Maciej
Pinkwart
Pałac zły
Nie, stanowczo nie kupujcie
tej książki na gwiazdkowy prezent. Może nawet nie próbujcie jej czytać, gdy z
radia dobiegają łajtkristmesy czy kolędy, a z piekarnika pachnie sernik.
O bigosie nawet nie mówię – niech Pan Bóg broni mieszać bigosu z Głosem z
piekła. Bo tym razem Marek Krajewski zdecydowanie nie bierze jeńców. Ale po
świętach, a może nawet po sylwestrze bez marzeń – warto znaleźć kilka godzin na
zapoznanie się z najnowszą książką klasyka polskiego kryminału, którego
wrocławski, a może szerzej – dolnośląski background znalazł już poczesne
miejsce w literaturze, a autora wywindował na piedestał. Jednocześnie, bo
szlachectwo zobowiązuje, mistrz robi co może, żeby usprawiedliwić zupełnie
trafne określenie, nazywające go polskim Stephenem Kingiem. Bo w
twórczości Krajewskiego mamy do czynienia i z okrutnymi zbrodniami, i z dramatem
psychologicznym, i z niebanalnie przebiegającymi śledztwami, niekiedy stającymi
przed koniecznością zmierzenia się ze zjawiskami wyglądającymi na
nadprzyrodzone, i ze zdyscyplinowaną, codzienną pracą pisarską, skutkującą
corocznymi premierami nowych książek. Ba, niekiedy ukazujących się częściej niż
raz w roku.
Kiedy w 1999 r. 33-letni
wówczas filolog klasyczny, świeżo upieczony doktor Uniwersytetu Wrocławskiego i
asystent na tej uczelni opublikował swoją pierwszą powieść pod tytułem Śmierć
w Breslau, zaszokowała i poniekąd zachwyciła mnie zarówno wciągająca
narracja, jak i dokładność topograficzna – książka z gatunku czarnego
kryminału mogła z powodzeniem służyć za przewodnik po przedwojennym,
niemieckim Wrocławiu. Trochę przypominało mi to wędrowanie po warszawskich
ulicach ze Złym Leopolda Tyrmanda, książką, którą zachwycałem się pod
koniec podstawówki. A Wrocław za czasów mojej młodości był odwiecznie
polski, czy wręcz piastowski, z niewielką przerwą na Festung Breslau,
bohatersko zniszczoną przez Armię Czerwoną. Nie do pomyślenia było
opisywanie normalnego życia w niemieckim Breslau…
Na kartach tej pierwszej
powieści objawił się nam także późniejszy bohater kilkunastu książek, komisarz
kryminalny wrocławskiej policji Eberhard Mock, niewątpliwie literacki kuzyn
Philipa Marlowe’a, powołanego do życia przez klasyka gatunku, Raymonda
Chandlera. Jest równie jak Marlowe skuteczny i brutalny, tak samo chętnie gra w
szachy, a właściwie rozwiązuje problemy szachowe, ale jest od swego
amerykańskiego przodka o wiele mniej sympatyczny. Co mu zresztą nie przysparza
większej liczby wrogów, niż już i tak ma.
Ale Mock się starzeje. Marlowe
w powieściach Chandlera dobiegał 40-tki, a w powieści Krajewskiego Głos z
piekła, której akcja toczy się jesienią 1925 r., detektyw z Breslau ma 52
lata i to widać. Jednak z rekomendacji tzw. wysokich czynników dostaje do
rozpracowania sprawę tajemniczego zaginięcia młodej hrabiny, Luizy von Babbitz,
mieszkającej z mężem i nastoletnią córką w pałacyku w Czerniewicach koło
Legnicy. Owszem, zaczyna to śledztwo, ale wkrótce zostaje odwołany do innej,
prestiżowo ważniejszej sprawy – która zresztą w powieści nie ma ciągu dalszego –
a cały ciężar śledztwa spada na barki początkującego psychiatry, właściwie
jeszcze studenta przed końcowymi egzaminami, młodego człowieka po przejściach,
również rekomendowanego do Czerniewic przez rozmaitych ważniaków
policyjno-politycznych.
