Maciej Pinkwart

Zakochany profesor Langdon

21 września 2025

TUTAJ wersja audio

 

Rzadko mi się zdarza kupować książki w pierwszym dniu ich obrotu w Polsce. Ale na premierę nowej powieści Dana Browna czekałem niecierpliwie do 9 września tego roku, tego dnia kupiłem, szybko dostałem i w dwa dni przeczytałem. W osiem lat po publikacji rewelacyjnego Początku znów dostajemy do ręki kapitalny thriller, tym razem z zupełnie nowymi wątkami, o mocnym podłożu filozoficznym, biologicznym i psychologicznym. Najnowsza powieść to gotowy scenariusz filmowy, co jest oczywiście zarówno jej zaletą, jak i wadą. Jest to już w tej chwili światowy bestseller – reprezentujący wszystkie zalety prozy Browna i wszystkie jej wady, ale – by tak rzec – obu tych cech jest jakby więcej. Z punktu widzenia zależności między Brownem, Bogiem i Wszechświatem Początek jest ważniejszy, ale Tajemnica tajemnic (bo taki tytuł ma obecny przebój książkowy) jest może bardziej ezoteryczna, bardziej psychologiczna i próbująca odpowiedzieć na więcej egzystencjalnych pytań niż wszystko to, co Brown napisał dotychczas. W dodatku – powieść utrzymana jest w absolutnie współczesnej konwencji, a ważną częścią akcji jest masowa komunikacja – i inwigilacja – internetowa, wszechobecna sztuczna inteligencja i problemy, które niesie dzisiejsza rzeczywistość. Skądinąd wątpię, czy monitoring i rozpoznawanie twarzy wszystkich przechodniów w Pradze czeskiej działa tak samo totalnie, jak podobno w Pekinie. O Pradze jeszcze będzie.

Po kolei, bo rewelacji w Tajemnicy tajemnic jest więcej. Główny bohater powieści Robert Langdon, profesor wykładający na Harvardzie historię sztuki w dziedzinie symboli i kultów religijnych, po raz pierwszy jest zakochany. Do tej pory, w poprzednich powieściach, był w relacjach z kobietami dość wstrzemięźliwy, wycofany i trochę infantylny. Aż tu nagle profesor – już zdecydowanie nie młodzieniaszek, ale w świetnej kondycji fizycznej (codzienne pływanie, bieganie i inne treningi) pojawia się na scenie w momencie, gdy jego blisko dwudziestoletnia znajomość, może nawet przyjaźń z koleżanką z czasów kiedy studiował w Princeton, trochę odeń starszą specjalistką w dziedzinie noetyki i neurologii, doktor Katheriną Solomon dość nieoczekiwanie zamienia się w romans. Katherinę czytelnicy Browna już znają: była jedną z bohaterek wydanej w 2009 roku powieści Zaginiony symbol, ale wówczas po prostu współpracowali i ze średnio dobrym skutkiem walczyli z terrorystami oraz okropną dyrektorką CIA, japońskiego pochodzenia zresztą.  Tu znajomość znacznie się pogłębia, i to niejako z inicjatywy naukowczyni, która ma wygłosić prestiżowy wykład dla międzynarodowej publiczności i zaprasza Langdona, by jej towarzyszył jako naukowy partner. Ten nie wie, dlaczego to jego spotyka taki zaszczyt:

- Jesteś pewna, że na galowej kolacji chcesz dodatku w postaci znawcy symboli?

- Prosiłam Clooneya, ale akurat oddał smoking do pralni.

Wykład odbywa się w reprezentacyjnej Sali Władysławowskiej na zamku praskim. Tak, na Hradczanach. Bo tym razem miejscem akcji powieści Browna nie jest Paryż, Rzym, Waszyngton, Florencja, Stambuł, Bilbao czy Barcelona, tylko czeska Praga, gdzie rozgrywają się sceny dramatyczne i wstrząsające, a tłem wielowątkowej opowieści jest stolica naszych południowych sąsiadów, jej niezwykłe zabytki i niepowtarzalna atmosfera tego miasta. Trochę przypomina to także dynamicznie pokazaną – choć w nieco bardziej historycznym aspekcie – scenerię powieści Umberta Eco Cmentarz w Pradze.

