Maciej
Pinkwart
Peruwiańska cichosza
Teatr w teatrze? Znamy, co najmniej od czasów Szekspira. Film w filmie? Kłania
się Woody Allen. Obraz w obrazie? Przypomina się Portret małżonków
Arnolfinich Jana van Eycka czy Pokój artysty Vincenta van Gogha. A
literatura w literaturze? Ach, mnóstwo.
Mario Vargas Llosa ostatnią swoją powieść poświęcił książce. Oto mieszkający w
Limie dziennikarz, naukowiec specjalizujący się w lokalnej etnomuzykologii, syn
Metyski i włoskiego imigranta o baskijskich korzeniach, żonaty, z dwójką dzieci
i niespełnioną miłością do peruwiańskiej śpiewaczki, obsesjonat o niemożliwym do
zapamiętania nazwisku Toño
Azpilcueta lansuje w swoim środowisku i w niskonakładowych pismach branżowych
pogląd, że ludowa muzyka peruwiańska, wywodząca się ze skrzyżowania źródeł
etnicznych z muzyką europejską, hiszpańską i… wiedeńską dała w efekcie
specyficzną muzykę kreolską, która jest spoiwem, łączącym Peruwiańczyków. A może
i szerzej – Latynoamerykanów. Drugim spoiwem jest język hiszpański, a trzecim –
religia chrześcijańska. Najważniejsze są jednak melodie, tańce i piosenki –
kreolskie walce, huanitos, marineras czy resbalosas. Dość
przypadkowo trafia na koncert młodego solowego gitarzysty Lalo Molfino,
wywodzącego się z Chiclayo (teraz znamy tę miejscowość dlatego, że biskupem był
tam obecny papież, Leon XIV) – i stwierdza, że był świadkiem występu najlepszego
wirtuoza na świecie. Chce go poznać, porozmawiać, przeprowadzić z nim wywiad –
ale chłopak ucieka, wyjeżdża z Limy, znika, a wkrótce Toño
dowiaduje się, że gitarzysta zmarł na gruźlicę w Szpitalu Robotniczym,
niewykluczone, że na skutek samobójstwa. Przed śmiercią grał trochę w zespole,
którym kierowała modna śpiewaczka Cecilia Barraza – ta sama, w której kocha się
Toño.
Lalo zakochał się w niej także, ale ponieważ nie umiał występować w zespole, był
skrajnym indywidualistą, żeby nie powiedzieć – egocentrykiem i
wywoływał nieustanne konflikty z innymi muzykami – piosenkarka po dwóch
miesiącach zwolniła go z pracy. Nigdy nie wyznał jej miłości. Tylko przed
odejściem przyszedł do niej, powiedział: To dla pani ta cisza, odwrócił
się i odszedł.
Toño
postanawia odszukać wszystkie jego ślady i napisać o nim książkę. Dość szybko
ustala, że Molfino to nie było rodzinne nazwisko gitarzysty – adoptował go tak
nazywający się włoski ksiądz, który znalazł go jako noworodka, porzuconego na
wysypisku śmieci w miasteczku Puerto Eten koło Chiclayo. Uratował go dosłownie w
ostatniej chwili – jeszcze moment, a dziecko zjadłyby szczury.
Szczury… To właśnie obsesja Toñiego:
w momentach ekscytacji lub depresji pisarz ma wrażenie, że polują na niego te
gryzonie, dostają się pod koszulę, czuje na skórze dotyk ich pazurów, więc
zaczyna się gwałtownie drapać, zrzucając ubranie, także w miejscach publicznych.
