiego słowa…) w Narodowym Spisie Powszechnym, będąc ankieterem w jednej z wsi
na południowy wschód od Warszawy. Ponad połowa ankietowanych nie umiała czytać
ani pisać, część dzieci miało ojców nieznanych w tym sensie, że nikt nie
wiedział, który z zamieszkujących w okolicy mężczyzn jest ich ojcem, a stale
zatrudniony nie był nikt. Znacznej części mieszkańców nie dało się spisać, bo
byli trwale pijani. Ale przynajmniej wszyscy odpytywani mówili mniej więcej po
polsku, byli nominalnymi chrześcijanami, a jedynym istotnym dla nich symbolem –
poza walającymi się po podłodze pustymi butelkami – był krzyż w każdym
mieszkaniu.
W obydwu przypadkach, i na Guvutu, i w owej Wólce nikt nie przeprowadzał
sumiennych badań etnograficznych.
Jednak prawdziwe eldorado dla takich studiów i niezwykła, fascynująca, niekiedy
przerażająca egzotyka znajduje się na wschód od Moskwy, na terenach Federacji
Rosyjskiej. Dla nas, Polaków, Rosja to jedna wielka wroga przestrzeń,
zamieszkiwana przez ludzi, których w najlepszym przypadku nie akceptujemy i nie
chcemy koło siebie. Mamy po temu powody. Ale broniąc się przed zagrażającą nam
agresją Rosji już trochę zapomnieliśmy, że choć Polacy przez 45 lat pozostawali
pod faktyczną władzą Związku Radzieckiego, to formalnie byliśmy państwem
niezależnym, członkiem Organizacji Narodów Zjednoczonych, z własnym parlamentem,
siłami zbrojnymi, kulturą, kościołem i indywidualnym rolnictwem. Wiem, że to dla
wielu dziś jest oszustwo, bo uważają, że żyliśmy wtedy w jednym wielkim łagrze.
Cóż, urodziłem się, wykształciłem, dorosłem, założyłem rodzinę i podjąłem pracę
w PRL-u i pamiętam, jak było naprawdę. Ale pamiętam też o tym, że w tym samym
czasie częściami ZSRR były Ukraina i Białoruś (formalnie – będące też osobnymi
członkami ONZ, co pomagało Sowietom w uzyskiwaniu większości w głosowaniach), że
integralną częścią Sajuza były też tak bliskie nam dziś republiki
bałtyckie, a także Kazachstan, Gruzja, Uzbekistan…
To wszystko wiemy i cieszymy się, że czternaście
dotychczasowych republik radzieckich, wchodzących przed 1991 rokiem w skład ZSRR
przynajmniej formalnie odzyskało niepodległość. Kilka wstąpiło do NATO i Unii
Europejskiej, kilka do tego aspiruje. Z pozostałej części Związku Radzieckiego
utworzono Federację Rosyjską, która choć znacznie mniejsza od ZSRR, wciąż jest
największym państwem na świecie, w skład którego wchodzi 85 podmiotów: 46
obwodów, 22 republiki, 9 krajów, 3 miasta wydzielone, 1 obwód autonomiczny i 4
okręgi autonomiczne. Jeden nazywa się nieniecki, inny –
jamalsko-nieniecki.
W Rosji (tak potocznie nazywa się Federację) obowiązuje jedenaście stref
czasowych (W USA sześć, w Chinach – jedna), jest blisko setka narodowości.
Językiem urzędowym jest rosyjski oraz czterdzieści innych – w tym nieniecki
i selkupski.
Niency i Selkupowie mieszkają po obydwu stronach uralskiej granicy między Europą
a Azją. Ich tereny – tundra, tajga, wieczna zmarzlina, koło podbiegunowe,
wielkie rzeki, nieprzebyte bagna, niewysokie góry i lasy, lasy, lasy – to obszar
zapewne trzykrotnie większy od Polski. To formalnie Rosja, a faktycznie tereny
przez Rosję skolonizowane, rządzone przez Gazprom i Łukoil. Bo tam, w okolicach
Jamalu, głęboko pod ziemią są przebogate złoża paliw kopalnych.