W jednym z wywiadów prasowych, promujących nową powieść („Wyborcza” z 9 września 2025, Wojciech Szot) Dan Brown mówił, że przez jakiś czas myślał, żeby umieścić akcję swojej powieści w Warszawie, albo lepiej w Krakowie, ale zdecydował się na Pragę. No, niewykluczone, że w przyszłości…

 Noetyka to – jak wyjaśnia w czasie wykładu Katherine – nauka zajmująca się badaniami nad świadomością. Wykład w Pradze badaczka poświęca w pewnej mierze głównym tematom książki, jaką właśnie przygotowuje do publikacji. Będzie ona przedstawiać wynik zarówno jej rozważań teoretycznych, jak i doświadczeń naukowych, mających udowodnić, że ludzka świadomość nie jest zjawiskiem istniejącym jedynie wewnątrz mózgu, tylko jest procesem polegającym na pobieraniu z przestrzeni wiedzy, filtrowanej na potrzeby konkretnego człowieka przez pewne procesy chemiczne, uczynniające działalność synaps i neuronów. Katherine podaje jako ilustrację tych procesów korzystanie z materiałów filmowych, muzycznych czy jakichkolwiek innych istniejących w światowej sieci internetowej, które w procesie streamingu czy poprzez pobieranie z chmury wykorzystujemy dla własnych celów. Wszechświat jest oceanem informacji, a nasz mózg ma ograniczoną pojemność, stąd konieczność wybierania. Dokonują tego owe chemiczne filtry, wytwarzane przez mózg w mniejszej lub większej ilości. W starym, analogowym radiu był cały świat, ale przy pomocy pokrętła potencjometru wybieraliśmy do słuchania jedną stację. Z całego spektrum fal elektromagnetycznych nasz mózg pobiera przy pomocy sensorów w oczach tylko te, które nam są niezbędne do widzenia – podczerwieni, nadfioletu, promieni X i tak dalej – nie widzimy. A inne zwierzęta widzą. Tak samo jak nie słyszymy ultradźwięków – a nietoperze, owady, nawet nasze psy – słyszą. Podobnie z infradźwiękami – tylko niektórzy ludzie słyszą najniższą nutę, zapisaną w partyturze muzycznej – o ile dobrze pamiętam, jest to 16-hercowy dźwięk w Toccacie i fudze d-moll (BWV 565) Jana Sebastiana Bacha.

Niekiedy działanie owych chemicznych filtrów zostaje z tych czy innych powodów ograniczone i wtedy do mózgu dostaje się znacznie więcej informacji zewnętrznych niż zwykle, powodując że ujawniają się inne, nowe, nieoczekiwane możliwości, zdolności czy wiedza: zdarza się to po niektórych wypadkach, w czasie ataków epileptycznych, w snach, podczas medytacji, u proroków czy szamanów, po zażyciu niektórych psychodelików i w czasie śmierci klinicznej. Zapewne także poza tym ostatecznym progiem, który wcale nie musi być ostateczny. To także szeroko znane i opisywane przypadki udanej telepatii, prekognicji, postrzegania pozazmysłowego i wszystko to, co standardowi naukowcy z oburzeniem odrzucają, nadając tym zjawiskom etykietę szarlatanerii, paranauki czy widząc w tym zwykłe oszustwo. Często mają rację. Ale nie zawsze. Doktor Solomon bada te zjawiska i dochodzi do naukowych konkluzji.

Jest jednak w przygotowywanej książce jeszcze coś, co powoduje, że tajne służby amerykańskie stawiają sobie za cel zniszczenie tekstu jeszcze przed publikacją i uniemożliwienie popularyzacji tego tematu.

A cała ta wojna toczy się w Pradze dlatego, że tam właśnie Amerykanie zbudowali tajne laboratorium, którego celem jest wykorzystanie pewnych możliwości ludzkiego mózgu dla walki z przeciwnikami USA. Jak wiadomo, agenci CIA nie są ludźmi o delikatnych manierach i gołębich sercach, ale naprzeciw nim  – jak się okazuje – staje  nie tylko piękna noetyczka i wysoce erudycyjny historyk sztuki z Harvardu, ale także tajemnicze i bezwzględne siły, sięgające do tradycji religijnych i kulturowych.

