Maciej Pinkwart
Małe i duże, dla koneserów
Szalenie cenię pracę prowincjonalnych (w dobrym znaczeniu tego słowa)
historyków, geografów i socjologów, publikujących nieraz bardzo szczegółowe, a
zawsze ciekawe książki o własnych miejscach zamieszkania czy choćby urodzenia,
przekazując nam niedostępną niekiedy w inny sposób wiedzę, a także miłość do
swoich małych ojczyzn. Na półkach lokalnej części mojej biblioteki pełno jest
interesujących prac traktujących o Czarnym i Białym Dunajcu, Nowym Targu, Rabie
Wyżnej, Bukowinie Tatrzańskiej, Witowie, Dzianiszu, Jabłonce czy Poroninie, z
których korzystam i wciąż dowiaduję się czegoś nowego. Z drugiej strony jednak
czasami owe lokalności chciałoby się osadzić w nieco szerszym kontekście – dużej
czy bardzo dużej ojczyzny. Stąd fascynujące mnie lektury o średniowiecznej czy
współczesnej Europie, o tajemnicach Azji czy Ameryki, zwłaszcza Południowej.
Tak się złożyło, że w tym samym czasie na moim biurku znalazły się obok siebie
dwie książki – licząca 163 strony niewielkiego formatu Kronika pewnego miasta
Pandelisa Prevelakisa oraz Zmienne losy Afryki Martina Mereditha – 652
strony dużego formatu. Obie publikacje dzieli w zasadzie wszystko – z jednym
wyjątkiem: dawno nie widziałem tak banalnych tytułów. I jeszcze jedno wydaje się
wspólne: obie są dla koneserów, nie dla popularnego czytelnika.
Pandelis
Prevelakis (1909-1986) to po Nikosie Kazandzakisie (Grek Zorba,
Ostatnie kuszenie Chrystusa) najbardziej znany i najczęściej tłumaczony
pisarz współczesnej Grecji, choć jego dorobek jest w Polsce mało znany.
Kronika… to jego pierwsza książka prozatorska, wydana w 1938 roku i
poświęcona miastu, w którym się urodził i wychował: położonemu na Krecie
Retymnie. Właśnie od jednego z miłośników tego miasta dostałem tę książkę i z
przyjemnością przeczytałem, choć Retymna, prawdę mówiąc, nie bardzo lubię. Pewno
dlatego, że w ogóle nie lubię na Krecie dużych miast, bo na tej wspaniałej
wyspie najciekawsze są małe miasteczka i wioski, gdzie życie od stuleci toczy
się między starymi, niewielkimi kościółkami a zacienionymi kafenionami, gdzie
mieszkańcy żyją spokojnie i skromnie, turystów cenią, ale nie usiłują ich kupić
za wszelką cenę, a gdzieś w okolicy starannie ułożone kamienie, powalone przez
czas i siły przyrody kolumny, półokręgi tysiącletnich teatrów i równe im
wiekiem, poskręcane przez wiatry oliwki przypominają, że tu zaczynała się
historia naszej cywilizacji. Zawsze też w takich miejscach z jednej strony wzrok
zatrzymują dzikie góry, a z drugiej spojrzenie napotyka bezkresny pozornie
przestwór morza. Niewielkie tawerny w niedużych portach i w nieoczywistych
miejscach przy górskich drogach oferują wzmocnienie ciała, a duch ulata, kędy
chce, nad oceanami historii, pogody (nie koniecznie zawsze pięknej, ale zawsze
życiowo istotnej) i zdystansowanego spokoju miejsca, świadomego naszej nicości
wobec czasu. W dużych miastach oczywiście także są porty, stare świątynie i
zamki, teatry i restauracje, ale by z nich się cieszyć, musimy wykrzesać w sobie
aprobatę dla faktu, że nasze zachwyty podziela w tym samym miejscu tysiąc
turystów, którzy właśnie zaliczają kolejne słitfocie na tle kolejnych zabytków
czy pięknych krajobrazów.
Miasto Prevelakisa leży na północy wyspy, mniej więcej w połowie drogi między
dwiema starymi stolicami Krety: między usytuowaną na zachodzie Chanią i na
wschodzie – Iraklionem. Retymno jest z nich najmłodsze – choć osadnictwo
pojawiło się tu w okresie późnominojskim (ok. 1200 r. p.n.e.), czyli mniej
więcej w czasach, na które datowana jest Wojna Trojańska, to jednak okres swej
względnej świetności miasto zawdzięcza Wenecjanom, okupującym północną część
Krety od XIII w. Z przełomu XVI i XVII w. pochodzi największy zabytek Retymna –
twierdza La Fortezza i położony pod nią stary port z latarnią morską. Pod koniec
pierwszej połowy XVII w. miasto zostało zdobyte przez osmańskich Turków, którzy
okupowali Kretę do 1897 roku, potem wyspa formalnie była przez kilkanaście lat
państwem niezależnym, a w 1913 roku została przyłączona do Grecji. W 1923 roku z
Krety wysiedlono muzułmanów – Turków i tych Greków, którzy przeszli na islam,
wymieniając ich niejako na prawosławnych mieszkańców zachodniej Turcji.