Sankt Petersburg i Moskwa wydają się bardzo dalekie od Krakowa, zwłaszcza teraz.
Ale w 2016 roku, kiedy ta historia się zaczyna, nie było o wiele bliżej. Tym
bardziej, że Petersburg i Moskwa to dopiero początek podróży, Ale ona nie
zaczyna się nawet w Surgucie nad Obem, w stolicy okręgu Chanty-Mansyjskiego, o
którym zapewne nikt z moich Czytelników i słuchaczy nigdy nie słyszał, dokąd
trzeba jechać parę dni pociągiem. Podróż może nie jest tak dramatycznie opisana,
jak w fantastycznej powieści Szczepana Twardocha Chołod, ale zdecydowanie
nie jest to wycieczka ekspresem „Giewont”. Pociąg zresztą jedzie dalej i gdzieś
za Uralem trzeba wysiąść, przetargać ciężki plecak do poczekalni i tam czekać aż
pogoda się poprawi, żeby mógł odlecieć śmigłowiec. Krótki postój w stolicy
okręgu, Krasnoselkupie, dagestański koniak dość smaczny i kolejny lot – do
miejsca, które nazywa się Osada między Jeziorami. Tam pierwsi Selkupowie
i Niency. Etnograf wyjmuje z plecaka fotografie kultowych figurek, jakie do
muzeów Krakowa i Oksfordu trafiły z darowizny polskich XIX-wiecznych zesłańców –
Sybiraków. To wizerunki lokalnych demonów, których stuletnia indoktrynacja
komunistyczna nie zdołała wytępić. Lasy duchów istnieją do dziś.
Kapitalny reportaż uczestniczący Andrzeja Dybczaka (ur. 1978 w Krynicy) został
właśnie ostatnio wyróżniony najważniejszą nagrodą w tej dziedzinie, noszącą imię
jednego z najwybitniejszych reporterów na świecie – Ryszarda Kapuścińskiego. Nie
ukrywam, że o Andrzeju Dybczaku przedtem nie słyszałem, ale rekomendacja, jaką
stanowiła ta nagroda sprawiła, że natychmiast ściągnąłem sobie tę książkę.
Miałem to szczęście, że Ryszarda Kapuścińskiego znałem, a nawet przez jakiś czas
był moim nauczycielem. Zawsze podziwiałem niebywały kontrast, jaki stanowiły
jego wręcz pomnikowe reportaże z sylwetką ich autora – cichego, skromnego, jakby
wycofanego i zdystansowanego zarówno do polskiej, siermiężno-socjalistycznej
wówczas rzeczywistości, jak i wobec świata, który przemierzył wzdłuż i wszerz,
opisując go w kapitalnych reportażach.
W 2016 roku, a więc już po inwazji Rosji na Krym reporter-etnograf dociera na
północ Federacji Rosyjskiej, w rejon kraju jamalskiego, gdzie mieszkają
potomkowie dawnych plemion, przemieszani z Rosjanami, Ukraińcami, Białorusinami,
w okolice Archipelagu Gułag, w miejsca, gdzie carska włast’ zsyłała
polskich partyzantów z 1830 i 1863 roku. Miejscowi traktują go schizofrenicznie
– jest dla nich zarazem wrogiem, przybyszem z Polski, którą oficjalna telewizja
przedstawia jako jednego z głównych nieprzyjaciół Rosji, może nawet amerykańskim
szpionem, ale także kimś w rodzaju medium, łącznikiem między
współczesnością z drugiej dekady XXI wieku a dawnym światem, w który wierzyli
ich przodkowie, światem systemowo niszczonym przez rosyjski imperializm
komunistyczny. Jest wywoływaczem duchów dawnej Syberii. Jednocześnie jest jakby
ich pomocnikiem w utrwalaniu – a niekiedy odkrywaniu – ich własnej, nie
stalinowsko-putinowsko- gazpromowskiej tożsamości. Nigdy nie spotyka się tam –
przynajmniej o tym nie pisze – z przejawami bezpośredniej, fizycznej agresji.
