Maciej
Pinkwart
Liczytrupa
12 października 2025
Zawsze uwielbiałem grube książki, a najbardziej wielotomowe cykle powieściowe.
Jak na przykład trzytomowe Winnetou
Karola Maya, przedłużone potem również trzytomową kontynuacją pt.
Old Surehand.
Pochłonąłem oczywiście wszystkie części epopei
Trzech muszkieterów
i Wicehrabiego de Bragelonne
Alexandra Dumasa, zaczytywałem się
nawet w Sadze rodu Forsythów
Johna Galsworthy’ego. Lubiłem też, rzecz jasna, powieści o losach tych samych
bohaterów w różnych okolicznościach – zacząłem zdaje się od
Kubusia Puchatka
Alexandra Milne’a, pochłonąłem wszystko co Arthur Conan-Doyle napisał o
Sherlocku Holmesie (a przy okazji o profesorze Challengerze w
Zaginionym świecie
i
Trującym
paśmie), Agathę Christie znałem na
pamięć – powieści z Herculesem Poirotem i z panną Jane Marple.
Stąd też ucieszyłem się szalenie,
kiedy dostałem od przyjaciela (dzięki, Leszku!) trzy powieści Sławomira
Gortycha, których kryminalna akcja rozgrywa się w scenerii karkonoskich
schronisk. Ale minęło kilka miesięcy, zanim mogłem się do nich zabrać. Zwłoki
(świetne słowo w odniesieniu do kryminałów!) w tej akurat lekturze nie mogłem
uniknąć, bo była ona spowodowana rozmaitymi czynnikami zewnętrznymi – a może
przeczuciem, żeby z zapoznaniem się z dziełami, które w międzyczasie zyskały
status bestsellerów, się nie spieszyć. No i miałem rację, bo ostatnio ukazała
się czwarta schroniskowa powieść Gortycha, a ja wreszcie odrobiłem się z innymi
pracami i mogłem zabrać się za kryminały karkonoskie. Przeczytałem je może nie
jednym, ale czterema tchami,
co już jest w zasadzie kwintesencją recenzji.
Słówko o autorze: Sławomir Gortych ma
27 lat, jest z wykształcenia i z zawodu dentystą, mieszka w Bolesławcu, zdobył
wiele prestiżowych tytułów i nagród, odbywa rocznie kilkadziesiąt spotkań
autorskich w całym kraju, ale oczywiście najwięcej fanów (przypuszczam też, że
nie tylko fanów) ma na Dolnym Śląsku.
Na początku od razu przyznaję, że
Karkonoszy (najwyższego pasma Sudetów) nie znam, Śnieżkę widziałem tylko w
telewizji, do Karpacza ani do Jeleniej Góry nie dojechałem, a poza Tatrami nigdy
nie byłem w żadnym schronisku. Nawet w schronisku dla psów. No, ale na Baker
Street 221 b też nigdy nie byłem, ani w Styles, ani nawet w Diablej Grocie koło
Norford Manor w Suffolk – co nie przeszkodziło mi zachwycać się powieściami
Arthura Conan-Doyle’a, Agathy Christie czy Joe Alexa.
Był piątek, kiedy
otworzyłem Schronisko, które
przestało istnieć.
Na początku mnie odrzuciło. Wyglądało
na to, że będzie to powieść wojenna, w której
Schwarzcharakter
zaprezentowany jest w pierwszym rozdziale i jest nim ohydny SS-man. Ale
bynajmniej tak nie było. Karkonosze i cały tamten rejon Dolnego Śląska to teren,
do którego bezpośrednie działania wojenne nie dotarły, Niemcy – po
spacyfikowaniu Czechosłowacji, która zajmuje południową stronę gór – czuli się
tam całkiem bezpiecznie aż do momentu, w którym się okazało, że zwycięskie
mocarstwa zadecydowały, iż Dolny Śląsk po wojnie dostanie się Polsce. Północna
część Karkonoszy też, wraz z całą tamtejszą infrastrukturą turystyczną, w tym
schroniskami. Zaczął się proces wysiedlania Niemców i przejmowania tych terenów
przez Polaków, poprzedzony okupacją wojsk radzieckich. Ale w Karkonoszach – nie
tylko tam – pozostał Werwolf: dywersyjna organizacja niemiecka, jeszcze długo po
wojnie terroryzująca nowych osadników. A za granicą byli Czesi, z którymi
relacje też układały się różnie.
