Maciej Pinkwart

Dusza śpiewa…

28 grudnia 2025

 Wersja audio

Myślałem, że zdążę przeczytać w Adwent i przed Świętami napiszę recenzję – nie dało rady. Książka Paula Hama o duszy ma blisko tysiąc stron (w wersji e-bookowej – ponad 1500), no i nie czyta się jej jak kryminału Joe Alexa. Ale w Święta nadrobiłem i oto dzielę się z Państwem swoimi refleksjami. Co też nie jest łatwe.

Wiemy już – część z nas – że pod względem biologii, a niemniej – pochodzenia, jesteśmy takimi samymi zwierzętami, jak inne. Z grubsza podobnie się na tym świecie pojawiamy jako stworzenia nie w pełni zdolne do samodzielnego życia, dorastamy, odżywiamy się pochłaniając inne organizmy, wydalamy, rozmnażamy się (lub nie), umieramy. Ale jednak od wszystkich innych zwierząt różni nas coś zasadniczego. Pozostają po nas nie tylko sfosylizowane (lub nie) kości, nie tylko zmieniamy się w proch i nieco innych substancji: także tworzymy historię, kulturę, religię. Nie ze wszystkim umieramy – jak lapidarnie ujął to już w pierwszym wieku przed naszą erą poeta Kwintus Horacjusz Flakkus, który dodatkowo nieco megalomańsko pisał, że swoją poezją wzniósł sobie pomnik trwalszy od spiżu. No i poniekąd miał rację, bo choć jego księgi są już dziś czytane przez niewielu ludzi, to jego imię jest znane i mniej czy więcej trafnie identyfikowane przez ten upper thousand w wielu cywilizowanych społeczeństwach.

Kiedy to się tak nam zrobiło, że staliśmy się elitą zwierząt, ssaków, naczelnych, homininów, którzy żyli nie tylko po to, by napełnić brzuchy i opróżnić gonady? Długo, długo później, niż tamtego lata, kiedy nasz pra… zszedł z drzewa, stanął na tylnych rękach, rozejrzał się i zaczął mieć kłopoty z kręgosłupem. Długo potem, jak skorzystał z podpalonego przez piorun drzewa, by w jego ogniu podgrzać, podsmażyć, upiec udziec bawołu, łatwiej niż surowiznę strawić i przyspieszyć rozwój swojego mózgu. I potem, jak ten ogień umiał sam skrzesać. I potem, jak zaostrzony patyk, który dotąd służył mu do zabijania zamienił na dzidę zaopatrzoną w ostry kawałek kamienia. I potem, kiedy tę ostrą dzidę zmienił na oszczep i uzupełnił łukiem, które pozwalały mu zabijać na odległość. I potem, kiedy zdarł skórę z zabitej ofiary i włożył na własne plecy, bo w międzyczasie na ciele – nie wiedzieć czemu! – wyłysiał i zrobiło mu się zimno. I potem, kiedy wymyślił, że nie tylko może się przed zimnem, deszczem i tygrysem schować w jaskini, ale też może wybudować własną jaskinię z kamienia. Stworzyć dom. I kiedy zorientował się, że strasznie niewygodnie jest taką jaskinię przenosić w inne miejsce, dokąd podążał w koczowniczym trybie biegając za uciekającym pożywieniem lub wyżerając do zera zapychające brzuch rośliny. Osiadł, zaczął obsiewać i uprawiać zboża, wynalazł piwo, zaczął hodować zwierzęta, bo zauważył, że żywe dają się przechowywać dłużej niż zabite i niedojedzone.

