Maciej
Pinkwart
Zakochany profesor Langdon
Rzadko mi się zdarza kupować książki w pierwszym dniu ich obrotu w Polsce. Ale
na premierę nowej powieści Dana Browna czekałem niecierpliwie do 9 września tego
roku, tego dnia kupiłem, szybko dostałem i w dwa dni przeczytałem. W osiem lat
po publikacji rewelacyjnego Początku znów dostajemy do ręki kapitalny
thriller, tym razem z zupełnie nowymi wątkami, o mocnym podłożu filozoficznym,
biologicznym i psychologicznym. Najnowsza powieść to gotowy scenariusz filmowy,
co jest oczywiście zarówno jej zaletą, jak i wadą. Jest to już w tej chwili
światowy bestseller – reprezentujący wszystkie zalety prozy Browna i wszystkie
jej wady, ale – by tak rzec – obu tych cech jest jakby więcej. Z punktu widzenia
zależności między Brownem, Bogiem i Wszechświatem Początek jest
ważniejszy, ale Tajemnica tajemnic (bo taki tytuł ma obecny przebój
książkowy) jest może bardziej ezoteryczna, bardziej psychologiczna i próbująca
odpowiedzieć na więcej egzystencjalnych pytań niż wszystko to, co Brown napisał
dotychczas. W dodatku – powieść utrzymana jest w absolutnie współczesnej
konwencji, a ważną częścią akcji jest masowa komunikacja – i inwigilacja –
internetowa, wszechobecna sztuczna inteligencja i problemy, które niesie
dzisiejsza rzeczywistość. Skądinąd wątpię, czy monitoring i rozpoznawanie twarzy
wszystkich przechodniów w Pradze czeskiej działa tak samo totalnie, jak podobno
w Pekinie. O Pradze jeszcze będzie.
Po kolei, bo rewelacji w Tajemnicy tajemnic jest więcej. Główny bohater
powieści Robert Langdon, profesor wykładający na Harvardzie historię sztuki w
dziedzinie symboli i kultów religijnych, po raz pierwszy jest zakochany. Do tej
pory, w poprzednich powieściach, był w relacjach z kobietami dość
wstrzemięźliwy, wycofany i trochę infantylny. Aż tu nagle profesor – już
zdecydowanie nie młodzieniaszek, ale w świetnej kondycji fizycznej (codzienne
pływanie, bieganie i inne treningi) pojawia się na scenie w momencie, gdy jego
blisko dwudziestoletnia znajomość, może nawet przyjaźń z koleżanką z czasów
kiedy studiował w Princeton, trochę odeń starszą specjalistką w dziedzinie
noetyki i neurologii, doktor Katheriną Solomon dość nieoczekiwanie zamienia się
w romans. Katherinę czytelnicy Browna już znają: była jedną z bohaterek wydanej
w 2009 roku powieści Zaginiony symbol, ale wówczas po prostu
współpracowali i ze średnio dobrym skutkiem walczyli z terrorystami oraz okropną
dyrektorką CIA, japońskiego pochodzenia zresztą.
Tu znajomość znacznie się pogłębia,
i to niejako z inicjatywy naukowczyni, która ma wygłosić prestiżowy wykład dla
międzynarodowej publiczności i zaprasza Langdona, by jej towarzyszył jako
naukowy partner. Ten nie wie, dlaczego to jego spotyka taki zaszczyt:
- Jesteś pewna, że na galowej kolacji chcesz dodatku w postaci znawcy
symboli?
- Prosiłam Clooneya, ale akurat oddał smoking do pralni.
Wykład odbywa się w reprezentacyjnej Sali Władysławowskiej na zamku praskim.
Tak, na Hradczanach. Bo tym razem miejscem akcji powieści Browna nie jest Paryż,
Rzym, Waszyngton, Florencja, Stambuł, Bilbao czy Barcelona, tylko czeska Praga,
gdzie rozgrywają się sceny dramatyczne i wstrząsające, a tłem wielowątkowej
opowieści jest stolica naszych południowych sąsiadów, jej niezwykłe zabytki i
niepowtarzalna atmosfera tego miasta. Trochę przypomina to także dynamicznie
pokazaną – choć w nieco bardziej historycznym aspekcie – scenerię powieści
Umberta Eco Cmentarz w Pradze.