Uwaga: tym razem powieść Browna nie uderza w zasady religijne ani święte osoby czy przedmioty kultu – biskupi, prezbiterzy, imamowie, a nawet rabini mogą spać spokojnie albo oddać się lekturze, podobnie jak wszyscy, którzy mają wystarczająco silne nerwy i świadomość, że jak już zaczną, trudno im będzie się oderwać, na czym mogą ucierpieć obowiązki osobiste i zawodowe. Ja bez wahania wyrwałem z życiorysu sporą część soboty i niedzieli. I tylko przez rozum robiłem sobie przerwy w czytaniu, niezbędne na sen, sprawy domowe i inne konieczności życiowe.

W poprzedniej powieści Browna, Początku, zainteresowało mnie przede wszystkim merytoryczne przesłanie dzieła (czemu dałem wyraz w jednej z recenzji http://www.pinkwart.pl/recenzje/lektury/2017/Eksmisja_Boga.htm). Tutaj bardziej wciągająca jest niezwykle dynamiczna akcja, z ciekawymi zwrotami i suspensami. Czytać? Oczywiście, czytać – i to szybko, zanim Hollywood przerobi to na kolejny filmowy bestseller, w którym profesora Langdona znów skarykaturuje Tom Hanks. Niewykluczone, że profesorkę Solomon zagra Meryl Strip, a wtedy nie pozostanie nam nic innego, jak z okna praskiego hotelu „Four Seasons” skoczyć wprost w nurt Wełtawy, co Langdonowi, z powodu swych pływackich talentów mającemu na Harvardzie pseudonim „Delfin”, nie przyniosło nawet kataru, mimo że akcja powieści toczy się w ciągu dwóch zimowych dni z mrozem i śniegiem (białe niedźwiedzie nie chodzą po ulicach, ale inne dziwne stwory i owszem), które dla trzęsących się z zimna od czeskiego mrozu amerykańskich bohaterów są równie okrutne, jak dla Czechów, czekających na lepsze czasy na przystanku Alaska.

Jednym z ciekawszych wątków – chyba jednak trochę przerysowanych przez Browna – są relacje między władzami czeskimi a władzami USA, reprezentowanymi przez ambasadorkę i szefów CIA. Otóż wygląda na to, że USA rządzą teraz w Pradze tak, jak kiedyś w tejże Pradze rządził ZSRR, i to niemal tymi samymi metodami. Chyba to lekka przesada. Cóż, może jednak szkoda, że akcja powieści Tajemnica tajemnic Dana Browna usytuowana została w czeskiej Pradze, a nie na Pradze warszawskiej. Wtedy takie opisy, jak żołnierze marines, rozstawiający po kątach służby czeskie oraz ambasadorka USA, wydająca rozkazy wszystkim – od czeskich recepcjonistów hotelowych po władze miasta byłyby bardziej wiarygodne.

Mimo rozmaitych okropności, a nawet padających gęsto trupów – miłość oczywiście zwycięża, czego skutkiem jest to, że profesor Robert Langdon pod wpływem starszej od siebie, ale bardzo pięknej, stylowej i mądrej doktor Solomon zmienia dzwonek budzika w swoim telefonie, zastępując banalny Poranek Edvarda Griega jeszcze banalniejszym Bolerem Maurice’a Ravela, które podobno jest najsilniejszym symbolem seksualnym w światowej muzyce. Ech, to ostinato bębenków…

I jeszcze post scriptum: temat doktoratu Katherine, rozwinięty potem w książce o największej tajemnicy życia, którą to książkę chce za wszelką cenę zniszczyć CIA – to poniekąd plagiat. Nieświadomy, rzecz jasna. Podczas lektury przypomniałem sobie, że to zjawisko i próbę jego naukowego zbadania szczegółowo, choć o wiele bardziej syntetycznie opisał – któż by inny? – nasz genialny Stanisław Lem i opublikował w nieznanym zapewne większości z Państwa opowiadaniu Formuła Lymphatera (S. Lem, Opowiadania, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1969, s. 208-235, pierwodruk w Księdze robotów z 1961 r.). Tu także katalizator chemiczny uwalnia w mózgu dostęp do wszechwiedzy – świadomości zewnętrznej.

Ale to tylko dygresja, oczywista u zagorzałego lemofana.

--------------------------------

Dan Brown (właśc. Daniel Gerhard Brown), Tajemnica tajemnic, tłumaczenie Paweł Cichawa, Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2025, 702 strony.

Inne komentarze i recenzje