Kronika… Prevelakisa opisuje
dzieje miasta w końcowej fazie koegzystencji grecko-tureckiej. Właśnie:
koegzystencji. To nieco inne spojrzenie na ten problem niż opowieści, które
znałem przedtem, o ciągłej i heroicznej walce na śmierć i życie między Turkami a
Kreteńczykami, między prawosławnymi ortodoksami a muzułmanami. Dwa i pół wieku
zaborów, wynaradawianie, islamizacja, niszczenie kościołów lub przekształcanie
ich w meczety, z drugiej strony heroiczne walki powstańcze, górskie klasztory
jako ośrodki myśli i działań patriotycznych… A tu koegzystencja. I szczery żal
pisarza, wyrażany wobec osadzonych w kreteńskiej rzeczywistości Turków, którzy
przez kilka pokoleń stali się lokalnymi patriotami Retymna i których nagle
przymusza się do emigracji nawet nie dlatego, że są Turkami, tylko dlatego, że
wyznają inną wiarę. I, uwaga: ten kreteńsko-turecki islam niewiele ma wspólnego
z tym islamem, jaki znamy dziś, a w zasadzie z tym zjawiskiem, jakiemu
gombrowiczowską gębę dorobiła polityka, literatura i głupota terrorystycznych
watażków.
A tak, na marginesie: jestem bardzo ciekaw, jak społeczność Warszawy i okolic,
którą historia zmusiła do koegzystencji z rosyjskimi zaborcami, przedstawiona
zostanie w nowo filmowanej Lalce Prusa. Czy będą to dożylni patrioci,
oczekujący, jak Rzecki, nowego Napoleona czy po prostu nowej hekatomby
narodowej, podejmowanej nie po to, żeby wyzwolić kraj, tylko by pokazać światu,
jacyśmy to, panie, odważni i chętni do umierania z imieniem Ojczyzny na ustach,
czy przeciwnie, kolaboracyjni biznesmeni, jak Wokulski, którzy z rosyjskim
oligarchą panem Siuzę będą robić deale w wielkim formacie, dla dobra,
panie, ojczystej substancji finansowej. Prevelakis w Retymnie w
przedstawicielach okupantów widzi przede wszystkim ludzi, sąsiadów, z którymi
żyje się – jak to z sąsiadami – w zgodzie i w kłótni, razem i obok siebie. A
potem żal, że ich już nie ma i niechęć do tych, słusznych religijnie,
których przeflancowano z Turcji, z terenów – przypomnijmy – które przez parę
tysiącleci były kolonizowane przez ludzi, reprezentujących kulturę i
obyczajowość greckich polis, które dały nam Talesa z Miletu, Anaksymandra
i Heraklita, Herodota i Ezopa. I Mauzolosa, Midasa i Krezusa. Którzy mieszkając
w Azji, współtworzyli naszą, europejską kulturę w niemniejszym stopniu, co
kontynentalni Perykles, Solon, Sokrates, Platon i Homer. W końcu –
pamiętamy, przynajmniej niektórzy z nas – jak nazywała się księżniczka
fenickiego Tyru, którą porwał Zeus zmieniony w byka i uwiózł na Kretę, gdzie
była jedną z pierwszych królowych? Europa się nazywała…
Takich kulturowych i obyczajowych spraw próżno szukać w pracy Mereditha o
Afryce. Książka to niewątpliwie wybitna, ale nie do czytania. Oczywiście, nie
jest łatwo pisać o całej
Afryce,
która jest bądź co bądź po Azji największym kontynentem Ziemi, gdzie w zasadzie
wszystkie obecnie obowiązujące granice są sztucznie wytyczone przez okupantów
(europejskich kolonizatorów i tych, którzy podbili lokalne plemiona przed
Europejczykami), gdzie jest najwięcej odrębnych języków i najwięcej wierzeń i
kultur. My, tutaj w środkowej Europie, nadal nie przerobiliśmy trudnej lekcji o
tym, że tam, między Słupami Heraklesa a Przylądkiem Dobrej Nadziei leży ziemia,
z której się wszyscy wywodzimy i która stworzyła ludziom więcej tak problemów,
jak i możliwości, niż jakikolwiek inny ląd. Tutaj, nad Bugiem, Wisłą, Dunajcem i
Odrą wciąż podświadomie zapewne myślimy o Afrykanach w kategoriach Tuwimowskiego
Murzynka Bambo i Sienkiewiczowskiego cwanego Kalego, by od czasu do czasu
przeskoczyć do heroizmu Nelsona Mandeli i masakry międzyplemiennej w Rwandzie.
Oczywiście, spora część moich rodaków (rumienię się za te słowa) za idola
afrykańskiego ma zakopiańczyka Janusza Walusia, który w 1993 roku koło Pretorii
zastrzelił lidera południowoafrykańskiej Partii Komunistycznej i działacza
Afrykańskiego Kongresu Narodowego Chrisa Haniego i został tam skazany na
dożywocie, ale ostatnio przekazano go Polsce. Jednym z opiekunów politycznych i
promotorów mordercy jest uwielbiany na Podhalu Grzegorz Braun, a działacze
prawicy usprawiedliwiają jego czyn tym, że ponieważ zastrzelił Murzyna i
komunistę, to nie była zbrodnia, tylko święta egzekucja. No cóż, taki mamy
klimat, że na grobie Eligiusza Niewiadomskiego, mordercy pierwszego prezydenta
Polski Gabriela Narutowicza, do dziś składane są świeże kwiaty...