Aż przyszedł moment, w którym człowiek – już z pewnością homo sapiens, pozostali nasi kuzyni – australopiteki, pitekantropi, denisowianie, neandertalczycy i paru innych – wymarli (niewykluczone, że z naszą pomocą) trochę wcześniej – zaczął myśleć nie tylko o darwinowskich potrzebach przeżycia i utrwalenia gatunku. Paul Ham lokuje go dokładnie w czasie i przestrzeni. Czas to ok. 12 000 – 7000 lat p.n.e., a miejsce – to położona w dzisiejszej Turcji w pobliżu granicy z Syrią okolica Göbekli Tepe. To właśnie tam odnaleziono zestaw kamiennych pomników, wielkich obrobionych głazów w kształcie litery „T”, ważących 10-50 ton, od trzech do pięciu metrów wysokości, ozdobionych płaskorzeźbami przedstawiającymi zwierzęta, które trudno uznać za obiekty kultu: lisy, węże, dziki, różne ptaki. Wykopaliska w tym miejscu są prowadzone przez naukowców dopiero od ćwierci wieku, mnóstwo terenu jeszcze nie przebadano, ale już wiadomo, że znajdowało się tu jakieś niezwykłe miejsce kultowe. Wielkie słupy, obrabiane gdzie indziej, przywleczone do Göbekli Tepe i postawione pionowo – mnie to trochę przypomina technikę, w jakiej powstawały wielkie kamienne figury moai na Wyspie Wielkanocnej, choć te ostatnie są z XI-XVIII wieku naszej ery.

W Göbekli Tepe rzeźby ustawione są w krąg, ale nie tak regularnie jak w o wiele młodszym Stonehenge, a między nimi znaleziono sześć kamiennych koryt o pojemności do 160 litrów, w których analiza wykazała pozostałości… sfermentowanego ziarna zbożowego. Najprawdopodobniej przechowywano w nich piwo, służące celom rytualnym, lub po prostu popijane w czasie jakichś świąt. Hipotez na temat tego, czemu służyły te zagadkowe konstrukcje jest mnóstwo, ale oczywiście na plan pierwszy wybija się taka: oto w Göbekli Tepe znajdowało się sanktuarium, gdzie przychodzili neolityczni ludzie, zbierali dziką pszenicę z okolicznych łąk, może też polowali, potem świętowali (to jest to piwo!) i odprawiali jakieś tajemnicze rytuały, związane z kultem Syriusza, na co ma wskazywać układ posągów.

Mętne.

Göbekli Tepe oczywiście jest stare, ale kudy mu do innych miejsc, w których dawni sapiensi, a nawet wcześniej neandertalczycy pokazali się jako osoby uduchowione, pragnące pozostawić po sobie coś więcej, niż tylko niedojedzone kości. Malowidła naskalne w jaskiniach Lascaux i Altamira pochodzą z okresu 17-14 tysięcy lat przed naszą erą, malarze w grocie Chauveta tworzyli ponad 30 tysięcy lat temu, w Indiach malarstwo naskalne liczy ok. 40 tysięcy lat. Starsze są kultowe obiekty rzeźbiarskie: w naszej Jaskini Obłazowej, jak wiemy, znaleziono obiekty (m.in. słynny bumerang z ciosu mamuta!) sprzed ok. 40 tysięcy lat, ale to i tak pikuś w porównaniu z pierwszą, kultową oczywiście, figurką kobiecą, tzw. Wenus z Tan-Tan, którą zaleziono w południowym Maroku. Datowana jest ona na okres sprzed jakichś 500 tysięcy lat. Trochę młodsza jest figurka Wenus z Berechat Ram na Wzgórzach Golan: ma co najmniej 230 tysięcy lat. Najpewniej – jeśli w ogóle potwierdzi się to, że znaleziska owe to obiekty obrabiane ludzką (?) ręką – ich twórcami byli nasi kuzyni z gatunku homo erectus.

A zatem już na bardzo wczesnym etapie ewolucji praludzie odczuwali pragnienie, by pozostawić coś po sobie, zaznaczyć swoją obecność na świecie i dzieło swoje przeznaczyć albo dla przyszłych pokoleń (wątpię…), albo dla współczesnych sobie plemieńców, wśród których chcieli się wyróżnić. Może też już wtedy zaczęli szukać wytłumaczenia dla nieogarnialnego świata, w którym zdarzały się rzeczy, o których nie śniło się paleo- czy neolitycznym filozofom.

Bo nie wątpię, że tacy już wtedy musieli się pojawić. Bez filozofii nie ma człowieka, Tak sobie z pewnością myśleli, a myśląc, stwierdzali że są. I choć do pana René Descartesa od Tan-Tan, Jaskini Obłazowej, Lascaux czy Göbekli Tepe musieliśmy przebyć daleką drogę – niewątpliwie ją już wtedy rozpoczęto. Może nawet wyobrażano sobie, dokąd ona zaprowadzi.