W jednym z wywiadów prasowych,
promujących nową powieść („Wyborcza” z 9 września 2025, Wojciech Szot) Dan Brown
mówił, że przez jakiś czas myślał, żeby umieścić akcję swojej powieści w
Warszawie, albo lepiej w Krakowie, ale zdecydował się na Pragę. No,
niewykluczone, że w przyszłości…
Noetyka
to – jak wyjaśnia w czasie wykładu Katherine – nauka zajmująca się badaniami nad
świadomością. Wykład w Pradze badaczka poświęca w pewnej mierze głównym tematom
książki, jaką właśnie przygotowuje do publikacji. Będzie ona przedstawiać wynik
zarówno jej rozważań teoretycznych, jak i doświadczeń naukowych, mających
udowodnić, że ludzka świadomość nie jest zjawiskiem istniejącym jedynie wewnątrz
mózgu, tylko jest procesem polegającym na pobieraniu z przestrzeni wiedzy,
filtrowanej na potrzeby konkretnego człowieka przez pewne procesy chemiczne,
uczynniające działalność synaps i neuronów. Katherine podaje jako ilustrację
tych procesów korzystanie z materiałów filmowych, muzycznych czy jakichkolwiek
innych istniejących w światowej sieci internetowej, które w procesie streamingu
czy poprzez pobieranie z chmury wykorzystujemy dla własnych celów. Wszechświat
jest oceanem informacji, a nasz mózg ma ograniczoną pojemność, stąd konieczność
wybierania. Dokonują tego owe chemiczne filtry, wytwarzane przez mózg w
mniejszej lub większej ilości. W starym, analogowym radiu był cały świat, ale
przy pomocy pokrętła potencjometru wybieraliśmy do słuchania jedną stację. Z
całego spektrum fal elektromagnetycznych nasz mózg pobiera przy pomocy sensorów
w oczach tylko te, które nam są niezbędne do widzenia – podczerwieni,
nadfioletu, promieni X i tak dalej – nie widzimy. A inne zwierzęta widzą. Tak
samo jak nie słyszymy ultradźwięków – a nietoperze, owady, nawet nasze psy –
słyszą. Podobnie z infradźwiękami – tylko niektórzy ludzie słyszą najniższą
nutę, zapisaną w partyturze muzycznej – o ile dobrze pamiętam, jest to
16-hercowy dźwięk w Toccacie i fudze d-moll (BWV 565) Jana Sebastiana Bacha.
Niekiedy działanie owych chemicznych
filtrów zostaje z tych czy innych powodów ograniczone i wtedy do mózgu dostaje
się znacznie więcej informacji zewnętrznych niż zwykle, powodując że ujawniają
się inne, nowe, nieoczekiwane możliwości, zdolności czy wiedza: zdarza się to po
niektórych wypadkach, w czasie ataków epileptycznych, w snach, podczas
medytacji, u proroków czy szamanów, po zażyciu niektórych psychodelików i w
czasie śmierci klinicznej. Zapewne także poza tym ostatecznym progiem, który
wcale nie musi być ostateczny. To także szeroko znane i opisywane przypadki
udanej telepatii, prekognicji, postrzegania pozazmysłowego i wszystko to, co
standardowi naukowcy z oburzeniem odrzucają, nadając tym zjawiskom etykietę
szarlatanerii, paranauki czy widząc w tym zwykłe oszustwo. Często mają rację.
Ale nie zawsze. Doktor Solomon bada te zjawiska i dochodzi do naukowych
konkluzji.
Jest jednak w przygotowywanej książce
jeszcze coś, co powoduje, że tajne służby amerykańskie stawiają sobie za cel
zniszczenie tekstu jeszcze przed publikacją i uniemożliwienie popularyzacji tego
tematu.
A cała ta wojna toczy się w Pradze
dlatego, że tam właśnie Amerykanie zbudowali tajne laboratorium, którego celem
jest wykorzystanie pewnych możliwości ludzkiego mózgu dla walki z przeciwnikami
USA. Jak wiadomo, agenci CIA nie są ludźmi o delikatnych manierach i gołębich
sercach, ale naprzeciw nim – jak
się okazuje – staje nie tylko piękna
noetyczka i wysoce erudycyjny historyk sztuki z Harvardu, ale także tajemnicze i
bezwzględne siły, sięgające do tradycji religijnych i kulturowych.