Słowna się zdarza.
Książka składa się z dwóch reportaży: tytułowego Lasu duchów i nieco
krótszej opowieści o Dziewczynie z północnego kraju, gdzie reporter szuka
śladów innych eksponatów – futer, czepców i butów ze skór miejscowych zwierząt,
także przywiezionych wiele lat temu przez polskich zesłańców, a w rzeczywistości
będących strojami ślubnymi, używanymi na dalekiej północy, na peryferiach kraju
Samojedów, tak określanych zresztą przez Rosjan, a w rzeczywistości nazywających
sami siebie Nieńcami.
W reportażach Andrzeja Dybczaka poznajemy oczywiście zupełnie inną egzotykę niż
ta, opisywana przez Jacka Londona. I nie chodzi tylko o temperaturę i krajobraz,
o to, że tubylcy zamiast chodzić nago, tylko w przepaskach biodrowych i ze
sznurkami dziwnych artefaktów na szyi, żeby przeżyć przy temperaturach poniżej
minus 50 stopni, chowają się w gęstych futrach upolowanych zwierząt, poza tym
korzystają ze smartfonów, skuterów śnieżnych Buran i koreańskich telewizorów. To
egzotyka na wskroś przeniknięta postsowiecką współczesnością. Skądinąd także
egzotyczną:
Domek Gieny i Luby stał w lesie, między sosnami o czerwonawej korze. A może
tylko tak się wydawało, bo czerwone były trzy świeżo zdarte skóry renów wiszące
niczym pranie na linie przeciągniętej między drzewami. Pod niewielkim daszkiem
jakby werandy stał przykryty folią fotel, kiedyś część jakiegoś kompletu
wypoczynkowego. Były tam jeszcze blaszane beczki z logo Gazpromu. Z dachu
sterczała antena satelitarna, a na drewnianych saniach stał przenośny generator
prądu na ropę, aktualnie milczący. Na gwoździach wbitych w ścianę wisiała cała
masa plastikowych toreb, łańcuchów do pił i innych potrzebnych albo zapomnianych
bambetli. Do domku nie prowadziła żadna droga, z wyjątkiem śladów w śniegu
odciśniętych wieczorem przez nasze sanie. Stały teraz połączone z oszronionymi
buranami, bo mróz był tęgi. Na wszystkim osiadła skrząca się w słońcu szadź.
I trochę dalej:
Nasz helikopter leciał jeszcze jakiś czas wzdłuż linii drzewnego przyboju,
żeby w końcu wykonać zwrot na południe. W polu widzenia iluminatora był już
tylko las. Wolno przesuwająca się w dole szczecina rozrzuconych w śniegu drzew.
W kabinie przeważali ludzie o śniadych twarzach i nieco skośnych oczach.
Mężczyźni, kobiety, dzieci, starzec. Podobni do Matriony, siedzącej obok mnie.
Kiedy zmienił się kierunek padania promieni słonecznych, wszyscy jak zaczarowani
przywarli do porysowanych okienek. Lustrowali ziemię, jakby rozpoznawali drogę,
jakby szukali znaków potwierdzających, że jesteśmy na właściwej.
Żeby opuścić środkowy świat, trzeba umrzeć. A kiedy człowiek umiera, to jest
tak, jakby to on żył, a wszyscy inni, dajmy na to ci drzemiący obok mnie w
żelaznej kabinie, jakby umarli. Tam czekają na człowieka przyjaciele, rodzina i
to samo co w środkowym świecie słońce. Tylko że tam dzień zaczyna się, kiedy
tutaj słońce zachodzi za horyzont.