Realnych śladów po życiu młodego gitarzysty, utrwalonych w dokumentach,
recenzjach, wywiadach jest niewiele, ale Toñiemu
to nie przeszkadza: używa niejako dziejów Molfina do zaprezentowania swojej tezy
o integrującej narodowo roli peruwiańskiej muzyki ludowej. Książka powstaje,
początkowo autor nie może znaleźć wydawcy, potem ryzykuje jej publikację mało
znany księgarz, dzieło najpierw przechodzi bez echa, potem niespodziewanie staje
się bestsellerem, a jej autor zdobywa uznanie i popularność. Niestety, nie jest
to otwarcie drogi do trwałego sukcesu Toñiego
Azpilcuety…
Przyznaję, że dawno mi się nie czytało książki z takim trudem. Po kilku
pierwszych rozdziałach myślałem, że odłożę ją, niedokończoną, na półkę, gdzie
stoją inne dzieła zmarłego 13 kwietnia tego roku noblisty. Llosa stosuje w
książce metodę niejako literackiego rozdwojenia jaźni – w części rozdziałów
prowadzi opowieść z punktu widzenia narratora zewnętrznego, w części – podejmuje
osobistą narrację, choć nigdy nie jesteśmy pewni, w czyim imieniu się wypowiada
– bohatera czy podzielającego jego poglądy autora. Ale przede wszystkim w
pierwszej połowie powieść jest niebywale przeładowana szczegółami, bardzo
specjalistycznymi detalami z dziedziny historii peruwiańskiej muzyki ludowej,
instrumentoznawstwa czy etnografii. Wyrazy uznania dla tłumacza, Tomasza Pindela,
ale i wyrazy współczucia dla czytelników, którzy tak jak ja brnęli przez
dziesiątki stronnic takich, jak te:
Peruwiański walc to prawdziwa instytucja społeczna: nie został stworzony, by
go wykonywać czy słuchać w samotności, jak w przypadku innych gatunków. Nic z
tych rzeczy. Wykonanie walca wymaga udziału trzech, czterech albo większej grupy
osób; dlatego, od samego początku, głęboko w wieku XIX, kiedy się narodził, oraz
w pierwszych dekadach XX stulecia, powstawały liczne zespoły. Do
najsłynniejszych zaliczyć należy Los Morocuchos, rzecz jasna, tworzony przez
Oscara Avilésa, Augusta Ego-Aguirre oraz Alejandra Corteza; legendarny duet
Montesa i Manriquego oraz Trio Abancay, czyli Cesara Santa Cruz, Joségo Morena i
Pabla Casasa. Powiada Cesar Santa Cruz Gamarra, że José Moreno blisko przyjaźnił
się z Felipe Pinglo Alvą i towarzyszył mu wiernie „aż do ostatniej chwili”. W
zespołach takich zawsze musiał być wokalista oraz instrumentaliści, zazwyczaj
gitarzyści, acz w miarę jak gatunek obejmował coraz szersze kręgi społeczne,
dołączały nowe instrumenty towarzyszące gitarze, takie jak fortepian i skrzypce
rodem z klasy wyższej oraz inne, skromniejsze, takie jak lutnie, kahony,
kastaniety, trąbki, harmonijki, a nawet marakasy, choć te pojawiły się późno. I
rzecz jasna, szczególne podziękowania należą się Eduardowi Montesowi oraz
Cesarowi Augustowi Manriquemu za to, że w czasie, kiedy w Peru nie nagrywano
jeszcze płyt, czyli na początku XX wieku, zabrali do Nowego Jorku osiemdziesiąt
dwa peruwiańskie utwory, które trafiły na dziewięćdziesiąt jeden płyt, i zdaniem
autorów, od których czerpię te informacje, czyli Josćgo Antonia Llorénsa Amico i
Rodriga Chocana Paredesa, dowodzi to, że w roku 1911 „istniał już pokaźnych
rozmiarów kreolski repertuar cieszący się szerokim uznaniem” w kraju.
To cytat z rozdziału dziesiątego. Na szczęście, ta dysertacja (nieco dalej jest
wiele szczegółów o budowie instrumentów ludowych) – nie mająca dla fabuły,
według mnie, żadnego znaczenia – ustępuje wreszcie miejsca przeżyciom i dramatom
głównego bohatera. Oczywiście, każde dzieło słynnego pisarza, laureata
literackiego Nobla i kontrowersyjnego polityka jest w pewien sposób ciekawe, ale
nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że na rynku peruwiańskim raczej nie miałby
większego wzięcia czytelniczego przetłumaczony na hiszpański (o języku keczua
nawet nie mówię!) cykl Na Skalnym Podhalu Kazimierza Tetmajera czy
Księga Tatr Jalu Kurka… Ale może się mylę.
Ostatnie powieści wybitnych noblistów rzadko kiedy są ukoronowaniem ich dorobku
literackiego. Dość wspomnieć tu Rzecz o mych smutnych dziwkach Gabriela
Garcii Marqueza (wiem, że całkiem ostatni był tytuł Widzimy się w sierpniu,
ale po pierwsze nie ma go jeszcze w wersji polskiej, po drugie – pisarz chciał
żeby utwór ten nigdy się nie ukazał), Legiony Henryka Sienkiewicza czy
Ogród Edenu Ernesta Hemingwaya. Ale żeby mieć możność wyrażenia takich
opinii, warto i te dzieła poznać. W wolnych chwilach, oczywiście, i przy dużej
dozie cierpliwości.
-------------------------------------
Mario Vargas Llosa, To dla pani ta cisza (oryg.: La dedica mi silencio),
tłumaczenie Tomasz Pindel, Wydawnictwo Znak, Kraków 2024, 333 strony.
18 maja 2025