Uwaga: tym razem powieść Browna nie
uderza w zasady religijne ani święte osoby czy przedmioty kultu – biskupi,
prezbiterzy, imamowie, a nawet rabini mogą spać spokojnie albo oddać się
lekturze, podobnie jak wszyscy, którzy mają wystarczająco silne nerwy i
świadomość, że jak już zaczną, trudno im będzie się oderwać, na czym mogą
ucierpieć obowiązki osobiste i zawodowe. Ja bez wahania wyrwałem z życiorysu
sporą część soboty i niedzieli. I tylko przez rozum robiłem sobie przerwy w
czytaniu, niezbędne na sen, sprawy domowe i inne konieczności życiowe.
W poprzedniej powieści Browna,
Początku,
zainteresowało mnie przede wszystkim merytoryczne przesłanie dzieła (czemu dałem
wyraz w jednej z recenzji
http://www.pinkwart.pl/recenzje/lektury/2017/Eksmisja_Boga.htm).
Tutaj bardziej wciągająca jest niezwykle dynamiczna akcja, z ciekawymi zwrotami
i suspensami. Czytać? Oczywiście, czytać – i to szybko, zanim Hollywood przerobi
to na kolejny filmowy bestseller, w którym profesora Langdona znów skarykaturuje
Tom Hanks. Niewykluczone, że profesorkę Solomon zagra Meryl Strip, a wtedy nie
pozostanie nam nic innego, jak z okna praskiego hotelu „Four Seasons” skoczyć
wprost w nurt Wełtawy, co Langdonowi, z powodu swych pływackich talentów
mającemu na Harvardzie pseudonim „Delfin”, nie przyniosło nawet kataru, mimo że
akcja powieści toczy się w ciągu dwóch zimowych dni z mrozem i śniegiem (białe
niedźwiedzie nie chodzą po ulicach, ale inne dziwne stwory i owszem), które dla
trzęsących się z zimna od czeskiego mrozu amerykańskich bohaterów są równie
okrutne, jak dla Czechów, czekających na lepsze czasy na przystanku Alaska.
Jednym z ciekawszych wątków – chyba
jednak trochę przerysowanych przez Browna – są relacje między władzami czeskimi
a władzami USA, reprezentowanymi przez ambasadorkę i szefów CIA. Otóż wygląda na
to, że USA rządzą teraz w Pradze tak, jak kiedyś w tejże Pradze rządził ZSRR, i
to niemal tymi samymi metodami. Chyba to lekka przesada. Cóż, może jednak
szkoda, że akcja powieści
Tajemnica tajemnic Dana Browna
usytuowana została w czeskiej Pradze, a nie na Pradze warszawskiej. Wtedy takie
opisy, jak żołnierze marines, rozstawiający po kątach służby czeskie oraz
ambasadorka USA, wydająca rozkazy wszystkim – od czeskich recepcjonistów
hotelowych po władze miasta byłyby bardziej wiarygodne.
Mimo rozmaitych okropności, a nawet
padających gęsto trupów – miłość oczywiście zwycięża, czego skutkiem jest to, że
profesor Robert Langdon pod wpływem starszej od siebie, ale bardzo pięknej,
stylowej i mądrej doktor Solomon zmienia dzwonek budzika w swoim telefonie,
zastępując banalny Poranek
Edvarda
Griega jeszcze banalniejszym
Bolerem
Maurice’a Ravela, które podobno jest najsilniejszym symbolem seksualnym w
światowej muzyce. Ech, to ostinato
bębenków…
I jeszcze post scriptum: temat
doktoratu Katherine, rozwinięty potem w książce o największej tajemnicy życia,
którą to książkę chce za wszelką cenę zniszczyć CIA – to poniekąd plagiat.
Nieświadomy, rzecz jasna. Podczas lektury przypomniałem sobie, że to zjawisko i
próbę jego naukowego zbadania szczegółowo, choć o wiele bardziej syntetycznie
opisał – któż by inny? – nasz genialny Stanisław Lem i opublikował w nieznanym
zapewne większości z Państwa opowiadaniu
Formuła Lymphatera
(S. Lem, Opowiadania,
Wydawnictwo Literackie, Kraków 1969, s. 208-235, pierwodruk w
Księdze robotów
z 1961 r.). Tu także katalizator chemiczny uwalnia w mózgu dostęp do
wszechwiedzy – świadomości zewnętrznej.
Ale to tylko
dygresja, oczywista u zagorzałego
lemofana.
--------------------------------
Dan Brown (właśc. Daniel Gerhard
Brown), Tajemnica
tajemnic,
tłumaczenie Paweł Cichawa, Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2025, 702 strony.