Książka – ba, księga! – Paula Hama należy do tych, które raczej się ma, niż czyta. Ale jednak zachęcam, by ją zacząć poznawać, a jestem pewien, że tak jak mnie, po jakichś stu pierwszych stronach, może Was wciągnąć, a już na pewno będzie stanowić wspaniałą odskocznię od spraw codziennych, parszywych i niespokojnych, które nas otaczają. Choć tych ostatnich Dusza też dotyka, bo historycznie rzecz biorąc sięga od Göbekli Tepe i aktu stworzenia w Edenie po drugą kadencję Trumpa i wojnę w Ukrainie, to jednak pokazuje do naszej codzienności niezwykły, w znacznej mierze metafizyczny, dystans.

Dla mnie co najmniej trzy części książki to była powtórka – jak się okazało, bardzo potrzebna – spraw, które przerabiałem na studiach, bądź nawet w czasach licealnych. Paul Ham najpierw przedstawia czytelnikom przegląd głównych religii świata, pokazując jak w nich przedstawiana jest dusza – jako suwerenna bądź blisko powiązana z ciałem część osobowości człowieka, utożsamiana przez wielu z nas z umysłem czy świadomością. Z tym z kolei wiąże się stosunek poszczególnych religii do zagadnienia życia po życiu, zaświatów, raju, piekła i czyśćca. Fascynujące (choć nieco przydługie) są wywody pokazujące jak bardzo różnią się w tych sprawach główne religie świata i jak wiele spraw jest w nich podobnych. Ba! – przeniesionych z jednych do drugich.

Według wielu religii dusza to jest właśnie to, czym człowiek różni się od zwierząt. Pamiętam, z jakim płaczem kiedyś moja córka wróciła z przedszkola, gdzie została zbesztana przez katechetkę, która dowiedziała się od niej, że nasza chomiczka ma na imię Alicja. Siostra zakonna stwierdziła, że nie wolno nazywać zwierząt imionami świętych pańskich, bo zwierzęta nie mają duszy. Powiedziałem wtedy, że to jest prawdopodobnie tylko mylna interpretacja siostry, bo przecież nigdzie w piśmie świętym nie jest napisane, że zwierzęta nie dostaną się po śmierci do nieba.

No, faktem jest, że nie jest też napisane, że się dostaną. Ale z drugiej strony, jeśli Niebo i Raj są to te same miejsca, to przecież Pan Bóg nie wygnał z Raju zwierząt, tylko ludzi, więc zwierzęta wciąż tam są. Nie rozwiązywało to oczywiście niestety problemu, co stanie się z Alicją po jej śmierci. Po faryzejsku powiedziałem, że to samo, co z nami…

Religioznawstwo miałem na studiach. Podobnie jak historię filozofii, którą zresztą w formie propedeutyki przerabiałem już w liceum. Tutaj Ham pokazuje, jak kwestię duszy, człowieczeństwa i Boga traktują najważniejsze kierunki filozoficzne i ich główni przedstawiciele. Trzecią częścią tego przeglądu – poniekąd – dziejów duszy ludzkiej (pomińmy już kwestię duszy chomiczki Alicji) – jest szybki przejazd przez historię ludzkości. Ciekawe, jak bardzo różnią się oceny wydarzeń historycznych między ludźmi… Przed doktoratem i filozofię, i historię musiałem opanować w stopniu wystarczającym do ewentualnej dyskusji dysertacyjnej, potem nadal się tym interesowałem, więc to, w jaki sposób działa w historii Heglowski Weltgeist było dla mnie bardzo ciekawe. Interesujące, że dla autora książki podboje arabskie były ważniejsze niż podboje Czyngis-chana, Wojna Trzydziestoletnia była ważniejsza od Wojny Stuletniej, pierwsza wojna ważniejsza od drugiej, faraon Echnaton ważniejszy od papieża Jana Pawła II, Marcin Luter ważniejszy od Napoleona, a Gorbaczow, Wałęsa, Obama czy Merkel nie zostali wspomniani choć jednym słowem.