Jednak głównymi bohaterami wszystkich
czterech powieści Gortycha są współcześni Polacy, zamieszkali na Dolnym Śląsku,
lub przebywający tam sezonowo. Akcja toczy się w kilku planach czasowych – pod
koniec II wojny, kilka lat po niej, w początkach polskiej transformacji (lata
90.) i w pierwszej dekadzie XXI wieku. Ponieważ narracja jest bardzo płynna, a
akcja szybka i niezwykle wciągająca, trzeba bardzo uważać, w którym czasie
właśnie jesteśmy – ułatwiają to tytuły podrozdziałów, tworzone przez daty i
miejsca akcji.
Stare grzechy rzucają długie cienie
– jak brzmi motto jednego z rozdziałów, w którym autor cytuje zdanie z powieści
Słonie mają dobrą pamięć
Agathy Christie. Jednak treścią cyklu są nie tylko zbrodnie z czasów wojny czy z
powojennych czasów Werwolfu, także z lat PRL-u, z okresu transformacji i z lat
2004-2008. Choć prawdę powiedziawszy, tu wszystko się z sobą łączy i nawzajem
wywiera na siebie wpływ. Na ogół – dramatyczny.
Naturalnie, nie ujawnię o jakich to
zbrodniach opowiada saga Sławka Gortycha. Przepraszam za tę familiarność – nie
znamy się, ale tak każe o sobie mówić autor, takie zdrobnienie umieszczając na
okładkach swoich powieści. Najpierw żachnąłem się na tę infantylność, ale potem
przypomniałem sobie, że takie zdrobnienia teraz (a właściwie to już od dawna)
obowiązują nie tylko w świecie twórczości, ale nawet w polityce: w końcu, do
niedawna o polskim ministrze spraw zagranicznych mówiło się i pisało
Radek
Sikorski, poprzednich prezydentów USA znaliśmy jako
Joe
(a nie Josepha) Bidena czy Billa
(a nie Williama) Clintona… No i były powieści
Joe,
a nie Josepha Alexa… Sam zresztą wolę, jak do mnie mówią
panie Maćku,
niż Macieju…
W pierwszym tomie głównym bohaterem, a
zarazem p.o. detektywa jest Maksymilian (Maks) Rajczakowski, który mógłby być
uważany za alter ego autora, bo tak jak Gortych jest młodym stomatologiem. Jest
jednym ze spadkobierców zmarłego w tajemniczych okolicznościach właściciela
schroniska „Nad Śnieżnymi Kotłami” (dziś jest tam Radiowo-Telewizyjny Ośrodek
Nadawczy). W drugim tomie Maks dalej jest ważny, ale bohaterką jest kierowniczka
pobliskiego schroniska „Odrodzenie”, Justyna Skała. W trzecim i czwartym inne
schroniska („Strzecha Akademicka” i „Nad Łomniczką”) są istotnymi, choć
niejedynymi miejscami akcji, ale pojawia się nowy bohater – i pewno nowe alter
ego autora – pisarz, autor kryminałów Tomasz Wilczur. To głównie jego przygody,
a poniekąd także śledztwo będą osią akcji tomów trzeciego i czwartego.