I dwudziestoparoletni
wychowanek sierocińca, student uniwersytetu w Tybindze, Herbert Anwaldt, musi
zmierzyć się z problemem jakoby ewidentnego opętania ledwo wchodzącej w
dorosłość Anny von Babbitz, walcząc i z demonem – by udowodnić, że takowy nie
istnieje, i z chorobą dziewczyny, i wszystkimi ludzkimi kreaturami,
zamieszkującymi w pałacyku i jego okolicy: kiepskim lekarzem-alkoholikiem,
nieskutecznym księdzem-egzorcystą, agresywnym panem domu, który nie dość, że
stracił rękę w czasie pierwszej wojny światowej, to jeszcze jest chorobliwie
zazdrosnym, agresywnym frustratem, w dodatku uzależnionym finansowo od
przyrodniego brata. A ten jest bogatym… astrologiem, współpracującym z
wrocławską policją. A nieopodal Czerniewic rozciąga się groźny las, rosnący
wokół bagien, gdzie mieszkają przedstawiciele groźnej sekty dzikogłowców,
niegdyś katolików, a teraz opętanych kultem Wotana i agresywną wersją mitologii
germańskiej. Na domiar złego w okolicach Legnicy trwa, wygasająca co prawda,
epidemia cholery…
No i Herbert staje wobec
przypadku szaleństwa, wywołanego konkretnymi powodami i skutkującego konkretnymi
działaniami. A chora dziewczyna – w okresach między atakami atrakcyjna,
sympatyczna i zastraszona przez ojca, tęskniąca do zaginionej na bagnach matki,
której śpiew po nocach rozlega się w pałacu – wywołuje w nim wspomnienie
dziewczyny, która w dawnych czasach zrujnowała mu pierwszą miłość, opodal
mieszka atrakcyjna Francuzka, nauczycielka Anny, na domiar złego psycholog,
usiłujący przeciw chorobie Anny stosować nie egzorcyzmy, tylko medycynę – został
bestialsko zamordowany przez sekciarskich szaleńców z bagien, noszących zamiast
kapeluszy wydrążone głowy zabitych dzików. W dodatku w okolicy ścierają się
różne inne dolnośląskie konflikty – między dominującymi Niemcami i biednymi
Polakami, przeważnie imigrantami z północnego-wschodu, między protestantami i
katolikami, wreszcie między rozmaitymi frakcjami politycznymi, działającymi
nawet w policji.
Jak więc widać – nie ma lekko,
ale młody adept psychiatrii do pewnego momentu daje sobie radę i wyjaśnia część
tajemnic, ale – jak to mówią – nec Hercules contra plures, czyli i
Herkules d…a, kiedy ludzi kupa. Zaczyna to wyglądać marnie i już spodziewamy
się, wbrew literackiej logice, że happy endu nie będzie i kolejny przedstawiciel
nauki polegnie w starciu z fanatyzmem, ale na szczęście Marek Krajewski
przypomina sobie o swoim głównym bohaterze. Eberhardt Mock wszelako nie wkracza
do akcji osobiście, tylko wysyła do Czerniewic swoich siepaczy, współpracujących
z nim przestępców: cherlawego elegancika i potężnego goryla, bestię w ludzkiej
skórze, który co prawda ma wyrwany język i nie może mówić, ale torturuje i
uśmierca bandytów fachowo i z wielką łatwością. Coś mi się tu kojarzy z
francuską literaturą…
Na koniec, Herbert Anwaldt w
Tybindze dochodzi do fizycznego zdrowia, mocno nadwyrężonego na czerniewickich
bagnach, ale przeżywa kryzys zawodowy, bo nie do końca jest pewien, czy jednak
za tymi wszystkimi okropnościami nie stał potężny demon. Ale starsi, mądrzejsi i
zawodowo bardziej doświadczeni ludzie przekonują go, że jednak inni szatani
byli tam czynni, a w finale profesor Constantin Oesterreich proponuje, żeby
Anwaldt został jego asystentem, a Mock – żeby został jego następcą.
I tak zyskujemy nowego
bohatera powieści Marka Krajewskiego, którego działania będziemy – zgodnie z
zapowiedzią samego autora, umieszczoną w jego mediach społecznościowych –
śledzili (to dobre tutaj słowo!) w kolejnych książkach.
Czytać? Jasne! Fabuła pod
względem kryminalnym nie jest specjalnie skomplikowana, a prawdziwą
tajemnicą nie jest ustalenie sprawców zbrodni, bo to w czarnych kryminałach
wiadomo jeśli nie od początku, to na pewno od drugiego-trzeciego rozdziału. Ale
nastrój grozy, rysowany może trochę za grubą kreską, jest świetnie
przedstawiony. Postacie bohaterów, zwłaszcza tych czarnych charakterów (niewiele
jest tych innych, choć efektowna przemiana duchowa wcześniejszego
księdza-egzorcysty jest ciekawa) są niemal komiksowe, a właściciel strasznego
pałacu, hrabia von Babbitz jest wręcz karykaturą. Ale niesłychanie ciekawe
są psychiatryczne wątki opisane w powieści, a głównie – doskonałe wyjaśnienie
opętania nastoletniej Anny.
No więc po sylwestrze – jak
najbardziej. I bez obaw: czytałem (a właściwie słuchałem audiobooka) wieczorami
i żadne demony mi się w nocy nie przyśniły. Inna rzecz, że wcześniejsze części
wieczorów spędzałem na oglądaniu publicystycznych programów komentujących
wydarzenia polityczne w Polsce i na świecie – przy których pełne grozy wypadki w
Czerniewicach z 1925 r., nawet jeśli pojawiają się w nich mordercy, szaleńcy i
demony to miła odmiana, pozwalająca na spokojny sen.
---------------------------
Marek Krajewski, Głos z
piekła, Wydawnictwo Znak, Kraków 2025, 416 stron