Znakomicie mi się czytało ostatnie rozdziały. Może po prostu po blisko tysiącu stronach już polubiłem ciekawy, osobisty, nie mający nic z belferstwa styl autora (dobre tłumaczenie jest zasługą Filipa Godynia). A może po prostu materia ostatnich rozdziałów była dla mnie bardziej interesująca. Zagadnienie duszy, a w zasadzie umysłu, wciąż usiłującego zgłębić pochodzenie i znaczenie ludzkiej świadomości, oglądane z perspektywy np. sporu między freudystami a jungistami oczywiście w kontekstach seksualnych, kapitalizm z duszą czy bezduszny socjalizm, dusze feministek i bezduszny patriarchat, homo, hetero, bi i trans – jakie mają dusze… Jakie szkody w świecie i w naszych duszach, a może tylko (aż?) umysłach wyrządzała i wyrządza nadal, a w zasadzie coraz bardziej panoszy się teokracja, która jest próbą coraz głupszego upraszczania świata…

No i na koniec zupełnie aktualne, a nawet coraz bardziej przyszłościowe – zagadnienie sztucznej inteligencji. Oczywiście banalne pytanie o to, czy komputer ma lub kiedyś będzie miał duszę jest niczym, w porównaniu z pytaniem, kiedy komputery zaczną się za nas modlić i czy człowiek będzie mógł się u sztucznej inteligencji wyspowiadać. Dominikanin Paweł Gużyński w świątecznych „Faktach po Faktach” twierdził, że nie, że to jest sprawa między człowiekiem a człowiekiem. Zgadzam się, choć chętnie bym zadał zakonnikowi pytanie, gdzie w tej sprawie podział się Bóg… Dotąd myślałem, że Bóg w kwestii duszy był tylko ciekawym świadkiem wyznania z Wesołej wdówki Franza Lehara, kiedy hrabia Daniło Daniłowicz śpiewał do Hanny Glawari o tym, że usta milczą, dusza śpiewa, kocham cię…

Ale czy nie spowiadamy się już przed komputerem, publikując na Tik-Toku, Instagramie czy Iksie coraz bardziej intymne i coraz głupsze wyznania?

Czytam w Newsweeku w rozmowie Katarzyny Burdy z prof. Andrzejem Draganem:

Na razie sami nie mamy pojęcia, czym jest świadomość i jak jest wytwarzana w naszym mózgu, więc nie potrafimy też odtworzyć jej w sztucznych neuronach. Ale gdy i to zrozumiemy, to nawet jeśli jakieś przeszkody obecnie istnieją, to przecież nauczymy się je eliminować. Skład chemiczny człowieka nie różni się szczególnie od przeciętnego składu chemicznego materii we wszechświecie. Jest to wskazówka, że inteligentne życie może powstawać z byle czego, co akurat jest pod ręką.

I mój komentarz: na razie powstało z białka, na trzeciej planecie od Słońca. I chyba tylko tu, w najbliższej okolicy mogło powstać i rozwinąć się w rozumne zwierzęta. I jakoś – nie wiemy jak – wyposażyć się, czy zostać wyposażone w duszę. Umysł. Świadomość.

Nie wiem, co radzić. Kupić Duszę czy nie? Dotąd literatura opisywała tylko kwestię sprzedawania duszy. To, rzecz jasna, mogło w niektórych kwestiach pomóc, ale jednak, kiedy doktor Faust poznawszy Małgorzatę, zawołał: Trwaj chwilo, chwilo jesteś piękna! – okazało się, że cena za taką chwilę jest – by tak rzec, bezstosunkowo wysoka. Teraz kupić Duszę można już za około stu złotych (tyle za papier, e-book – 64 zł) – i uważam, że to jest cena dość umiarkowana. Naturalnie, nie jest to książka równie popularna, jak dzieła zajmujące pierwsze miejsca na listach bestsellerów popularnych gazet. Ale w sumie raz na rok można odejść od pop-kultury.

Hm… Patrzę na stosik książek na moim biurku, uszykowanych do przeczytania… Obawiam się, że będzie trzeba taki solidny posiłek intelektualny w nadchodzącym roku postawić przed sobą jeszcze kilka razy. O czym lojalnie uprzedzam, życząc dobrych oczu, albo dobrych okularów w 2026 roku.

--------------------------------

Paul Ham, Dusza. Historia ludzkiego umysłu, tłumaczenie Filip Godyń, Wydawnictwo Znak, Kraków 2025, 960 stron.

 

Inne komentarze i recenzje