Mężczyzn w powieściach jest więcej,
ale kobiety – jak się pojawiają – są dzielne i odważne. A chłopaki u Gortycha
ciągle płaczą. Ja wiem, że to teraz modne, żeby w ramach równouprawnienia
przydawać mężczyznom prawo do delikatności i gwałtownych emocji, nie tylko
agresywnych, ale wydaje mi się tego trochę za dużo – nie dlatego, żeby faceci w
schroniskowych powieściach nie mieli powodu do płaczu, ale przez to upodabniają
się nieco do siebie uczuciowo. Cóż, może to po prostu zasada równowagi:
negatywni bohaterowie są tu tak źli, że pozytywni – a z nimi zapewne też
czytelnicy – muszą to jakoś odreagować. Choćby płaczem.
Akcja biegnie szybko, a wydarzenia są
tak realistycznie przedstawione, że ze sporym zdziwieniem czytałem potem w
rozdziale kończącym każdy z tomów (Posłowie,
czyli co wydarzyło się naprawdę, a co jest tylko fikcją),
jak wiele spraw to kreacja autora, w tym – zupełnie odchodząca od
rzeczywistości, a nawet tworząca nową. Wolno to robić, oczywiście, ale dobrze,
że na końcu można trochę ochłonąć i wrócić do realiów.
A te są także ogromnie ciekawe. Rejon
Karkonoszy i ich podnóża to szalenie interesujący i niezwykły teren. Tym
bardziej denerwujące są próby turystycznej czy usługowej
urawniłowki,
gdzie inwestorzy usiłują z Karkonoszy zrobić
małe Tatry,
a z okolicznych miejscowości –
małe Zakopane, czy choćby
Bukowinę. Podzielam tu irytację autora, który jednym z negatywnych bohaterów
czwartego (najbardziej jak dotąd skomplikowanego i by tak rzec – krwawego) tomu
uczynił chamskiego górala z Zakopanego – Henryka Gąsienicę, bezwzględnego
inwestora i kapitalistę.
W czwartym tomie pisarz Wilczur, na co
dzień mieszkający we Wrocławiu, rozmawia z lokalnym, jeleniogórskim
dziennikarzem:
Zrobili remont, przez który zupełnie
zatracono oryginalny charakter budynku. Okleili budynek reklamami „tanie
jedzenie”, w środku wystrój na siłę zakopiański, na ścianach wyszywanki z
tańczącymi góralami, kelnerki w strojach podhalańskich, wszędzie ciupagi. I
oczywiście w jadłospisie kwaśnica po góralsku, bryndza, oscypki z żurawiną… A
najgorsze jest to, że w ten sposób „edukują” kolejne pokolenia turystów. Ci
przyjeżdżają w nasze góry, widzą wszędzie podhalański styl i myślą, że
Karkonosze to taka biedna, podrobiona wersja Tatr, bez własnej duszy. […] I
jeszcze nazwa tamtego przybytku....
- Dawaj, aż jestem ciekawy! – Wilczur się
ożywił.
- No to uważaj. Biesiadne Koryto u
Janosika.
No właśnie. Znamy to, niestety, nie
tylko z Karkonoszy – pseudogóralszczyzna jest w zasadzie wszechobecna, od Tatr
po Bałtyk i od Suwałk po Jelenią Górę. Antyzakopiańska irytacja Gortycha
przejawia się i w tym, że autorowi ważnych komentarzy pod internetowymi
artykułami na temat lokalnych morderstw nadaje nick
Stary Góral.
Notabene, jest to pierwszy znany mi przykład wykorzystania tej formy
paraliterackiej w kryminale.