Z wysokości huczącej maszyny widać było czerwoną kulę kryjącą się za białą
równiną. Po drugiej stronie, w dolnym świecie, w tym samym momencie podnosiłby
się brzask. Trochę mniej świetlisty, trochę bardziej zielony, bo to jest
wszystko, na co stać tam słońce. Dolny świat spowija wieczny półmrok. Dolny
świat to miejsce magii, świat duchów dobrych i złych. Tam, w dolnym świecie,
jest pieczara, w której żyje wielka pajęczyca. Z jej odwłoka snują się nici
łączące z nią każdego człowieka. Kiedy nić się przerywa, człowiek umiera.
Niedaleko pajęczycy mieszka wielka łosza. W jej łonie spoczywa cała ziemska
siła. To ona, boska łosza, każdego ranka wyrusza na niebo, na głowie niosąc
słońce. Przez dolny świat płynie siedem szamańskich rzek. Na ich brzegach
szamani ożywiają swoje bębny, odnajdują swoich pomocników. U ich ujść mogą
zostawić duszę żyjącego człowieka, jeśli chcą go ukarać. Jeśli mu jej nie
odniosą na czas, człowiek umiera. Szamańskie rzeki uchodzą do morza koloru krwi.
Na jego dnie znajduje się prawdziwy dom pramatki. Niektórzy uważają, że jest nią
Tete Imilia – Pani Podziemi – ubrana w czarną szatę. Inni nazywają ją Matką
Ognia. Ale to bez znaczenia, bo i tak chodzi o Ilyntyl kota, okrytą ciepłym
futrem, jedyną prawdziwą matkę wszystkiego. To morze jest czerwone i ogniste.
Przelewa się między żelaznymi i kamiennymi brzegami. Żelazo brzegów jest
rozpalone do czerwoności, a rozjarzone kamienie pulsują białym żarem. Mogą tam
żyć tylko ogniste jaszczury i czerwone żmije, które oddychają ogniem, piją
krwawą wodę i budują gniazda między rozpalonymi kamieniami. Ten ogień to łono
pramatki, źródło życia we wszystkich trzech światach.
Książkę czyta się świetnie, trudno się oderwać, choć najprawdopodobniej dzieła
Londona były w lekturze łatwiejsze. U laureata Nagrody Kapuścińskiego mamy do
czynienia ze światem, który na pierwszy rzut oka jest ohydny: dramatyczne
zmagania z fatalną pogodą, brutalną przyrodą, nędzą, kalectwem i przetrąconymi
kręgosłupami moralnymi są udziałem ludzi, których jedynymi czynnikami
wspólnotowymi są nieustanne przekleństwa, pijaństwo jako sposób na przeżycie i
wspomnienia czasów może nie lepszych, ale dających nadzieję w tym, co nieznane,
potężne i niekiedy pomocne. W Guvutu pili nawet w przerwach między wstawkami. W
krainach północno-zachodniej Syberii nie ma przerw.
Jeden z pierwszych książkowych reportaży Ryszarda Kapuścińskiego nosił tytuł
Kirgiz schodzi z koni (1968 r.) i opisywał życie ludzi w kaukaskich i
środkowoazjatyckich republikach Związku Radzieckiego. Jednym z ostatnich było
Imperium (1993 r.), opisujące specyfikę rządów radzieckich na ogromnym
terytorium ZSRR w połączeniu z relacją z rozpadu Związku Radzieckiego. Reportaże
Andrzeja Dybczaka pokazują postsowieckie bytowanie ludzi dalekiej północy. To
zupełnie co innego, ale czyta się znakomicie.
Interesujące uzupełnienie, a także wyjaśnienie niektórych kamuflaży
geograficznych książki można znaleźć w obszernym artykule Kolekcja
syberyjska – nowe spojrzenie, na stronie krakowskiego Muzeum
Etnograficznego, pod linkiem:
https://etnomuzeum.eu/syberia/opowiesc/las-duchow-1
Obydwie te lektury gorąco polecam!
----------------------------------------------
Andrzej Dybczak, Las duchów, Wydawnictwo Nisza, Warszawa 2024, 316 stron.
25 maja 2025