Historia Afryki w ujęciu Mereditha to historia podbojów, rabunków, handlu
surowcami i żywym towarem. I niewolnictwa, rzecz jasna. Chyba niewolnictwo
właśnie najbardziej kojarzy się z Afryką. A przecież handlem ludźmi stały
wszystkie wczesnoeuropejskie państwa, dawnej Polski nie wyłączając. Niewiele
wiem o Afryce z własnych doświadczeń, a studia skierowały moje zainteresowania w
tej dziedzinie w stronę północno-wschodniej afrykańskiej cywilizacji. Egiptu
konkretnie. W dawnych czasach uważałem, że nie tylko obecne, arabskie panowanie
w Egipcie (który kiedyś po chwilowym w latach 1958-1961 połączeniu się z Syrią
nosił nazwę Zjednoczona Republika Arabska) jest bezczelną uzurpacją, ale także
wcześniej biedny kraj nad Nilem był ciemiężony przez Rzymian, a przedtem Greków
i Persów. Ale jak się nad tym głębiej zastanowić – w zasadzie cała licząca ponad
pięć tysięcy lat historia Egiptu to siłowanie się na rękę rozmaitych potęg,
które w stosunku do miejscowych miedzianoskórych mieszkańców, zawsze były
najeźdźcami – Narmer z Górnego Egiptu najechał Dolny Egipt, czyli deltę Nilu, od
wschodu napadali Egipcjan, a nawet tworzyli osobne dynastie faraonów Libijczycy,
od południa Kuszyci i Nubijczycy, od wschodu Hyksosi i Asyryjczycy… Jeden z
najsłynniejszych władców Egiptu z XIX wieku, Muhammad Ali, był Albańczykiem…
Podobnie było po sąsiedzku – nieopodal w krajach Maghrebu Arabowie podbijali
Berberów, którzy niebawem stali się bardziej islamscy niż ich najeźdźcy…
Ale w książce o Afryce szukałem czego innego, czegoś, co przemknęło gdzieś –
kiedyś – przez moje lektury o wczesnośredniowiecznych, a nawet prehistorycznych
mocarstwach w południowo-zachodniej części kontynentu, o wspaniałych dziełach
sztuki, tworzonych w miejscach, które potem zarosła dżungla, o tajemniczym
plemieniu
Dogonów, których mitologia wiązała się z Syriuszem – o tej Psiej Gwieździe
wiedzieli sporo Egipcjanie, bo to ona jakoby regulowała życiodajne wylewy Nilu,
ale tylko Dogonowie – plemię, zamieszkałe w rejonie dzisiejszego Mali –
wiedzieli o tym, że Syriusz jest gwiazdą podwójną, o czym wiedzieć nie mieli
prawa, jako że amerykański astronom Alvin Clark odkrył Syriusza B dopiero w 1862
roku. A możemy być pewni, że publikacje uczonych astronomów nie były ulubionymi
lekturami niepiśmiennych szamanów z Mali… Co więcej, jednym z kłopotów w
poznawaniu dziejów Afryki jest to, że dla ich przedkolonialnych stadiów nie ma
źródeł pisanych, jako że z wyjątkiem sfery arabskiej lokalne języki nie znały
pisma.
Tego wszystkiego w grubaśnej księdze o losach Afryki nie ma. Dowiedziałem się
jednak mnóstwa rzeczy, szczególnie o środkowej i południowej Afryce i wiedza ta
jest interesująca. Ale przebrnięcie przez setki nazwisk, miejsc bitew, omówień
aktów prawnych i niełatwych do zapamiętania zwrotów akcji jest dziełem ponad
siły jednego starego człowieka. Nie oczekuję od książek naukowych, żeby ich
lektura była lekka, łatwa i przyjemna, choć bywają i takie książki i tacy
autorzy. Ale oczekuję od nich, żeby panował w nich wyraźnie zdefiniowany
porządek. Tutaj go nie znalazłem.
Niewątpliwie jednak, obie książki, z którymi przyszło mi się zmierzyć pod koniec
tego lata, są dziełami ważnymi w swoich dziedzinach, ale z ręką na sercu mogę je
polecić tylko mocno zdeterminowanym koneserom.
-----------------
Pandelis Prevelakis, Kronika pewnego miasta, tłumaczenie Janusz
Strasburger, posłowie Bartosz Barszczewski, Wydawnictwo „Książkowe Klimaty”,
Wrocław 2013, 163 strony.
Martin Meredith, Zmienne losy Afryki.
Pięć tysięcy lat bogactwa, chciwości i pracy,
tłumaczenie Julita Mastalerz i Klaudyna Michałowicz,
Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2025, 652 strony.