Dla mnie – ale to z pewnością moje
indywidualne, nie zamierzone przez autora skojarzenie – z Zakopanem i tutejszym
dziennikarstwem kojarzy się zarówno sposób funkcjonowania lokalnych mediów
(„Nasza Jelenia Góra”, w wersji papierowej i 24-godzinnej internetowej), jak i
nazwisko jej głównego reportera: Maciej Pałasiński…
Co i raz w
powieściach Gortycha pojawiają się doskonałe i niezwykle poetyckie opisy
karkonoskiej przyrody, widoków górskich i tamtejszej niespotykanej gdzie indziej
pogody: deszcz, śnieg, mgła, chmury, wiatr, lawiny – te klimatyczne relacje
tworzą też niezwykły klimat narracji. Podobnie jak pojawiające się często
odniesienia do miejscowych legend, w tym do Ducha Gór, przez Niemców zwanego
Rübezahlem, przez Czechów Krkonošem, a przez Polaków najczęściej Liczyrzepą,
czego szatański starzec podobno okropnie nie lubi. Pewno dlatego, że kojarzy się
to z Liczykrupą, czyli skąpcem, a co jak co, ale Starzec Gór jest nader szczodry
w oferowaniu bywalcom Karkonoszy rozmaitych przeżyć. Lub –
nieprzeżyć…
Te opisy przyrody, aluzje do sił
nadprzyrodzonych i wspomnienia dramatów wojennych i powojennych mają zapewne być
i kontrapunktem, i uzasadnieniem dramatów, litrów przelewanej krwi i faktu, że w
każdym z tomów (szczególnie pierwszym i czwartym) trup ściele się tak gęsto, że
gdybym był karkonoskim turystą, oglądałbym się za siebie przy każdym drzewie,
przy każdym poniemieckim bunkrze i poczeskiej
baudzie
i pewno wzdychałbym z ulgą, że w
naskich Tatrach, choć biznesmenów
w rodzaju Henryka Gąsienicy jest na Podhalu mnóstwo, jednak w samych górach –
jeśli są ofiary w większej liczbie – to znacznie rzadziej ich sprawcami są
ludzie, a znacznie częściej same góry. A może duch gór, tutaj na pewno nie
nazywany Liczyrzepą.
Pierwsze trzy powieści wydało
zasłużone Wydawnictwo Dolnośląskie i autor w
Podziękowaniach
gorąco wyraża mu wdzięczność. W 2025 roku, gdy wychodzi czwarta powieść, wydawcą
jest W.A.B., ale autor, choć dziękuje wielu osobom i instytucjom – jak pisze:
z głębi karkonoskiego serca
– o zmianie wydawcy i jej przyczynach nie wspomina ani słowem, W.A.B-owi też nie
dziękuje… Ciekawe.
Jak wspomniałem, był piątek, kiedy
otworzyłem Schronisko, które
przestało istnieć. Może nie
uwierzycie, ale był wtorek, kiedy zamknąłem
Schronisko, które zostało zapomniane.
Naprawdę z trudem odrywałem się od lektury do spraw życiowych i domowych, ale
mimo wszystko je także musiałem odpracować. Trzeba też było trochę spać i dać
odpocząć oczom. Było to bądź co bądź przeszło 1600 stron. Przestrzegam: jak już
zaczniecie to czytać, najlepiej żebyście mieli pod ręką jedzenie, picie i
telefon, bo naprawdę trudno jest przerwać lekturę. Aha, może lepiej zacząć
czytać bez zwłoki, bo coś mi się wydaje, że Sławomir Gortych w przyszłym roku
znów nas zmusi do intelektualnej obdukcji kolejnych zwłok przy którymś ze
schronisk w Karkonoszach. Czego mu – i sobie oczywiście – życzę.
-------------------
Sławek Gortych, Schronisko, które przestało istnieć,
seria: Ślady zbrodni,
Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław
2022, 361 stron.
Sławek Gortych, Schronisko, które przetrwało,
seria:
Ślady zbrodni, Wydawnictwo
Dolnośląskie, Wrocław 2023, 445 stron.
Sławek Gortych, Schronisko, które spowijał mrok,
seria:
Ślady zbrodni, Wydawnictwo
Dolnośląskie, Wrocław 2024, 397 stron.
Sławek Gortych, Schronisko, które zostało zapomniane,
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa
2025, 447 stron.